Nazwanie Kandagawa Jet Girls najnudniejszą sportówką sezonu byłoby przesadą – Rifle Is Beautiful jest równie nudne, a do tego nie zawiera nawet trzęsących się cycków. W ogóle trzeba uczciwie przyznać, że pod tym względem omawiana tu seria się nie cyka – bez żadnego skrępowania pakuje garściami fanserwis, nie troszcząc się nawet, żeby go wpleść jakoś w fabułę. Piszę to lekko ironicznie, ale w sumie to naprawdę jedyny wyróżnik tego anime, więc jeśli komuś odpowiadało dotychczasowe stężenie tego rodzaju atrakcji, spieszę donieść, że odcinek trzeci nie przynosi znaczącej odmiany trendu.

Klub zostaje założony w tempie błyskawicznym, bo nawet nie zauważyłam, że jeszcze w poprzednim odcinku Rin udało się zwerbować jakąś psiapsiółkę, której imienia nie chce mi się nawet zapamiętywać, a która wnosi do drużyny niezwykle ważne umiejętności kulinarne. Poza tym zanęcona zostaje panna mechaniczka, która do tej pory zajmowała się cichcem konserwacją szkolnego skutera, zaś ostatnią członkinią zostaje nie kto inny, jak sama przewodnicząca samorządu, żywo zainteresowana tym, by „jej” szkoła pokonała Kaguyę (cycatą ojou-sama), w cywilu jej kuzynkę. Dalej czas na treningi (udział biorą tylko Rin i Aoi), a następnie na wycieczkę do Asakusy, w trakcie której zagubioną Rin biorą pod swoje skrzydła dwie gaijinki, Emily i Jennifer. Jak się okazuje w ostatniej scenie, także zawodniczki jet race.

Prawdę mówiąc, nie przeszkadza mi nawet spora umowność świata przedstawionego, natomiast znacznie bardziej irytujące mi się wydaje, kiedy twórcy najpierw pracowicie kreślą jakieś zasady, by nie przejmować się nimi, gdy tylko zaczynają przeszkadzać. Ale, to należy powtarzać jak mantrę, nie o to w tej serii chodzi. I nawet nie o to, jak okropnie krzywe robi się wszystko w oddaleniu, jak bardzo nadużywane są zbliżenia i zatrzymane kadry i w jakim stopniu leży wykorzystanie komputerów. Liczy się to, że kiedy obok przejeżdża pociąg, kamera poświęca cenne sekundy odcinka na pokazanie trzęsących się biustów wszystkich uczestniczek danej sceny. Grunt to mieć priorytety i priorytetom widzów pozostawiam decyzję o kontynuowaniu seansu.

Po co się starać, skoro wystarczy zmienić tło?

Mile popełnia zasadniczy błąd – pewnej nocy, gdy dziewczyny nie mogą spać, opowiada im baśnie i legendy japońskie, a potem najwyraźniej kilka jakichś wiekopomnych dzieł M&A. W efekcie trójka jej koleżanek zapada błyskawicznie na odmianę otakizmu (ewentualnie folie à deux)… po czym mija sześć miesięcy i czas kończyć kurs. (Tak, wiemy, że to dość nagłe, i przepraszamy, mówi Nano-kun). Kurs kończy się zwyczajowo walką na niby reprezentacyjnej drużyny uczniów z łowcami klasy B, ale tym razem ktoś – szlachcic z dużymi wpływami – podbił stawkę: przegrana kursantów, dotąd oczywista i bez żadnych konsekwencji (to po cholerę robić z tego taką celebrę?) spowoduje zamknięcie szkoły, dlatego nauczyciel i dyrektor w jednej (i jedynej) osobie prosi wybitne panienki o walkę na całego. A Mile odkrywa w kuluarach ichniego koloseum, że za tym szantażem stoi znana nam z pierwszego odcinka zboczona porywaczka – jako arystokratka uszła wymiarowi sprawiedliwości, razem zresztą ze swoimi pomagierami.

Kobieta zafascynowana Mile zmienia warunek – jeśli dziewczyny przegrają, szkoła ocaleje, ale różowowłosa dołączy do jej wymarzonego małoletniego haremiku. Mile w obawie o przyjaciółki – klasa B przerasta je o lata świetlne – planuje się poświęcić, ale wszystkie trzy po kolei stawiają czoło przeciwnikom w taki sposób, z taką mocą i umiejętnościami, że ostatni z nich oddaje zwycięstwo walkowerem i zmiata, aż się kurzy. Na co na arenę wkracza sama prowodyrka, ponoć niegdyś klasy A, ale znów popełnia błąd, komentując płaskość Mile… Kończy się to, rzecz jasna, wybuchem i fajerwerkami. Oraz ogłoszeniem światu powstania nowej drużyny jeden-za-wszystkich-wszyscy-za-jednego, złożonej z naszej czwórki, która dokonuje tego w myśl najlepszych tradycji gatunku… mahou shoujo, a jakże.


A na koniec Pauline, która ma mroczną stronę osobowości, sprzedaje dzikim tłumom fanów nendroidy na obraz i podobieństwo swoje i reszty koleżanek, co raczej nie wróży dobrze planom Mile nierzucania się w oczy i znalezienia normalnego, „przeciętnego” szczęścia.

Cóż. Obawiam się, że nie potrafię być obiektywna, ponieważ ten rodzaj rozrywki zwyczajnie mnie nudzi, stąd punktowanie tak plusów, jak i minusów serii stanowi dla mnie niejaką trudność. Niewątpliwym plusem są projekty głównych bohaterek (i tylko ich, ale i tła dają radę, przynajmniej we wnętrzach), miłe dla oka w klasyczny kawaii sposób. W ogóle wszystko jest klasyczne – charaktery, humor (esdeczki, aluzje do M&A, mruganie do widza), zwroty akcji (jakie zwroty…), sama fabułka… No i teraz to tylko kwestia gustu czy też podejścia – dla jednych to będzie minus, dla drugich właśnie plus, i nie podejmuję się zgadywać, których będzie więcej. Ja się z serią rozstaję bez żalu i przykrości, a fanom słodkich magicznych poszukiwaczek przygód i dobrych uczynków życzę udanej zabawy.

Zacznijmy od puenty: zapał do oglądania Phantasy Star Online 2 przeszedł mi już chyba całkowicie. Studio Gonzo po raz kolejny udowodniło, że brakuje w nim twórców z odpowiednią wyobraźnią i wizją, by poradzić sobie z adaptacją gry komputerowej. W dodatku nie jest to nawet bardzo wierna adaptacja, ponieważ znający się na rzeczy kolega twierdzi, że anime usiłuje być zdecydowanie bardziej mroczne i krwawe od oryginału. Jeśli celem było stworzenie serii „poważniejszej”, która przyciągnie widzów brutalnością i bezwzględnością świata przedstawionego…

…To zdecydowanie sporo rzeczy poszło nie tak. Wydarzenia odcinka w zasadzie wpisują się w minorowy ton dotychczasowej opowieści. Ash, Afin i Matoi kontynuują swoją „misję” na planecie Naverius. Rano budzą ich odgłosy wybuchów, więc Ash pospiesznie udaje się na zwiad i wcina się między wódkę a zakąskę, czy może raczej między pannę Klariskrays a hordę ubijanych przez nią potworów. Po powrocie do zaimprowizowanego obozowiska wita go ponura wieść: Matoi gdzieś zniknęła. Bohaterowie podejmują uświęconą tradycją decyzję: postanawiają rozdzielić się i łazić na oślep po okolicy, aż coś znajdą. Jak się okazuje, nie tylko ich drużyna została nieoczekiwanie zdekompletowana, ale inni wysłannicy ARKS bardziej niż szukaniem kompanów są zainteresowani wykonaniem rozkazu powrotu do bazy. Oczywiście Ash i Afin słuchać nie zamierzają, a ich starania zostają nagrodzone, gdy protagonista znajduje wreszcie Matoi – zaś zaraz potem trafia do ukrytego miejsca i poznaje straszliwą prawdę o wojnie z przeciwnikiem napuszczającym te wszystkie potwory, czyli Dark Falzem. Wbrew powszechnemu mniemaniu nie został on ubity na śmierć, tylko zapieczętowany i – o niespodzianko – może powrócić. Tu podniosła i złowroga muzyczka.

Nawet nie wiem, od czego zacząć krytykę. Widać, słychać i czuć, że rozwiązania mające sens w grze komputerowej kompletnie nie sprawdzają się w odmiennym medium. Cały wątek bohaterów zmuszonych kontynuowania misji dostaje gwałtownie w łeb w sytuacji, kiedy po planecie łażą dosłownie stada bardziej doświadczonych żołnierzy ARKS (zwane dalej mięsem armatnim), a także pokaźna gromadka osób z samej wierchuszki (zwana dalej przepakami). Na czym ma niby polegać zadanie bohaterów, skoro sens rozpoznania terenu wydaje się mocno wątpliwy? Dlaczego każda napotkana osoba udziela – praktycznie niezależnie od wybranych opcji dialogowych (przepraszam: od zachowania bohaterów) – odpowiedniej porcji informacji, często kończącej się zawieszonym „o, ale na ten temat już nic więcej nie powiem”, by skierować uwagę widza we właściwą stronę? Wszystko to składa się na wrażenie kompletnej sztuczności, która przekreśla jakiekolwiek próby wykreowania klimatu zagrożenia.

Jest za to nieźle pod względem wizualnym (przynajmniej jeśli to porównać z Conception, które było rzadko spotykanym szkaradzieństwem). Projekty postaci są ładne, chociaż kompletnie niepraktycznie ubrane, komputerowi przeciwnicy ujdą, zaś tła należałoby wykorzystać w jakiejś lepszej serii, bo szkoda ich na ten badziew. Niestety kompletnie nie jestem ciekawa, jak ta historia się dalej potoczy – a szkoda, bo naprawdę pierwszy odcinek dawał nadzieję na serię przynajmniej niezłą rzemieślniczo.

Tak to zwykle bywa, kiedy człowiek za wcześnie da się porwać (albo trochę tylko pociągnąć) entuzjazmowi, to potem trzeba odwoływać albo prostować… No, powiedzmy, że nie jest najgorzej, bo pod względem akcji nadal jest nieźle, nawet jeśli mało widowiskowo, natomiast logika leży i kwiczy. Tyle że twórcy próbują ten fakt maskować, ale znów za pomocą wyjaśnień, które owej logice robią jeszcze gorzej…

 

Rzecz w tym, że antagoniści – oczywiście, są to owi czczący smoki Nine, z ichnim powiewającym włosami przywódcą na czele – robią pierwszy krok do wyjścia z ukrycia, a przy okazji pozbycia się Siódemki. Krokiem tym jest podłożenie bomb w kilku biurowcach. Informację otrzymuje Nijo (białowłosy elf), ale inną lokalizację dostaje od terrorysty Agencja Bezpieczeństwa Publicznego, i tu następuje pierwszy zgrzyt, bo agencje się wyraźnie nie lubią i Siódemka zostaje na lodzie, najpierw zmuszona samodzielnie szukać bomb, oczywiście własnymi ręcami naszych drogich outsiderów, a potem je tymiż ręcami rozbrajać, kiedy jedyny wysłany do nich oddział saperów ulega nieprzypadkowemu wypadkowi. Tłumaczenia, kto za co przejmuje w tej sytuacji odpowiedzialność i dlaczego, są równie mętne jak powyższy opis. Do tego dochodzą pytania: jak oni te bomby w takich wielkich wieżowcach tak szybko namierzyli? Jak przeprowadzili ewakuację? (Pomijając fakt, że w tym mieście jest straszliwie pusto i pewnie trzeba było ewakuować co najwyżej portiera). Bo sam proces rozbrajania jest pokazany dość dokładnie i już bardziej do przyjęcia (Belle, urocza elektroniczna ninja, instruuje kolegów za pomocą dronów), oczywiście też z wyjątkiem paru drobiazgów. Chyba niepotrzebnie chcę tu zobaczyć realistyczny serial sensacyjny…

 

No bo magia faktycznie jest i działa, chyba zresztą ten odcinek miał na celu jej wprowadzenie i zaprezentowanie, wraz z antagonistami, na razie w liczbie dwóch, szefa i cyngla. Magia jest smoczą spuścizną, potężną, ale zastrzeżoną dla nielicznych, zresztą po co komu magia do zestrzelenia samolotu, jeśli wystarczy dobrze wymierzony pocisk? (Bardzo zdroworozsądkowe podejście, nawiasem). Niemniej, to magia sprawia, że stosunkowo niegroźne bomby mogą zyskać na mocy i zasięgu, stąd aktywacja zaklęć w zagrożonych budynkach bardzo podnosi stawkę. Rzecz jasna, nasi sobie radzą, znów gołymi ręcami, co powinno nam zapewne dać do myślenia…


To, co mi się podoba, to że mimo mnóstwa dziur logicznych odcinek jednak zdołał mnie utrzymać w pewnym napięciu. Bez przesady oczywiście, wiadomo od początku, że dobrze się skończy, ale tym bardziej doceniam środki użyte, by chociaż wrażenie zagrożenia wywołać. Tutaj były to przede wszystkim bardzo duże zbliżenia (najazdy) na pełne niepokoju twarze i podobne triki, pozwalające przy okazji sporo oszczędzić na animacji. I dobry, dynamiczny, choć dyskretny podkład muzyczny. A i koncept z rozbrajaniem bomb w określonej kolejności dodał pewnego oryginalnego smaczku. Za to scena z Seijim, który mimo protestów reszty przecina żółty kabel – oczywiście, nic się złego nie dzieje – to klasyka klasyki.

Bohaterowie właściwie bez zmian, nieco więcej uwagi dostaje Nijo, z sugestią tragicznej przeszłości (akurat bez sarkazmu, zainteresowało mnie to), Ichinose nadal ma problemy z bieganiem i trafieniem w cel, ale szybko myśleć i analizować psychikę przestępcy potrafi znakomicie, Nanatsuki jako dyżurny idealista wygłasza płomienne mowy o obowiązku i powołaniu policjanta, który stoi na straży przyszłości (i potwierdza słowa czynem, udowadniając przy okazji, że dobrze go po pierwszym odcinku oceniłam), a Boss ma spersonalizowanego drona-awatara w dającym do myślenia kształcie. Mnie tam się podobają, nawet jeśli nie wszystko w ich działaniach się klei, sami w sobie są wystarczająco charakterni, sympatyczni i zabawni, żebym choćby dla nich chciała oglądać dalej. Mam tylko nadzieję, że w dalszej części sensowna fabuła przeważy nad zagadywaniem widza w taki sposób jak w dzisiejszym odcinku i animacja dostanie trochę większy budżet.

Hinacie w końcu udaje się zastać Saku w domu, nawet go odprowadza do szkoły mimo że ten twierdzi, iż drogę już zna. Pamiętamy jednak, że nie jest to całkiem bezinteresowne – Hinata chce, by Saku przyłączył się do klubu i zaśpiewał dla nich piosenkę, ale ten stwierdza, że na razie na kluby nie ma czasu, bo pracuje.

Po przybyciu do szkoły Saku, ku niepomiernemu zdziwieniu Hinaty, dziękuje spotkanym kolegom z klubu archeologicznego za wczorajszy wypad, co budzi podejrzenia u rudego, że może jednak coś kręci z tym klubem. W międzyczasie podczas przerwy Sosuka uświadamia mu, że pozwoli na wykorzystanie swojej piosenki tylko jeśli Saku przyłączy się do Klubu. A w samym klubie Satsuma i Ryo uważają, że należy zastosować bardziej agresywną technikę zanęcania…

 

…Co kończy się wylądowaniem Satsumy, Hinaty, Uty i Sosuke w klubie karaoke, w którym Saku też pracuje. Agresywne zanęcanie nie przynosi rezultatu, bo jednak Satsuma płoszy Saku, który pozostawia ich dalej bez deklaracji. Za to dowiadujemy się, dlaczego im tak na tym zależy – otóż przyznane za zwycięstwo punkty można spożytkować na podwyższenie standardu wycieczek, zwiększenie dni nieobecności czy też korzystanie z nauczycielskiej toalety. Na razie to jednak na Saku nie działa i Satsuma przegrywa na całej linii. A na zakończenie dnia nasz bohater w drodze do domu znajduje białego kotka, którego najpierw bierze za ducha, a następnie przygarnia tymczasowo.

 

Kolejny dzień znów upływa na rozmowach o klubie, dochodzi już też do tego, że Sosuke proponuje Saku trzyosobową spółkę – on będzie pisał muzykę, Uta słowa, a Saku będzie śpiewał – jednak i ta propozycja zostaje na razie pominięta milczeniem.

Potem mamy scenkę w szpitalu, gdzie siostra bardzo się cieszy z powodzenia Saku, przekazuje mu też torbę, którą ma w domu przejrzeć. Jak się łatwo można domyślić, zawiera ona list od niej i jej rzeczy, które po niej zostaną. W związku z powyższym Saku, nie zdradzając oczywiście powodu, odmawia wszystkim, którzy go pytali. Hinata jednak nie rezygnuje łatwo – zatrzymuje Saku pod domem i przekazuje mu pendrive z piosenką do przesłuchania.

Tymczasem gdzieś tam w mieście siedzi jeden członek klubu piosenkarskiego, ten co się nie pojawia w szkole, który obserwuje wszystko na monitorach. I naprawdę, jak mówię wszystko, to wszystko – ma nawet kamerę w pokoju Saku…

No to mamy okruchy życia, przetykane scenkami z SD-czkami, z dialogami które miały być… śmieszne? żywe? interesujące? Mamy garść stereotypowych bohaterów wygłaszających drętwe dialogi – zdecydowanie zabrakło tu umiejętności rozplanowania w czasie wydarzeń, i połączenia ze sobą elementów tak, by były choć odrobinę ciekawe. Nic, absolutnie nic w tej serii mnie nie rusza, jest ona całkowicie i totalnie pozbawiona życia i generalnie nudna jak flaki z olejem. Nawet Tajemnica ™ jest… w sumie nie wiadomo co, bo tak tajemnicza, że aż nie budzi najmniejszego zainteresowania z powodu poświęcenia jej małej ilości czasu, zabranej przez „radosne i sympatyczne przekomarzanie się bohaterów w knajpie karaoke albo w drodze do szkoły”. Ja jednak sobie toto odpuszczam, tym, co pozostaną, życzę powodzenia i mocnej kawy.

Jak powszechnie wiadomo, życie salarymana to pasmo spotkań z ważnymi klientami, podczas których nadskakuje się im w każdy możliwy sposób. W dzisiejszym odcinku gekon żali się tukanowi, który jego żale ma w głębokim poważaniu, że na ostatnim takim spotkaniu poproszono go, by zrobił coś zabawnego, i niestety nie podołał temu zadaniu. Na co tukan po opróżnieniu kufla piwa postanawia pokazać starszemu koledze, jak zabawny i efektowny jest krwotok z nosa! Genialny pomysł, naprawdę… Do bohaterów wkrótce dołącza senpai-lew i opowiada, jak to zazwyczaj udaje logo Peugeota, ale kiedyś było fajniej, bo przebierał się za idolkę i tańczył. No tytani intelektu… Koniec końców, tukan wpada na genialny pomysł, że zbliża się Golden Week i to świetna okazja, żeby wypytać resztę kolegów, co robią w takich sytuacjach! A jako że o dobre miejsce do obserwowania kwitnących wiśni wcale nie tak łatwo, starsi stażem koledzy rozkładają w parku kocyk, sadzają na nim ptaszysko i każą pilnować…

Po pierwsze, okazuje się że bohaterowie mają jakichś współpracowników! Co prawda, nie widać ich (jedynie na końcu bezimienny pastelowy tłum), ale podobno istnieją. Po drugie, tradycyjnie tukan naciąga kolegów na żarcie i picie, co staje się okazją do kanibalistycznych żartów. Po trzecie, tukanowi nie można powierzyć najprostszego zadania, bo za co się nie weźmie, to spaprze… Serio, być może to anime jest dla mnie zbyt hermetyczne – korporacyjne zwyczaje są mi obce, nie bawi mnie naśmiewanie się z konieczności ciągłego nadskakiwania komukolwiek. Nie bawią mnie żenujące próby podrywu w wykonaniu tukana, a także brak asertywności jaszczura, nie mówiąc o pantoflarstwie lwa. Zdecydowanie nie jestem grupą docelową tego dzieła i po prawdzie nie wyobrażam sobie, kto miałby nią być. Korposzczury? Żeby mogły zapłakać nad swym marnym losem?

Dla mnie ta seria nie ma żadnych, słownie żadnych plusów. Humor jest ciężki i żenujący, bohaterowie irytujący, a grafika leży i kwiczy. To marnowanie czasu, który można by spożytkować na coś innego. Nawet bezcelowe patrzenie w sufit wydaje się w tym przypadku lepszą opcją. Africa Salaryman jest brzydkie, głupie i co najgorsze, nudne! Istnieje grupa anime tak beznadziejnych, że aż śmiesznych. Opisywana produkcja do niej nie należy – to po prostu badziewie, tandetne i fatalnie zapakowane. A jak ktoś chce posłuchać fajnych seiyuu, pierwsze lepsze słuchowisko będzie znacznie lepszym pomysłem. Ostrzegam i odradzam, naprawdę są znacznie przyjemniejsze chały.

Clara Valac to w świecie demonów znane dziwadło, panna wyjątkowo zajmująca i męcząca, z manią destrukcji i sporymi pokładami sadyzmu zakamuflowanymi jako potrzeba zabawy. Wszyscy uczniowie jej unikają, ale Irumie i Asmodeusowi nie udaje się uciec na czas, a główny bohater poproszony o pobawienie się razem w domowe morderstwo nie potrafi odmówić. I tak cała trójka (Asmodeus ze szczękościskiem, ale nie opuści Irumy) spędza wiele godzin, podczas których Clara wykańcza psychicznie i fizycznie bohaterów oraz widzów. Zabawa się przedłuża, minęło pięć minut odcinka, a ja miałam wrażenie, że połowa. Sceny, które miały być zabawne, zabawne nie są, raczej żenujące i nużące.

Okazuje się, że Clara ma przydatną zdolność – potrafi stworzyć wszystko to, co kiedykolwiek widziała, przez co niestety jest wykorzystywana przez innych uczniów, przychodzących do niej po różne fanty i traktujących ją przy tym protekcjonalnie. Wydaje się jej to nie przeszkadzać i z uśmiechem na ustach daje im to, czego sobie zażyczą, technicznie rzecz biorąc, przekupując demony, żeby w ogóle się z nią zadawały. Mimo że do jakiegoś stopnia jest naiwna, zdaje sobie sprawę, że jest wykorzystywana, godzi się jednak na to, ponieważ nie widzi innego sposobu, aby zatrzymać przy sobie innych. Zmienia się to, gdy po iluś zabawach z Irumą i Asmodeusem, ten pierwszy wykazuje szczerą chęć zabawy z nią (wytrzymałość to bohater ma już króla demonów, zabawa z Clarą to jakby stado pięcioletnich dzieciaków wisiało komuś na głowie i wrzaskiem domagało się zabawy, tu, teraz, cały czas).

Przy okazji dowiadujemy się kilku rzeczy o demonim świecie oraz demoniej szkole: nie istnieje tu pojęcie „przyjaciela”, rodzaj posiłków serwowanych w stołówce zależy od klasyfikacji do danego poziomu, a sama klasyfikacja oraz podział na klasy… jeszcze nie miały miejsca, mimo że bohater do szkoły chodzi już dobre kilka dni. Co przez ten czas robili ci wszyscy uczniowie (bo że Iruma bawił się z Clarą i Azzem, to wiemy) poza włóczeniem się po szkole? Ups. To chyba nieważne.

Trzeci odcinek sprawił, że do końca nie wiem, co myśleć o tym tytule. Czasami udaje mu się być zabawnym, czasami nie, potrafi zaskoczyć rozwojem wydarzeń, ale zasadniczo zbudowany jest na schematach. Postaci są sympatyczne, ale nie nadmiernie rozbudowane charakterologicznie, a fabuła prościutka, niewarta zastanawiania się nad jej logiką i podporządkowana humorowi. Koniec końców – jeśli ktoś potrzebuje czegoś lekkiego, wesołego, zbudowanego na gagach, to może spróbować Mairimashita! Iruma-kun. Ja będę oglądać dalej (acz głównie dla Naberiusa…).

Na marginesie: Iruma ma morderczy budzik – nie jestem pewna, czy bym taki chciała. Z jednej strony na pewno w ułamku sekundy byłabym obudzona i gotowa do mordowania, co oszczędziłoby mi czasu, który tracę rano na wielokrotne próby podniesienia się z łóżka, z drugiej mogłabym za którymś razem – czego zresztą boi się też sam Iruma – zejść na zawał.

Dziwne zachowanie Tsukumo sprawia, że pozostali członkowie klubu zaczynają podejrzewać go o niecne zamiary względem świata! Dlatego też, kiedy chłopak ulatnia się ze szkoły zamiast wziąć udział w klubowym spotkaniu, postanawiają go śledzić. Oczywiście dołącza do nich, mimo wszystko ciekawa, Hijiri. Niestety cały misterny plan diabli biorą, ponieważ ucieka papugo-feniks Nakamury – siłą rzeczy bohaterowie (na swój szalony sposób) muszą go odnaleźć. Na szczęście akcja kończy się powodzeniem i przynosi niespodziewane korzyści w postaci odnalezienia Tsukumo, tyle że w towarzystwie dwójki małych dzieci… Noda już rusza im na ratunek, gdy okazuje się, że to rodzeństwo naszego niedoszłego czarnego charakteru, załamane faktem, że zaginął ich ukochany kot. Wiadomo, jak kot to siła wyższa, trzeba słodziaka odszukać, toteż klub rozgrzany poszukiwaniami papugo-feniksa wyrusza w okolice nawiedzonej świątyni szukać koteczka…

Bogowie, tak radosnej i niereformowalnej bandy idiotów nie widziałam już dawno! Widać, że ta cała błazenada sprawia im mnóstwo przyjemności, a że nikomu nie szkodzi, toteż nikt nie zwraca specjalnej uwagi. Muszę przyznać, że byłam bardzo ciekawa, jak wypadnie odcinek poświęcony Tsukumo, który z małej wredoty awansował na chwilowo największego słodziaka w serii, i jestem bardzo mile zaskoczona. W sensie, nie sądziłam że twórcy dadzą radę dorównać odcinkowi z Nakamurą w roli głównej, a tu proszę – było równie zabawnie! I ja wiem, że się powtarzam, ale jak na coś wyrosłego z niezbyt ambitnej piosenki, jest rewelacyjnie. Poziom oderwania od rzeczywistości bohaterów rozkłada na łopatki, z drugiej strony rozumiem fascynację Hijiri kolegami – obcowanie z nimi to jak wyprawa do egzotycznej krainy. Szalenie podoba mi się to, że żaden z nich nie przedkłada swojego dziwactwa nad dziwactwo kolegi. Owszem, chwilami panowie bywają względem siebie złośliwi (w zupełnie normalny sposób), ale jak już łapią „fazę”, to kolektywnie. Takie trochę przedszkole na dopalaczach.

Chuubyou Gekihatsu Boy to zdecydowanie moje jesienne odkrycie. To anime, które w zupełności zaspokaja moje niewygórowane i niezbyt ambitne potrzeby ciepłej, puchatej i radosnej rozrywki. Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć, seria może nie jest skomplikowana, ale za to bardzo inteligentna. Naśmiewać się z cudzych słabości też trzeba umieć.

Miałam opory przed pisaniem zajawek tej serii, ponieważ niewiele wiem o dyscyplinie, która jest tutaj w centrum uwagi. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że autor mangi wybrał sobie po prostu coś, co mogłoby się sprzedać i nie zostało jeszcze zajeżdżone na śmierć przez innych twórców, zaś z potrzebną wiedzą zapoznał się mocno powierzchownie. W temacie tytułowej broni palnej oglądamy mecz towarzyski bohaterek na początku odcinka (60 strzałów, 45 minut), potem wysłuchujemy jojczącej nad własną niedoskonałością Hikari, na koniec zaś Erika proponuje rywalizację z inną szkołą w celu podciągnięcia umiejętności. W międzyczasie oglądamy w skrócie egzaminy śródsemestralne, lekcję wuefu oraz placek z jabłkiem.

Nie ma co ukrywać – to jest po prostu śmiertelnie nudne. I to nie dlatego, że nie mam pojęcia o strzelaniu. Owszem, jest to dyscyplina z natury raczej statyczna, ale nie jeden i nie dwa tytuły udowodniły, że każdy sport da się pokazać w interesujący i wciągający widza sposób. Tutaj – nie mam pojęcia, czy to kwestia lichego oryginału, czy nieudolnej reżyserii – całkiem dosłownie patrzymy przez minutę czy dwie na panienki pukające do tarczy, a potem widzimy tablicę wyników. Może to nie miało wciągnąć? Ale jeśli tak, to po co w ogóle była ta sekwencja? To zresztą jest generalny problem tej serii, widoczny choćby w wątku egzaminów semestralnych. Po co właściwie oglądamy tę składankę poświęconych im scen, z których nie wynika ani żadna puenta, ani dowcip, ani nic, co popchnęłoby do przodu fabułę? Zaraz – widział ktoś gdzieś jakąś fabułę? Proszę o kontakt, acz nagrody dla znalazcy nie przewiduję. A do czego służyło pokazanie ćwiczeń związanych z softballem (bo gra to nie była)?

Hikari jest głupia i niezdarna, pozostałe dziewczyny wykazują się różnym stopniem kompetencji w sporcie i nauce – właściwie tyle wyniosłam z tego odcinka. Gdybym miała go podsumować jednym słowem, byłoby to „nużący”. Dziewczyny są nawet sympatyczne i ładnie narysowane (pod warunkiem, że nie muszą się za dużo ruszać), ale ich interakcjom brakuje charakteru, scenom, które chyba miały być epizodycznymi gagami, brakuje puenty, zaś obecność broni (pseudo)palnej ogranicza się do tych samych czterech karabinków laserowych, które oglądaliśmy już poprzednio. Ciekawostek fachowych nie stwierdzono, więc nie jestem pewna, czy otaku broni palnej faktycznie zainteresują się tą serią. Chyba że założono cynicznie, że łykną bezrefleksyjnie wszystko, co powiązane z ich ulubionym hobby…

Walkirie w obliczu zagrożenia postanawiają rozszerzyć szeregi zdolnych do walki. Tym razem randkować z Takumą będzie Mutsumi, którą dokładnie poznajemy już w pierwszej scenie…

Randkę idolki z bohaterem postanawiają zorganizować siostry, zaś dwie z nich w tym czasie nadrabiają zaległości w nauce.

Licząca na przyjemną randkę Mutsumi musi jednak obniżyć swoje oczekiwania. Na widok Takumy ludzie wyskakują przez okna, a ponieważ ona sama jest idolką, muszą mocno uważać, by ktoś jej nie rozpoznał.

Pamiętacie złego z poprzedniego odcinka? Wkracza do akcji! Jego pierwszym bestialskim pomysłem jest ogłoszenie w okolicy, że kręci się po niej nasza idolka! Kilku fanów rozpoczyna poszukiwania.

Nasza parka wpada w tarapaty, a w trakcie ucieczki musi ukryć się w metalowej szafie. Co gorsza, Mutsumi ma moc, która pozwoliłaby im uciec, jednakże nie może sięgnąć ust swojego księcia. Czas wykorzystać plan B, czyli całować szczęśliwca w inne miejsce, jednakże aktywacja mocy walkirii tym sposobem się wydłuża. Czy zdążą, zanim dopadną ich poszukiwacze idolki?

Lizanie przynosi efekty i w ostatniej chwili obydwoje niczym wiatr wylatują z szafki. Możemy też podziwiać Mutsumi w formie walkirii, choć mimo wszystko daleko jej do pełni mocy. Co więcej, na horyzoncie pojawia się nowy wróg, który knuje z poznanym nam już wcześniej osobnikiem.

Trzeci odcinek Val x Love wypada najsłabiej z dotychczasowych. Nie dość, że zabrakło jakichkolwiek scen walki (no dobra, była migawka, ale zajęła tyle, co nic), to jeszcze Mutsumi nie jest postacią, którą mógłbym polubić. Ślini się na widok bohatera, zaś jej mimika w momencie podniecenia bardziej kojarzy się z chęcią zjedzenia ciastka niż pobudzeniem seksualnym. Wykorzystano ją wyłącznie jako obiekt fanserwisu, do tego dla dość specyficznej grupy odbiorców. Na domiar złego seria po raz kolejny powtarza niezbyt zabawny gag związany z przerażającym wyglądem Takumy, przez co na próżno szukać tu jakiejś okazji do śmiechu.

Moim skromnym zdaniem dalsze oglądanie Val x Love całkowicie mija się z celem. Fabularnie bieda, podobnie jak pod względem charakterów postaci. Strona komediowa leży, a fanserwis niestety nie zawsze jest udany. Decyzję jednak pozostawiam Wam, gdyż mimo wszystko widziałem gorsze tytuły.

Tag Cloud