Kono Oto Tomare! – odcinek 2

Nooo, sukces – wreszcie coś zaczyna się dziać w kwestii aktywności samego klubu. Fakt, że dopiero w końcówce tego odcinka, ale kto wie, może coś z tego będzie. Jednakże aby dotrzeć do tego momentu, trzeba przebrnąć przez kolejne kilkanaście minut nastoletnich dramatów. I o ile kłopoty Chiki z poprzedniego odcinka były dosyć rozdmuchane, ale mimo wszystko ugruntowane w rzeczywistości, tak już w tym odcinku wchodzimy na teren pt. „gra na koto is a serious bussiness”. Problemy bohaterów w tym odcinku są naprawdę wydumane… A że nie chcą oni lub nie potrafią ze sobą rozmawiać, to piętrzące się nieporozumienia gwarantowane. Hm, chociaż nie, to nadal jest głównie problem samego Chiki.

Bowiem do klubu postanawia dołączyć niejaka Satowa Houzuki – diabelnie utalentowana dziedziczka jednej z najbardziej prestiżowych szkół gry na koto. I oczywiście jej pozorny uśmiech to przykrywka dla jeszcze bardziej pozornej arogancji, pod którą z kolei kryje się zdolna, ale zagubiona geniuszka. Do tego wątku dojdziemy chyba dopiero w przyszłych odcinkach, bo na razie panienka rozstawia wszystkich po kątach, a rzeczeni wszyscy naturalnie się przejmują. A już największe wątpliwości ma Chika, który po krótkiej wymianie zdań z panną Houzuki zastanawia się, czy jako zamieszany w zniszczenie instrumentów (nawet jeśli nie celowo) godzien jest w ogóle przy nich zasiadać i próbować grać. Przez co wpada na wyjątkowo skomplikowany pomysł, jak tu sprawdzić swoje „kwalifikacje”. Polega to oczywiście na unikaniu reszty klubu (jak na razie w postaci dwóch osób), co skutecznie paraliżuje jego działalność. A nie, wróć. Chłopak nie jest aż taki głupi, bo jako jedyny pomyślał, że skoro zniszczenie klubowych instrumentów nie zostało spowodowane przez nikogo z nich, to można by chociaż poprosić szkołę, żeby może rozważyła ich naprawę czy coś… Tak czy siak, na tych podchodach i braku komunikacji skupia się większość odcinka. I żeby to jeszcze miało sens, to super, nie ma to jak dobra chemia między postaciami, bo wiadomo, że tego typu serie raczej nie fabułą, a obsadą stoją. Problem polega na tym, że cała obsada to co najwyżej poprawnie skonstruowane schematy. Tak poprawnie, iż zaczynam się zastanawiać, co na pierwszym planie robi nadal Takezou… Ja wiem, że nie od razu Rzym zbudowano, ale chłopak w dalszym ciągu daje sobą pomiatać wszystkim(!), nie przejawia jakiejkolwiek inicjatywy ani pomysłowości, a jedynie biadoli nad sobą i sytuacją klubu. I jak już poprzednio pisałam: pewnie się to stopniowo będzie zmieniać. Jednakże biorąc pod uwagę, z jakiego pułapu zaczynamy, to może się okazać, iż będzie to znacznie dłuższa droga niż czas trwania serialu przewiduje…

Tak narzekam i narzekam, ale w gruncie rzeczy chyba tylko dlatego, iż mnie osobiście takie rozwiązania fabularne bardzo, ale to bardzo rażą (chyba najbardziej to, że wszyscy, którzy są nieprzychylnie/obojętnie nastawieni do klubu koto to idioci albo buce, albo oba w jednym). Podejrzewam, że widzowie, którzy lubią schematy serii klubowych albo przynajmniej jeszcze im się one nie przejadły, nie będą aż tak bardzo marudzić, bo to wszystko jest po prostu bardzo, ale to bardzo podręcznikowe i w ogóle nie zaskakuje.

Z technicznego punktu widzenia zmienia się niewiele, bo animacja nadal ma czkawkę, a opening tak samo kaleczy uszy… ALE, w tym odcinku wreszcie mogliśmy usłyszeć chociaż przez chwilę ładną grę na koto. Mało, bo mało, ale zawsze coś…

Leave a comment for: "Kono Oto Tomare! – odcinek 2"

Tag Cloud