Donten ni Warau – odcinek 2

O, jednak seria ma czołówkę, nieco lepszą niż ending, ale nadal bez rewelacji.

Dontenniwarau2

Akcja odrobinę przyspiesza, na scenę wkraczają m.in. członkowie elitarnego oddziału Wilków, będącego pod bezpośrednim zwierzchnictwem ministra prawej strony (jednego z najważniejszych stanowisk w rządzie), powołanego w jednym celu. Jakim? Tego dowiecie się podczas seansu (choć pomięto kilka istotnych informacji zawartych w mandze…). Na wstępie zmierzą się oni z Naoto Kagamim – wyrzutkiem planującym zabójstwo cesarza za zdradę samurajów. W przeciwieństwie jednak do przestępców, którzy pojawili się wcześniej, ten pan jest bardzo zdeterminowany i równie niebezpieczny. Nad głowami braci Kumou gromadzą się coraz gęstsze chmury, a wszystko ma oczywiście związek z nieuniknionym powrotem Orochiego…

Jeśli już pierwszym odcinku było widać, że twórcy usilnie chcą (w sumie muszą…) wepchnąć wszystko w 12 odcinków, tak kolejny ostatecznie potwierdził moje obawy. Fabuła jest jak ryba. Zdaję sobie sprawę, że aby przyszykować smaczną rybkę należy ją oskrobać, wypatroszyć i najlepiej opiec, ale w tym przypadku powinna ona żyć i mieć się dobrze! Zwłaszcza, że nie chcemy jej zjeść, a patrzeć, jak sobie radzi w środowisku naturalnym. A ponieważ w dalszym ciągu nie potrafię spojrzeć na Donten ni Warau jako osoba nieznająca mangi, więc mój ból jest podwójny…

No dobra, tragicznie może nie jest, ale upychanie około 140 stron w 24 minuty jednak boli. Tym bardziej, że reżyser zupełnie nie potrafi poskładać wybranych do zekranizowania fragmentów i na ekranie powoli zaczyna robić się bałagan, a niektóre (oczywiście nie wszystkie) przeskoki między scenami są bardzo nieporadne, brak im płynności i widz zaczyna się zastanawiać, gdzie tu ciąg przyczynowo-skutkowy. Mój główny zarzut dotyczy głównie ostatnich minut, które mogą wydać się wyciągnięte znikąd, biorąc pod uwagę fakt, iż to, co wciśnięto do drugiej połowy pierwszego odcinka, miało miejsce dopiero po przedstawieniu pana Rekina (nie, to nie Rin Matsuoka ani żaden jego krewny) i byłych kolegów Tenki.

Wspominałam, że kreska pierwowzoru jest ładna, prawda? Zdaję sobie sprawę (nr 2), że w ruchu całość musi wyglądać trochę inaczej, ale w tym przypadku widać, że anime nie dysponuje dużym budżetem, gdyż bohaterowie w niektórych ujęciach są bardzo skrzywieni (i nie piszę tu o oddaleniach), animacja kuleje jeszcze bardziej i widać to przede wszystkim w jednym z pojedynków, gdzie dostajemy tylko bardzo „efektowne” błyski… Muzyka? Opening to średniej jakości j-rock, ale mimo wszystko znacznie bardziej pasujący do Śmiechu i po prostu lepszy niż ending (oczywiście, gusta są różne i moja niechęć wynika głównie z kompletnej niekompatybilności moich uszu z głosem wokalisty zespołu Galneryus, co oznacza, że jego fani powinni być zadowoleni). Reszta utworów jest nie tylko ledwo słyszalna, ale również wyjątkowo tandetna i nijaka, zupełnie jakby wyciągnięto ją z pierwszej lepszej niskobudżetowej gierki. Nawet visual novel, w którą ostatnio grałam miało lepszą ścieżkę dźwiękową…

Teoretycznie nadal można liczyć na ciekawą i wciągającą historię, ale niestety, mocno przeciętna oprawa i nieumiejętne rozplanowanie scenariusza bardzo skutecznie dobijają (bo jeszcze nie wykończyły ostatecznie) ducha oryginału. A szkoda. Macki entuzjazmu oklapły mi jeszcze bardziej, ale na pocieszenie dla widzów i siebie mam ilustrację końcową w wykonaniu mangaczki.

Dontenlast

Leave a comment for: "Donten ni Warau – odcinek 2"

Tag Cloud