Zbliża się Dzień Sportu. Koyuki ma pretensje do nauczyciela, że ten nie potrafi przywołać do porządku Hanadoriego, który cały czas sprawia mu kłopoty. Ten jednak odbija piłeczkę, stwierdzając, że przynajmniej Hanadori wie, czego chce w życiu, w przeciwieństwie do Seriego, który nawet nie zaczął się zastanawiać, co chce robić w przyszłości.

Następnie poznajemy nowego bohatera – Kosiarza Heliusa, w tym życiu Hibikiego Kimiyę, który twierdzi, że zna Miguela z poprzedniego życia. Niestety, ma też kosę, którą wysyła Koyukiego i Hanadoriego wprost do gabinetu pielęgniarki. Tam, po wyjaśnieniu skomplikowanej historii przeszłego wcielenia, okazuje się, że Hanadori natrafiwszy na kogoś, kto jest nawet bardziej chuuni niż on, odmawia współpracy. Dopiero po łzawej opowieści o tym, jakiego Hibiki ma parszywego pecha w życiu i jak tego pecha przynosi innym, zmienia zdanie.

W końcu nadchodzi wyczekiwany przez Koyukiego Dzień Sportu, w którym będzie mógł się zemścić na Hanadorim za wszelkie krzywdy przeszłe, przyszłe i teraźniejsze. Na razie jednak Hanadori jest najpierw zajęty kibicowanie drużynie, a potem przerażającą próbą tańca z dziewczyną, co nie kończy się zbyt dobrze. Dość powiedzieć, że podsumowanie Tsukimiyi, który wymawia Koyukiemu, że ten się cały czas martwi i ocenia innych, ale nie chce ich zostawić w spokoju, trafia celnie w punkt.

Pod względem graficznym zmieniło się o tyle, że sporą część odcinka postacie spędzały w roli SD-czków, tym razem w o wiele bardziej sprzyjających sytuacjach. Większą rolę mieli też nauczyciel i koledzy z klasy bohaterów, którzy przestali być tak anonimowym tłumem i miejscami zyskali jakiś głos.

Z niejakim zdziwieniem stwierdzam, że trzeci odcinek okazał się o wiele łatwiejszy do strawienia niż poprzednie dwa razem wzięte. Być może jest to zasługa kilku celnych uwag wygłoszonych przez postacie, a odnoszących się do przyjmowania pewnych ról społecznych czy podporządkowywania się ich standardom. Być może jest to spowodowane wprowadzeniem kolejnej postaci, w przypadku której dostajemy wyjaśnienie, dlaczego się zachowuje tak, a nie inaczej. Być może dlatego, że w tym odcinku większą rolę odgrywa nauczyciel, który musi z nimi wytrzymywać. A może chodzi o to, że ograniczono użalanie się bohatera nad własnym losem i generalnie jego chamstwo. Jeśli seria pójdzie w tę stronę, to być może będzie się nadawała do oglądania. Jeśli jednak bohaterowie wrócą do starych nawyków, to cienko to widzę.

Ibuki wraca do drużyny, ale jego koledzy nie są tym przesadnie zachwyceni, co akurat nie powinno dziwić. Wielu z nich zadaje sobie pytanie, czy warto dawać mu drugą szansę po takim numerze, dlatego Natsusa proponuje pewne rozwiązanie – zbliża się mecz między pierwszym i drugim składem, więc jeżeli Ibuki okaże się przydatny podczas niego, będzie mógł zostać, a jeżeli da ciała, zostanie klubowym „niewolnikiem”. Nikt specjalnie nie protestuje, więc na drugi dzień „kolega marnotrawny” pojawia się na boisku, ku radości młodszych kolegów, wciąż uważających go za wzór. Rozpoczyna się najbardziej przewidywalny, pozbawiony emocji i dynamiki mecz, jaki widziałam…

Wynik dla nikogo nie będzie zaskoczeniem – drugi skład przegrywa, ale Ibuki pokazuje się z dobrej strony, a po uzyskaniu zgody uczniów trzeciego roku zostaje w drużynie. Jedyną dobrą rzeczą związaną z trzecim odcinkiem, jest fakt, że po napisaniu tej zajawki mogę rzucić Number 24 w trzy diabły. Twórcy rozdmuchują problemy dorosłych facetów, portretowanych niczym stadko nierozgarniętych, emocjonalnie niestabilnych gimnazjalistek, po czym próbują wcisnąć widzowi kit, że to szalenie interesujące. Stado biszy, których nie sposób rozpoznać po imionach, niebezpiecznie się rozrasta, a co jeden, to bardziej pretensjonalny. Te chodzące męskie słodkości zachwycone swoimi senpaiami z boiska, udawani studenci z wymiany mówiący po japońsku z fatalnym angielskim akcentem oraz najlepszy przyjaciel Natsusy o ekspresji słupa telefonicznego… Zgroza, powiadam Wam.

Gwoździem do trumny okazuje się animacja, bo na co komu tłum przystojniaków, który się praktycznie nie rusza? Sport w tym anime to parodia – cała para idzie w pokazanie lecącej piłki, podczas gdy postacie pozostają nieruchome. Zresztą twórców bardziej interesuje reakcja po udanym zagraniu niż samo zagranie i rugby w ogóle.

Serii brakuje jakiegoś motywu przewodniego, właściwie nie wiadomo, po co bohaterowie udają, że uprawiają sport. Z drugiej strony całość jest tak okrutnie pusta i plastikowa, że w żadnym wypadku nie można tu mówić o anime obyczajowym ze sportem w tle. Dialogi są sztuczne i wyjątkowo płytkie, a między postaciami nie ma żadnej więzi. Ot, pokaz takich sobie slajdów. Radzę omijać szerokim łukiem.

Kolejny odcinek, kolejny wieczór zmagań ze zgrają uroczych kocic. Nowa słodka przybłęda co chwila gdzieś znika: a to zmienia miejsce snu na toaletę, a to ląduje pod stołem z jedzeniem. Czy wspominałem, że Azuki wymyśliła dla niej imię? Przywitajcie się z Sugar Cane!

Widać też, że mała nie bardzo może przywyknąć do życia w domu Shigure i najwyraźniej tęskni za Chocolą, która znalazła ją na ulicy. W pewnym momencie postanawia więc wyruszyć do cukierni, czym przyprawia wszystkich o ból głowy.

Chocola przez cały dzień zastanawia się bezustannie, jak też znalezione kociątko radzi sobie w nowym środowisku. Jest zatopiona w myślach w stopniu, który przeszkadza jej w normalnym funkcjonowaniu, nic więc dziwnego, że informacja o zaginięciu kotki wprawia ją w autentyczną panikę.

Wszyscy wyruszają rzecz jasna na poszukiwania, ale zgubę odnajduje Chocola – w miejscu, w którym spotkały się po raz pierwszy. Teraz pozostaje tylko uprosić właściciela, aby zgodził się przyjąć Sugar Cane pod dach cukierni.

Wyjątkowo zły to był odcinek. Pomijając oczywisty fakt, że wiało nudą, sceny, w których postacie miały okazywać swoje emocje, wypadły bardzo sztucznie. Nie potrafiły nawet na moment przekonać mnie, że na ekranie rzeczywiście dzieje się coś wzruszającego. Do tego wszystkiego dorzucono jeszcze zbędny fanserwis, który tylko pogarsza niespójny charakter serii.  Na szczęście mogę już się pożegnać z oglądaniem tego tytułu, co i Wam, drodzy czytelnicy, polecam.

22/7 – odcinek 3

Kolejna dyrektywa Ściany jest odrobinę bardziej racjonalna: wyznacza datę debiutanckiego koncertu dziewcząt za około miesiąc. One biorą się za próby, natomiast menedżer z pomocnikami – za organizowanie sali; jak się bowiem okazuje, Ścianę stać na gigantyczny kompleks szkoleniowy dla kilkorga dziewcząt, nie stać za to na wybudowanie własnej auli. Ostatecznie zostaje znaleziona salka z widownią na 200 osób, z oprzyrządowaniem, którego stan budzi pewne zastrzeżenia. Tymczasem Miu ćwiczy dzielnie, chociaż rola liderki ją mocno przytłacza. Zaczyna jednak koncert z myślą, że nie może zawieść koleżanek, i idzie jej nawet nieźle do momentu, gdy na widowni dostrzega własną matkę, która otrzymała w końcu poprzedniego odcinka tajemniczy liścik. To oczywiście wywołuje całkowity paraliż Miu w części poświęconej na konferansjerkę, gdy dziewczęta mają się przedstawić publiczności. Podobny paraliż towarzyszy jej na początku drugiej piosenki, wtedy jednak system dźwiękowy zawodzi i grupa traci podkład muzyczny. Po chwili konfuzji Miu doznaje olśnienia, siada do pozostawionego w kulisach fortepianu i kontynuuje melodię, umożliwiając koleżankom dokończenie numeru wokalno-tanecznego. Oczywiście jej występ, pokazany na telebimie, zachwyca też publisię, więc wszyscy są szczęśliwi, a ja najbardziej, bo trzeci odcinek właśnie się skończył i mogę przerwać oglądanie tego szajsu.

W zajawce pierwszego odcinka uznałam 22-7 za próbę pokazania idolek w nieco bardziej dramatycznym świetle. Wydaje mi się, że muszę to odwołać (chociaż licho wie, jakie dramaty się tam jeszcze kryją) – seria jest dokładnie taką samą serią idolkową jak wszystkie. Różnica polega tylko na tym, że zwykle główna bohaterka ma ujmować widzów radością życia i pragnieniem dawania ludziom szczęścia, natomiast Miu jak na razie bierze po prostu odbiorców na litość. Popatrzcie, jaka jest biedna, słodka i niepewna siebie! Tylko pogłaskać po główce i wspierać, kupując koszulki, kubeczki, wachlarzyki i co tam jeszcze popadnie! Pozostałe dziewczyny dostały sztampowo zaprojektowane osobowości, których nawet nie bardzo mają kiedy zaprezentować, bo scenariusz nie zostawia im na razie na to czasu – niech czekają na swoje pięć minut (dosłownie, zapewne).

Do pustych pomieszczeń i nieruchomych ujęć doszło teraz markowanie animacji podczas koncertu. Polega to na zamianie dziewcząt w trójwymiarowe kukiełki, na tyle toporne, że wyraźnie ktoś to zauważył i polecił, by podczas tańca pokazywać je głównie od tyłu. Reszta opękana jest pokazywaniem dziewczyn na takich zbliżeniach, żeby było widać tylko ich kawałki – jak sądzę, ma to dodawać ujęciom dynamiki, a jednocześnie pozostawiać większość animacji poza kadrem. Efekt jest sztywny i rozpaczliwy. Muzyka pozostaje przeciętną gatunku, choć warto zauważyć, że ending jest wykorzystywany do promowania kolejnych kawałków zespołu. Niestety, ale z punktu widzenia zachodniego widza nie jest to seria nawet średnich lotów – to taki odpowiednik wdzięczenia się na scenie i sprzedawania widzom ucukrowanych, całkowicie sztucznych i wyreżyserowanych zachowań jako „autentycznych charakterów” idolek.

Co powie Ściana, co powie Ściana…?

W japońskim przemyśle rozrywkowym nie ma miejsca na szczerość i słabość. Idolki są od początku wykreowanymi osobowościami, niemającymi posiadać własnego zdania lub charakteru. Celem tego jest zarabianie na fanach, traktujących idolki jak bóstwa. Pierwszy odcinek budził we mnie nadzieję, że akcja anime rozgrywa się w świecie, w którym idolki nie są w ten sposób traktowane. Teraz widać, że owszem, są – ale otaku są zbyt otumanieni miłością do nich, by przyjąć do wiadomości, że dziewczyny mogą być nieszczęśliwe.

Akcja odcinka zaczyna się typowo: dziewczyny z Cham Jam tańczą na scenie w znanej nam już małej salce widowiskowej, a fani urządzają im owację. Eripiyo, jak na legendę przystało, robi to najgłośniej ze wszystkich. Potem zaczyna się sesja pytań i odpowiedzi, będąca dla fanów prawdziwym objawieniem, chociaż nikt nie wie, czy dziewczęta faktycznie mówią prawdę, czy też odpowiadają tak, jak im kazano. Następnie akcja przenosi się do Stardust Coffee, gdzie Matoi, Kumasa i Eripiyo jak zawsze dyskutują o swoim uwielbieniu dla członkiń Cham Jam. Dowiadujemy się, że Eripiyo pragnęłaby odrodzić się jako koleżanka z klasy Mainy, a podobne marzenia ma Kumasa. Matoi natomiast chciałby uszczęśliwić Sorane w tym życiu i pojąć ją za żonę. Eripiyo stwierdza w tym momencie, że nie żywi romantycznych uczuć do Mainy, czemu w zasadzie zaprzecza reszta odcinka.

Następne spotkanie z Cham Jam odbywa się w zoo. Kumasa i Matoi dostają numerki w kolejce, które pozwolą szybko spotkać „ich” idolki. Eripiyo niestety trafia się bardzo daleki numer, ale dzięki swojemu uporowi daje sobie z tym radę. Ubiera się także w taki sposób, by wyglądać jak ideał mężczyzny rzeczonej idolki, opisany w wywiadzie dla jakiegoś brukowca, ponieważ chce być dla Mainy czymś więcej niż fanką. Ciekawe, czy to tak zwany yuri bait, czy faktycznie Eripiyo i Mainie jest pisane jakieś uczucie. Bardzo podoba mi się, że zdaniem Eripiyo jej płeć nie ma znaczenia, gdy chodzi o miłość do idolki.

Gdy dochodzi do spotkania z Mainą, okazuje się, że w wywiadzie w gazecie znalazło się to, co kazano jej powiedzieć, a nie prawda. Dowiadujemy się tego jednak z myśli Mainy, co oznacza, że Eripiyo nie ma o niczym pojęcia. Sama Eripiyo zastanawia się nad naturą swojego uczucia do Mainy i pewne sformułowania mogą wskazywać, że jest ono jednak romantyczne. Z kolei Maina akceptuje Eripiyo taką, jaka jest, choć sama nie potrafi jednoznacznie stwierdzić, dlaczego. Miłą odmianę stanowi to, że Maina jako jedna z nielicznych przejmuje się swoimi fanami. Od tego odcinka ma ich już dwoje, ponieważ Matoi pokazał Cham Jam swojej siostrze, Reinie, której spodobała się „łososiowa” idolka. Eripiyo oczywiście jest z tego powodu uszczęśliwiona, chociaż jednocześnie wolałaby pozostać jedyną osobą, do której Maina się uśmiecha. Zanim to jednak nastąpi, główna bohaterka dowiaduje się o kolejnej akcji promocyjnej grupy i wraz z Kumasą postanawia spędzić noc w kafejce internetowej, by nie przegapić wydarzenia. Okazało się jednak, że przez przeoczenie pomylili dni, muszą więc złapać pociąg, a następnie biec do centrum handlowego – to ostatnie zadanie przerasta Kumasę. Właśnie w tym centrum Eripiyo poznaje Reinę, która także czeka na spotkanie z Mainą. Idolka tym razem w rozmowie przyznaje, że nie wie, jak powinna reagować na zachowanie Eripiyo.

Ponownie powraca marzenie bohaterki o tym, by Maina mogła wystąpić na arenie Nippon Budoukan i zdobyć prawdziwą popularność. Tytuł anime zdradza cały cel Eripiyo, i choć to prosty zabieg, według mnie jest udany.

Reina po raz pierwszy ma okazję wykorzystać kupon „na uścisk dłoni”, ale ciekawsze jest spotkanie Mainy i Eripiyo, podczas którego myśli idolki można interpretować jako zauroczenie bohaterką. W przeciwieństwie do Koisuru Asteroid, taki fanserwis yuri pasuje tutaj, a nawet skłania do polubienia bohaterek. Eripiyo jak zawsze wykupuje wszystkie płyty Mainy, ale ostatecznie jedną z nich niechętnie oddaje Reinie.

Na zakończenie Maina spotyka Eripiyio poza pracą, w pociągu. Biały strój Mainy sprawia, że Eripiyo dostrzega w niej anioła i, pod wpływem przejęcia i emocji, wysiada z pociągu na złej stacji. Odcinek zamyka jej monolog o miłości do idolki, z którego można wywnioskować, że obawia się swoich uczuć.

Grafika jest naprawdę staranna i utrzymuje poziom. Animacja pozostaje oszczędna, ale mimo to jest nie najgorsza. Ścieżka dźwiękowa jest bardzo miła dla ucha. Anime podejmuje przykry temat rzeczywistości przemysłu idolek, ale jest ciekawe i dobrze zrobione pod względem artystycznym. Postacie są tak niewinnie niemądre, że aż je polubiłam, a sposób rysowania ich oczu budzi mój zachwyt. Pomysł serii pokazującej życie fanów ”od kuchni” trafił w mój gust. Nie jest to może dzieło wybitne, ale mnie bardzo się podoba, właśnie przez swoją prostotę. Na pewno będę oglądać. Dla mnie 8/10.

W to, że pokaz Yanagidy będzie sukcesem, nie wątpiłam od zeszłego tygodnia, więc niespecjalnie zdołałam się wczuć w dramatyczne przeżycia Tsumury, na którego wredny projektant, jakże by inaczej, zrzucił odpowiedzialność za tenże. Choć trzeba przyznać, że scenarzysta zrobił, co mógł, żeby utrudnić chłopakowi życie: materiał jest gruby i ciężki, nie ma ze sobą odpowiedniej igły, a maszyna do szycia to nieznany mu typ. No i przede wszystkim trzeba zacząć od projektu, bo suknia na dziewczynie to czysta groza! (to wcale nie jest śmieszne, choć akcja z poduszką pod spódnicą nawet trochę tak). A zegar tyka…

Dodanie otuchy przez Chiyuki odblokowuje Tsumurę, który rzuca się do cięcia, podwijania, podwiązywania i przeszywania, żeby dopasować model do modelki, nie gubiąc idei kolekcji, mającej wyrażać siłę i niezależność kobiet, czyli coś w sam raz dla panny Fujito. Ma na to 13 minut, ale dodatkowe kilka kupują mu inne modelki, zmieniając tempo pokazu, bo są pod wrażeniem jego szaleńczej pracy i jej efektów.

Wreszcie Chiyuki wychodzi na wybieg – i w końcu mogę powiedzieć, że jej strój mi się spodobał, ale to nic w porównaniu z wrażeniem, jakie „miniaturowa” modelka wywarła na widzach, a zwłaszcza jednej widzce, która przeżyła coś w rodzaju wstrząsu egzystencjalno-katarktycznego. To początkująca dziennikarka modowa Niinuma, która w Chiyuki dostrzegła samą siebie – boleśnie niepasującą do miejsca, w którym jest, niespełnioną i okropnie samotną. A kiedy mała modelka potyka się z powodu obluzowanego obcasa, ale wychodzi z tego z twarzą – i uśmiechem! a wszak to rzecz na wybiegu zakazana – a jej suknia z powodu sztuczki Tsumury „rozwija skrzydła”, zmieniając kształt, wszyscy są bez reszty kupieni.

 

Oprócz mnie. Naiwność scenariusza to jedno, ale moim zdaniem twórcy za dużo chcą upchnąć w tę bajkę gambarystycznej ideologii i pseudofilozoficznych dywagacji o znaczeniu ubrań, które mogą zmienić życie człowieka, czego dowodem wspomniana Niinuma. Jej wewnętrzny monolog przyprawił mnie wręcz o przewracanie oczami… Nieco lepiej odebrałam całkiem prawdopodobne (do pewnego momentu) przeżycia Chiyuki na wybiegu i wyznanie Tsumury, że znalazł się w innym świecie, ale i tak daleka jestem od zachwytu tym „psychologicznym” aspektem. Naciągane to mocno, ktoś źle ustawił naprężenie nici na maszynie… prędzej czy później szew musi strzelić.

 

Nie budzi też mojego zachwytu warstwa wizualna, bo tła w tym odcinku to chyba nowa jakość pustki – owszem, zalany białym światłem wybieg i ciemność wokół niego ma pewien sens, ale reszta już się tak nie wybroni, zwłaszcza rozmowy postaci na tymże białym tle. I serio na zapleczu pokazu, gdzie przygotowują się modelki, jest tak ciemno? Poza tym naprawdę miałam nadzieję na jakieś fajne projekty ubrań, tymczasem i pod tym względem jest ubogo. Choć może coś się jeszcze pojawi… Nie rezygnuję na razie z oglądania ani nikomu nie odradzam, bo nie jest to absolutnie poziom dropa, ale nie przewiduję, by ta seria miała rzeczywiście wspiąć się na jakiekolwiek szczyty, bez względu na to, jak usilnie będą nas o tym przekonywać twórcy.

Trzeci odcinek nie wprowadza poważniejszych zmian w formule serii, acz wprowadza nową postać. Najpierw jednak oglądamy kolejną bitwę, w której uczestniczą Ichiko wraz ze swoją przyjaciółką – wyprzedaż w sklepie ubraniowym to nie przelewki! Jak się okazuje, właścicielka Cinnamona ma nieco niestandardowy gust, jeśli chodzi o psią modę… Zaraz jednak przechodzimy do zalet klimatyzacji, wspomnienia bitwy pod Okehazamą, kostiumów kąpielowych oraz grillowania w psim parku, niekoniecznie dokładnie w tej kolejności. Wspomniana nowa postać to jamniczka Lily, w poprzednim wcieleniu pechowa królowa Maria Antonina, w obecnym zaś – żona Gilberta, znanego dawniej jako Imagawa Yoshimoto. To właśnie jego siły Nobunagi załatwiły ze skutkiem śmiertelnym pod Okehazamą, jak się jednak okazuje, Gilbert/Yoshimoto nie żywi do dawnego wroga urazy i w pełni cieszy się swoim nowym, luksusowym życiem. Wydaje się, że z grona dawnych wojowników to właśnie Nobunaga najbardziej nie potrafi zapomnieć o przeszłości, a szczególnie o płomieniach trawiących zamek Honnouji… Może jednak powinien także machnąć na wszystko łapą i pogodzić się z wyrokami losu oraz psią egzystencją?

Trzeba uczciwie powiedzieć, że jak to bywa w przypadku adaptacji komediowych mang, część humoru, opierająca się na grze słów, jest praktycznie nieprzekładalna. Co więcej, aluzje do zajść, postaci i tekstów historycznych również będą dla większości zachodnich widzów raczej zbyt wyszukane, tu bowiem nie wystarczy nawet niezła znajomość epoki – to zdecydowanie rzecz dla maniaków. Z kolei część żartów, nieuchronnie odwołujących się do psiej fizjologii, jest zwyczajnie mało zabawna… Co pozostawia dla nas stosunkowo niewiele humoru, który byłby jednocześnie przyswajalny i udany.

Ta seria obroniłaby się całkiem nieźle, gdyby jej odcinki miały powiedzmy po 7 minut – nawet 12 minut mogłoby się bowiem okazać przesadą. 23 minuty, pozszywane z przypadkowo dobranych historyjek różnej długości, nie broni się zupełnie, szczególnie gdy seria wizualnie, mówiąc najłagodniej, niczym nie zachwyca. Już w połowie odcinka patrzyłam na zegarek i liczyłam minuty do momentu, kiedy będę mogła z obowiązku napisać tę zajawkę i podziękować serii za dalszą znajomość.

Trzeci odcinek przekonał mnie do serii ostatecznie. Poświęcony jest „schodom Misaki”, czyli kolejnej z siedmiu tajemnic szkoły, a są to schody, na których czwarty stopień, czasami spływający krwią, absolutnie nie należy stawać, gdyż wtedy trafi się do świata ayakashi i zostanie poćwiartowanym… Tę radosną historyjkę sprzedaje Nene – żeby jej sprawić przyjemność – jej przyjaciółka Aoi. A następnego dnia Nene orientuje się, że Aoi nie tylko zniknęła, ale wyparowały wszelkie ślady jej egzystencji oraz wspomnienia innych ludzi o niej!

Biegnąc po pomoc w oczywiste miejsce, bohaterka wpada na tajemniczego ikemena – z pewnością jeszcze się pojawi – a w toalecie Hanako okazuje się, że w podobny sposób zniknęli również dwaj koledzy Kou. Hanako uznaje, że musi interweniować, gdyż „druga tajemnica” za bardzo się rozhulała… We trójkę wdeptują więc w ów portal do innego świata, którym jest czwarty stopień schodów koło sali plastycznej.

 

Wymiar, którym rządzi Misaki, jest bajecznie groźny – nic tak nie starszy jak japońskie lalki i porzucone przedmioty codziennego użytku! – a wkrótce okazuje się, że bohaterowie, by uratować porwanych, muszą odnaleźć jej poćwiartowane części ciała i w ten sposób pokonać kolejne bramy wzdłuż niebotycznych schodów. Jeśli im się to uda, znajdą być może jej słaby punkt, głęboko ukryty, i sami ocalą życie… Przekonamy się za tydzień, ja czekam z niecierpliwością.

Historia jest prosta, ale przedstawiona tak, że chwilami naprawdę odczuwa się lekki niepokój, i to mimo komediowych przerywników, których dostarczają regularnie tak sam scenariusz, jak i rysownicy. Ten miszmasz nie zawsze się sprawdza, ale tu pasuje idealnie, być może dlatego, że warstwa wizualna w ogóle jest lekko nietypowa i trzeba się do niej przyzwyczaić. Mnie się to w końcu udało i rzeczywiście, tak jak poprzednio, niemal o każdej scenie czy kadrze myślałam w kategoriach: jaki piękny/fajny/zrobiłabym zrzutkę (ale liczbę zrzutek mamy niestety ograniczoną). Choć faktycznie, nie każdemu może ten styl spasować, ale z pewnością warto dać serii szansę i się przekonać. Zwłaszcza że odcinek raz na tydzień to w sam raz, by się nie zmęczyć tymi efektami; w większych dawkach może być różnie.

Zachęcające są wreszcie postaci, na czele z Hanako, który po kawałeczku odsłania tajemnice nie tylko szkoły, którą nawiedza, ale i świata przedstawionego, na razie spójnego i intrygującego. A najbardziej czekam na jego własne tajemnice! Co więcej, także Nene wzbudza sympatię, gdyż wbrew swemu wyglądowi ma zaskakująco mocny charakter i zdolność myślenia, czyli cechy u heroin w shounenach nie tak oczywiste. I wszyscy, łącznie z Kou, świetnie ze sobą współgrają. Jestem niebezpiecznie bliska zachwytu!

Świat, przez który podróżują Somali i Golem, nie składa się tylko z bujnych lasów, których niebieskawa zieleń kojarzy mi się z odcieniem uzyskiwanym przeze mnie wiele lat temu na filmach Konica. Tym razem trafiamy na półpustynne tereny, na których wznosi się wykute w skale miasto, słusznie nazywane Mrowiskiem. Jako że zasoby finansowe Golema są na wyczerpaniu, przyjmuje on propozycję zatrudnienia… jako tymczasowy kelner w pewnej rodzinnej restauracji. Właściciele lokalu są niezwykle sympatyczni, zaś ich synek Kikila szybko zaprzyjaźnia się z Somali. Poważne podejście Golema do wykonywanej pracy w połączeniu z jego ostrożnością i niechęcią do spuszczania Somali z oka choćby na chwilę, sprawiają jednak, że mała czuje się trochę opuszczona. Zaczyna się także zastanawiać, czy jej opiekunowi nie zależy na jak najszybszym zakończeniu podróży i pozostawieniu jej. Dlatego, przy pierwszej nadarzającej się okazji, daje się namówić Kikili na wyprawę po kwiat spełniający życzenia, mający zgodnie z legendą rosnąć gdzieś w podziemiach miasta. Oczywiście nie jest to miejsce szczególnie bezpieczne, co sprawia, że odcinek urywa się tym razem w połowie przygody.

Co tu więcej pisać? Jest to absolutnie prześliczna ekranizacja, mimo pewnych ustępstw na rzecz animowanej formy przenosząca wiele z magii oryginału i wzbogacająca go kolorem i dźwiękiem. Tym razem akcja rozgrywa się w tłocznym mieście, a chociaż pojawiające się na ulicach istoty bywają trochę uproszczone, rysownicy przyłożyli się do różnorodności ich projektów. Warto też wspomnieć o nastrojowej i doskonale uzupełniającej obraz ścieżce dźwiękowej, bazującej na klasycznych instrumentach. Animacja jest oszczędna, ale staranna; tym razem nawet w pojedynczych przebitkach porusza się zwykle wszystko, co powinno.

Z całą pewnością nie jest to seria, która spieszyłaby się z udzielaniem odpowiedzi na rozmaite nasuwające się pytania. Znamy już cel i przyczynę podróży bohaterów – Golem chce odnaleźć ludzi, by przekazać pod ich opiekę Somali, zanim skończy się jego czas. Najważniejsze pytanie brzmi, na ile Somali zdaje sobie sprawę ze swojego położenia – nie jest aż tak małym dzieckiem, by nie rozumieć niczego (zresztą mimo dziecinnego roztrzepania pamięta o tym, by zawsze nosić kaptur), ale temat „ludzi” wydaje się dla niej całkowicie abstrakcyjny, tak jakby niewiele miała z nimi do czynienia. Tak czy inaczej wydaje mi się, że zarówno cel podróży, jak i wątek główny w tej serii, choć istotne, nie są aż takie ważne. Sercem tej serii są obrazki z podróży, epizodyczne historie z udziałem bohaterów. Scenarzystka i reżyser prowadzą tę historię z wyczuciem i nie próbują na siłę podkręcać jej emocjonalnie. Zapowiada się doskonała, choć prawdopodobnie raczej niszowa seria z pogranicza fantasy, okruchów życia i kina drogi.

Sprzeczka Komy i Tory staje się okazją do przeprowadzenia konkursu, w którym ma zostać wyłoniony najsilniejszy zwierzak w dzielnicy. Obojętnie, kot czy pies. W rogach ringu stają więc po kolei nasi bohaterowie, „wywoływani z kart” przez Komę i Torę, by toczyć ze sobą pojedynki w stylu sumo. „Toczyć” i „pojedynki” jest tu może zbyt naciąganym sformułowaniem i zdecydowanie nie oddaje komizmu i absurdu sytuacji, za to skutek jest taki, że w ich wyniku zostaje wyłoniony zwycięzca – najsilniejszy zwierzak w okolicy – a raczej najbardziej podstępny.

 

Druga część odcinka poświęcona jest próbom powrócenia do równowagi emocjonalnej przez Pochiego, który po przegranym pojedynku stwierdza, że chciałby być silniejszy. Dzięki opowieści Gona o Samotnym Wilku nabiera pewności siebie i definitywnie zmienia swoje zachowanie i sposób bycia.  Okazuje się, że jego nowa postawa życiowa budzi wyraźny niepokój przyjaciół, jednak w przypadku ludzi jego starania są odbierane w zupełnie innej perspektywie.

 

 

Po trzecim odcinku nie widać utraty jakości serii ani pod względem animacji, ani też pod względem fabularnym. Postacie rysowane są starannie, zarówno w postaci ludzkiej, jak i kreskówkowej, nie spada też poziom animacji – jest płynna, a gdzie trzeba, sprytnie zastępowana przez odpowiednie wypełniacze. Fabuła opowiada po prostu o życiu kotów i psów w dzielnicy, wątpię, by zaistniały tam jakieś większe dramaty, np śmierć któregoś z bohaterów, czy coś równie tragicznego. Twórcy starają się utrzymać odpowiedni, pozytywny poziom emocji, jednocześnie nie przesładzając zbytnio, dzięki czemu Uchi Tama zapewne pozostanie ciepłą i przyjemną produkcją na zimowe wieczory.

Tag Cloud