Jako że seria jest jednosezonowa, a w tytule zapowiada dwie podgrupy, Wiosenną i Letnią, trzeba się streszczać z wydarzeniami! Pędzą więc one jak pospieszne ślimaki. Najpierw ekipa zostaje rozlokowana w okazałym dormitorium (zaraz, a czy przypadkiem problemów finansowych teatru nie dałoby się rozwiązać po prostu wynajmowaniem pokoi w ramach działalności ubocznej?) i posadzona do kolacji (z obowiązkowym jakże świeżym gagiem w postaci niejadalnej potrawy). Przy tej okazji zyskujemy pobieżny wgląd w sytuację rodzinną trzech adeptów sztuk teatralnych – każda jest skomplikowana w inny sposób, żeby było bardziej rozmaicie. Potem, już nowego dnia, cała grupa wyrusza na miasto w poszukiwaniu nowych rekrutów i znajduje aż dwóch, w osobach przystojnego cudzoziemca i równie przystojnego salarymana. Pięć osób wystarczy na klub szkolny, więc wystarczy też na trupę teatralną! Pozostaje tylko wystawić spektakl… Oczywiście. Oczywiście. Nie, żebym się spodziewała czegoś innego, ale okazuje się, że furda wszystkie przygotowane skrypty sztuk, które przyniosły poprzedniej trupie popularność. Tsuzuru (nie wiecie, który to? A jaka to różnica?) oznajmia, że on pragnie gorąco, jak dotąd nikt, jak skowronek… Khy, przepraszam, wątek mi uciekł. W każdym razie pragnie napisać własną oryginalną sztukę, zaś Izumi jako reżyserka i producentka wyraża na to zgodę i daje mu tydzień. Tu wstawić montaż nieruchomych scenek pokazujących, jak pozostali panowie ćwiczą, a Tsuzuru pisze, aż wreszcie sukces! Co prawda zamiast oryginalnej sztuki mamy slashowy fanfik do Romea i Julii, ale ostatecznie Szekspir jest w domenie publicznej, więc hulaj dusza, piekła nie ma.

Podstawowe pytanie brzmi: jakim cudem ten odcinek był nie tylko schematyczny (bo to oczywiste), ale też śmiertelnie nudny? Ostatecznie, jak wyliczyłam powyżej, odhaczono całą serię kolejnych punktów fabuły… No właśnie: odhaczono. W praktyce wygląda to tak, że widzimy postaci ustawione w sztywnych pozach, które wymieniają najwyżej kilka zdań wyjaśniających, co się właśnie dzieje albo będzie dziać, po czym przechodzimy do następnej odsłony. Życia w tym nie ma za grosz; jedyne emocje wywoływały we mnie sceny prezentujące grę aktorską bohaterów – wzdrygałam się z przeniesionego zażenowania ich poziomem.

Owszem, chłopcy są ładni, a jeśli bardzo starannie łapie się zrzutki ze zbliżeniami, to seria wygląda nawet nieźle, ale ogólnie wrażenie wizualne także jest bardzo, bardzo ubogie. To nawet nie bardzo się nadaje na cukierek dla oka, bohaterowie są wyprani z osobowości, a relacje pomiędzy nimi – z charakteru. Konieczność zamknięcia „wiosennego” wątku w obrębie kilku odcinków i upchnięcia „letniego” oznacza, że przynajmniej w miarę szybko zobaczymy konkluzję ich starań. Ciekawe, czy następny odcinek zmieści już prapremierę nowej sztuki? Nie, skreślić. „Ciekawe” to nie słowo, którego można użyć na określenie czegokolwiek powiązanego z tą serią.

A gdy spływa mrok wieczorny, typem staję się upiornym…

Przyszedł czas na remont budynku klubowego, ot, załatać kilka dziur w ścianach i dachu. Teoretycznie żmudne i nudne, ale nie dla naszych bohaterek, które cały proces urozmaicają wyobrażeniami na temat naprawy stacji kosmicznej. Jak widać, kreatywne podejście do tematu może sprawić, że nawet najgorsza robota staje się choć odrobinę interesująca.

No dobra, dziury załatane, ale co dalej? Klub powinien w końcu przecież zacząć działać. Aby uzyskać pieniądze potrzebne do jego rozwoju, dziewczyny muszą przygotować własny projekt, który następnie przedstawią samorządowi szkolnemu i nauczycielom. Zaczyna się więc proces produkcyjny i jednocześnie nadchodzi czas, by zdecydować, o czym będzie debiutancka animacja naszych bohaterek. Może by tak o dziewczynie walczącej z czołgiem… maczetą?! Tak, właśnie tak.

Asakusa i Mizusaki w naszym trio reprezentują część kreatywną, pełną pomysłów i marzeń. Zawsze jednak musi znaleźć się ktoś, kto będzie potrafił sprowadzić innych na ziemię – taką funkcję pełni Kanamori, która wciela się w rolę producenta, dbającego o nieco mniej przyjemną i bardziej przyziemną część finansową całego przedsięwzięcia. W tle przewija się także pan Fujimoto, lubiący z jakiegoś powodu swój stan mentalny opisywać ciężarem własnej brody. Lubię gościa.

Powtórzę się, ale naprawdę trudno mi się powstrzymać przed pochwaleniem po raz kolejny designu całego miasta. Każda lokacja, którą odwiedzają bohaterki, jest równie świetnie zaprojektowana, a moja gęba cieszy się za każdym razem, gdy kadry pozwalają na nieco szersze przyjrzenie się temu wszystkiemu. W tym tygodniu dużo było także fantastycznej animacji postaci, nie zabrakło oczywiście głupich min Midori, która tym razem dodatkowo jeszcze dużo skacze z miejsca na miejsce. Nieco nadpobudliwa z niej dziewczyna, ale w tym zdecydowanie tkwi jej urok.

Dużo tutaj naprawdę interesujących zabiegów reżyserskich. W pewnym momencie pokazane jest nagranie, coś na zasadzie making of, gdzie animator wymachuje kataną, próbując w ten sposób przeanalizować, jak w takim momencie porusza się ludzkie ciało, by następnie z odpowiednią precyzją przenieść to na papier. Sama scena jest już bardzo fajna, zgrabnie nawiązując do faktycznych produkcji tego typu, natomiast tym, co ją wyróżnia na tle reszty odcinka, jest stylizacja na nagranie z kasety VHS; coś podobnego twórcy zastosowali już w pierwszym odcinku przy okazji odtworzenia Conana Miyazakiego. Podróże do świata wyobraźni bohaterek też zresztą cechują się zupełnie innym stylem graficznym niż cała reszta, wyglądem przypominając bazgroły ze szkicownika. Kwintesencją tej idei jest sekwencja z końca odcinka animowana przez Norio Matsumoto i będąca wizualizacją pomysłów głównych bohaterek. Takie zabiegi budują wyjątkowość serii (vide retrospekcje w Kill la Kill) i  zawsze zapadają na długo w pamięć, przynajmniej w moim przypadku.

Eizouken skradł moje serce. To nie tylko dobra okruszkowa komedia, ale także seria, która pozwala spojrzeć na proces produkcji animacji z tej bardziej kreatywnej strony. Internet miał rację – faktycznie nie było chyba lepszej osoby do tej adaptacji niż Masaaki Yuasa. Z całego serca polecam przede wszystkim fanom sakugi, ale nie tylko. Wy, którzy nie do końca siedzicie w temacie, również dajcie tej serii szansę. Może podobnie jak Mirai Shounen Conan dla Midori, tak Eizouken dla was będzie bramą do świata japońskiej animacji.

Gdzieś się urwał wątek z poprzedniego odcinka i od razu przechodzimy do snów Irohy związanych z jej młodszą siostrą Ui, które może nie rzucają nowego światła na wątek tajemniczego wymazania jej z tego świata, ale dają kolejne wskazówki, gdzie należałoby szukać. Tutaj muszę bardzo pochwalić SHAFT, bo stosując dość średniej jakości grafikę komputerową i recykling scen znanych z cyklu Monogatari (te stosy książek aż nazbyt przywodzą na myśl pokój Surugi Kanbaru) jest w stanie uzyskać bardzo nastrojowy i artystyczny efekt końcowy. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że właśnie do takich zabiegów artystycznych studio przyzwyczajało nas przez lata, a mimo wszystko nie tracą one swojej unikatowej magii.

Niestety, o samej fabule odcinka nie można powiedzieć zbyt wiele ciepłych słów: ot, koniec końców okazuje się, że Kaede została uwięziona w labiryncie wiedźmy pod koniec poprzedniego odcinka. I od razu odcinek dostaje ode mnie pierwszy minus, gdyż całe to zajście było jedynie mgliście zakomunikowane i działo się praktycznie poza ekranem. Natomiast poszlaki w postaci… cóż za niespodzianka – braku Kaede były tak oczywiste, że nawet nie musiano tego mówić wprost. Chociaż i tak powiedziano, na wypadek, gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości.

Jak to mawiał Piotr Fronczewski: „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”, więc nasze bohaterki wzywają wsparcie w postaci Yachiyo Nanami, magicznej dziewczynki-weteranki, którą mieliśmy okazję poznać w pierwszym odcinku. Wkroczyła do akcji z groźną miną wyrażającą takie emocje, jak „strułam się dwudniową pizzą” albo „przechodziłam w nowej sukience pod drzewem, na którym było więcej gołębi niż liści” i od razu zaznaczyła, że z Irohą to ona nie idzie w bój. Absolutnie jej się nie dziwię. Widać, że myśli bardzo trzeźwo i doskonale zdaje sobie sprawę, że magiczna dziewczynka niepotrafiąca walczyć to raczej zbędny balast i kiepskiej jakości mięso armatnie (o ile akurat pobiegnie w stronę wiedźmy, a nie przeciwną) niż kompetentna towarzyszka broni. Niestety, udaje się ją przekonać do zabrania Irohy, gdy zostaje wspomniany jakiś tajemny rytuał mogący wzmocnić potencjał bojowy głównej bohaterki. Jest to już nie pierwszy zabieg w tej serii, który można podsumować stwierdzeniem: „cóż za przypadek”. A zapewne twórcy w kolejnych epizodach dalej będą się posługiwali takimi wygodnymi zbiegami okoliczności, żeby pchnąć fabułę w wybranym przez siebie kierunku. Nawet jeśli nie jest on dobry.

Jednego zaś tej serii nie mogę odmówić. Oprawa audiowizualna robi spore wrażenie, co pokazują sceny transformacji. I właśnie dla takich momentów nadal chcę oglądać to anime, mimo że fabularnie nie jest dziełem najwyższych lotów. Co zaś się tyczy planu sprowokowania wiedźmy i uratowania Kaede, to był on aż tak bardzo oczywisty, że aż nie mógł zadziałać. No i, cóż za niespodzianka, nie zadziałał. Za to mieliśmy „łzawy” wywód Reny, na podstawie którego mogę śmiało stwierdzić, że to już nie jest tsunderyzm, tylko zaburzenia osobowości kwalifikujące się na jakąś sesję terapeutyczną pod okiem specjalisty. No, ale poskutkowało i wiedźma przybyła na miejsce. Co dalej mogło się wydarzyć? Jeżeli ktoś pomyślał, że kolejne łzawe sceny z Reną, spotkanie z Kaede, pokaz nowej mocy Irohy, pokonanie wiedźmy i pojednanie dwójki dziewcząt, to miał prawie rację. Dlaczego prawie? Ponieważ Iroha jak była bezużyteczna, tak nadal jest bezużyteczna, trochę pobiegała, strzeliła może ze dwa razy, ale za wiele to z tego nie wynikło. Naprawdę, imponujący power-up.

Na koniec do miasta wkracza stara znajoma, czyli Mami Tomoe. Nareszcie jakaś postać (uwaga, przed przeczytaniem reszty zdania zalecam udać się do kuchni i nalać sobie wody do szklanki, bo pójdzie weebosuchar) z głową na karku. Cóż, to dopiero trzeci odcinek, więc mam nadzieję, że jej pojawienie się jest w miarę przemyślane fabularnie, a nie ma być jedynie fanserwisem mającym podbić oglądalność nowej Madoki. Jak mówi przysłowie, nadzieja matką głupich, więc zapewne chodzi o fanserwis. Ciekawe, kiedy pojawi się reszta ekipy.

Seria trzyma cały czas równy poziom, co akurat w tym przypadku trudno potraktować jako zaletę, o ile oczywiście nie wyjdziemy z założenia, że mogło przecież być gorzej. Tak, wtedy ten równy i przeciętny poziom można odbierać jako mały plusik obok tej trójki w dzienniczku. Nie oszukujmy się: serii jest zdecydowanie bliżej do tytułów żerujących na popularności Madoki (może dlatego, że się do nich zalicza), niż do pierwowzoru, ale tego można było się spodziewać. Szkoda. Przynajmniej oprawa audiowizualna ma niepowtarzalny klimat klasycznej Madoki i dla niej warto na to popatrzeć. Aczkolwiek, parafrazując Dantego, porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy to oglądacie.

Kotoko po raz kolejny nachodzi obiekt swoich uczuć w szpitalu. Tym razem tłumaczy mu, że po zeszłotygodniowej akcji wywołał niemałe zamieszanie w świecie ayakashi, które zaczęły obawiać się o swoje życie.

Główna atrakcja odcinka.

Natrętna dziewczyna próbuje też wyciągnąć jakieś informacje na temat tajemniczej mocy Kurou. Udaje się jej dowiedzieć, że w dzieciństwie zjadł on mięso dwóch ayakashi, a jego niezwykłe możliwości regeneracyjne pochodzą od syreny. Co prawda jej mięso powinno dać mu wieczną młodość, ale jak widać, dorasta normalnie. Kotoko nie uzyskuje jednak odpowiedzi na pytanie, czym było drugie zjedzone stworzenie, którego moce negują część syrenich właściwości.

Bohaterce nie udaje się także namówić Kurou na wyprawę z nią nad jezioro, gdzie ma się spotkać z wężowym bóstwem. Widząc nieodpowiednio przygotowaną dziewczynę, Kurou nie pozostaje jednak obojętny – ubiera ją w kurtkę, zaopatruje w spray przeciwko insektom i daje do łapy ciepły posiłek na drogę.

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby spotkanie dwóch Eri Chitand z Hyouki, próbujących rozwiązać zagadkę zabójstwa? Jeśli nie, to sięgnijcie po ten odcinek. Wielki boski wąż chce się dowiedzieć, dlaczego ciało ofiary wyrzucono do jeziora, zaś Kotoko pokrętnie próbuje odtworzyć odpowiedni scenariusz zbrodni. Po przegadaniu większości odcinka niczego tak naprawdę nie udaje się ustalić…

Drugi odcinek Kyokou Suiri mocno spuścił z tonu w porównaniu z otwarciem serii. Akcji tu niemal brak, za to nudą wieje na całą Japonię. Mam nadzieję, że tytuł wróci do ciut dynamiczniejszych wydarzeń i walk z ayakashi, gdyż detektywistyczne dochodzenie zdecydowanie nie jest mocną stroną tego anime. Dziwię się sam sobie, że to piszę, ale lepszy już ten niezbyt ambitny wątek romantyczny, aniżeli „główna” akcja tego odcinka. Ogółem, pod względem wydarzeń na razie jest nieciekawie, a postaci nie potrafią wzbudzić mojej sympatii. Być może się to zmieni, ale wielkich nadziei sobie nie robię.

Nowy dzień, nowe wyzwania. Po dyskusji o tym, czy lepiej mieć duży czy mniejszy „sprzęt”, główni bohaterowie szukają nowego obiektu do recenzji. Popijające w barze wróżki sprawiają, że wpada im do głowy nieco szalony pomysł…

Tak! Wybiorą się do burdelu obsługiwanego przez małe słodkie wróżki. Wróżkowy Nektar, bo tak ów przybytek się nazywa, ma jednak swoje zasady. Trzeba zapłacić z góry, a także przejść selekcję. Selekcję w kwestii długości sprzętu. No wiecie, rozmiar wróżek sprawia, że mogą mieć problemy, gdyby klient okazał się zbyt duży.

Trzeba jednak przyznać, że jak przystało na luksusowy lokal płatny z góry, każdy zostanie zadowolony. Co więcej, już burdelmama pokazuje, że pracowitości nie można im odmówić! Mimo przechwałek na temat rozmiaru, tym razem ogranicza on wybór Stunkowi, podczas gdy Zel i wywodzący się z rasy niziołków Kanchal mogą przebierać w ofertach.

Najbardziej pokrzywdzony, a wręcz oszukany zostaje Crimvael… Okazuje się, że jako jedyny był zbyt dobrze obdarzony, aby skorzystać z usługi wróżek. A opłata rzecz jasna zwrócona nie została… Daje upust swojemu niezadowoleniu w recenzji, która tym razem zawiera skrajne opinie. Nie zmienia to faktu, że wieść o jego męskości rozchodzi się wśród zainteresowanych, którzy zwracają oczy ku jego kroczu.

Nie samym seksem jednak świat żyje. Zbliżają się wybory, a na ulicach pojawiają się politycy próbujący zdobyć głosy mieszkańców. Jednym z nich jest demoniczna władczyni ciemności, której jednak niezbyt idzie gromadzenie poparcia. Jej wierny podwładny próbuje poprawić opinię ich rasy, polecając recenzentom burdeli najlepszy lokal z demonicznymi panienkami.

Ekipa czym prędzej rusza w drogę. Nie towarzyszy im Crimvael, gdyż bycie aniołem nieco kłóci się z wizytą u demonów. Szczęście jednak nie sprzyja niepopularnym politycznie osobnikom… Po drodze grupa recenzentów zauważa cycate minotaurki, a grawitacja tak wielkich obiektów przyciąga ich bezlitośnie…

Muszę przyznać, że konstrukcja świata przedstawiona, jak na całą jego absurdalność, ma dość sensowne ramy. Tylko w takich okolicznościach można było upchnąć dzielnicę uciech, gdzie panie są zadowolone i usatysfakcjonowane swoją pracą. Co więcej, wróżki przedstawiono w tak absurdalny sposób, że nie zapalają się żadne lampki ostrzegawcze w kwestii, no wiecie, możliwości wykorzystania ich drobnych ciał. No i polityka… Po prostu wywołuje banana na twarzy, jak idealnie oddano jej charakter w tych okolicznościach. Strona komediowa serii wypada naprawdę przyzwoicie. Elementy fanserwisu stały się główną składową humoru i efekt jest naprawdę udany!

Nie wiem jak przeżyję seans odcinka trzeciego, może podeprę sobie powieki zapałkami, żeby nie opadły? Cóż, w zapowiedzi drugiego twórcy stwierdzili, że nie zobaczymy tu rugby i obietnicy dotrzymali. Bohaterowie ponownie snują się przez ponad dwadzieścia minut, tocząc nudne rozmowy. Za jedyny plus można uznać, że tym razem na pastwisko wypuszczono tylko kilka sztuk rogacizny. Główne skrzypce ponownie gra biedny Natsusa, który odnalazł się w roli menedżera i wspólnie z mimozą opracowują strategię dla drużny w nadchodzących rozgrywkach. Panom spędza sen z powiek jedna z drużyn, a właściwie jej dwóch zawodników – mimo wielu świetnych graczy, Natsusa stwierdza, że aby możliwa była wygrana, w drużynie na powrót musi się pojawić Ibuki Ueoka, czyli senpai, przez którego wylądował w szpitalu. Reszta odcinka upływa na stalkowaniu Ibukiego i próbach namówienia go na powrót do rugby. Oczywiście nie zabrakło posypywania głowy popiołem w związku z wypadkiem i wybuchu szczerości ze strony Natsusy (żeby było bardziej nastrojowo scena odbyła się w kościele)… Koniec odcinka utonął w różu, lukrze i cukrze pudrze. Rugby nie stwierdzono.

Być może ta seria kiedyś zyska jakieś elementy sportowe, ale szczerze wątpię, czy komukolwiek będzie się chciało czekać tyle czasu. Po prawdzie, trudno mi wskazać grupę docelową tego anime – sportu tu nie ma, studenci zachowują się jak stadko gimnazjalistów i chyba jedynie wyjątkowo „nawiedzone” yaoistki będą zadowolone, bo akurat podtekstów męsko-męskich tu nie brakuje. Jak już wspominałam, całość jest upiornie nudna i do bólu schematyczna. Bohaterowie to zaprogramowane na trzy czynności kukły i da się ich opisać najwyżej dwoma przymiotnikami. Wisienką na torcie jest dla mnie ścieżka dźwiękowa, zupełnie oderwana od anime. Panowie jedzą i przekomarzają się, a w tle leci smyczkowy utwór, pasujący raczej do serii opowiadającej o innej epoce.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, wybaczyłabym Number 24 brak sportu i „idolowy” klimat, gdyby tylko miało na siebie jakiś pomysł, gdyby nie było zlepkiem klisz, widzianym setki razy. Tymczasem twórcy wyszli z założenia, że wystarczy nawrzucać do wora ładnych chłopców i odrobinę skomplikować ich relacje, i już mamy anime. To tak nie działa…

Seriego dalej wkurza samo istnienie Hanadoriego, czemu daje wyraz podczas rozmowy z nauczycielem. Ten z kolei nie przejmuje się wybuchami bohatera i w spokoju konsumuje swoje bento. Po czym bardzo celnie uświadamia Seriego, że jeśli coś go drażni, to powinien powiedzieć to głośno, a nie dusić w sobie. Mówi też, że podobni ludzie trzymają się razem, oraz że dzieciaki w ich wieku potrzebują czegoś, żeby się chronić (w domyśle zapewne przed złym światem). Nagle spod stołu wyłazi Tsukimiya i pyta się bohatera, dlaczego nie uważa tego za świetną zabawę oraz przypomina sytuację z poprzedniego odcinka, kiedy został zignorowany przez Handoriego. Za karę (?), na zacieśnienie więzów (?) całą trójka zostaje przydzielona do komitetu porządkowego przy bramie do szkoły, po czym okazuje się, że Handori nie jest jedynym osobnikiem z niekonwencjonalnym sposobem ubierania się. A także, że jest głupi jak but ale posiada instynkt samozachowawczy.

 

Druga część odcinka rozgrywa się w trakcie przerwy letniej, w pokoju bohatera. Otóż udało mu się zaprzyjaźnić z dziewczyną z klasy, nawet coś wspomniała o jakichś planach na wakacje… Ale czas mija, a ona nie dzwoni, w ogóle nikt nie dzwoni z wyjątkiem Tsukimiyi, który czyta w myślach Seriego. I doprowadza go do szału. A raczej doprowadzają do szału scenarzyści, bowiem poprowadzenie wątku, które zapewne miało być śmieszne, jest niewystarczające, żeby nie powiedzieć żenujące i tragicznie głupie. I zdecydowanie nie przyczynia się do polubienia żadnego z trójki bohaterów.

 

Pod względem fabularnym jest jeden plus – postać nauczyciela zyskała pewne cechy, które działają na jego korzyść. Np. stoicyzm. I zmysł obserwacji. Natomiast niestety pozostałe postacie są nadal tak samo irytujące jak były. Seri jest dalej irytujący w swoich oceniających rozważaniach, Hanadori dalej oderwany od rzeczywistości, za to Tsukimiya awansował do grona irytującego wytrycha fabularnego, usprawiedliwiającego nieudolność scenarzystów do stworzenia jakichś logicznych i spójnych wydarzeń.

 

Aha, w odcinku występuje postępująca SDczkoza. Gdyby jeszcze te SDczki były chociaż ciut ładniejsze…

 

22/7 – odcinek 2

Rozjarzona ściana wypluwa dwie tabliczki. Na pierwszej znajduje się tylko powitanie i nazwa nowej grupy, tytułowe 22/7, na pierwszy rzut oka słabo nadające się na rozpoznawalną nazwę zespołu idolek. Na drugiej za to widnieje informacja, że za dwie godziny dziewczęta mają się stawić na ocenę swoich zdolności wokalnych, tanecznych oraz konferansjerskich. Jedne radzą sobie z tym lepiej, inne gorzej – najgorzej zaś zdecydowanie wypada Miu, dukająca coś pod nosem i niepotrafiąca tańczyć. Wychodzi jednak na jaw, że jedna z dziewczyn ewidentnie ma stosowne przygotowanie i właściwie od razu mogłaby występować na scenie. Nicole Satou, bo o niej mowa, dostaje prawie same najwyższe noty, a jej pozycja w grupie wydaje się pewna… Ale, jak pamiętamy, rozkazy Ściany nie mogą być podważane, zaś ściana wyrzuca kolejną tabliczkę i na liderkę grupy wyznacza Miu.

Bohaterka, z kompletnym zamętem w głowie, ponownie uznaje, że to chyba jednak nie dla niej i nie pojawia się na kolejnych treningach. Tym bardziej, że ambitna Nicole jasno daje jej do zrozumienia, jak bardzo jest niezadowolona z jej obecności. Niestety, nieobecność Miu nie oznacza przetasowania w grupie – ponieważ Ściana wyraziła swoją wolę, bez bohaterki przyszłość 22/7 stoi pod znakiem zapytania. Po części to, a po części troska o nową znajomą sprawiają, że Sakura Fujima postanawia odwiedzić Miu, ostatecznie jednak nie próbuje wywierać na nią nacisku. Miu przekonuje się, że większość dziewcząt z grupy (z istotnym wyjątkiem w postaci Nicole) martwi się o nią, podejmuje więc decyzję, by jeszcze raz spróbować idolkowania. Tym pozytywnym akcentem (i złowrogą czarną kopertą, tym razem adresowaną do matki Miu) kończy się odcinek.

W pierwszej zajawce wyraziłam wątłą nadzieję, że jeśli klimat ma być dramatyczny, to i dziewczęta nie będą miały miłych i łatwych charakterów. Muszę niestety odwołać moje przewidywania – idolki to idolki, a należy pamiętać, że 22/7 to część projektu „przekraczających granice wymiarów idolek”. Nie ma cudów, muszą być słodkie i czyste; nawet Nicole zapewne za czas jakiś się nawróci. Walory produkcyjne bez zmian – animacja koślawa, aktorstwo drewniane, fabuła durna i wymagająca od widza, by Ścianę traktował z pełnym szacunkiem, podobnie jak mają to czynić bohaterki. Byle do trzeciego odcinka – potem mogę to rzucić w diabły.

Poznajemy pełne zasady poszukiwania skarbów – wydarzenia w Darwin’s Game, do którego wciągnięci zostali główni bohaterowie. 300 graczy musi rywalizować o 300 bransoletek z kamieniem szlachetnym, a warunkiem przeżycia jest posiadanie przynajmniej trzech w momencie zakończenia „zabawy”, czyli za 24 godziny. Tak, przynajmniej jedna trzecia graczy nie przeżyje tego wydarzenia. Za to jest o co walczyć – każdy kamień ma wartość punktową, a przypominam, iż 10 punktów to milion jenów.

W ramach zabawy wyłączono opcję wykrywania graczy w aplikacji. Niby fajnie, nie? Doszły za to nowe możliwości, a w tym przypadku mapa ujawniająca lokalizację bransoletek, a także kamera je pokazująca. Tak, można dzięki temu namierzyć cel, a jeśli już należy do kogoś – także jego właściciela. Lekko nie będzie. Zwłaszcza że Kaname trafia do budynku, którego wszystkie wejścia są zablokowane…

Nasz główny bohater omal nie ginie, ale udaje mu się ujść z życiem dzięki naiwności gracza, któremu oddał bransoletkę. Co więcej, z ofertą współpracy zgłasza się do niego uczennica pierwszej klasy gimnazjum, którą poznaliśmy w poprzednim odcinku. Rein Kashiwagi, samozwańcza analityczka, proponuje wspólne ukończenie gry. Na razie nie znamy jej umiejętności, ale wiedzę ma ogromną. Szybko udaje jej się rozpracować sytuację i określić, kto zablokował wyjście z wieżowca.

Odpowiada za to niejaki Hanaya, którego nikt na razie nie widział. Wiadomo tylko, że zamiast zabijać graczy, postanowił ich kontrolować dzięki swojemu sigilowi. Jest też pewny siebie, więc parka sojuszników łatwo mieć nie będzie. Swoją drogą, Rein kompletnie nie zachowuje się jak na jej wiek przystało. Przypomina raczej dorosłą osobę, którą dla wiadomych celów wepchnięto w ciało uczennicy…

Tymczasem w nieokreślonym miejscu, grupka jakichś ważnych szych odpowiedzialnych za grę ogląda transmisję na żywo. Nie wiadomo, kto jest kim, nie wiadomo, jaki mają cel, ale powoli zaczyna to przypominać typowe battle royale oraz możnych, którzy urządzili sobie zabawę, jakiej świat jeszcze nie widział.

Trzeci odcinek Darwin’s Game pokazuje, że jest tu jakiś zamysł na fabułę, a postaci muszą się natrudzić, żeby nie skończyć jako wypikselizowana dziura w chodniku. Co prawda widać tu szczęśliwe zbiegi okoliczności ciągnące dość nieudacznego bohatera za uszy, ale powiedzmy, że nie jest to zbyt nachalne. Ja w każdym razie ciekaw jestem dalszych wydarzeń, przez co sięgnę po resztę serii. Polecam to również tym, których Darwin’s Game zainteresowało.

No dobrze, mam, co chciałam, czyli brutalne zderzenie dzieciaków z rzeczywistością, nawet więcej niż raz. Jest dramatycznie i gambarycznie. Po pierwsze, Chiyuki oszukała ojca, że Tsumura jest studentem branżowej szkoły – kiedy prawda wychodzi na jaw, dyrektor odwołuje ofertę, a córkę zawiesza (zakładam, że w zajęciach związanych z modelingiem). Tsumura jakoś to przełyka, bo twierdzi, że tak naprawdę cieszy go tworzenie ubrań, które cieszą ludzi, ale Chiyuki nie potrafi się poddać i jeszcze raz go motywuje, a raczej denerwuje tak, że chłopak znów udaje się na rozmowę z jej ojcem, prosić o przyjęcie. W efekcie zostaje polecony projektantowi, który właśnie opuścił Mille neige, by stać się niezależnym.

Hajime Yanagida osobowość ma paskudną, już w progu poddaje Tsumurę niezapowiedzianemu testowi, który ten oblewa (chodziło o obustronnie kryty szew). Ale wspomnienie determinacji Chiyuki dodaje mu sił, naprawia swój błąd, ponownie odwołuje się do gambaryzmu i swego wielkiego pragnienia zostania projektantem, co chyba porusza jakąś strunę w Hajime, więc bierze chłopaka. A jutro zaczyna się tydzień mody w Tokio, na którym mężczyzna ma zamiar udowodnić, że jest „marką przyszłości”…

Rzecz jasna, cokolwiek mogłoby pójść źle, idzie. Najpierw odpada mu jeden asystent – zajechał go po prostu, a zamiast niego za przynieś-podaj robi nasz licealista z aspiracjami – potem modelka. A tu czterdzieści sukni do pokazania! Prośba do znajomej agencji skutkuje przysłaniem córki szefa… nie dość, że niedoświadczonej, to jeszcze o 20 cm za niskiej! Naprawdę, co ten Fujito-san sobie myśli!? (Faktycznie, co? Za Świętego Mikołaja tu robi i tyle). No ale nie ma rady…

Sukienkę trzeba dopasować, przynajmniej na długość, bo resztę wymiarów Chiyuki ma jak należy, a tymczasem druga asystentka Hajime mdleje z wyczerpania (zajechał, mówiłam). Wychodzi na to, że on sam jest od projektowania, a z igłą nie bardzo – serio? – więc ostatnią szansą na uratowanie pokazu i przyszłości projektanta jest Tsumura. Zbierający się jeszcze po ujrzeniu Chiyuki i innych modelek półnago, bo podczas pokazu nikt się przecież bielizną nie przejmuje, ale zbierający się szybko i zdeterminowany podobnie jak dziewczyna. Czy mu się uda, zobaczymy za tydzień.

No dobra. Chciałam, co mam, ale nie chciałam aż tak – niby zrobiło się bardziej realistycznie, ale wcale nie, bo za dużo problemów i przeszkód, które są logiczne i prawdopodobne, a nawet oczywiste, pokonuje tu ślepy upór dzieciaków (nie wyjdę, dopóki mnie nie zatrudnisz!), któremu ulegają dorośli, oraz ich zacięte ganbare. A w dodatku ich wybuchy emocji, też przecież naturalne, nie do końca mnie przekonują, jakby były lekko przerysowane, stąd męczące. Czy raczej: po takich wybuchach sytuacja powinna inaczej wyglądać, a tymczasem wszystko się jednak układa tak, żeby nasza parka trafiła tam, gdzie powinna. Myślenie życzeniowe w przekładzie na scenariusz anime.

Wizualnie jest przyzwoicie, choć bez szaleństw, twarze postaci są miłe (Chiyuki nie jest klasyczną animkową pięknością i to mi się podoba), a ich sylwetki zachowują się w ruchu jak należy, choć w większej odległości potrafią się lekko zdeformować. Tła są czasami pustawe, chociaż komputery ładnie robią szczegóły na bliższym planie, i szczerze mówiąc, żaden z prezentowanych dotychczas strojów mnie nie porwał. Okazjonalne esdeczki dodają trochę humoru do stonowanego pod tym względem klimatu i dobrze rozładowują napięcie, kiedy jest za duże. W sumie, ogląda się to bez przykrości, ale jednak nie ma tak dobrze, żeby nie było na co ponarzekać.

Tag Cloud