Wychodzi na to, że jednak pierwszy odcinek nie był zwodniczy. Znaczy się, na grupie Kotobuki nadal mi nie zależy, „ekstra” drużyna odcinka zostaje od razu zestrzelona i na niej jeszcze bardziej mi nie zależy, powietrzne bitwy, choć dobrze zrobione i efektowne, nie wywołują we mnie żadnych emocji. I nadal nie wiem, czy to ja, czy to jednak serial jest winny…

O świecie przedstawionym dowiadujemy się tylko odrobinę, bo to, że świat jest jednym wielkim pustkowiem, wynika już z tytułu serii, a że dominują w nim małe miasteczka, też można było się domyśleć. Baza wypadowa dziewczyn ma się jeszcze całkiem nieźle w porównaniu do sąsiadów, bo czerpie zyski z kopalni soli. Nie, żeby ta informacja była kluczowa dla fabuły, ale w sumie miło, że widz dowiaduje się czegokolwiek.

Seans drugiego odcinka potwierdził moje przypuszczenia, iż mimo pewnych pozorów ciągłości fabuła będzie jednak epizodyczna, trzeci odcinek zaś zasugerował, że poszczególne wątki mogą trwać dłużej niż jeden odcinek. Bo najpierw dostajemy misję przetransportowania kontrowersyjnej pani polityk z punktu A do punktu B, zaś odcinek później dowiadujemy się, że baza wypadowa, czyli miasto Rahama, ma problemy z pewną grupą pilotów balansującą na granicy piractwa. Właśnie ten wątek potrwa jeszcze przynajmniej przez kolejne dwadzieścia kilka minut. Co dalej? Nie mam pojęcia. I szczerze pisząc, średnio jestem zainteresowana, ponieważ jak wspomniałam powyżej, obsada kompletnie mnie nie kupiła. Niby dziewczyny mają zróżnicowane charaktery, a w drugim odcinku z rekonwalescencji wraca ich szósta koleżanka, ale niewiele wnosi do ogólnie nijakiej grupy. Jakoś tak zupełnie mi nie podpasowały. Aczkolwiek niewykluczone, że pozostali widzowie mają inne oczekiwania. Mnie ten serial kompletnie nie wciągnął.

Pisałam też wcześniej o dobrze wyglądających walkach i podejrzewam, iż miłośnicy lotnictwa mają na co popatrzeć, ale chyba tylko oni. Jakość reszty grafiki jest dziwna i wyjątkowo nierówna. Modele postaci 3D nie są zbyt ładne, a mniej ważne postaci narysowano w dwuwymiarze. Okazuje się jednak, iż wszystko zależy od kaprysów grafików, bo główne bohaterki też momentami wyglądają „tradycyjnie”, ale ich wygląd potrafi zmienić się między kolejnymi ujęciami bez wyraźnego powodu. Serio, twórcy mogliby się na coś zdecydować, bo w 2D postaci prezentują się nieźle, ale wystarczy odwrócić się na moment, żeby przy kolejnym rzucie oka na ekran zobaczyć komputerowego maszkarona…

Jak by to podsumować? Nie mam pojęcia, bo w sumie elementy składowe dobrej przygodówki jak najbardziej tu są, tylko wykonanie mocno takie sobie. Fabuła jest nieszczególnie wciągająca, postaci bezbarwne, a efektowne akrobacje lotnicze można czasami zobaczyć na żywo, a już na pewno w telewizji czy w sieci bez konieczności oglądania całego anime. Takie sobie toto jest – niby nie takie złe, ale niezbyt interesujące.

Raz tak, raz tak… Niech się zdecydują!

Ostatni… pardon, trzeci odcinek o tyle odchodzi od schematu, że rozgrywa się w przeszłości i jest dwuczłonowy (znaczy, spodziewam się, że za tydzień konkluzja). Zawsze to na plus. Przeszłość jest konkretnie Exa, a ma miejsce w zonie Kopciuszka, z którą chłopak zaprzyjaźnił się jeszcze w dzieciństwie. Kilka lat obserwowania, jak Ex dorasta, pozwala stwierdzić, że ci z pustymi Księgami losu naprawdę mają przechlapane (plotki, szyderstwa, nawet własna rodzina, konkretnie wujostwo, chce się go pozbyć, nie wiedząc, jak sobie z nim „radzić”. W ich księgach pewnie też tego nie było). Losu Kopciuszka chyba nie trzeba opisywać, leci klasycznie, tyle że dziewczyna jest świadoma, co ją czeka w szesnastej wiośnie życia, aczkolwiek w obliczu szarej rzeczywistości trudno jej w to uwierzyć. Ale wspiera ją na duchu Ex, sam sobie przypisawszy rolę obrońcy i pomocnika w jej historii, co obejmuje pogawędki, jabłka, a nawet dynię na powóz.

 

 

I pewnie wszystko by się dobrze skończyło, gdyby nie znany nam już Chaos Teller, również zły w całkowicie klasyczny sposób, ale przynajmniej jego działania wnoszą jakiś powiew emocji w zaduch starych baśni. Ghe, kogo ja oszukuję. Za to Łajdaków było wyjątkowo dużo i to jest prawdziwy plus. Ex stawia im czoło w lesie, gdzie drzewo przywala Reinę, a że pierwsze, o czym ją informuje, to naturalnie fakt, iż ma pustą Księgę, księżniczka wręcza mu zakładkę, udziela instrukcji „połączenia” (konkretnie z duszą herosa z legendy), i dalej leci już samo. Po wymianie informacji – Ex dowiaduje się o istnieniu zon i siejącego chaos Opowiadacza – biegną na zamek, do którego zmierza zarówno przemieniony wróżkowo-chrzestnym sposobem Kopciuszek, jak i falanga Łajdaków, czyli przemienionych przez Lokiego mieszkańców miasta. Cdn.

 

No cóż. Mnie się ta bajka nie podoba – w sensie, nie angażuje mnie i nudzi, a chwilami drażni infantylnością – ale zastanawiam się, czy gdybym miała tak ze 25 lat mniej, nie stanowiłaby jednak miłego patrzydła. No, może ze 30 mniej. Nie chce mi się wyzłośliwiać nad dziurami logicznymi i wiecznym powtarzaniem informacji, bo nie, ale to drzewo, spod którego Reina wychodzi bez szwanku, to już jednak była przesada, i to widoczna na oko, bez konieczności myślenia… Niemniej (uwaga, silę się na obiektywność), wizualnie jest na ogół całkiem nieźle, kolorowo i przyjemnie, coś się czasami rusza w tle, praca komputerów nie wali po oczach, zbliżenia są całkiem ładne, choć ledwo plan się trochę oddali, postaci robią się płaskie i uproszczone; zdarzają się też drobne deformacje w ruchu, ale nic dramatycznego. Oszczędności poszły tym razem w las, bo walka rozgrywała się w nocy, ale była. Było też kilka naprawdę ładnych kadrów. Pod tym względem nie widzę więc w sumie powodów do przesadnego narzekania.

Problem leży po prostu w założeniach fabularnych, konstrukcji świata, schematyczności – co z tego, że każda bajka jest „łamana” przez siły chaosu, bynajmniej nie porażające przy tym oryginalnością, jeśli dobrzy wszystko przywrócą do porządku, i to za każdym razem w ten sam sposób? Jeśli komuś to nie przeszkadza tak jak mi, może będzie zainteresowany seansem, np. historią powstania drużyny, o ile twórcy ją nam zaserwują, ewentualnie jakimś głównym wątkiem, który zapewne ma szansę gdzieś tam się przewinąć. Tyle że łatwo zgadnąć, o czym będzie… Hej, chyba znacznie ciekawiej byłoby w to jednak grać.

Mnożące się trudności techniczne oraz znużenie i zmęczenie naszej ekipy filmowej postawiły końcową fazę naszego dokumentalnego projektu pod znakiem zapytania. Mimo to jednak udało nam się zakończyć ten cykl obserwacji materiałem wyjątkowym, dotyczącym pierwszy raz uwiecznionego na filmie zgromadzenia biszy w legowisku.

W warunkach legowiska bisze tęczowowłose upodabniają się do biszy gwiezdnych, różniąc od nich głównie brakiem obcisłych kombinezonów.

Legowisko biszy jest precyzyjnie skonstruowanym siedliskiem, co do złożoności mogącym się równać jedynie z bobrzymi żeremiami. To zaobserwowane przez nas ma formę piętrowego, luksusowego apartamentu z ekranem filmowym na całą ścianę, gwiezdnym projektorem, siłownią, biblioteczką oraz pianinem. To odkrycie rodzi nowe pytania – w jaki sposób bisze uzyskały środki pieniężne potrzebne do zbudowania tej siedziby oraz jaki sposób są one w stanie z pozoru natychmiastowo przenosić ciężkie sprzęty w jej obrębie, co zaobserwowano wielokrotnie. Śledzenie tych kwestii byłoby priorytetem, gdyby nie doszło do niezwykłego wydarzenia, które na zawsze zmieniło życie biszy.

Bisze, wcześniej chronione przed kontaktem z człowiekiem w niedostępnych zakątkach dziczy współczesnego Tokio, po raz pierwszy zetknęły się z cywilizowaną istotą. W ich życie wkroczył Lucas.

Lucas.

Bisze są dobrze dostosowane do przetrwania w swoim środowisku, które jest jednak bardzo statyczne, więc nie wymaga rozwinięcia zaawansowanej inteligencji. Spotkanie z Lucasem było dla nich pierwszym kontaktem z jednostką o dużo większej umysłowej plastyczności i samoświadomości. Ich reakcja była więc nieprzewidywalna, ostatecznie zaś okazało się, że bisze uznały Lucasa za jednego z nich!

Bisze oswajające się ze złożonymi zachowaniami prezentowanymi przez Lucasa.

Osobniki natychmiast zaczęły głaskać Lucasa oraz podejmować próby kontaktu za pomocą okrzyków. Warto zaznaczyć, że takich prób nie podjęła protagonistka. Rozpoznawanie biszy i ograniczanie swojej aktywności tylko do nich wydaje się być jej najważniejszym ewolucyjnym atutem. Wymiana okrzyków między biszami a Lucasem zakończyła się częściowym sukcesem, jednak została gwałtownie przerwana przez nagłą zmianę funkcjonalności legowiska. U większości zwierząt siedzisko jest tak zbudowane, aby chronić mieszkańców przed drapieżnikami z zewnątrz. U biszy przeciwnie – dostać się jest łatwo, jednak wydostanie się jest niezwykle utrudnione.

Bisz z zaskoczeniem orientujący się, że w legowisku nie ma zamków o oknach od wewnątrz. Jest to istotnie nieczęsto spotykane zjawisko.

Najpopularniejszą teorią dotyczącą tego niespotykanego rozwiązania jest wzięcie pod uwagę kontekstu rozpłodu. Istotnie, zaraz po zamknięciu w legowisku wzrasta temperatura, a bisze podejmują działania kojarzone z godami.

W odpowiedzi na podwyższenie temperatury bisze instynktownie rozpoczynają rykowisko.

Nie wszystkie jednak, niektóre wykazują w tej sytuacji zaniepokojenie, wyrażone charakterystycznym, powtarzanym monotonnie buczeniem „aj wanna goł hołm aj wana goł hołm”. Temperatura po chwili spada, a bisze rozpoczynają konsumpcję super deluxe sushi set.

Podstawowy pokarm biszy.

Jest to dobry moment na opuszczenie stada, ostatnia chwila, w której możemy obserwować je w dzikim, nienaruszonym stanie. Wraz z Lucasem w ich życie wkroczyła ludzka cywilizacja, choć szczęśliwie dzięki ich ograniczonej umysłowości długo jeszcze potrwa, zanim bisze zaczną zauważać pogłębiające się zmiany swojego środowiska.

Pisarz i policjant w ciemnym budynku natykają się na ducha, którego stróż prawa zamierza od razu usiec. Przeszkadza mu w tym Yakumo (Lafcadio), który wydaje się rzeczonego ducha rozpoznawać i nazywa go Jane… Tymczasem nasza bohaterka jest karmiona tradycyjnymi smakołykami japońskiej kuchni przez nachała… Znaczy przepraszam, „narzeczonego”, co, nie wiadomo dlaczego, wzbudza irytację Syunso. Ale nic to, szanowny pan chirurg jemu też wpycha porcyjkę. Po czym oboje (znaczy bohaterka i malarz) ruszają na poszukiwanie czarnego kota z obrazu.

 

W trakcie poszukiwań napotykają Yakumo nagabującego Kyokę (tego, co miał króliczka-ducha) o pomoc. Okazuje się, że Izumi też może widzieć duchy, dlatego pisarz prosi go o skontaktowanie się z pewnym duchem – Jane. A konkretnie, chciałby z nią porozmawiać i przeprosić za to, że będąc małym chłopcem, wystraszył się, gdy ją zobaczył.

 

W dalszej rozmowie pisarz wyjaśnia, że od momentu pełni zaczęły się wokół niego dziać dziwne rzeczy – najpierw wyglądało to na niewinnego poltergeista, ale potem wypadki stały się na tyle poważne, że zaczęły zagrażać otaczającym go osobom (niech zgadnę, wtedy się pan inspektor zainteresował?). W związku z tym Yakumo chce się skontaktować z Jane i się wytłumaczyć, a skoro jedno medium nie chce, to może drugie mu pomoże? Oczywiście bohaterka się zgadza i razem z przymuszonym przez Ougariego malarzem udają się do hotelu, gdzie mieszka pisarz.

  

Jak łatwo można się domyślić, duch się pojawia i robi zamieszanie, jednak nie ze złośliwości, lecz dlatego, że w czasie ostatniej pełni Jane „poczuła dziwną moc”, dzięki której nabrała śmiałości i spróbowała się skontaktować z Yakumo – tyle że troszkę przedobrzyła. Na szczęście, mimo próby interwencji w wykonaniu Ponurego Inspektora i jego Miecza, Mei udaje się przekazać wiadomość, Jane i Yakumo sobie wszystko wyjaśniają, i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Uff, bohaterka na szczęście okazuje się dosyć rozgarnięta (z wyjątkiem momentu ogłupień przy zalotach Ougariego), reszta wydaje się też mieć jakieś tam charaktery – standardowe co prawda, ale widziałam głupszych biszów. Także scenki komediowe mają w sobie pewien urok, a obdarzanie przez Ougariego po równo uwagą Mei i Syunso doskonale pasuje do jego osobowości. Ograniczenie budżetowe widać głównie w tym, że na razie liczba postaci na ekranie jest ograniczona, a tła nie są zbyt bogate w szczegóły, co pozwala się skupić na mimice tych pierwszych. Osobne słowo należy się muzyce, bo jak na tego typu serię zdecydowanie jest jej sporo i najwidoczniej ktoś się świetnie bawił przy dopasowywaniu jej do scen.

Czy oglądać? To zależy – jak na mój gust to się nadaje jako miły przerywnik komediowy pomiędzy cięższymi seriami – takie połączenie shoujo i otome na zimowy wieczór.

W końcu przychodzi czas na to, co istotne: zajęcia praktyczne z questów! I to traktowane całkiem poważnie, jako że młodzi adepci fachu awanturniczego udają się do lokalnej gildii po odpowiednie zlecenia. Oczywiście poziom wyzwań jest dopasowany do umiejętności uczniów: przynieść taki czy inny magiczny fant z magicznego miejsca, poszukać koteczka… I znowu poszukać koteczka. I dla odmiany poszukać koteczka… Drużyna, której losy śledzimy nie poddaje się jednak tak łatwo i w każdej sytuacji potrafi dostrzec jaśniejsze strony. W końcu przed bohaterkami otwiera się szansa na zaprezentowanie swoich możliwości: mają przynieść księżycowy mech z Jaskini Srebrnych Kości. Podbudowane na duchu wyruszają… znaleźć kolejnego koteczka?

 

W trzecim odcinku Władca Demonów (in spe), czyli Mao-sensei w ogóle się nie pojawia, ale o dziwo, jej nieobecność nie okazuje się szczególnie dotkliwa. Po raz kolejny mamy okazję śledzić bohaterki w najrozmaitszych sytuacjach życiowych, dyskutujące o ważnych sprawach (takich jak ulubione rodzaje questów). Na deser zaś dostajemy prawdziwy quest, w trakcie którego możemy obejrzeć m.in. Prawdziwego NPC-a i przyswoić ważną prawdę o zależności siły potworów od ich koloru.

Właściwie w podsumowaniu odcinka drugiego napisałam już wszystko, co warto wiedzieć o tej serii. Endro~! jest leciutkie i słodkie jak ulepek, ale w sumie bezpretensjonalne i zabawne. Do wcześniej wyliczanych zalet należy dodać brak fanserwisu, który psułby ogólne wrażenie niewinności, oraz podtekstów yuri, często obecnych w podobnych seriach. Naprawdę, kiedy ja ostatnio widziałam elfkę, której uszy nie byłyby strefą erogenną? Energia i entuzjazm bohaterek są zaraźliwe, zaś ich charaktery są wprawdzie komediowo przerysowane, ale nie zostały przejaskrawione w takim stopniu, żeby irytować widza. Do tego dochodzą okazjonalni mistrzowie drugiego planu (chyba polubiłam pana z gildii). Z przyjemnością będę śledzić losy Yuushy, Fai, Mei i Seiry – ostatecznie, nawet jeśli nie zostaną pogromczyniami Władcy Demonów, stoi przed nimi otworem kariera profesjonalnych poszukiwaczy koteczków.

Po pierwszej odsłonie miałam się nie czepiać oczywistych absurdów… Ale nie mogę, po prostu nie mogę… Meduza w akwarium z wodą, które jest w wodzie… Łomatulu… No ale dobra, powiedzmy, że tak w tym świecie (nie) działa fizyka. Co innego w sumie zaprzątało mi głowę przez pół drugiego odcinka: skąd się biorą syreny? Bo trytonów ani widu, ani słychu, a jedynymi przedstawicielami płci męskiej do tej pory była jedna foka i płaszczka… Aż człowiek z nudów zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie coś ten tego. Tym bardziej po komentarzu jednej z syren, która twierdzi, że najprzytulniej jest pod foczą płetwą… Ale nie! Mechaniki tego procesu pewnie nigdy nie poznamy, ale przynajmniej sprawa jest jasna: ogoniaste rodzą się z muszli i funkcjonuje powszechnie używane określenie „muszlowa siostra”, oznaczające syrenkę z tej samej muszli (młodszą lub starszą – swoją szosą, ciekawe, czy zdarzają się bliźniaczki…).

Co poniektórych pewnie zdziwi, że cały pierwszy akapit poświęciłam na narzekanie i gdybanie, ale bądźmy szczerzy: fabuły tutaj naprawdę niewiele, a wydarzenia z drugiego i trzeciego odcinka spokojnie można było zamknąć w jednym (przełamywanie lodów w nowej znajomości i próba przywrócenia starego kina do dawnej świetności). Akcja się generalnie wlecze i jest przeraźliwie naiwnie i słodko. Toteż doszłam do wniosku, iż mimo łatki serii idolkowej zdecydowanie jest to produkcja przeznaczona dla dzieci, a konkretnie małych dziewczynek, które nie będą przejmowały się ubytkami w logice, twórcom uwierzą na słowo, a codzienne perypetie syrenek uznają za niesamowicie wciągającą przygodę. Chociaż tego w sumie też nie wiem, bo już od jakiegoś czasu większość bajek jest głośna, kolorowa i zawiera faktyczną akcję, a nie dużo gadania, chodzenia (tu pływania) i jedzenia przeróżnych smakołyków. Jeśli kolejne części utrzymają dotychczasowe tempo, to dziewczęta śpiewać i tańczyć zaczną chyba dopiero w ostatnim odcinku… Mimo że pierwsze, ale bardzo drobne elementy idolkowe w postaci „traumatycznej” przeszłości nowo przybyłej do wioski syrenki się już pojawiły.

Nuda nudą, ale może chociaż technicznie jest… jakoś? Jest słabo, bardzo słabo, bo piosenki są na razie dwie i podejrzewam, że mało kto je zniesie, a graficznie może i kolorowo, bo rafy i rybki, ale powiedzenie, że animacja jest oszczędna, to eufemizm. Prawie jej nie ma. No, ale czy ktoś spodziewał się arcydzieła?

Czy jest sens toto w ogóle komukolwiek polecać? Mooooże dzieciom, ale to i tak z wielkim znakiem zapytania. Reszta pewnie albo odpadnie po pierwszych kilku minutach, albo zaśnie w trakcie seansu.

I czemu te potwory wywlekły na taką płyciznę ryby głębinowe?!

W związku z wydarzeniami z końcówki poprzedniego odcinka, w tym uwaga przenosi się na osobę Hiny oraz jej relacje miłosne.

 

Fumiya podczas pracy w kawiarni zauważa piękną kobietę w towarzystwie mężczyzny. Z ich rozmowy wynika, że są kochankami, a on ma żonę. Opowiada o tym Natsuo, który przyszedł odwiedzić go w pracy i porozmawiać o swoich życiowych problemach. W drodze powrotnej obydwaj zauważają kogoś znajomego: Natsuo – Hinę, a Fumiya ową piękną nieznajomą. Nietrudno się domyślić, że to jedna i ta sama osoba. Ach, jaki ten świat mały, niczym w polskiej telenoweli…

 

Zagadkowe zachowanie Hiny zaczyna się częściowo wyjaśniać, a Natsuo postanawia porozmawiać z przyszywaną siostrą o jej romansie, choć jak łatwo zgadnąć Hina nieszczególnie ma ochotę dyskutować o swoim życiu miłosnym z nastolatkiem. Sytuacja wymyka się spod kontroli. Trudno tylko stwierdzić, które z nich zachowuje się bardziej niedojrzale. Hina, mimo pięknych tekstów o życiu dorosłych, sama reaguje niczym nastolatka, która uważa się za dorosłą, ponieważ poznała miłość fizyczną, i wykorzystuje przewagę doświadczenia do poniżenia rozmówcy.

Natsuo ucieka z domu, a chwilę później znajduje go Rui, która również próbowała wpłynąć na Hinę, co zakończyło się rozwianiem jej wyidealizowanego obrazu starszej siostry. W mieszkaniu Fumiyi obydwoje znajdują czas na uspokojenie, rozmowę i planowanie, jakby tu rozwalić romans starszej siostrze.

Trzeci odcinek odchodzi od konwencji szkolnego romansu i wkracza na ścieżkę telenoweli. Bohaterowie nagle przestają radzić sobie z życiem, ich decyzje są niedojrzałe, często poparte niezdrowymi emocjami i złudnymi przekonaniami o samych sobie. Co gorsza, czołówka zapowiada, że dojdą przynajmniej dwie dodatkowe bohaterki, a trójkąt zmieni się w harem. Co gorsza, rodzice również nie zdają egzaminu – zamiast spróbować wyjaśnić sytuację, błędnie interpretują sytuację i niemal podejmują decyzję o rozwodzie.

Domestic na Kanojo okazało się mocno przeciętną produkcją. Co z tego, że ma zalety, skoro za chwilę zostają one przytłoczone wadami, często wynikającymi z nagłej i nieuzasadnionej zmiany zachowania postaci. Rokowania według mnie nie są dobre – wszystko zmierza do wywołania burzy w szklance wody, a targające bohaterami zmienne nastroje nie zwiastują przekonującego budowania relacji pomiędzy nimi. Zachęcam jednak do podjęcia samodzielnej decyzji o kontynuowaniu (bądź nie) seansu, gdyż są tu elementy które mogą część widzów utrzymać przy ekranie.

Łomatulu, jeśli zaledwie kilkoro żołnierzy Imperium tak łatwo może się dostać do wrogiego miasta, rozprawić się z ochroną, zabrać generator energii i wysadzić przy okazji ważny strategicznie obiekt (tu: magazyn zapasów, a w zasadzie chyba tylko sałaty. Chyba że to kapusta była…), to Królestwo już dawno powinno wywiesić białą flagę, a nie tracić niepotrzebnie ludzi, których według szacunków zginęło ponad piętnaście tysięcy. Ja serio nie wiem, jak to ma działać: w starciach z wrogiem nawet najnowsze modele robotów nie dają sobie rady, ale ewakuacja ludności udaje się idealnie (na piechotę!). Chyba że to podkolorowany obraz dla pogrążonej w żałobie księżniczki…

O dziwo drużyna Stelli Shining generalnie działa skutecznie i jak na warunki tego anime bardzo profesjonalnie, a jej członkowie mają mózgi i z nich korzystają. A jak prezentuje się druga protagonistka? Cóż, to w sumie pusta skorupa, której uśmiech jest maską i właściwie nic nie znaczy (tak przynajmniej mówi opis na stronie oficjalnej). Nie jest może szczególnie głębokie, ale ma potencjał, chociaż ten uśmiech z openingu i mroczne widmo słodyczy nie wyglądają dobrze… Że ma tragiczną przeszłość, to chyba nikogo dziwić nie powinno… Ale przyznam, iż czwarty odcinek zafundował widzom całkiem ciekawą niespodziankę. Serio, zastanawiam się, jak to rozwiążą, bo w połączeniu z historią niańki księżniczki to chyba najciekawszy z dotychczasowo zaprezentowanych wątków. A, no i była też mowa o tym, jak to kiedyś oba państwa w zgodzie pracowały nad nowym wynalazkiem, ale pojawili się zamaskowani źli, król i królowa Soleil wylecieli w powietrze i uratował się zaledwie jeden ambulans ludzi (ta scena akurat była przekomiczna), więc stosunki dyplomatyczne diabli wzięli… Chociaż tak się zastanawiając… jeśli od tak dawna Królestwo oraz Imperium miały sobie za złe tamtą eksplozję, to jakim cudem wcześniej nie wybuchła wojna? A jeśli działania zbrojne faktycznie trwają od tak dawna, to jakim cudem przy tak dyskusyjnych umiejętnościach strategicznych co ważniejszych Soleilczyków (tak to się by pisało?) nie doszło jeszcze do kapitulacji królestwa? Tego pewnie się nie dowiemy…

Cóż, na przestrzeni tych dwóch odcinków wydarzyło się sporo absurdalnych rzeczy, ale z drugiej strony są też elementy momentami nawet mile zaskakujące, aczkolwiek prowadzące do nich decyzje zwykle nie mają nic wspólnego ani z logiką, ani ze zdrowym rozsądkiem. O dziwo, łopatologiczna próba pokazania, że oddziały z drugiej strony granicy też mają ludzkie odruchy, nie wypadła tak łopatologicznie, bo to bardziej wyglądało jakby działali oni samolubnie, chcąc oszczędzić sobie wyrzutów sumienia niż w pełni altruistycznie. W sumie robotę wykonali, wrogów sprzątnęli, a dzieciaki uratowali tak przy okazji, grożąc im bronią. To było w miarę wiarygodne.

Fabuła fabułą, ale jakość grafiki leci na łeb na szyję. Auć, serio, patrzenie na zniekształcenia, wpadki anatomiczne i toporną animację boli i to bardzo. Efekty komputerowe swoją drogą, ale reszta? Oj, słabiutko. Muzycznie jest kompletnie nijako.

Cóż mogę powiedzieć o tej serii na podstawie czterech odcinków? Generalnie jest słabo i pod względem wojskowo-geopolitycznym pewnie lepiej nie będzie. Trochę lepiej ma szansę wypaść część obyczajowa z wątkiem Stelli i jej związków z królestwem. Chociaż z drugiej strony jest to świetne paliwo dla tragiiiiiiizmu. W praniu się okaże. Miło też, że głupie decyzje księżniczki mają swoje konsekwencje, ale tak właściwie to ludzie z jej otoczenia powinni zrobić wszystko, by do takiego rozwoju wydarzeń nie dopuścić. No, ale na jakimś przykładzie dzieciak musi się nauczyć, co tam, że straciliśmy kilka najnowocześniejszych maszyn… Tak czy siak, to typ serii-ofiary, bardzo łatwo ją skopać, bo i w ogóle, i w szczególe nie za bardzo ma się czym bronić. Z drugiej jednak strony nie można jej odmówić przyjemnej buźki (nie mam tu na myśli grafiki!), więc znacznie lepiej zrobi się, po prostu przechodząc obok niej obojętnie. Toto jest za słabe, żeby oglądać na serio i zbyt nijakie, żeby oglądać dla fazy.

Jak miło, że ten uśmiech tak szybko znika…

Latać każdy może,

Trochę lepiej, lub trochę gorzej.

W trakcie treningu na symulatorach okazuje się, że Gripen ma problemy ze stabilnością lotu. Dziewoja narzeka na maszynę, ale Kei udowadnia, że jest inaczej. Wsiada pierwszy raz do symulatora i zachwyca wszystkich swoimi umiejętnościami. Sytuacja jest jednak patowa, gdyż Gripen może mieć problemy z przejściem testu sprawnościowego i trafić na złomowisko.

Wyjaśniają się przyczyny cudownego wpływu Keia na podopieczną. Ich fale mózgowe rezonują, sprawiając, że umysł Gripena staje się bardziej stabilny. Na razie nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje, ale dopóki chłopak jest obok dziewczyny, ta może funkcjonować znacznie dłużej.

Pewnego zwykłego dnia podczas obiadu na stołówce dochodzi do kolejnej nieprzyjemnej scysji między członkami JASDF a Gripenem. Wreszcie poznajemy przyczyny negatywnego nastawienia wojskowych do ANIMY – została stworzona z części odzyskanych z zestrzelonych Xi. Kei, który również nienawidzi owych stworów, ucieka do domu i nie wie, co ze sobą począć.

Nadchodzi dzień testów. Początkowo wszystko idzie dobrze, aż nagle i nieoczekiwanie na niebie pojawia się Xi. Gripen postanawia pozbyć się przeciwnika, ale kończy jej się czas działania i traci przytomność. Nic jednak straconego! Na to właśnie czekała nowa bohaterka, Eagle, i jej F-15!

 

No dobra, nie ma co owijać w bawełnę. Trzeci odcinek Girly Air Force to dwadzieścia minut żenady, a twórcom zdecydowanie brak pomysłów na fabułę. Bohater okazał się wyjątkowy, a jego dziwnej więzi z Gripenem też już można się domyślić. Zapowiedź kolejnego odcinka zwiastuje kontynuację słodkiego codziennego życia w otoczeniu ślicznych pilotek. Tylko haremu nam tu brakowało… A będzie jeszcze kolejna ANIMA, Phantom (zapewne w swoim F-4). Swoją drogą, zgadnijcie, jaki znak wywoławczy dostała Gripen podczas lotu testowego? BARBIE01! Muszę przyznać, że mój szyderczy śmiech rozszedł się po okolicy…

Szczerze? Odradzam wszystkim. Brak tu technicznych czy historycznych smaczków, brak ciekawych postaci, brak pomysłu na fabułę czy nawet relacje pomiędzy postaciami. Szkoda czasu.

Nieustanne zabijanie potworów przynosi pożądane skutki. Naofumi i Raphtalia zyskują wyższy poziom rozwoju oraz nowe umiejętności, które na pewno przydadzą im się w walce z nadchodzącą falą nieczystości. Warto też zauważyć, że Raphtalia się nieco zmieniła – wygląda już na nastolatkę, a nie dziecko, jak w poprzednim odcinku. Na razie nie podano przyczyn takiego stanu rzeczy, ale można domyślić się, że ma to związek ze wzrostem poziomu umiejętności.

Obydwoje wybierają się do świątyni, gdzie wielka magiczna klepsydra odmierza czas do nadejścia kataklizmu. Tego czasu zostało już niewiele, a bohaterowie w odpowiednim momencie mają być przeniesieni na miejsce walki. Niestety, wizyta nie kończy się na samych formalnościach – Naofumi spotyka pozostałych bohaterów, którzy znowu nie szczędzą mu nieprzyjemnych komentarzy. Motoyasu próbuje też dobierać się do Raphtali, jednak jego zaloty nie odnoszą skutku.

Gdy nadchodzi kolejna fala zła, bohaterowie zostają magicznie przeniesieni w odpowiednie miejsce. Nie działają jednak razem. Naofumi wraz z Raphtalią ruszają na ratunek wiosce położonej na linii frontu. Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna, zwłaszcza że współpraca między bohaterem a jego partnerką wypada naprawdę nieźle, a zdobyte umiejętności pozwalają zabijać przeciwników bez ponoszenia większych strat własnych. Widząc ich zaangażowanie, z pomocą spieszą im mieszkańcy owej wioski, a później także część rycerzy.

W tym samym czasie pozostała trójka bohaterów bez większego problemu rozprawia się z głównym bossem. Teraz pozostaje jedynie odebrać nagrodę od króla oraz czekać na nadejście kolejnej fali przeciwników.

Wydarzenia z trzeciego odcinka potwierdzają moje dotychczasowe przypuszczenia. Fabuła Tate no Yuusha no Nariagari jest prowadzona jak w dobrej grze, bez forsowania tempa akcji. Jest czas na codzienną rutynę, żmudny trening, a także rozwój relacji między postaciami. Wyzwania stające przed bohaterami nie przewyższają ich obecnych możliwości, chociaż należy się spodziewać, że z każdą kolejną falą poziom trudności będzie wzrastał. Zapowiada się także, że więcej czasu zostanie poświęcone na ukazanie pozostałej trójki bohaterów.

Osobiście jestem pozytywnie nastawiony do tytułu. Historia jest ciekawa, dobrze prowadzona i ciągle ma ogromny potencjał dalszego rozwoju. Walki cieszą oko, a główni bohaterowie zapewne zostaną jeszcze przybliżeni. Polecam zerknąć na to anime wszystkim fanom fantasy oraz gier fabularnych.

Tag Cloud