Licealista Kaito Jin przeprowadza się wraz z rodzicami z Tokio do Nagoi w prefekturze Aichi. Nie może się doczekać spotkania z miejscową kulturą i przyzwyczajeniami, odmiennymi od tokijskich, w pierwszej chwili jednak przeżywa rozczarowanie. Globalizacja robi swoje – zarówno dorośli, jak i nastolatkowie mówią i zachowują się zupełnie zwyczajnie. Do bohatera uśmiecha się w końcu szczęście, gdy przypadkiem na jego drodze staje Monaka Yatogame, lokalna patriotka, która dzięki wychowaniu przez babcię mówi bardzo charakterystycznym lokalnym dialektem. Monaka wprawdzie wstydzi się swojego sposobu mówienia, a do tego nie lubi tokijczyków, ale Kaito jest dziewczyną zachwycony. W dodatku okazuje się, że Monaka nie tylko uczęszcza do tego samego liceum, ale i należy do tego właśnie klubu, do którego odgórną decyzją wychowawcy zostaje przypisany bohater.

Yatogame-chan Kansatsu Nikki to kolejny przedstawiciel swojego podgatunku – serii powstałych wyłącznie po to, by promować jakiś region lub jakieś miasto w Japonii. Fabularnie nie wychodzi poza schemat nowego przybysza poznającego obyczaje miejscowych i nie wygląda na to, by chowało jakieś asy w rękawie. Na minus można jak zwykle policzyć pewną hermetyczność – widz zachodni nie wie na przykład, co z wymienianych przez Kaito „lokalnych obyczajów” jest (zarzuconym) faktem, a co tylko mitem. Na plus – pełną energii Monakę, zachowującą się jak nafuczony kot w ludzkiej skórze – jeśli komuś wyda się urocza, przypuszczam, że to może wystarczy na seans, biorąc pod uwagę, iż odcinki mają po trzy minuty. Nie jest to niestety ten poziom absurdalnego szaleństwa, jaki prezentowało emitowane niedawno Omae wa Mada Gunma o Shiranai, raczej prosta wariacja na temat komedii haremowej, nadziewana ciekawostkami związanymi z Nagoją i jej okolicami.

Tym razem gwiazdami odcinka są Kannon (Guanyin) i Seishi (Mahasthamaprapta), ze względu na teologiczne zaszłości, których nawet nie chce mi się streszczać, będący rodzeństwem. Punktem wyjścia fascynującej fabuły jest demonstracja niezdecydowania Kannona, który jest skłonny raczej przytakiwać wszystkim innym, niż dokonać jakiegokolwiek wyboru. Tymczasem Miroku (Budda Maitreja) ma dość bycia traktowanym jak dziecko i wyprawia się za przypadkowo zauważonym w świątyni starszym panem, obarczonym wyjątkowo dużym brzmieniem nieczystości, czy też raczej ziemskich pragnień. W ślad za nimi udaje się Seishi, dla odmiany szukający okazji do samodoskonalenia, by zyskać w oczach Kannona, i już niebawem obaj szlachetni Niebianie trafiają do lokalnego klubu seniora. Gdy dowiaduje się o tym Kannon, dochodzi z kolei do wniosku, że jest dla Seishiego za mało interesującym partnerem konwersacyjnym i postanawia dokształcić się w temacie, dołączając do innego klubu. W tym wszystkim miotają się oczywiście Bonten i Taishakuten, potrzebni jak piąte koło u wozu, ale wymagani jako teoretycznie centralne postaci.

Odcinek kończy wprawdzie scena o charakterze dramatycznym, ale naprawdę nie zdziwiłoby mnie, gdyby w pierwszych minutach następnego całe zajście rozeszło się po kościach, a panowie zajęli się czymś ważniejszym, na przykład przyrządzaniem budyniu albo zawracaniem pobliskiej rzeki kijem. Najlepsze, że ja nawet widzę, jak to ma działać – gdzie tu ma być komizm, a gdzie padają kwestie mające skłonić widza do zastanowienia się nad sobą lub przekazać mu fakty dotyczące panteonu buddyjskiego. Tyle że to wszystko jak nie działało, tak nie działa; bohaterowie zamiast zabawni, wydają się żałośnie głupi, zaś intryga pełna nieporozumień i niedomówień na poziomie starego i marnego shoujo jest w sumie nudna jak flaki z olejem.

Prawdę mówiąc, od początku nie spodziewałam się po tej serii absolutnie niczego i tylko z tego powodu mogę napisać, że mnie nie rozczarowała. Widać, że scenariusz próbuje powiązać jakoś cechy charakterystyczne poszczególnych panów z cechami odpowiadających im bóstw, ale jest to mocno naciągane za uszy. Zbyt duża liczba bohaterów oraz ograniczenia wynikające z formuły (to jednak nie parodia, więc wszyscy muszą być prawi, dobrzy i święci) sprawiają, że postaci to wycięte z papieru kartoniki, w które seiyuu nie są w stanie wlać życia (zresztą nie wydaje mi się, żeby szczególnie próbowali). Namu Amida Butsu! nie jest nawet komiczne w sposób niezamierzony – jest mdłym i nijaki produktem komercyjnym, niczym więcej.

Po cichu liczyłem, że trzeci odcinek przyniesie zmianę głównej pary i zobaczymy walory innej nauczycielki. Niestety, dalej mamy do czynienia z Kaną oraz Ichirou.

Ku mojemu zaskoczeniu, odcinek oprócz cycków pokazał nam historię związaną z Kaną! W krótkiej retrospekcji dowiadujemy się, że jako nastolatka była bardzo nieśmiała i zupełnie nie potrafiła rozmawiać z obcymi ludźmi. Z tej patowej sytuacji pomógł jej wyjść tajemniczy dzieciak, który postanowił skoczyć z mostu, aby zostać dorosłym (niesamowite mity krążą na tych japońskich wsiach). Chwilę później okazuje się, że ów dzieciak to Ichirou, a Kana postanawia mu podziękować w wiadomy sposób.

Mamusia bohatera z takiego obrotu sprawy jest niesamowicie zadowolona. Ja też, gdyż na tym odcinku kończę moją przygodę z tym wybitnym dziełem japońskiej animacji. Krótka wstawka „fabularna” to zdecydowanie za mało, aby zrównoważyć bezsens przedstawianych tu scen. Nawet porządnego fanserwisu na razie tutaj nie uświadczymy, gdyż wszystko zmasakrowano cenzurą. Nie polecam tego tytułu nikomu, szkoda czasu.

Dla odmiany, trzeci odcinek zamyka się w ciągu jednej nocy i zawiera zakończenie rozpoczętego wątku, a przy okazji prezentacji głównych bohaterów. Jak można się było spodziewać, złotooki do nich ostatecznie dołączy, choć na razie nie wiadomo, na jakich zasadach. Za to doskonale widać, że pozbyć się go będzie trudno, a w dodatku przysporzy kłopotów. Jest to bowiem ni mniej, ni więcej aztecki bóg zwany Starym Kojotem (wersja oryginalna nie do wymówienia, na plus wyjaśnienie dziwacznego wyglądu i zwierzaka z openingu), niegdysiejszy przyjaciel (?) Seimeia, którego dopatrzył się w Aracie, rzeczywiście skórze zdjętej z przodka. Cała zaś intryga z uwięzieniem agentów w podziemiach starego szpitala wypełnionego ożywionymi zwłokami (lokalna odmiana zombi) miała na celu tyleż zwrócenie na siebie uwagi chłopaka, co zabawienie się. Jak wiadomo, Kojot z amerykańskich mitów to bożek raczej niezbyt sympatyczny, a jego ulubionym zajęciem jest płatanie figli – tyle że czasem przyjmują one rozmiar katastrofy i skutkują ofiarami śmiertelnymi. Widać, że i ten nie jest od tego, wykazując się nie tylko dziecięcym rozkapryszeniem i dziewczyńskim obrażalstwem, jak to celnie podsumował Arata, ale i całkowitą obojętnością na ludzkie życie. Szczerze mówiąc, to chyba właśnie on jest jednak tym elementem, co do którego mam największe obawy w tej serii – jakby nie mogła pozostać zwykłym serialem sensacyjnym z wątkami nadprzyrodzonymi, tylko koniecznie musiał się w niej znaleźć piękny i amoralny demon klejący się obsesyjnie do głównego bohatera…

Reszta prezentuje się całkiem nieźle właśnie jak na serial sensacyjny: co prawda Seo nieostrożnie podąża za kolegami wprost w objęcia zombi, ale za to sprawnie operuje ową taśmą, która rzeczywiście ma moc tworzenia magicznych barier, a także innymi wynalazkami skutecznymi przeciw Innym. Sakaki nie traci zimnej krwi w obliczu zagrożenia i jest opiekuńczy w stosunku do kolegów, zaś szef jednostki Senda okazuje się operatywny i ma dobre układy nie tylko z innymi sekcjami (jedna trójka przybyła na pomoc i dzielnie stawiała czoła zombi na powierzchni), ale też z policją, zwłaszcza z pewnym detektywem przydzielonym do spraw wymagających tuszowania udziału w nich nadprzyrodzonych bytów. Wszyscy oni działają sprawnie, spokojnie, odpowiedzialnie i całkowicie profesjonalnie oraz logicznie. To mi się naprawdę podoba i nawet Arata wydaje się niezłym nabytkiem dla tej organizacji, bo wykazuje się jednak zdecydowaniem kiedy trzeba, a także szybkim i trzeźwym myśleniem oraz dobrą pamięcią. A że ma dobre serce i stara się uratować wszystkich, którzy są zagrożeni – trudno w sumie mieć mu to za złe… Ponadto zarysował się ciekawy wątek zaginięć dziewcząt, w które może być zamieszany jakiś demon, a jedna z nich była siostrą Sakakiego; coś takiego zawsze dobrze robi serialowi sensacyjnemu. Fabuła na razie jest spójna, poszczególne elementy pasują do siebie całkiem nieźle i mają jakieś sensowne uzasadnienie. Dlatego mam szczerą nadzieję, że namolny Kojot tego wszystkiego swoim zwyczajem nie zepsuje…

Ponieważ odcinek rozgrywa się w nocy, za wiele materiału na zrzutki nie wyłapałam, ale całość mimo wszystko wydaje się pozostawać na przyzwoitym rzemieślniczym poziomie, nie robiąc bohaterom krzywdy większej niż konieczna – używane oszczędnie esdeczki dodają zdecydowanie smaczku i stanowią udany element humorystyczny, a do nietypowych oczu niektórych postaci można się przyzwyczaić. Nawet opening i ending niekoniecznie muszą być przewijane, zatem z pewną ostrożnością polecam serię do zainteresowania się – czarnym koniem sezonu raczej nie będzie, ale przy odrobinie szczęścia może być całkiem przyzwoitą rozrywką na wiosenne wieczory.

Daję tej serii olbrzymi kredyt zaufania, ale po trzecim odcinku czuję, że chyba nie spełni moich niezbyt wygórowanych oczekiwań. Był on zwyczajnie nudny, bo ktoś uznał, że dwadzieścia minut encyklopedycznego wykładu w formie wewnętrznego monologu bohatera to świetny pomysł, żeby wyjaśnić, dlaczego i w jaki sposób trenuje… Nigdy nie byłam fanką mordowania kotków poprzez próby tłumaczenia, jak działają supermoce w anime, a niestety w trzecim odcinku Kimetsu no Yaiba twórcy urządzili prawdziwą kocią masakrę. W sensie, po cholerę mi to wiedzieć, zwłaszcza jeżeli nie ma to najmniejszego sensu – wystarczyło pokazać, że bohater dzięki bieganiu po górach zmienia się w nadczłowieka… Byłby to nie pierwszy i nie ostatni raz. Inna sprawa, że przez cały odcinek biegał po lesie z mieczem i gadał sam do siebie. Dopiero pod koniec COŚ zaczęło się dziać, ale niestety szybko ucichło.

Może seria odzyska formę, kiedy na scenie pojawią się nowe postaci, będące kontrastem dla jęczącego Tanjirou (serio, mógłby już przestać). Zresztą anime w ogóle wyjdzie na dobre, kiedy zaczną dominować dialogi, bo na razie krucho z tym. Urokodaki pojawia się i znika, wygłaszając pojedyncze sentencje (nie liczę pompatycznego wstępu), ale niestety brak mu wdzięku i charyzmy Clinta Eastwooda, a siostra głównego bohatera chwilowo zapadła w śpiączkę i nawet nie warczy. Cóż, jakiś postęp jest, w końcu minęły prawie dwa lata od wydarzeń z pierwszego odcinka – bohater ma dłuższe włosy i nauczył się machać mieczem, a to zawsze coś. Owszem, wyzłośliwiam się, ale chwilowo seria na to zasłużyła. Po ciekawym pierwszym odcinku i niezłym drugim napięcie całkowicie siadło i nie dzieje się nic godnego uwagi. Żarty przez większość czasu są żałosne i zupełnie nie spełniają swojej roli.

Całość ratuje solidna oprawa graficzna i piękna muzyka. Nie skreślam Kimetsu no Yaiba, bo tkwi w nim spory potencjał, ale patrząc na kolejne odcinki i głównego bohatera, nie sądzę, żeby wyszło poza przeciętną przygodówkę. Istotny jest fakt, że na razie nie zauważyłam żadnych wad, które całkowicie dyskwalifikowałaby tę serię – po prostu obawiam się, że twórcy dość wiernie trzymają się oryginału, który niekoniecznie dobrze współgra z medium, jakim jest anime. Tempo wydarzeń jest zbyt wolne, a tłumaczenia zbyt łopatologiczne i często zbędne. Ta seria pilnie potrzebuje „mięska”, bo czym jest przygodówka bez przygód i pojedynków?

Tym razem motywem przewodnim jest klubowa wycieczka do parku rozrywki, która jeszcze przed wejściem zamienia się w klasyczną randkę, ponieważ przewodnicząca w ostatniej chwili odwołuje swój udział. Cóż, Nanako doskonale wie, po co przyszła i rollercoastery zdecydowanie nie są na pierwszym miejscu. Gorzej z Busujimą, który co prawda odbija większość sygnałów wysyłanych przez koleżankę, ale przynajmniej daje się namówić na królicze uszka. Zresztą, każdy facet by się dał…

Odcinek był cudownie uroczy i zabawny – słodka Nanako jest kuta na cztery nogi, a w osiągnięciu sukcesu przeszkadza jej tylko niedomyślność Eijiego. Poza tym, nie mogę się zdecydować, kto wzbudza we mnie większą sympatię – opiekuńczy tatuś bohaterki czy jej wyjątkowo pozbierany młodszy brat. Oczywiście zostaje jeszcze nowo utworzony klub stalkerów, z którym, jako widz, się utożsamiam. Z rzeczy mniej fajnych, odrobinę męczy mnie świadomość, że oryginał to czteropanelówka, która nadal się ukazuje i której fabuła opiera się między innymi na nieporozumieniach pary głównych bohaterów. Co za tym idzie, chyba nie mam co liczyć na jakiś większy romantyczny sukces Nanako, chociaż kto wie…

Pod względem technicznym seria pozostaje bez zmian, jest poprawnie, ale bez rewelacji. Widać pewną niechlujność w projektach postaci, kiedy widać je w oddaleniu. Na szczęście wszystkie niedoróbki rekompensują seiyuu, którzy fantastycznie odgrywają tę komedię pomyłek. Naprawdę nie wiem, co jeszcze mogę napisać, żeby zachęcić do oglądania Senryuu Shoujo – to wyjątkowo udana i ciepła komedia szkolna, która w  krótkim odcinku zawiera więcej niż niejedna seria w dwunastu. Owszem, nie jest to nic odkrywczego, ale twórcy zgrabnie bawią się schematami i robią wszystko, żeby widz kibicował bohaterom. Jeżeli jest jeszcze ktokolwiek, kto zastanawia się czy warto, to podpowiadam, że jak najbardziej TAK!

Nariyuki zostaje uszczęśliwiony wiadomością, że jego podopieczne muszą uzyskać średni lub wyższy wynik w nadchodzących egzaminach międzysemestralnych. Jeśli się im nie uda, to dyrektor sugeruje, by je namówić na zmianę zdania, jednak bohater, mając w pamięci powody, dla których dziewczęta chcą zdawać to, co chcą, zapewnia go, że mu się uda. Po jego wyjściu z gabinetu dziewczęta przypadkiem podsłuchują wymianę zdań pomiędzy dyrektorem a jedną z ich dawnych „tutorek”. Uważa ona, że Nariyuki jest leniwy i niedbały, w związku z tym, jeśli na testach nie osiągną odpowiednich efektów, należy go zwolnić. Z obowiązku tutora oczywiście, nie wywalić ze szkoły… Tymczasem egzaminy są za tydzień.

Ogata zaprasza Nariyukiego do rodzinnej restauracji, by pomógł jej w nauce. Po porządnym powtórzeniu i dzięki determinacji uczennicy udaje jej się zaliczyć test z literatury na dosyć wysoko. Niestety, w przypadku Furuhashi jest mały, maleńki problem… Panienka umiera na przeziębienie i zdecydowanie nie nadaje się do niczego, a zwłaszcza do pisania testu z matematyki. Nie chce jednak podchodzić do niego w drugim terminie, bowiem nie uda się jej zdobyć wymaganej liczby punktów.

Takemoto wpada zatem na pomysł, jak to rozwiązać – po prostu Furuhashi musi wyzdrowieć… W związku z tym zaprasza Yuigę, żeby wspólnie się poopiekowali chorą w jej domu. Bohater, poinstruowany przez Furuhashi, że ma wejść sam, bo nie ma mu kto otworzyć, pakuje się jej z rozpędu do jej pokoju. Ups, fanserwis. Na szczęście zbesztanie przez przyjaciółkę oraz inne pokusy cielesne nie zmniejszają determinacji Nariyukiego do wlania wiedzy do głów, i skutkiem tego obu panienkom udaje się przekroczyć magiczną granicę średniej (ku wyraźnemu niezadowoleniu różowowłosej panienki).

Druga część odcinka koncentruje się na Uruce i jej skrywanych uczuciach do bohatera. Jej przyjaciółki dziwią się, że jeszcze nie powiedziała o nich Yuidze… Po czym zabierają ją na zakupy i każą w nowym stroju (różowej kiecce) przystąpić do ataku. Uruka wpada potem (oczywiście) przypadkiem na bohatera, po czym mamy prezentację ciągu przemyśleń o tematyce romantycznej oraz udawanie pary, by wygrać coś, o czym marzy młodsza siostra Yuigi.

Graficznie, jak było do przewidzenia, w dalszych ujęciach jakość spada, często drastycznie, za to chyba się zwiększyła częstotliwość występowania SD-czków. Fabularnie seria na razie trzyma równy poziom przeciętnej szkolnej komedyjki romantycznej o bohaterze i jego haremie. Yuiga jest szczery i naiwny oraz ma zdrowe odruchy, panienki prezentują łatwo rozpoznawalne typy, nie ma też większych dramatów, ani uczuciowych, ani szkolnych (co nie znaczy, że z czasem się nie pojawią). Ogląda się toto szybko i przyjemnie, bez większych przemyśleń i analizowania kto z kim i gdzie. Ot, przyjemna jednokrotna seryjka na wiosnę.

Ugh, subtelności nie ma tu za grosz… Ja chyba naprawdę mam niesamowitą sklerozę, że o tym nie pamiętałam, bo do momentu obejrzenia pierwszego odcinka mangę wspomniałam naprawdę ciepło. Dosadność dosadnością, ale prym nadal wiodą tu denerwujące schematy. A właściwie jeden. Dramatyzm, nawet minimalny, trzeba jakoś wytworzyć. A że w wyjątkowo sztuczny sposób, to już mało istotne. Była zła policja, byli wredni chuligani, był wredny nauczyciel… I nadal jest. Cóż, wicedyrektor szkoły ma chyba naprawdę nie dość roboty, skoro z taką pasją uwziął się na mały i w sumie (przynajmniej jak na razie) niewiele znaczący klubik. Jednego chuligana może jeszcze jegomość przełknie, ale kolejnych trzech w klubie, któremu grozi rozwiązaniu z powodu zbyt małej liczby członków? Toż to podstęp! Musimy im dać ultimatum i ich zniszczyć, bo inaczej spokoju nie zaznamy! Tym sposobem, teoretycznie przynajmniej, fabuła wreszcie zaczyna skupiać się na koto. Przynajmniej w założeniu, bo jedyny występ w tym odcinku zostaje prawie od razu ucięty. Serio, jeśli to będzie jednosezonówka, to już jesteśmy na 1/4 całości, a tu gry na instrumencie praktycznie ani słychu!

W dodatku od pozostałych elementów historii wieje sztampą na kilometr, a w sytuacji, gdzie podobnych serii jest na pęczki, to niezbyt dobre wieści dla omawianego serialu. Dramat nie jest tu szczególnie poruszający, komediowe wstawki nie za każdym razem śmieszą. Charaktery postaci są bardzo, ale to bardzo schematyczne i jak na razie idą w mało przekonującą stronę coraz to większej sztampy. Do tego dołożyć trzeba niestety wyraźnie widoczne oszczędności ze strony technicznej i dostajemy anime mocno przeciętne w porywach do irytującego, w zależności od wyczulenia widza na podobne zagrywki. Cóż, dla mnie to było bardzo nieprzyjemne zderzenie przyjemnych wspomnień z ponurą rzeczywistością. Ale moooooże, jeśli nie macie za sobą zbyt wielu podobnych anime, opcjonalnie jesteście tak zagorzałymi fanami szkolno-klubowej tematyki, że przełkniecie też słabsze produkcje, to krzywda wielka raczej Wam się nie stanie, jeśli spróbujecie. Czy jednak warto czas marnować? Tak czy siak, nie nastawiajcie się na cuda, bo tutaj ich nie uświadczycie. A ja tymczasem odpływam w kierunku innych, sprawdzonych tytułów…

I żeby jeszcze faktycznie było tu czego posłuchać…

Króciutkie i pozbawione dialogów scenki – raczej skecze – z życia licealistek, jak na razie koncentrujące się na głównej bohaterce, czyli atrakcyjnej, acz ciut lekkomyślnej Momoko Futo. Tyle obiecywała zapowiedź i dokładnie to dostajemy. Dwa z trzech odcinków zawierają także elementy, które można podciągnąć pod ecchi, ale raczej stonowane (szczególnie w porównaniu do innych tytułów z bieżącego sezonu, takich jak Nobunaga-sensei no Osanazuma czy Nande Koko ni Sensei ga!?). Jeśli dorzucimy do tego prostą, ale miłą dla oka grafikę (nastolatki wyglądają jak nastolatki, nie jak małe dzieci), mogłoby się więc wydawać, że mamy do czynienia z idealnym anime na odprężenie – króciutkimi odcineczkami, wywołującymi uśmiech.

Problem polega na tym, że ta formuła nie działa tak dobrze, jak powinna. Pierwszy odcinek w zasadzie wypełnia Momoko leżąca na ławce z podwiniętymi nogami, czym budzi oburzenie swoich przyjaciółek, zaś kończy go puenta zupełnie niepowiązana. Owszem, trzy minuty to niedużo, ale jednak ciut sporo jak pokazywanie panienki machającej w powietrzu kolanami… Drugi, poświęcony wyjątkowo pechowemu dniowi z życia Momoko, zademonstrował inną słabość – manga (a za nią anime) teoretycznie pozbawiona jest dialogów, ale w praktyce jej autorka idzie na łatwiznę, bo jak inaczej wyjaśnić liściki albo dymki, w których zamiast słów znajdują się obrazki? Zaplanowanie fabuły tak, żeby faktycznie obywała się bez słownej komunikacji, byłoby trudniejsze, ale możliwe, co pokazuje odcinek trzeci. Tym razem centralną rolę gra w nim anonimowy (i zaspany) młody człowiek, zapewne początkujący korposzczur, który w pociągu zajmuje miejsce stojące koło siedzącej Momoko, zaś obecność (i uwaga) ładnej dziewczyny działają na niego bardzo elektryzująco.

Joshi Kausei to seria o dość nietypowej strukturze z tego powodu, że mamy do czynienia właściwie z czystymi okruchami życia o zabarwieniu komediowym. Żaden z trzech skeczy nie jest z charakteru tych, które miałyby rozbawić widza do łez; chodzi w nich raczej o pokazanie sceny z życia bohaterki, mogącej wywołać lekki uśmiech. Na plus zaliczam na pewno to, że bohaterki nie są udziecinnione na siłę – już choćby dlatego anime wyróżnia się na tle typowych „opowieści o słodkich dziewczętach”. Z drugiej strony przyznam, że mnie jakoś szczególnie nie chwyciło – może będę kontynuować seans, bo to tylko trzy minuty, ale z drugiej strony nic absolutnie mnie do tej serii nie ciągnie.

Mix – odcinek 3

Zaczynają się eliminacje do międzyszkolnego turnieju gimnazjalnego, więc chłopcy mają pełne ręce roboty, podobnie zresztą jak reszta klubu. Wyłączając oczywiście głównego miotacza, który w dalszym ciągu nieszczególnie się przejmuje. A przynajmniej tak to na pierwszy rzut oka wygląda… Otomi dzielnie swoim braciom kibicuje, zaś jej klasowy kolega nadal głośno dziwi się kuriozalnej sytuacji w drużynie. A szkolne życie toczy się spokojnie niezmienionym rytmem.

Cóż mogę nowego napisać? Właściwie nic. Serio, podobnie jak poprzednio – żadnych niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów akcji czy nagłego przyspieszenia jej tempa nie ma. I jeszcze pewnie długo nie będzie. Manga na obecnym etapie (dalej niż piętnastego tomu) nadal się nieszczególnie spieszy, więc nie oczekujcie, że kolejne odcinki Was zaskoczą. Nie jest to oczywiście wadą, jeśli jest się miłośnikiem twórczości Adachiego lub po prostu lubi się tego typu historie – niespieszne, trochę nostalgiczne, trochę humorystyczne opowiastki o dorastaniu z nutą romansu i nutką sportu. Zwykle baseballu. A jak Mix wypada na tle pozostałych komiksów z baseballowej stajni Adachiego? Bardzo podobnie, choć pod jednym dosyć istotnym względem różni się znacząco zarówno od Touch (którego jest pośrednią kontynuacją), jak i od Cross Game (co do H2, to werdyktu jeszcze nie ma). Brak tu bowiem tragicznego wydarzenia z przeszłości lub teraźniejszości bohaterów, które stałoby się motorem napędowym całej historii. Czy to źle? To chyba bardziej kwestia tego, co kto lubi, ale nie powiem, żebym jakoś bardzo za nadmiernym dramatyzmem tęskniła. Czy stawka jest przez to mniejsza? Trudno stwierdzić, na pewno zaś fabuła jest znacznie lżejsza. Nie żeby Mitsuru Adachi źle sobie radził z poważnymi tematami, ale w sumie fajnie, że tutaj dostajemy tylko, a może aż zwyczajną opowieść pozbawioną dramatycznych ozdobników. Cóż, przekonanych po tych trzech odcinkach do dalszego oglądania zachęcać pewnie nie muszę, niezdecydowanych, ale zainteresowanych, mogę zapewnić, że ciąg dalszy wygląda podobnie. A znudzeni pewnie już na samym początku odpadli, więc no tego… Tak czy siak, ja czekam sobie spokojnie do następnego tygodnia. Bo naprawdę warto.

Tag Cloud