Oookeeeeej… W tym przypadku zasada trzech odcinków powinna być jak najbardziej miarodajna, więc czwarty każdy ogląda na własne ryzyko. Po dwóch wprowadzających ten trzeci wpada najwyraźniej w schemat „Inkarnata tygodnia”, co potwierdza też zapowiedź kolejnego odcinka. Mamy zatem do czynienia z „Minotaurem”, czyli żołnierzem, który po wojnie wrócił w rodzinne strony, a jego szaleństwo objawiło się tym, że przekonany o wciąż trwającym zagrożeniu, budował bez końca coraz potężniejszą fortecę (sam, własnymi pazurzastymi łapami), pozbawiając przy okazji sąsiadów dachów nad głową.

Jak się potem okazało, tę obsesję napędzał strach przed śmiercią, i to chyba jedyny wątek w odcinku, który mogę uznać za prawdopodobny psychologicznie. Reszta, cóż. Sprowadza się do tego, że Schaal, mimo że teoretycznie nie może Hankowi wybaczyć zabicia ojca, upiera się wszędzie za nim podążać, także na pole walki, „żeby zrozumieć, dlaczego to zrobił”. Poza tym traktuje go jak towarzysza, to znaczy okazuje zaniepokojenie o niego, zarówno z powodu złego snu o Elaine, jak i ewentualnych obrażeń odniesionych w walce z bykowatym. Ostatnia ważna postać w odcinku to Liza, owa nieszczęsna agentka, z którą Hank najwyraźniej współpracuje (to w sumie też pewien plus, bo myślałam, że działa sam). Ta z kolei, kierując się nieodgadnioną dla mnie logiką, wbrew jego prośbie, by zabrać Schaal z najeżonej pułapkami i kościotrupami twierdzy, wpuszcza ją do środka i pozwala jej obejrzeć walkę dwóch bestii. Przy okazji Hank transformuje się w pełni i dowiadujemy się, że może to robić tylko w nocy, ponieważ jest… wilkołakiem! No kto by się domyślił…

Krótkie to streszczenie, wiem, ale serio nie ma się co bardziej rozwodzić. Słabe to jest po prostu i mało wiarygodne nawet jak na zwykłego akcyjniaka, od którego przecież dużo się nie wymaga. I o ile dałoby się to pewnie przeżyć w odniesieniu do fabuły, zawieszając pewne kwestie na kołku, jak to w bajce bywa, o tyle papierowe postaci są tak nieprzekonujące w swoich emocjach, że nawet mnie nie irytują, a nużą. A przecież zabijanie przez Hanka byłych kamratów MA w sobie dobry dramatyczny potencjał! Tu niestety zmarnowany, obecny jedynie w króciutkich przebłyskach. Nie spodziewałabym się też, że to napiszę, ale w tym przypadku wstawki SD naprawdę stanowią gwóźdź do trumny, tak bardzo nie pasują do mhrocznego klimatu… Pasuje za to aż za dobrze muzyka – powiedziałabym, że ktoś się do niej, w przeciwieństwie do reszty ekipy, porządnie przyłożył, i właściwie to efekt się marnuje, a raczej podkreśla jeszcze sztuczność całości. Posłuchałabym jej osobno, żeby się przekonać, jak wypada. Graficznie wreszcie dominuje ciemna, bura kolorystyka, komputerowe budynki i wnętrza, nie brakuje też deformacji sylwetek i twarzy; niewiarygodne balony Lizy, dwusekundowa scena z Schaal pod prysznicem czy nagi tors Hanka nikomu chyba tego nie wynagrodzą… A prawda, jeszcze była walka Minotaura z Wilkołakiem, coś dla spragnionych szybkiej, efektownej akcji i krwi. Jak lubię te elementy, wrażenie zrobiła na mnie żadne. O wątpliwej urodzie serii świadczą zrzutki; nie bardzo mam co wybrać na główną.

Po piosence końcowej mamy jeszcze dwie niepowiązane ze sobą sceny, jedną ze złowieszczym Cainem i ową lolitką w trupiozielonym świetle, drugą ze specjalnym oddziałem do walki z Bestiami w pełnej glorii (jego nazwa, a wszystkie nazwy są tu ewidentnie „znaczące”, haha, wyrwała mi z gardła głośne prychnięcie), który pewnie jeszcze bardziej skomplikuje Hankowi życie – jakby już nie miał dość kłopotów. Ale ja się tego raczej nie dowiem. Właściwie sama trochę żałuję, bo założenia serii, a przynajmniej jej setting, wydawały się ciekawe i pierwszy odcinek wypadł w miarę przyzwoicie, ale teraz pasuję i raczej nie będę tego nikomu polecać – są lepsze tytuły w tym sezonie.

Sayuki przyznaje się do bycia masochistką, proponuje też Keikiemu zostanie jego zwierzątkiem… Bohater na szczęście odmawia, a poszukiwania Kopciuszka od pozostawionych majtek trzeba zacząć od nowa.

Bohatera na nowy trop naprowadza nauczycielka, która stwierdza, że zostawił otwartą klasę po zajęciach klubowych. Krótko mówiąc, ów Kopciuszek mógł schować się w klasie i wyjść, otwierając zamek od środka.

Kolejną niewiastą do sprawdzenia zostaje Yuika Koga, która staje się strasznie zazdrosna, gdy dowiaduje się o randce Keikiego z Sayuki. W ramach przeprosin bohater zabiera słodką dziewoją na randkę, której plan przygotowała jego młodsza siostra. Randka przebiega dość bezproblemowo i schematycznie, a kończy się czymś, co wygląda jednoznacznie jak zaproszenie przed wyznaniem miłosnym…

O tempora, o mores, o k…a. Yuika faktycznie ma pewne zamiary względem Keikiego… Chce, aby został jej niewolnikiem. Po masochistce bohater trafia na sadystkę, która nie przebiera w środkach. Co więcej, dziewoja skrzętnie wykorzystuje swoje zalety fizyczne oraz słodki charakter, aby zachęcić bohatera do podjęcia jedynie słusznej (w jej oczach) decyzji. W ramach nagrody dla swojego niewolnika, oferuje mu majteczki. Gdy zaś Keiki ma zamiar zwiać, zostaje przez drobną dziewczynę powalony i poczęstowany (dosłownie!) świeżymi majteczkami.

Drugi odcinek Kawaikereba Hentai demo Suki ni Natte Kuremasu ka? niestety potwierdza moje obawy dotyczące tego tytułu. Zapowiada się, że kolejne panienki będą zaskakiwać naszego biednego bohatera, który powinien zwiewać co sił w nogach i porzucić poszukiwania Kopciuszka. Jak się trafi yandere, to nie wróżę mu długiego życia, a sądząc po liczbie dziewczyn przewijających się na ekranie, ryzyko jest znaczące. Anime cierpi też na tragiczną przypadłość wielu haremowych serii – akcja jest absurdalnie nudna i sztampowa, a dwadzieścia cztery minuty spokojnie można byłoby skrócić do czterech, aby zaprezentować wszystkie „kluczowe” momenty bez straty jakichkolwiek detali czy sensu (którego na próżno tutaj szukać). Dalszy seans odradzam wszystkim, może poza osobami czerpiącymi przyjemność z oglądania kiepskich tytułów.

W pierwszym odcinku dowiedzieliśmy się, że akademia Yumenosaki jest antyutopią, rządzoną despotycznie przez samorząd, a protagoniści chcą w niej dokonać rewolucji serc. Zupełnie jak w Shoujo Kakumei Utena. W drugim dowiadujemy się, że jest to miejsce, w którym marzenia rozkwitają. Zważywszy na to pierwsze, ciekawe to muszą być marzenia.

Skoro już jesteśmy w temacie flory, seria rozkwita niczym wiosenna łąka. Jak wiadomo, każdy kwiat ma symboliczne znaczenie. Objawiają się:

bordowe włosy, złote oczy – Natsume – ekscentryczność, spryt
granatowe włosy, fiolotowe oczy – Yuzuru – posłuszeństwo, uprzejmość
jasnoniebieskie włosy, fioletowe oczy – Hajime – niepewność, niezręczność
rude włosy, zielone oczy x2 – Hinata i Yuta – żartobliwość, energiczność
czarne włosy, czerwone oczy – Rei – mroczność, tajemniczość
brązowe włosy, brązowe oczy – Tomoya – przeciętność, niezdecydowanie
blond włosy, brązowe oczy – Mitsuru – pogodność, pustogłowie
blond włosy, bordowe oczy – Nazuna – drażliwość, odpowiedzialność
fioletowe włosy, fioletowe oczy – Souma – zręczność, szybkość

Aby przeprowadzić rewolucję, trzeba idolować lepiej niż samorząd i poradzić sobie z S1. Czym jest S1? Odcinkiem [0,1] z dodawaniem modulo? Być może, pewności jednak nie ma. Wiadomo, że pojawia się w aplikacji na komórkę, zdającej się sensem istnienia szkoły. Wydaje się ona przypominać szalenie popularną grę Ensemble Stars!, oferującą niezobowiązujący relaks i mnóstwo radosnej zabawy wraz z przesympatycznymi idolami. Dostępna już teraz w Google Play i App Store!

W każdym razie do sukcesu w S1 przydałaby się producentka, która jest nadzieją. Nadzieja jednak zostaje porwana przez bliźniaków, którzy zawsze mówią jednocześnie to samo (rude włosy, zielone oczy x2) na zlecenie czarnych włosów, czerwonych oczu. Czarne włosy, czerwone oczy sypia w trumnie i jest cennym sojusznikiem w walce z samorządem. Poruszony ich entuzjazmem do idolowania, wysyła bohaterów na specjalny trening, który kończy się niczym.

Odcinek również kończy się niczym, jak całe nasze życie. Faktem jest jednak, że tańczą i śpiewają, to również jak w życiu. Czy to jednak wystarczy? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Co my mamy w programie… Wrogą przedstawicielkę samorządu szkolnego, która ma wyraźnie jakiś osobisty uraz do idolek; poszukiwanie nowych członkiń klubu; pierwszy malutki występ, który zapowiada się na całkowitą porażkę, ale ostatecznie… Nie no, serio. Nie oglądam anime idolkowych, ale nawet ja wiem, że to wszystko już było przemiędlone tyle razy, ile tylko się da. Trzeba jednak przyznać, że Re:Stage! powtarza wszystkie schematy z gorliwością i przekonaniem, jakby właśnie je wymyśliło po raz pierwszy – pytanie tylko, czy to wystarczy, żeby się obroniło?

Na razie zasadnicza Minori z samorządu robi wszystko, by sabotować działalność klubu, zaś Mana i Sayu przypadkiem odkrywają, że ich ekscentryczna i nietowarzyska koleżanka z klasy, Kae, jest ogromną fanką idolek. Oczywiście właśnie dlatego trudno im ją przekonać – bycie idolką to poważna sprawa, a nie jakieś tam hobby w ramach klubu szkolnego! Nie zdradzę jednak zbyt wiele, gdy napiszę, że ostatecznie nie tylko ulega urokowi pieśni i tańca bohaterek, ale hakerską interwencją ratuje ich zagrożony występ. Na marginesie dowiadujemy się też przelotnie, iż Mana zmaga się z jakąś traumą i obawia się występów przed publicznością, co zapewne zapowiada ataki paraliżującej tremy w stosownie istotnych fabularnie punktach.

Muzycznie – znowu słyszymy parę razy tę samą pioseneczkę, która była obecna w poprzednim odcinku i oglądamy ten sam układ taneczny. Jasne, ma to sens, skoro bohaterki są początkujące, ale trudno nazwać to widowisko porywającym, szczególnie że animacja krzywi się dokładnie w taki sam sposób, jak poprzednio. Zaczekam na trzeci odcinek, chociaż już teraz wydaje mi się, że widzę jedno zastosowanie dla tej serii. Redakcja Tanuki nie popiera nadużywania alkoholu, ale wydaje się, że byłoby to anime idealne do drinking game – kolejka za każdym razem, gdy zauważycie pomysł wykorzystany już wcześniej w serii idolkowej.

Nie powiem, żebym po pierwszym odcinku miała wygórowane oczekiwania, ale wszelkie moje nadzieje, że ta seria wygrzebie się na przyzwoity poziom runęły właśnie z hukiem. Gros czasu poświęcono tym razem kolejnemu zadaniu, będącemu skrzyżowaniem gry randkowej z symulatorem rodzicielstwa. Innymi słowy, przed bohaterami stanęło wyzwanie polegające na „wychowaniu” wyklutego z ogromnego jaja dziewczęcia i doprowadzeniu do szczęśliwego zakończenia wątku jej zauroczenia nauczycielem z jej szkoły. Żeby było zabawniej (przynajmniej sądzę, że taki był zamysł autora), dziewczę ucieleśnia cechy uznane za pożądane przez czwórkę swoich „rodziców” (czyli graczy oddelegowanych do tego zadania) i okazuje się pandą w szkolnym mundurku z fryzurą typu afro. Po prostu beczka śmiechu.

Mówiąc całkiem poważnie, absurdalny pomysł nie jest zły, ale odcinek miał tempo po prostu letargiczne, a jednocześnie nadal pozbawiony był ciągu przyczynowo-skutkowego. Pokazywane tym razem perypetie bohaterów oraz pandy nie były szczególnie wciągające i nie sprawdziły się nawet jako parodia, którą chyba w założeniu miały być. Gdzieś na drugim planie dostaliśmy jeszcze sugestie, że Kaikoku i Zakuro (tak, podpieram się listą, bo postaci nie budzą mojego zainteresowania na tyle, żeby zapamiętywać imiona) eksplorują okolicę, zaś Yuzu ma niezdrową obsesję na punkcie Akatsukiego. Swoją drogą, ten ostatni gubi gdzieś swoją maseczkę i w ogóle nie zwraca uwagi na pyłki, kiedy przychodzi mu spać w stogu siana…

Jak sądzę, seria zamierza w stosownym czasie „zmrocznieć” i (być może) wyciągnąć wszystko, co najgorsze, z serc bohaterów. Jeśli jednak tak jest, to kompletnie nie radzi sobie z zasygnalizowaniem podskórnego napięcia, które powinno ją przenikać. Nadal za dużo tu umowności i niedopowiedzeń, by serio potraktować konwencję, a o postaciach wiemy za mało, żeby w ogóle zaczęły nas obchodzić. Nawet efektownych wizualnie plansz było tym razem mniej niż poprzednio. Jedno muszę przyznać: to anime jest nieprzewidywalne. Szkoda tylko, że nieprzewidywalność wynika z całkowitego braku sensu i logiki w tym, co w następnej kolejności zostanie wyciągnięte ze scenariuszowego kapelusza.

Moja mina na myśl o tym, że zajawkuję jeszcze jeden odcinek.

Ach, piękne to były czasy, kiedy uroczo zdezorientowany człowiek martwił się głównie o własne mniej lub bardziej niewinne uczucia… A potem przyszło życie. No, ale dziewczyny z klubu literackie nadal są w burzliwym okresie odkrywania samych siebie, a biedna Kazusa próbuje się pozbierać po brutalnym zderzeniu z rzeczywistością w temacie dojrzewających chłopaków. Drugi uczestnik całego zajścia również jest mocno zakłopotany i przy pierwszej możliwej okazji domaga się, by koleżanka nikomu nie mówiła o tym, co widziała. Cóż, tyle mu dziewczyna może obiecać, bo zapomnieć raczej nie da rady. Aczkolwiek to dopiero początek ich wspólnych problemów.

Tymczasem bliżej poznajemy z pozoru tajemniczą i niedostępną Niinę, która na co dzień musi zmagać się z niezdrowym zainteresowaniem przypadkowych facetów, usilnie próbujących się z nią umówić. Z jednej takiej sytuacji „ratuje” ją Kazusa i przy okazji razem z widzami dowiaduje się, że panna Sugawara niegdyś należała do kółka teatralnego, jest świetną aktorką i ma bardzo dziwne poglądy na temat dojrzewania, które wyraża w iście poetycki sposób. Z kolei próbująca za wszelką cenę stłumić wszelkie perwersyjne myśli nie tylko u siebie, a ile i u klubowych koleżanek Rika sama wpada w sidła zauroczenia i, nie mając pojęcia jak sobie z tym poradzić, panikuje. Gdzieś w tle natomiast przewija się wątek pisarskiej kariery Hitohy oraz widmo rozwiązania klubu literackiego. Chyba że dziewczyny znajdą ofiarę w postaci nauczyciela skłonnego zostać ich opiekunem…

O, dzieje się, dzieje. Czas nie stoi w miejscu i mimo że Kazusa przeżyła „traumę”, to nie tylko jej życie, ale również życie jej koleżanek toczy się dalej. I tak będzie wyglądało to anime – przeplatanka wątków dorastających dziewczyn z jednego klubu zainteresowań. Niesamowicie mnie to cieszy, bo każda historia mogłaby być pomysłem na osobną mangę, ale dobrze, że nie jest, bo już teraz na wierzch przebijają się drobne, ale mogące irytować człowieka schematy, a gdyby wszystko rozczłonkować i poszczególne części rozciągnąć, to problem stałby się aż nazbyt widoczny. A tak spora ilość materiału i jego zróżnicowanie sprawia, że wszystko trzymane jest w ryzach i raczej nieprędko się rozpadnie. Oby w ogóle, ale dopóki pierwowzór się nie skończy, nie można niczego stwierdzić ze stuprocentową pewnością. Teoretycznie powinnam być ostrożna, bo mogę zapeszyć, ale na razie to, co widzę, naprawdę mi się podoba i to, co pisałam poprzednio, mogłabym napisać i w tej zajawce. W skrócie: jeśli jeszcze nie sięgnęliście po tę serię, a lubicie podobną tematykę, to powinniście dać jej szansę. I obym za tydzień mogła napisać dokładnie to samo, bo szkoda by było tak sympatycznie zapowiadającego się tytułu.

Dziwnie się zaczyna ta seria, wybitnie dziwnie… Pod wieloma względami odcinek drugi (a w zasadzie trzeci) pełni funkcję pierwszego (a w zasadzie… jednak drugiego?) Najpierw był odcinek zerowy sprzed pół roku, który miał zanęcić widzów krótką poboczną historią z życia bohaterów. Tydzień temu mieliśmy z kolei epizod w klimacie Indiany Jonesa, w większości osadzony siedem lat przed resztą wydarzeń, poza jedną rozmową niespecjalnie z nimi związaną. Nie wykluczam, że fabularnie będzie później potrzebny, ale ekscentrycznie jest zaczynać serię od epizodu kompletnie odstającego od niej klimatem.

To jeśli uznać, że odcinek drugi jest co do tego bardziej reprezentacyjny, ale są ku temu mocne przesłanki. Oryginalne light novel są opisywane jako „paranormalne opowieści kryminalne”, i tym razem coś takiego właśnie dostaliśmy. Przez większość epizodu wydaje się wręcz, że będzie to kryminał krwisty. Zniknął kompletnie lekki klimat przygodowy z otwarcia serii, wręcz trudno być od niego dalej, gdy Waver i jego pomocnica Gray zdecydowaną większość czasu są rozłożeni w fotelach, na których rozkminiają szczegóły magicznych metod dotyczących zbrodni jak też sytuacji rodzinnej zamordowanego. Śmierć głowy rodu magów Fargo przedstawiona jest w stylu żywcem wyjętym z powieści Agathy Christie: mamy odciętą od świata willę, czwórkę podejrzanych, z których każdy miał potencjalny motyw i zbrodnię, która przybrała efektowną formę: części ciała zamordowanego zostały rozmieszczone po całym domu w sposób sugerujący magiczny rytuał.

Pod koniec odcinka mamy (całkiem nieźle zanimowaną) scenę akcji, ale ogółem to zdecydowanie opowieść klasy „slow burning”. Całkiem przy tym przyzwoita, choć są z nią dwa problemy. Pierwszy jest taki, że zbrodnia jest tak mocno oparta na magii, że trudno widzowi zrozumieć fragmenty układanki na tyle dobrze, aby odczuć owo tryumfalne „och, teeeeraz rozumiem!”, tak charakterystyczne dla kryminałów. Drugi jest taki, że trudno o to po ledwie dwudziestu minutach. Byłem święcie przekonany, że to opowieść na co najmniej dwa odcinki i rozwiązanie sprawy tak szybko wzięło mnie kompletnie z zaskoczenia. Nie było to zaskoczenie pozytywne, mimo że obyło się bez logicznych dziur. Po prostu trzeba zostawić widza z zagadką na jakiś czas samego, tutaj wszystko działo się tak szybko, że praktycznie nie dało się przemyśleć wszystkich podanych informacji. Nowo wprowadzone postacie też nie były złe, ale zmarnowały swój potencjał, bo ledwo je poznaliśmy, a już zniknęły.

Mimo to udało się przedstawić całkiem zgrabną, choć nadmiernie skróconą historię rodzinną w melancholijnym, angielskim nastroju. Bardzo ładnie też oddaną na ekranie. Poza końcową walką jest statycznie, więc co do animacji seria nie ma się czym pokazać, ale nadrabia klimatem, dopracowaną kompozycją scen i bardzo szczegółowym oddaniem wnętrz. Potencjał więc jest, miejmy nadzieję, że następny wątek dostanie niezbędny czas antenowy.

Do Oddziału 8 przybywa nowy członek i przy okazji znajomy Shinry z Akademii, Arthur Boyle. Podobnie jak główny bohater należy on do trzeciego pokolenia, tyle że za broń służy mu miecz. Inna sprawa, że chłopcy średnio za sobą przepadają, a właściwie interesuje ich tylko rywalizacja. Toteż Arthur zamiast najpierw stawić się u dowódcy, od razu rzuca wyzwanie koledze, którego nazywa Diabłem. Na szczęście na scenę wkracza porucznik Hinawa i postanawia spożytkować zapał chłopców – jako że zbliżają się zawody żółtodziobów i właśnie nasz gorącokrwisty duet ma reprezentować Oddział 8, urządza im wspólny trening z Maki. Jak się okazuje, siła to nie wszystko, a przesadna pewność siebie bywa zgubna…

Początek odcinka upływa w wyjątkowo radosnej atmosferze, głównie dzięki zestawieniu Shinry i Arthura… Nowy nabytek Oddziału 8 okazuje się uroczym idiotą, ale niepozbawionym umiejętności. Mimo wszystko jego potyczki z Shinrą trudno uznać za poważne, tutaj wyraźnie działa zasada, że kto się lubi, ten się czubi. No i miło zobaczyć jeszcze jednego dziwaka w drużynie. Całkowicie odmienny nastrój ma druga część odcinka, poświęcona pojawieniu się kolejnego Infernala. Tym razem nie dostajemy efektownego pojedynku, bo i nie ma potrzeby walczyć – za to twórcy pokazują, że Infernale nie są tylko bezrozumnymi istotami, które należy usiec. Zarówno do głównych bohaterów, jak i widza dociera, że w przeważającej większości są to zwyczajni ludzie, którzy z jakiegoś powodu znaleźli się w tragicznej sytuacji i tylko śmierć może ich wyzwolić, chociaż bardzo smutne to wyzwolenie.

Na pewno sporym zaskoczeniem okazał się fakt, że już w drugim odcinku zdecydowano się na ujawnienie antagonisty (chociaż nigdzie nie jest powiedziane, że to główny zły), na razie tylko widzom, ale i strażacy dostali ostrzeżenie. Cóż, seria zgrabnie łączy wątki poważne z komediowymi, z każdą minutą zyskują też bohaterowie. To jedna z lepszych serii w sezonie letnim, nawet jeśli opierająca się na schematach. Bardzo duży plus stawiam za grafikę i animację, studio David Production wie, co robi. Poza tym, drobiazgi, całe morze drobiazgów, które radują me oczy i serduszko – chociażby fakt, że Maki, jak się okazuje była wojskowa, nie tylko ma wygląd sugerujący żołnierskie przygotowanie, ale i takie umiejętności. No i nasza urocza siostrzyczka, która jedną miną jest w stanie udowodnić, że daleko jej do słodkiej idiotki. Jak na razie naprawdę nie ma się do czego przyczepić, poza tym, że czekanie na kolejny odcinek jest nieznośne!

Kohinata budzi się w nieznanym sobie miejscu. Chwilę później okazuje się, że jest w mieszkaniu Ernesty. Rzecz jasna bohaterka musi być nago…

Ku mojemu zdziwieniu, rodzina powiadomiła policję o zaginięciu córki, co zbiegło się z powrotem samej zainteresowanej i mocno utrudniło uniknięcie konsekwencji za całonocną nieobecność.

Z tej opresji ratuje ją  Shingetsu, która używa swoich mocy, by zmienić nastrój matki i młodszej siostry Kohinaty.

Okazuje się także, że przy pomocy prostych magicznych zaklęć można prześwietlić czyjeś wspomnienia, wymazać je lub przyspieszyć wzrost kwiatków. A to podobno tylko przedsmak prawdziwej magii, do której dostęp zyska zwyciężczyni Granbelmu. Dowiadujemy się także czym są ARMANOX-y i poznajemy podstawowe warunku udziału w walkach. Pozostaje jednak najważniejsze pytanie: czy Kohinata ma zamiar kontynuować walkę, czy też wycofa się bez jej podjęcia. Początkowo dziewczyna ma problemy z podjęciem decyzji.

W związku z tym do szkoły Kohinaty przenosi się Ernesta, aby mieć na nią oko aż do następnej pełni księżyca. My zaś obserwujemy szkolne życie bohaterki, które na pozór wygląda całkiem normalnie. Niestety tylko na pozór, bo dziewczyna ma zdecydowane problemy z poczuciem własnej wartości, przez co z własnej woli robi za służącą swoich koleżanek. Dzięki temu nie czuje się bezużyteczna – i ta sama motywacja ostatecznie doprowadza ją do podjęcia decyzji o kontynuowaniu walki w Granbelmie. Ernesta bezskutecznie usiłuje ją zniechęć, próbując wyjaśnić koleżance konsekwencje posiadania magicznej mocy oraz naprostować jej poczucie własnej wartości. Na sam koniec w szkole pojawia się Anna, która nazywa Ernestę diabłem.

Wydarzenia skupiają się na wyżej wymienionej dwójce bohaterek, ale w odcinku przewija się znacznie więcej postaci. Poznajemy szkolną koleżankę młodszej siostry Kohinaty – Nene. Ma ona dwie młodsze siostry mieszkające w Hongkongu, Nanę oraz Mimi. Coś tu jest jednak nie tak, gdyż młodsze siostry wyglądają na starsze, a sama Nene zachowuje się, jakby była znacznie starszą osobą w ciele dziecka. Cóż, z czasem się pewnie ten miszmasz wyjaśni.

Pamiętacie Rosę, której robota zniszczyła Kohinata w poprzednim odcinku? Zostaje ona wyrzucona z posiadłości Anny. Przy okazji dowiadujemy się, że zniszczenie czyjegoś ARMANOX-a odbiera wszelkie moce magiczne jego posiadaczce, a poświadcza to zniszczony kryształ do niej należący. Poznajemy też nieco sadystyczny charakter dziewoi o niebieskich włosach.

W drugim odcinek Granbelm tempo wydarzeń zdecydowanie zwalnia, ale różne kwestie są wyjaśniane w całkiem nieźle dobranych okolicznościach. Ciągle nie znamy wielu kluczowych faktów, a do tego obsada na pewno się rozszerzy – oprócz wspomnianych wcześniej dziewoi po ekranie plątała się kolejna, o białych włosach. Była ubrana w mundurek gimnazjum Nene i młodszej siostry Kohinaty, więc coś i w tamtej szkole się święci. Muszę przyznać, że jestem w miarę pozytywnie nastawiony do tego tytułu, który na razie udowadnia, że ma pomysł na siebie oraz potrafi nieźle rozplanować wydarzenia. Co więcej, ktoś w ekipie produkcyjnej ma wyczucie w kwestii fanserwisu oraz humoru – zaprezentowano po jednej dość nieudanej scenie i powiedziano stop. Mam nadzieję, że kolejny odcinek potwierdzi pozytywny trend w przypadku tego tytułu.

Po udanej próbie ożywienia ptaka chłopcy decydują się pozbyć warstwy kamienia z Yuzurihy, obiektu westchnień Taiju, której to 3700 lat temu próbował wyznać miłość. Gdy jednak docierają na miejsce spoczynku jej spetryfikowanego ciała, zostają zaatakowani przez lwy. Postanawiają więc odłożyć próby wskrzeszenia dziewczyny i przywrócić do żywych Tsukasę Shishiou, szkolnego zawadiakę, który niegdyś słynął z przeogromnej siły.

Początkowo wydaje się, iż była to bardzo dobra decyzja. Chłopak bez problemu pokonuje drapieżniki, jednocześnie ratując naszych bohaterów. Następnie jego umiejętności stają się kluczowym elementem przetrwania, bowiem świetnie radzi sobie z polowaniem na zwierzęta, zapewniając Senkuu i Taiju potrzebną dla organizmu dawkę białka.

Jak się jednak okazuje, chłopak ma nieco inne plany odbudowy społeczeństwa niż dwaj protagoniści. Podczas gdy Senkuu zależy na przywróceniu do życia dosłownie wszystkich przedstawicieli rasy ludzkiej, tak Tsukasa chciałby wykorzystać upadek populacji, by pozbyć się dorosłych i stworzyć przyszłość dla młodych, kierując się przede wszystkim chęcią utrzymania panującej wolności i uniknięcia powrotu świata pełnego zepsucia.

Poznaliśmy więc antagonistę serii, z którym główni bohaterowie będą toczyć ideologiczną wojnę. Czy konflikt ten będzie interesujący, to się okaże z czasem, natomiast ja osobiście ogromnie cieszę się, że seria nie będzie ograniczać się do czystego survivalu, a wprowadzi również być może całkiem ciekawy wątek tego, w jakim kierunku powinna zmierzać odbudowa ludzkości. Fajnie, że obok typowo shounenowych założeń znalazło się miejsce dla kwestii, która od widza wymagać będzie odrobiny kontemplacji i zadumy.

Nadal bardzo podoba mi się relacja Senkuu i Taiju, która według mnie jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem dwóch pierwszych odcinków. Gagi z ich udziałem autentycznie mnie bawią, więc za to duży plus.

W zeszłym tygodniu skrytykowałem dość standardowy opening, w tym natomiast bardzo muszę pochwalić ending, który okazał się całkiem przyjemnym kawałkiem łączącym rockowe elementy z rapem. Mnie się podoba.

Wciąż nie jestem jakoś szczególnie przekonany do koncepcji tej serii, ale daleki jestem od tego, by nazwać ją złą czy nawet przeciętną. Sam pomysł mimo wszystko wydaje się całkiem interesujący, natomiast wiele zależy po prostu od tego, w jakim kierunku to wszystko będzie zmierzać. Pozostaję więc przy opinii z poprzedniej zajawki, że na razie jest umiarkowanie pozytywnie.

Tag Cloud