Chyba rozminęłam się z tą serią o lata świetlne. Opcjonalnie obejrzałam bardzo zwodniczy pierwszy odcinek… Cóż, zasiadając do seansu, byłam świadoma, iż twórcy bardzo, ale to bardzo będą chcieli pokazać widzom, że kochają samoloty. Ale coś mi mówi, że jeśli tak będą wyglądać kolejne epizody, to przed ekranem zostaną tylko fani lotnictwa, chyba że też się znudzą lub odstraszy ich cała reszta oprawy technicznej. Bo samoloty wyglądają w porządku, przynajmniej z perspektywy laika. Walki powietrzne też prezentują się nieźle z perspektywy laika. Tutaj zdecydowanie powinien wypowiedzieć się ktoś, kto ma o tym jakiekolwiek pojęcie, bo na razie wydaje się to być jedynym elementem serii, na którym ekipa produkcyjna zamierza się skupić.

Żeby nie było, naprawdę lubię oglądać efektowne powietrzne bitwy i pojedynki, ale muszą być spełnione dwa warunki, żeby mi się faktycznie podobały. Za sterami maszyn muszą zasiadać postaci, na których mi zależy i lepiej, żeby starcia nie trwały cały odcinek, bo szybko zaczynają nużyć. Zwłaszcza jeśli są zrobione w ten sposób.

Zaprezentowana walka z powietrznymi piratami trwa bowiem prawie cały odcinek i choć widzimy sporo spektakularnych manewrów, nie ma w tym ani napięcia, ani emocji. Raczej mało kogo będzie obchodziła śmierć nie tylko irytujących, ale przede wszystkim zupełnie obcych widzowi statystów. Podobnie mało kogo obchodzić będzie zwycięstwo może i zdolnych oraz opanowanych, ale również obcych widzowi pilotek. Cóż, nie czarujmy się, jeśli chodzi o przedstawienie postaci, to w tym odcinku dowiadujemy się… tyle, ile dowiedziałam się, oglądając zwiastun. Jeśli to wszystko, co mają sobą do zaprezentowania, wielka szkoda, a jeśli nie, to twórcy wykonują marną robotę. Co do świata przedstawionego – pomijając bardzo enigmatyczne słowa jednej z bohaterek pod koniec odcinka, nie dowiadujemy się niczego konkretnego. Nie, nie w każdym anime jest to wada, ale w takim przypadku serial powinien oferować kuszącą tajemnicę do rozwiązania wraz z rozwojem fabuły. A tutaj? Cóż, pustka.

Jak wspomniałam powyżej: przyłożono się do wyglądu samolotów, przynajmniej na pierwszy rzut oka. No, może tła mają jeszcze ładne kolory. Ale cała reszta? Oj, słabe to CGI, naprawdę słabe. Pewnie, że są gorsze, ale projekty postaci i sposób, w jaki są animowane, na pewno nie każdemu się spodoba. Swoją drogą, anime jest pod tym względem bardzo niekonsekwentne: główne bohaterki są w 3D, ale część innych postaci już nie. Czy nie bywa zwykle tak, że to tłum statystów jest wykonany w CG? Serio, dziwne to. Muzyka jest. Tyle byłam w stanie stwierdzić. Ale jak pisałam na samym początku: może po prostu seria jest zupełnie dla kogoś innego i wcale nie jest taka bezbarwna, jak mi się wydaje? Może miłośnicy lotnictwa zupełnie inaczej na to spojrzą? Jakieś odmienne opinie, ktoś coś?

Kei Niitoki, przewodnicząca szkolnego samorządu, oraz Shiro Tanaka, chłopak zaginionej Naoko Kimikishiro, postanawiają dowiedzieć się, co stało się z dziewczyną. Swoją pomoc oferuje im Masami Saotome, który potajemnie współpracuje z Mantykorą, potworem odpowiedzialnym za zniknięcia uczennic. Jego intryga doprowadza do ostatecznego pojedynku między Echoesem a jego złowieszczym klonem.

Trzeci odcinek zamyka wszystkie wątki rozpoczęte w dwóch poprzednich i jednocześnie stanowi zakończenie adaptacji pierwszego tomu light novel. Pierwsza połowa jest raczej nudna i buduje podwaliny pod całkiem satysfakcjonującą konkluzję wydarzeń, w której nie zabraknie kilku zaskakujących twistów. Ja osobiście najbardziej zaskoczony jestem tym, jak seria szybko pozbywa się bohaterów. Jesteśmy właściwie na samym początku, a dużej części postaci, które przynajmniej na początku wydawały się należeć do głównej obsady, dalej już chyba nie uświadczymy. Dziwny to zabieg, ale jasno podkreśla, żebyśmy nie przyzwyczajali się za bardzo do żadnego z bohaterów.

 

W zeszłym tygodniu pisałem o problemach, przed jakimi stała ekipa produkcyjna, a trzeci odcinek właściwie potwierdza, że nie mieli łatwego zadania i że dalej raczej nie należy spodziewać się fajerwerków. Jasne, w drugiej połowie jest naprawdę sporo fajnych ujęć, ale nawet scena pojedynku Echoesa z Mantykorą, animowana przez Daikiego Harashinę i Keiichiro Watanabego, która zdecydowanie jest najlepiej pokazaną sceną w całym odcinku, nie wygląda tak dobrze, jak mogłaby wyglądać, gdyby animatorzy mieli więcej czasu, by ją odpowiednio dopracować. Pochwalić za to po raz kolejny muszę muzykę, bo zdecydowanie jest ona najjaśniejszym punktem tej serii i fantastycznie buduje klimat. Kensuke Ushio odwalił kawał dobrej roboty.

Powtórzę to, co napisałem ostatnim razem, ponieważ trudno znaleźć mi lepsze podsumowanie – jest okej, ale chyba spodziewałem się czegoś więcej. Fabuła jak na razie strasznie skacze i choć nikt nie powinien mieć problemu ze zrozumieniem tego, co się dzieje, może być to momentami odrobinę dezorientujące. Dodatkowo wszystko jest, mam wrażenie, podawane w strasznym skrócie, bo cały ten wątek można by było na spokojnie pokazać w dwa razy większej liczbie odcinków i zapewne wyszłoby to historii na dobre. Mimo wszystko jest coś w tej serii, co przyciąga. Boogiepop wa Warawanai raczej nie będzie anime roku, ale jeśli dalej nic się jakoś strasznie nie zepsuje, to może zostać całkiem przyjemnym umilaczem czasu.

Nowy rok jest dla stworzeń zamieszkujących środowisko japońskiego show-biznesu czasem szczególnym, otwierającym nowe możliwości, ale też rodzącym niebezpieczeństwa. Rozpoczęcie nowego okresu rozliczeniowego wprowadza przemierzających korytarze biurowców menedżerów w stan pobudzenia oraz irytacji; gdzieniegdzie z górnych pięter dają się usłyszeć pomruki CEO wprawiające w popłoch rzesze pomniejszych mieszkańców tego ekosystemu. Jest to więc doskonały moment na powrót do stada biszów tęczowowłosych i towarzyszącej im protagonistki pospolitej.

Reportery podczas dojenia biszy.

Zaskoczyć może, że protagonistka zdaje się nie reagować w szczególny sposób na zagrożenia związane z tym okresem. Znajduje się w stanie skrajnej nerwowości i obawy, jest to jednak dla niej stan całkowicie typowy. Dla drobnego stworzenia znajdującego się na samym dole drabiny pokarmowej popłoch, wycofywanie się i unikanie odpowiedzialności są nieodłączną częścią strategii przetrwania. Jej jedyną gwarancją egzystencji jest stado biszy, na którym pasożytuje. Wydaje się ono w pełni ją akceptować, jednak stabilność jej sytuacji to jedynie pozory – egzemplarze tego gatunku są do siebie tak podobne, że bisze nie są w stanie ich odróżniać i z łatwością przenoszą swój afekt. Na razie jednak śledzony przez nas osobnik jest zdrowy i gotów walczyć o dalsze posiadanie stada.

Typowe zachowanie protagonistki, z zatroskaniem słuchającej o problemach, w stosunku do których nie zamierza podjąć żadnych działań.

Równie niespodziewane są zachowania biszy. Wiele spokrewnionych gatunków, takich jak mordobijca shounenowy czy nieudolnik isekajowy, wykorzystuje noworoczne otwarcie do zdobycia nowych nisz. Bisze przeciwnie – dokonują konsolidacji stada, wycofują się z niepewnych terytoriów i ograniczają do najbardziej schematycznych sesji zdjęciowych, koncertów oraz audycji radiowych. O ile w spokojniejszych okresach roku dzieliły się one na podgrupy, w tym występują niemal wyłącznie w otoczeniu reszty stada, niczym zebry gubiąc wzrok drapieżników w tęczy różnobarwnych włosów. W sposób znaczący ogranicza im to możliwość żerowania, które odbywa się w sposób szczególny – przez większość czasu bisze kolejno wydają serię okrzyków, mających zaznaczyć ich obecność. Jest to zachowanie niespotykane u innych człowiekowatych, które preferują mniej przewidywalne i bardziej rozbudowane metody interakcji, nazywane niekiedy „rozmowami”, czy też „wymianą myśli oraz przekonań”. U biszy w tym okresie zachowania te ustają całkowicie.

Jedną z zagadek natury jest sposób ustalania kolejności okrzyków. Hierarchia biszy jest dynamiczna, tak aby żaden nie zdołał się w zdecydowany sposób wyróżnić.

Finałem tej strategii jest dołączenie do stada czterech nowych osobników, nazywanych kodowo KiLLER KiNG. Osobniki te nie różnią się absolutnie niczym od starszej części stada, ich akceptacja przebiega więc natychmiastowo. Wraz z rozrostem stada do czternastu osobników staje się ono konglomeratem tłoczących się w jednym obszarze biszy, co jakiś czas wydających okrzyki. Czy wobec niemożności podjęcia jakichkolwiek zorganizowanych działań bisze czeka zagłada, czy też z pozoru regresyjna, lecz ewolucyjnie sprawdzona strategia „ilość, nie jakość” przyniesie skutki? Życie stada biszy właśnie wkracza w dramatyczny okres.

Superstado biszy.

 

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego ubawu, ale ten wilkołak w spódnicy… Ab ovo:

Dziewczyna pokonuje w lesie potworka wyglądem przypominającego napromieniowaną radem krzyżówkę mrówki z zającem (takie mam skojarzenia, co poradzić), po czym zmienia się w chłopaka. Jest on nowym członkiem grupki podróżników, co pozwala w dość łopatologiczny sposób wyjaśniać widzom założenia świata przedstawionego (a co zostanie, chłopak dopowie na końcu odcinka). Otóż najwyraźniej tworzą go „zony” (skojarzenia postapo, paradoksalnie, są całkiem na miejscu), w których rozgrywają się baśniowe historie, over and over again. Każdy człowiek rodzi się z Księgą losu, która wyznacza jego życie od początku do końca (i trzyma ją za pazuchą, żeby sprawdzać, co i jak, a wszelkie odstępstwa powodują co najmniej nerwowość). Co więcej, kiedy główni bohaterowie w danej zonie wypełnią swój los (żyli długo i szczęśliwie, miejmy nadzieję), pojawia się kolejna postać z taką samą księgą i odgrywa opowieść od nowa…

Zgroza, jak się zastanowić. Ale w tej bajce rolę głównego złego przypisano Opowiadaczowi Chaosu, czyli komuś, kto miesza ludziom w księgach, prawdopodobnie dla zabawy, a może po prostu zwariował od grozy tych założeń. Ewentualnie taką rolę przypisał mu Stwórca, czyli główny Storyteller, ale nie wchodźmy może w kwestie teologiczne, jak pochodzenie zła na świecie…

 

 

Pierwszy odcinek rozgrywa się w zonie Czerwonego Kapturka (kolejnego już), która od dzieciństwa świadoma swego losu, nie wytrzymała tego obciążenia psychicznego, plus przekonania, że Myśliwy w rzeczywistości interesuje się tylko jej Matką, przez co Opowiadacz Chaosu mógł łatwo dziewczynkę opętać i rozpętać festiwal zająco-mrówek w wiosce, z gościnnymi występami wilkołaków, jako że w tej bajce jest przecież Wielki Zły Wilk (a nawet dwa). Po rozeznaniu sytuacji (początkowo tylko do pewnego stopnia, a scena, kiedy prawda wychodzi na jaw, jest całkiem niezła pod względem klimaciku), zaginionej dziewczynki szukają nasi bohaterowie: „księżniczka” Reina, rodzeństwo Tao i Shane oraz nowy, Ex. Ich niezwykłość (prócz strojów, na które wszyscy zwracają uwagę) polega na tym, że mają puste Księgi losu oraz fikuśne magiczne zakładki do nich, pozwalające im przybrać postać, odpowiednio, Kopciuszka, Goliata (to nie była bajka, ale co tam), Robin Hooda i Alicji w Krainie Czarów (tudzież z). Mahoushoujowe transformacje (w tym transgenderowe) i wykrzykiwanie idiotycznych zaklęć w pakiecie. Poza tym u każdego stwierdzono póki co maksymalnie dwie cechy charakteru, niezbyt oryginalne, np. dobroduszność, wesołkowatość, choroba dwubiegunowa. Przyoblekłszy się w moce, pokonują Łajdaków, a potem Reina natchnioną motylą inkantacją oczyszcza świat, pardon, zonę, ze zła, przywracając wszystkim Księgom właściwą zawartość i jednocześnie wymazując ze wspomnień ich właścicieli złe wydarzenia wraz z obecnością ichniej czwórki. Wszystko dobrze się kończy, a ja czemuś jestem tym dziwnie zirytowana.

 

 

Graficznie wygląda to całkiem ładnie, pomijając może komputerowy pożar domu Babci: tła są staranne, choć lepiej wypada las niż wioska, kolorystyka przyjemna, a projekty postaci do bólu zębów słodkie i dziecinne/śliczne, do drugiego planu włącznie, ale już trzecioplanowi wyraźnie traktowani są po macoszemu (taki los). Przy tym ruszają się przyzwoicie (transformacje to klasyka, tak samo jak magicznie, znaczy komputerowo wspomagane walki) i nie deformują jakoś straszliwie. Komputery produkują też najwyraźniej Łajdaków, czyli mrówko-zające, a Czerwony Kapturek częściowo zmutowany w wilka to coś, co jeszcze długo będę z fascynacją oglądać na zrzutkach. Pojawia się kilka nie najgorszych podkładów muzycznych. Coś jest jednak z tą bajką nie tak, ale jeszcze nie wiem co. Pewnie trzeba będzie oglądać dalej, żeby się przekonać…

Bohaterka, słodziutka jak cukierek, ale z odwagą przepełniającą serce, wraz z trzema towarzyszkami stawia czoło Władcy Demonów i pokonuje go siłą przyjaźni oraz pradawnym zaklęciem. Happy end i napisy końcowe… Zaraz, tak szybko?

 

Początkowo może się wydawać, że to tylko piękny sen Yulii, nazywanej także Yuusha – Bohaterką, która z oporami budzi się, by udać się… Do szkoły dla przyszłych poszukiwaczy przygód! Oczywiście w towarzystwie trzech przyjaciółek: kapłanki Seiry, wojowniczki Fai i czarodziejki Mei. W szkole natomiast dzień zaczyna się od odejścia na emeryturę dotychczasowego nauczyciela i przybycia jego zastępstwa: uroczej i słodkiej dziuni, która budzi zachwyt całej klasy. I nawet nietoperzowe skrzydełka oraz zakręcone różki nie budzą niczyich wątpliwości… Nowa pani profesor zapowiada zajęcia praktyczne w pobliskich ruinach.

 

Tu właśnie okazuje się, że ma ona także PLAN, a scena z początku odcinka tak naprawdę rozegrała się w przyszłości. Zaklęcie rzucone przez dzielną drużynę pogromczyń zła przeniosło Władcę Demonów w przeszłość (i nieco zmieniło mu wygląd); co za tym idzie, zamierza on skorzystać z okazji i dopilnować, by Bohaterka nie została Bohaterką! Czyli pogrzebać żywcem… Nie no, nie przesadzajmy. Wystarczy, jeśli uda się ją jakoś wyrzucić ze szkoły i po kłopocie! Ale jak to z planami Złych bywa, zdarza im się nie wypalić i tak oto Bohaterka kończy odcinek z nowiutkim różowym mieczykiem.

 

Nie powiem, to było lepsze niż się spodziewałam. To znaczy – było różowe, słodkie i pozbawione głębszych treści, ale przynajmniej nie obrażało inteligencji widza w taki sposób, jak Bermuda Triangle. Powiedziałabym, że ten odcinek położył przyzwoite podwaliny pod komedyjkę fantasy skrzyżowaną z serią o słodkich dziewczętach robiących słodkie rzeczy. Nie należy się tu spodziewać ostrej satyry na gatunek – dziewczęta i ich słodycz pozostaną na pewno na pierwszym planie – ale jeśli nie zabraknie pomysłów na kolejne niecne plany Władcy Demonów (in spe), rzecz może się okazać zaskakująco oglądalna.

 

Niepokoi na razie poziom wizualny. Wprawdzie w czołówce (na końcu odcinka) przewija się trochę ładnych widoczków, ale sam odcinek to była bida z nędzą do tego stopnia, że nie bardzo miałam co łapać na poglądowe zrzutki. Właściwie wszystko, co dobrze wyglądało (i wymagałoby jakiejś animacji), było opękane nieruchomymi kadrami, zaś tło za bohaterkami częściej niż by wypadało zmieniało się na kolorowe efekty graficzne. Inna rzecz, że w przypadku takiej serii nie jest to wada kardynalna, ot – mogłoby być lepiej.

Choroba, znów trzeba będzie się uczyć rozpoznawać bohaterów przez zapisywanie na karteczce koloru oczu i włosów, bo bohaterka jest tym razem jedna. A panów siedmiu – co doskonale widać w swingującym openingu, gdzie są prezentowani ze wszystkich stron. Więc cóż my tu mamy?

Pierwsza scena – na tle ogromnego różowego księżyca bohaterka żegna się z jednym z panów… Cięcie. Bohaterka zapatrzona w komórkę ciągnie się za podekscytowanymi koleżankami, które paplają o nowej kafejce i rozważa, że dawniej, w dzieciństwie, też była taka radosna. Ale wyszło na jaw, że rozmawia z wyimaginowanymi przyjaciółmi, i, jak to zwykle bywa, skończyła jako Dziewczyna, Która Rozmawia z Duchami – czyli dziwadło. Dlatego teraz nosi słuchawki i nawet kiedy ktoś ją zaprasza, dla świętego spokoju odmawia. Jak się okazuje jednak, głosy nadal słyszy.

W trakcie drogi do domu trafia na festyn z okazji Strawberry Moon – czyli pełni w czerwcu – i magiczny pokaz, w trakcie którego zostaje wybrana z tłumu do wejścia do magicznego pudła, które „znika” wszystko, co się w nim znajdzie. A bohaterka, jakby nie było, wolałaby zniknąć także. Budzi się w nieznanym miejscu, bez zasięgu i prawie przejeżdża ją powóz, z którego wypada zaniepokojony Czerwonowłosy (1), który dokładnie sprawdza, czy sobie nic nie zrobiła…. a następnie dokładnie ogląda „funkcjonalny strój”, jaki nosi. Znaczy mundurek. Doprowadzając do lekkiej irytacji drugiego osobnika, który z nim jechał powozem. Oczywiście, jak na dżentelmena przystało, proponuje, że ją zabierze ze sobą, i jak skończą to, co mają do roboty, odwiezie do domu. Problem jednak jest taki, że bohaterka (jak już widz się domyśla) trafiła do innego świata. Uwaga, wszystko z romantyczną muzyka w tle, żebyś sobie widzu nie pomyślał, że to spotkanie takie przypadkowe!

 

W trakcie jazdy powozem dowiadujemy się, że przystojniak ma na imię Rintarou Mori i jest chirurgiem wojskowym, jego towarzysz to Shunsou Hishida (2), student sztuki, a bohaterka przypomina sobie, że nazywa się Mei Ayazuki (a tak przynajmniej twierdzi Głos).  Miejscem docelowym natomiast jest wielki pałac, w którym właśnie odbywa się bal z okazji wizyty w Japonii Mikołaja II, zaś Mori zaciąga tam bohaterkę, zdecydowanie w stroju niekwalifikującym się na taką okazję. No gratulacje dla szanownego chirurga. I jeszcze każe się jej dobrze bawić!

 

Mei, wiedzionej zapachem ukochanej smażonej wołowiny, prawie udaje się wywołać incydent dyplomatyczny, gdy niejaki germofob i artysta, Kyouka Izumi (3) rzuca tymże talerzem ponad tłumem – na szczęście łapie go niejaki Otojirou Kawakami (4), który natychmiast zarywa do bohaterki, wywołując zazdrość reszty pań. Bohaterka zauważa też futrzaka, znaczy się królika, na ramieniu Kyouki, czym wywołuje komentarz, że chyba widzi duchy. Co z kolei budzi zainteresowanie pana nr 5, czyli Lafcadio Hearna…. Tak, tego, co książki pisał o Japonii, a szczególnie interesował się folklorem. Może ktoś już widzi wzór? (Przy okazji, Kawakami jest aktorem).

 

Mei dostrzega na przyjęciu także magika, który ją tak niecnie wpakował do pudła, i żąda od niego wyjaśnień. Jak się okazuje, udało mu się ją przenieść w czasie do Tokio w erze Meiji. Po czym magik znika, za to pojawia się mały duch-lis, który robi zamieszanie. Pojawia się także obiekt nr 6, to znaczy pan kolejny, który zamierza zabić ducho-lisa. Bohaterka interweniuje i zostaje nazwana Tamayori przez inspektora policji do spraw nadnaturalnych (arghh!), który wygląda bardzo ponuro, poważnie, podejrzliwie i powiewająco, i w ogóle chciałby ją przesłuchać… Niestety dla niego interweniuje Mori i zgarnia dziewczynę, przedstawiając ją jako swoją narzeczoną. Swingująca muzyczka, koniec odcinka, napisy końcowe i autorka tegoż opisu zastanawiająca się, co by powiedzieli ci historycznie istniejący panowie, gdyby wiedzieli, że są pierwowzorami bohaterów gry i anime otome i wyglądają jak europejskie biszouneny.

Kwestia fabuły, jak widać, już omówiona została powyżej, pod względem technicznym natomiast kreska jest jeszcze ładna, bohaterowie jeszcze przystojni, bohaterka dosyć znośna, lisek uroczy, tła i postacie drugoplanowe są – czyli wszystkie założenia „pakujemy więcej kasy w pierwszy odcinek, może się ktoś zanęci” spełnione. A jak ktoś spojrzy na listę seiyuu, to też się zainteresuje. Muzyczka, o dziwo, jest dosyć pasująca  do sytuacji, nawet nie wiem, czy nie specjalnie stereotypowa, a swingującego tematu dawno nie słyszałam.

A poza tym, no serio, czego się spodziewamy po ekranizacji otome?

Zużyta prezerwatywa w koszu na śmieci, naga dziewczyna podnosząca się z łóżka – Domestic na Kanojo wita widzów niedwuznaczną sceną z udziałem bohaterów.

 

Chwilę później dowiadujemy się, jak do tego doszło. Natsuo Fuji, zwykły nastolatek i uczeń szkoły średniej, uprawiał seks z nieznajomą dziewczyną, którą poznał na grupowej randce. Razem wymknęli się z towarzystwa i spotkania, które żadnemu z nich nie odpowiadało. Rui Tachibana poprosiła o przysługę… Chciała przeżyć z nim ten pierwszy raz, gdyż nie rozumie rozmów i doświadczeń osób ze swojego towarzystwa. Natsuo wydał się jej niedoświadczony, a taki partner według niej nie wykorzysta równie niedoświadczonej dziewicy.

Natsuo podkochuje się w młodej nauczycielce ze swojej szkoły, którą wszyscy uczniowie nazywają zdrobniale Hina-chan. Ona zdaje się zauważać jego uczucia, ale świadomie trzyma chłopaka na odległość. Po szkole chodzą plotki, że ma partnera. Jednakże scena z zapłakaną Hiną sugeruje, że musieli się rozstać.

 

Gdy Natsuo wraca do domu, jego ojciec oświadcza, iż zamierza się ponownie ożenić. Przy tej okazji widzowie dowiadują się, że jego żona, a matka Natsuo, zmarła dziesięć lat temu. Chłopak nie ma nic przeciwko, jednak przeżywa chwilę zaskoczenia, gdy odwiedza ich kandydatka na żonę wraz z córkami. Córkami, których widok wywołuje opad szczęki głównego bohatera. Hina i Rui to siostry, które od teraz będą także przyszywanymi siostrami Natsuo…

Zawiązanie fabuły polegające na tym, że niespokrewnione osoby stają się nagle przybranym rodzeństwem, nie jest szczególnie oryginalny. Serii o przyszywanych (lub nie) siostrach kochających się w braciszku także nie brakuje. Na plus należy na pewno zaliczyć fakt, że sytuacja rodzinna jest tutaj jasna od pierwszych chwil – żadnego kazirodztwa nie będzie. Same postaci również nie są denerwujące, nawet nieco nijaki Natsuo próbuje zebrać się na odwagę, by wyznać swoje uczucia. W miarę realistycznie zaprezentowano szkolne życie i tworzenie się grup społecznych, konieczność dostosowania się do nich przez mniej towarzyskie jednostki, stawiane w sytuacjach, które im kompletnie nie odpowiadają. Zarówno Rui, jak i Natsuo nie są też nadmiernie niewinni, potrafią ułożyć sobie wzajemne relacje nawet w niewygodnych i krępujących okolicznościach.

Niestety, seria nie jest pozbawiona licznych wad. Niespodzianki związanej z Rui i Hiny domyśliłem się już w momencie, gdy bohater zobaczył w tej pierwszej swoją ukochaną. Gdy wypłynął temat ponownego małżeństwa ojca, wszystko było już oczywiste. Niezbyt wiarygodnie wyszła też scena z Hiną wychodzącą niemal nago z kąpieli, w nowym domu, do którego się dopiero co wprowadziła. Widać było, że chodzi tylko o fanserwis, ponieważ trudno uwierzyć, że dziewczyna zrobiła to rzeczywiście z przyzwyczajenia. W dodatku Rui, która przyłapuje Natsuo próbującego pocałować jej siostrę, od razu zdradza, że sama się w nim podkochuje, a jej obojętna postawa to wyłącznie gra.

Oprawie graficznej nie mogę niczego zarzucić. Postaci są zróżnicowane, sylwetki anatomiczne, a przedstawicielki płci pięknej atrakcyjne. Nie ma tu deformacji przy przechodzeniu na drugi plan, a odpowiednie światło dobrze kreowało nastrój poszczególnych scen. Fanserwis również wypada dobrze, głównie dzięki nieprzerysowanym, naturalnym sylwetkom pań.

Trudno na razie jednoznacznie wydać werdykt na temat Domestic na Kanojo. Seria ma swoje zalety, które mogą sprawić, iż będzie to przyzwoity przedstawiciel romansu opartego na trójkącie romantycznym. Pokazanie seksualności na razie wypada dobrze, stanowi realistyczny element życia nastoletnich postaci, a nie główną atrakcję. Pozostaje nam jedynie czekać na kolejny odcinek, który na pewno wyjaśni wiele kwestii.

To będzie jednak ciężka przeprawa… Pomijając już fakt, że całość jest zabójczo słodka i jednocześnie kompletnie bezbarwna i nudna, to tak jawny i brutalny gwałt na prawach fizyki boli. Bardzo boli. Znaczy, ja wiem, że w sumie nie powinnam się czepiać, bo to świat syrenek i podwodnych miast, ale… Łomatulu, jakim cudem syreny są w stanie pić herbatę i normalnie jeść ciastka POD wodą? Wszyscy mieszkańcy miasteczka unoszą się w wodzie, ale cała reszta przedmiotów już nie? Wszystko stoi na swoim miejscu, a domki z dala od miasteczka posiadają coś, co nazywają wiatrakami. Tak, wiatrakami… Trochę za dużo rzeczy już na samym wstępie trzeba brać na słowo honoru, serio. Umowność umownością, ale no bez przesady. Świat przedstawiony dosłownie leży (nie, nie unosi się) i już nawet nie kwiczy.

Cała reszta jakoś tak umknęła mi w tle. Czyli fabuła, bohaterki i oprawa techniczna, zdawałoby się rzeczy najważniejsze. Nie żeby ich jakość była czymś, o czym warto się jakoś rozpisywać. Okruchy życia ze słodkimi dziewczynkami nie muszą być nudne i doprowadzać do próchnicy, wystarczy odrobina inwencji twórczej. Serio, jedynie odrobina. Ale odgrzewanie starego, zapyziałego kotleta jest przecież znacznie łatwiejsze.

Na pierwszy odcinek składa się bowiem kilka zupełnie losowych zdarzeń, które łączy motyw pocztowy – bo skuszone obietnicą ciastek oraz prezentów syrenki dają się zrobić w konia (morskiego?) i stają się dziewczynkami na posyłki leniwej sąsiadki i nieogarniętego listonosza. W jednej z paczek znajdują śpiącą dziewoją, która okazuje się krewną rzeczonej sąsiadki i nową mieszkanką rodzinnego miasteczka syrenek. A same bohaterki? Cóż, gdzie to już te charaktery widzieliśmy? Za dużo by wyliczać… Serio, takie typowe „kopiuj-wklej” bez jakiegokolwiek urozmaicenia.

Z technicznego punktu widzenia serial przedstawia się równie sztampowo, z piszczeniem w piosenkach włącznie. Kreska jest bardzo, ale to bardzo pospolita, a animacja niezwykle oszczędna. Jedyne, co ładnie wygląda to miasteczko z oddali, jako kolorowa plama – ładna paleta barw na tle skał i morza. I w sumie tyle.

Flota ewakuacyjna Szanghaju zostaje zaatakowana przez tajemnicze obiekty latające zwane Xi. Okręty obronne ani lotnictwo tradycyjne nie mogą sobie z przeciwnikiem w żaden sposób poradzić. Kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna, na ratunek przylatuje czerwony Sab JAS 39 Gripen, który podejmuje skuteczną walkę z przeciwnikiem.

 

Po zakończonej walce myśliwiec ląduje na wodzie i zaczyna tonąć. Na ratunek rzuca się jeden z pasażerów łodzi ratunkowej. Po dopłynięciu do myśliwca zauważa znak japońskiego lotnictwa wojskowego, a w kokpicie pilota odkrywa piękną nastolatkę. Nastolatkę, która nieoczekiwanie postanawia go pocałować.

Kei Narutani, bo tak ów bohater się nazywa, ewakuował się z Szanghaju do rodziny w Japonii. Razem z nim przybyła jego koleżanka z dzieciństwa, Minghua. Kei planuje zapisać się do JASDF, by zostać pilotem tajemniczego myśliwca i ruszyć do walki z Xi. Jego przyjaciółce ten pomysł się jednak nie podoba, co staje się przyczyną kłótni.

 

Podczas robienia zakupów Kei zauważa czerwony samolot transportowany na lawecie. Bez dłuższego zamysłu rusza za nim rowerem i w ten sposób trafia do bazy JASDF, która znajduje się w pobliżu. Chwilę później chłopaka odnajduje Minghua, po czym obydwoje zostają uprowadzeni przez facetów w czerni. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – w trakcie przesłuchania Kei zostaje uratowany przez czerwony myśliwiec, a całe zajście okazuje się prowokacją mającą zmotywować pilota maszyny.

Czerwony Gripen to specjalnie zmodyfikowana maszyna do walki z Xi, zwana „córką”. Jej pilotem jest automatyczny mechanizm walki – ANIMA, który ma postać ślicznej nastolatki. Z niewyjaśnionych przyczyn ów interfejs upodobał sobie Keia, którego zadaniem będzie teraz ustabilizowanie zachowań pilotki. Przecież byłoby nudno, gdyby bohater dostał bardziej zwyczajną rolę, co nie?

Muszę przyznać, że nieźle zrywałem boki podczas seansu. Fabuła prowadzona jest w niezwykle poważnym tonie, do którego kompletnie nie pasują zachowania postaci, przebieg walk czy kompletny brak informacji na temat  świata przedstawionego. Do kwestii fizyki lotu też zastosowano raczej swobodne podejście, jeśli można to tak określić – fani myśliwców i lotnictwa zachwyceni nie będą. Sam sztab wojskowy i wpuszczenie cywila do super tajnego projektu są również śmiechu warte. Niezłą komedią jest też wystawianie do walki z nadzwyczajnym przeciwnikiem leciwego Miga-21.

Oprawa wizualna jest dobra, chociaż nie zachwyca. Jest jednak kilka elementów które wypada pochwalić. Naprawdę dobrze odwzorowano myśliwce – Gripena oraz Miga-21. Animacja walk powietrznych zrobiona jest poprawnie, chociaż mocno psują ją nierealistyczne powietrzne manewry Xi, Gripena oraz rakiet. Nieco gorzej prezentują się sylwetki postaci, które już w pierwszych scenach potrafiły się deformować. Tła nikogo w osłupienie nie wprawią, chociaż nie były też nadmiernie uproszczone i biedne.

Girly Air Force po pierwszym odcinku nie wzbudziło mojej euforii czy ciekawości. Sam koncept myśliwców nie jest zły, ale założenia fabularne nie do końca mnie przekonują. Mam jednak cichą nadzieję, że tak jak w Kantai Collection czy Girls und Panzer dostaniemy przynajmniej smaczki historyczne dotyczące maszyn. Już po pierwszym odcinku wiem, że główny bohater do wybitnych i ciekawych postaci nie należy. Jest naiwny, nie zauważa własnego otoczenia, nie ma jakiejkolwiek wiedzy dotyczącej wojskowości, a głoszone przez niego morały denerwują nie mniej niż przemowy Shiro z pierwszej odsłony Fate/Stay Night. Co gorsza, zapowiedź kolejnego odcinka nie napawa optymizmem – zapowiada się odcinek o CGDCT i przeciętnej maści romansidło.

Ej, może wcale nie będzie tak źle?

A ja myślałam, że wszystko tu będzie słodkie, łatwe i przyjemne. Znaczy, zastosowane w tym odcinku rozwiązanie nie było jakoś szczególnie oryginalne, ale przyznam, że pozytywnie mnie zaskoczyło, bo już się bałam… Nie, żebym miała nadzieje, iż seria przez to nagle stanie się dobra, ale nie powiem: miło, że wojna jednak powoduje jakieś straty. Inna rzecz, że dzieciak sam sobie taki los zafundował.

Lwią część odcinka zajmują bardzo chaotyczne i niedopracowane starcia na pograniczu, które jeszcze dobitniej pokazują, że twórcy nie mają pojęcia nie tylko o polityce, ale i o strategii wojennej. Nie żebym ja miała jakieś, ale tutaj jakakolwiek logika leci na łeb, na szyję. Ustawki robotów na tak zaawansowanej technologicznie planecie?? Znaczy, ok, to są mchy i porosty wszelakie, ale no bez przesady. W przerwach między kolejnymi wybuchami Yuuki i Joshua rozprawiają o słonecznikach, księżniczka gra w szachy i z bananem na twarzy uspokaja swoją niańkę, że ona wie, że jest istotna różnica między wojną a symulacją bitewną. Zaś jej niedoszły ochroniarz wzniośle oznajmia, że wieści z frontu nie powinny docierać do księżniczki (która teoretycznie ma jakąś tam faktyczną władzę w państwie już na tym etapie życia. W jakim zakresie? Tego nie ustalono), bo ona taka niewinna i słodka i powinna zawsze się tylko uśmiechać. Inaczej przestanie być symbolem pokoju i dobrobytu. Nie, żeby chłopak miał pojęcie, że zbiory w tym roku były marne i części królestwa grozi głód…

Tak czy siak wojna dosięga również Jej Wysokość, ponieważ po nieudanym i równie chaotycznym co na początku odcinka starciu z wrogiem Joshua ostatecznie odchodzi w spokoju, z uśmiechem na ustach i maskotką, którą miał dać księżniczce, w łapkach. Yay, jakiś szczątkowy realizm przynajmniej tutaj, Hm, tak sobie myślę, że nikt nie powinien się w zeszłym odcinku zgodzić na kaprys dzieciaka i puszczać go na front. Bo chyba w ten sposób przestała istnieć rodzina Ingramów, ponoć bohaterów narodowych. Chyba że ktoś bardzo chciał się ich pozbyć…

Wreszcie poznajemy też drugą połowę głównego duetu serii – przedstawienie Stelli Shining (lol?) chyba zajmie znaczną część kolejnego odcinka, chociaż jak po pierwszym czekałam na to, tak teraz chcę jeszcze trochę pooglądać, jak twórcy znęcają się na księżniczką.

Podsumowując? Nadal nie wygląda to zbyt dobrze, ale jeśli posunięcie z drugiego odcinka nie było tylko wypadkiem przy pracy i tu i ówdzie twórcy jednak będą wrzucać okruszki realizmu, to może będzie to nawet znośny seans. Cóż, czas pokaże.

Duet w komplecie – Błyskotka wkracza do akcji!

Tag Cloud