Trzeci odcinek i trzecia retrospekcja. Tym razem dotycząca przeszłości Aguero Khuna i rzeczywiście przydatna w kwestiach fabularnych. Dowiadujemy się, że dziewczyna z nim związana – Maria została wybrana na księżniczkę Jahada, zaś jego wygnano przez to z rodziny Khun, co nauczyło go ostrożności w kwestii ufania komukolwiek.

Nadchodzi czas kolejnego zadania. Tym razem trzyosobowe drużyny wchodzą do zamkniętego pomieszczenia, a na zewnątrz co jakiś czas słychać jedynie wrzaski. Pojawia się również postać przypominająca napompowany balon, która udziela podpowiedzi – aby przejść zadanie, trzeba ukończyć je w pięć minut. Jeśli zajmie to dłużej, najprawdopodobniej drużynę czeka marny koniec. Administratorem zadania jest Yu Han Sung, który przekazuje śmiałkom jedyną wskazówkę – muszą otworzyć właściwe drzwi w czasie dziesięciu minut, a zegar odmierza czas… Tego zadania nie da się ponoć wykonać, opierając się wyłącznie na zwykłym rozumowaniu. Kiedy Aguero wpada w panikę i przypomina sobie najgorsze chwile w życiu, Rak raptownie otwiera losowe drzwi na chwilę przed upływem pięciu minut. Bingo, to jest prawidłowa odpowiedź! Zadanie polegało właśnie na dokonaniu wyboru w czasie krótszym od pięciu minut, a konkretne drzwi nie miały znaczenia.

Na kolejnym poziomie miłe pogawędki pomiędzy bohaterami przerywa poznany już wcześniej Lero Ro. Proponuje on graczom dodatkowe zadanie – grę o koronę. Jej zasady nie są co prawda skomplikowane, ale zwycięstwo wymaga przyjęcia odpowiedniej strategii. Na samym starcie znajdują się tylko dwie odważne drużyny, a jedną z nich jest ta złożona z Anak, Hatza oraz Shibisu. Zwłaszcza ta pierwsza, czyli zielonoskóra dziewoja, szybko udowadnia, że jej siła może nie mieć sobie równych.

Trzeci odcinek wreszcie dostarcza sporej ilości użytecznych informacji, jednakże wprowadza także kolejne niewiadome. Główny wątek fabularny na razie nie wygląda zbyt na skomplikowany, ale widać że wokół czai się cała masa historii pobocznych. Wydaje się też, że kolejny odcinek przybliży nam wreszcie Rachel, której drużyna szybko goni czołówkę wyścigu na szczyt wieży (chyba). Czemu chyba? Ponieważ nie do końca na razie wiadomo, czy to ona, choć wskazują na to okoliczności i ukazanie części jej twarzy.

Mógłbym powiedzieć, że zrobiło się nieco ciekawej, ze względu na powolne odsłanianie tajemnic świata przedstawionego, a także przybliżanie najważniejszych postaci. Niestety właśnie w postaciach leży jak na razie połowa problemów tego tytułu – są kompletnie nijakie. Nie potrafię po trzech odcinkach wskazać nikogo, kto by wzbudził moją sympatię czy choćby zainteresowanie, chociaż na pewno wszyscy skrywają mroczne tajemnice… Ze względu na dość ubogi sezon, wynikający z biznesowych i organizacyjnych problemów produkcji związanych z szalejącą pandemią wiadomego wirusa, Kami no Tou może zająć zaszczytne miejsce zapychacza sezonu wiosennego. Da się to oglądać, chociaż wielu wrażeń nie dostarcza. Decyzję pozostawiam jednak Wam, gdyż nie ma tu nic, co pozwalałoby mi wydać mocną rekomendację.

Dziewczęta pilnie trenują, a zza siatki przyglądają się im dwie kolejne potencjalne ofiary – Nozomu Nakamura i Shiragiku Oomura. Ta pierwsza jednak zachowuje się dosyć dziwnie, bowiem patrząc trening, żałuje, że się zapisała do tej szkoły i że nie zrobiła lepszego rozeznania.

 

Szydło wychodzi z worka, gdy przydybane przez Yomi, zostają zaciągnięte na trening i namówione do udziału w nim. Okazuje się, że Shiragiku nigdy nie grała w baseball, jest natomiast mistrzynią kraju w kendo i bardzo chce przyłączyć się do klubu. Natomiast Nozomu już grała, jej drużyna była dobra (w gimnazjum), ale z naszymi bohaterkami nie chce mieć nic wspólnego, ponieważ według niej są niezmotywowane, nieprofesjonalne i w ogóle dno  totalne. A cierpi jej dusza tym bardziej, że koleżankom ze starej drużyny obiecała, iż w liceum się spotkają w finałach… A tu klops, bo w szkole jakieś amatorki tylko grają.

 

Z tonu panienka spuszcza dopiero, gdy się okazuje, że z tych amatorek jedna w finałach była, druga rzuca jak szalona, a na dodatek Yoshino ocenia ich możliwości (po treningu i przy odrobinie szczęścia) na czwarte miejsce (jakby weszły do tych świętych finałów, oczywiście). Zgadza się przyłączyć pod warunkiem, że zaczną mieć cel, a celem tym mają być… finały! Oczywiście wszystkie bohaterki podchodzą entuzjastycznie do tego pomysłu, z małą chmurką na horyzoncie, którą jest zachowanie Tamy wobec Yomi po całym tym pomyśle.

Na szczęście chmurka zostaje rozproszona po tym, gdy Tama wyjaśnia Yomi, że boi się, że skoro mowa o tak poważnej sprawie (finały!), stracą przyjemność z grania, tak jak się stało w jej poprzedniej drużynie, a Yomi stwierdza, że można traktować sprawę poważnie, ale jednocześnie się dobrze bawić. I dochodzą do wniosku, że czemu nie, trzeba więcej ćwiczyć…

Pod względem graficznym praktycznie nie ma większych zmian, przewiduję za to większe cięcia w momencie, kiedy wejdą jakieś mecze – trzeba będzie więcej poświęcić na dynamiczne pozy i może kilka szybszych animacji. Jak na razie jednak plany dalsze, tła i kadrowanie pozostają na niezmienionym  poziomie.

Większych fikołków fabularnych nie należy się spodziewać w serii typu wariacja kolejna „słodkie dziewczynki uprawiają sport”. Dziewczęta będą trenować, rozgrywać mecze towarzyskie, czasem przegrywać, czasem wygrywać, ale wspólnym wysiłkiem będą dążyć do celu. Bohaterek jest sporo, więc wątpię, by nastąpiło jakieś istotne rozwinięcie podstawowych charakterów, na plus należy natomiast zaliczyć, że wszelkie zalążki „dramatów” są bardzo szybko rozwiązywane przez rozmowę i konkretne działanie – w większości anime chłodne zachowanie Tamy by się ciągnęło przez kilka odcinków.

Na razie jest miło, sympatycznie i niestety nudno, szczerze mówiąc, można oglądać, można też nie oglądać – Tamayomi jest serią pretendującą do sportowej, ale tak naprawdę emocji jak na razie to tam nie ma.

Rodzice Hiny są zaskoczeni jej decyzją dołączenia do klubu wędkarskiego – acz, jak się okazuje, jest to klub z długimi tradycjami. Pod wieloma względami. Sama bohaterka ma nadal mieszane uczucia, ostatecznie jednak udaje się następnego dnia do szkoły pełna bojowego ducha, który jednak szybko wyparowuje przy okazji testów sprawności fizycznej. Co tu dużo mówi, Hina jest mieszczuchem, a jej dotychczasowe hobby nie sprzyjało wyrabianiu kondycji… Sprzyjało natomiast wyrabianiu oka i cierpliwości, dzięki czemu, kiedy już dociera do budynku klubu (jak się okazuje – położonego spory kawałek od szkoły) śpiewająco radzi sobie z próbą dla nowych członkiń (całych dwóch) polegającą na rozplątaniu zamienionych w węzeł gordyjski żyłek. Trudno powiedzieć, żebym nie domyśliła się z góry puenty tej sceny… Reszta odcinka upływa nie tyle na wędkowaniu, co na uczeniu Hiny podstaw, a konkretnie zarzucania wędki, oczywiście z licznymi skutkami komediowymi.

Drugi odcinek wypada lepiej od pierwszego, jeśli chodzi o manipulacje Yuuki – zdecydowanie bardziej podoba mi się, kiedy nie ucieka się ona do niezbyt eleganckiego szantażu, tylko do drobnych podstępów dla ułatwienia życia. Scena nauki zarzucania wędki jest dobra – tylko odrobinę podrasowana komediowo, ale w sumie nawet realistyczna, jeśli wziąć pod uwagę, jak kompletną amatorką w temacie jest Hina. Niestety, poza tym odcinek wydawał mi się dosyć „pusty”. Zawartość komedii nie wystarcza do wypełnienia czasu ekranowego, a brak innych postaci (poza rodzicami Hiny w jednej scenie oraz anonimowym tłumem w szkole) sprawia, że bohaterki sprawiają wrażenie kompletnie zawieszonych w próżni i wyrwanych ze zwykłego życia. Interakcja pomiędzy nimi są sympatyczne, ale brakuje im trochę energii (nawet jeśli mówimy o żywiołowej Natsumi) i w sumie jak bym nie patrzyła, ten odcinek był po prostu troszkę nudny. Nie na tyle, żeby popsuć seans, ale na tyle, żebym kwestionowała zasadność jego kontynuowania.

Niestety dla tych, którzy nie podzielają mojego zdania, kontynuowanie tej serii i tak stoi pod znakiem zapytania. Studio ogłosiło właśnie, że po przyszłotygodniowym trzecim odcinku robi przerwę na czas nieokreślony, ponieważ w obecnych warunkach nie jest w stanie kontynuować produkcji. To z kolei rodzi pytanie, na ile wskazane przeze mnie niedociągnięcia były faktycznie winą marnej adaptacji, a na ile – efektem robionych w ostatniej chwili zmian mających na celu zaoszczędzenie i ograniczenie rysowanych ujęć i sekwencji animacji.

Młodzian, który pojawił się w ostatnich minutach poprzedniego odcinka, czyli Luca Yonazuki, jest tak mroczny i posępny, że blask księżyca odbija mu się w oczach nawet, kiedy stoi do rzeczonego księżyca tyłem. O dziwo, bez żadnych warunków i targów oddaje skradzione urządzenie mobilne, ale Hiro oczywiście pała chęcią zmierzenia się z kimś, kto pokonał jego poprzedniego przeciwnika. Luca nie daje się długo prosić, choć da się zauważyć, że podchodzi do rozgrywki śmiertelnie serio i z namaszczeniem ostrzega, iż wszyscy, których dotąd pokonał, rzucili Shadowverse. Hiro rzecz jasna się nie zniechęca i już po kilkudziesięciu sekundach poświęconych na strzelanie póz przed walką panowie rozpoczynają zażarty pojedynek… To znaczy, jeden z nich mniej lub bardziej macha łapami i oznajmia, jakie karty wystawia i jakie kuku zrobią one przeciwnikowi, a drugi stoi przez ten czas jak kołek, względnie wydaje odgłosy zdziwienia, potem zaś zamieniają się rolami.

Na tym upływa mniej więcej połowa odcinka, potem zaś Hiro wpada do Mimori, oddać komórkę, i do dziadunia, podziękować za przywłaszczony „prezent”. Dopiero następnego dnia w szkole dowiaduje się, że pokonany przez niego Luca to nie byle kto i zwycięstwo nad nim było ogromnym sukcesem… Hiro systematycznie nadyma się dumą aż do momentu, kiedy przypadkowa uwaga przyjaciela uświadamia mu, że Luca w ostatniej turze „podłożył się”, umożliwiając mu wygraną. To z kolei spycha go w otchłań frustracji i rozpaczy, ale niestety nie będzie mu jeszcze dane zażądać rewanżu. Z zapowiedzi następnego odcinka wynika, że jego sława pogromcy gwiazd przyciągnie – dla zaoszczędzenia czasu – kolejną z postaci pokazanych w czołówce.

O mojej fascynacji tą serią niech zaświadczy ulga, z jaką przyjęłam nagłą porcję zleceń służbowych, które pozwoliły mi odsunąć o kilka godzin pisanie zajawki. Naprawdę nie chodzi o to, że nie mam pojęcia o grze, o której opowiada ta seria – nawet gdybym miała, nieszczególnie fascynowałyby mnie wyreżyserowane pojedynki fikcyjnych postaci. Anime jest z jednej strony nudne, z drugiej biedne wizualnie (cała sekwencja rozgrywki Hiro i Luki to była jedna wielka porażka), a z trzeciej nieznośnie sztuczne. Nie wiem, może taka reklamówka wystarczy, żeby zachęcić do gry japońskie dzieciaki, ale nie sądzę, żeby poza tym była dla kogokolwiek atrakcyjna.

Yuuki wziął się za trening, żeby lepiej władać mieczem. No cóż, długa droga przed chłopakiem, bo po wilkach z Czarnobyla musiał teraz uznać wyższość kawałka drewna na sznurku. Kokkoro postanowiła wesprzeć swojego towarzysza w jego staraniach i podarowała mu kartkę do zbierania pieczątek. Nie mam pojęcia, w jaki sposób mogłoby mu to pomóc, ale wyczuwał aluzję do systemu dziennych bonusów w grze mobilnej.

Jak najłatwiej trafić na Pecorine? Pójść tam, gdzie można zjeść dużo i za darmo. Na przykład na zawody w jedzeniu, które dla niej są jedynie skromnym śniadaniem. Zastanawiam się, na co zużywa ona energię ze spożytych posiłków, bo na pewno nie na procesy myślowe, gdyż znowu spotyka duet niezbyt kompetentnych złodziejaszków i zamiast skojarzyć, że oni po prostu ukradli jej miecz, dalej lata za nimi z lekarstwem. Niestety, nie udaje jej się znowu dostarczyć medykamentu, bo nieoczekiwanie pojawia się potwór i trzeba go sprać gołymi rękami.

Przy okazji razem z monstrum zostaje pokonana Karyl: kocia dziewczynka władająca magią i niemająca dobrych zamiarów względem Pecorine, ale kto by się takimi detalami przejmował? Na pewno nie nasza radosna gromadka, która nie zawraca sobie głowy drobiazgami i trochę na siłę próbuje udzielić pomocy czarodziejce, co kończy się dla niej… nieco boleśnie. W dodatku, jak każda szanująca się tsundere, za troskę nie ma zamiaru dziękować i odchodzi w siną dal, by dalej snuć intrygi, jak by tu pognębić głupiutkiego żarłoka, który zdaje się być całkowicie nie do zdarcia. Tu będzie potrzebny większy kaliber. I takowy się pojawia w postaci smoka, a jakby tego było mało, to na dodatek porywa nieudolnych rabusiów i przywłaszcza sobie miecz Pecorine. Sytuacja wręcz idealna, żeby zwabić swój cel do smoczego leża, ale czy plan wypali… No, chyba nikt nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

Niestety, drugi odcinek już nie był tak zabawny jak pierwszy i powoli robi się z tego typowa produkcja fantasy z bandą niekompetentnych i niezbyt rozgarniętych bohaterów. Zabrakło równie udanych żartów, co w pierwszym odcinku, podobnie jak i elementów autoparodystycznych. Niemniej nadal się to bardzo przyjemnie ogląda. Ot, taka lekka i sympatyczna komedyjka fantasy, przy której można spędzić miłe chwile. Chociaż mam pewne obawy, na jak długo twórcom starczy pomysłów i czy z czasem formuła się nie wypali. Oby jednak do tego nie doszło, bo dobrze się przy tym bawię i chciałbym, żeby tak było do końca.

Wbrew pozorom lubię odszczekiwać złośliwości ze swoich sezonowych zapowiedzi, bo moja pomyłka oznacza, że anime okazuje się interesujące. Kitsutsuki Tanteidokoro miało być serią detektywistyczną, ale pierwszy odcinek sugeruje okruchy życia z domieszką kryminału. Już pierwszych kilka minut zachwyciło mnie melancholijnym nastrojem dawno minionej epoki. Epoki na swój sposób romantycznej, łączącej w sobie to, co nowe i obce z japońską tradycją. Nieco zaskoczyło mnie, że twórcy postanowili już na początku poinformować widzów o losie, jaki spotkał głównego bohatera – ze słów jego przyjaciela, Kyousuke Kindaichiego, wynika, że Takuboku Ishikawa nie żyje. Nie powinno to jednak dziwić nikogo, kto kojarzy tego sławnego japońskiego poetę i pisarza, zmarł on w bardzo młodym wieku na gruźlicę. Aby go poznać, cofamy się więc w przeszłość, gdy choroba jeszcze nie naznaczyła go swoim piętnem, kiedy dni upływały mu na pisaniu, piciu i wizytach w domach uciechy, a pieniądze przeciekały przez palce niczym woda. Mimo mnóstwa nałogów i hulaszczego trybu życia Ishikawa pozostaje człowiekiem uroczym i charyzmatycznym, nie powinno więc dziwić, że podziwiający go Kindaichi pozostaje mu wierny. Zresztą widz również poddaje się temu urokowi i odrobinie ekscentryzmu, z przyjemnością zagłębiając się w zakamarki Tokio.

Jednym z tych zakamarków jest dom uciech – przy wejściu Ishikawa wpada na spieszącego się jegomościa i przy okazji zauważa ślady krwi. Szybka wizyta w przybytku skutkuje znalezieniem zwłok młodego mężczyzny. Bohaterowie przydybani przez policję wyjaśniają, że są jedynie świadkami, a Takuboku zaskakuje prowadzącego śledztwo komisarza zmysłem obserwacji. Z łatwością wskazuje kolejne dowody zbrodni i tłumaczy ich znaczenie. Na drugi dzień artykuł w jednej z gazet podsuwa mu kolejne tropy – ostatecznie nieco znudzony Ishikawa postanawia zająć się sprawą, a w swoje śledztwo wciąga przyjaciela. Po raz kolejny wskazuje policji kierunek, w którym powinno ruszyć dochodzenie i przy okazji dochodzi do wniosku, że praca poety i detektywa jest bardzo podobna, postanawia więc otworzyć własne biuro detektywistyczne.

W pierwszym odcinku nie poznajemy winowajcy, zresztą widz ma poczucie, że nie ma to większego znaczenia, ponieważ głównym celem było przedstawienie protagonistów, a to wyszło twórcom koncertowo. Przede wszystkim postacie pozostają w miarę wierne oryginałom – to w pierwszej kolejności artyści i śmietanka intelektualna tamtych czasów. Przynajmniej na razie Ishikawa nie tryska supermocami, wyrażając opinie, bazuje na dowodach i bacznych obserwacjach. Nie próbuje też wchodzić w drogę policji, faktycznie pełniąc rolę doradcy. Co więcej, nie zachowuje się jak natchniony wariat i geniusz, który zjadł wszystkie rozumy, ale jak już wspomniałam wcześniej, inteligentny, ale też wrażliwy artysta. Kindaichi towarzyszy przyjacielowi na każdym kroku i w miarę możliwości wspiera go – zachwycony jego twórczym geniuszem, jednocześnie dostrzega autodestrukcyjne skłonności Ishikawy. Relacja panów jest bardzo ciekawa i mam nadzieję, że zostanie pogłębiona w kolejnych odcinkach.

Wyszła trochę laurka, chociaż technicznie seria na zachwyty nie zasługuje. Mimo to jestem bardzo pozytywnie zaskoczona całą resztą. Postaci są ciekawe, dialogi nieco natchnione, ale inteligentne i mam wrażenie, że dosyć dobrze oddają emocje towarzyszące ludziom tamtej epoki. A właściwie tej konkretnej grupie ludzi, nieco wykluczonych i postrzegających rzeczywistość bardziej wnikliwie od reszty. Na razie to śliczna i dopracowana pocztówka z epoki. Oby tak dalej!

Po drugim odcinku od zniechęcenia przeszłam do niechęci, przede wszystkim do opisywania go, ale trudno, bym was zachęcała do oglądania, żebyście się przekonali, jakie to słabe i niewarte uwagi. Niemniej w przesadne szczegóły też nie będę się wdawać, bo zwyczajnie szkoda naszego czasu.

Pierwsza połowa odcinka poświęcona jest walce królowej Iris i jej podwładnych z niejakim Baalem, o szumnym wyglądzie i takim przydomku, kojarzącym się z grzechami głównymi, a konkretnie z wcieleniem egoizmu. Baalowi chodzi o rozrywkę, nieliczne siły światła padają jak muchy (a wcześniej jak muchy w smole się ruszają), nie daje mu też rady przywódca elfów, walczący za pomocą duchów żywiołów. Lepiej radzi sobie skrzydlata Iris z mieczem – bo nadużywać magii przodków ukrytej w krysztale najwyraźniej nie powinna. W sumie, jak się zastanowiłam teraz, nie wiem, czym się ta ich bezsensowna potyczka skończyła… A, po prostu Baal się wycofał, bo tak. Przy okazji tego „najazdu” Phious dokonał bez wątpienia ważnego odkrycia, że w armii ciemności walczą przymusowo wcieleni ludzie – jednak kiedy chcieli się poddać, opanowała ich zła energia, przerobiła w zombi i skończyli jako mięso armatnie. Iris na końcu odcinka przyjęła to bez większych emocji.

Na dole w kłębach dymu entrée robi sam Król Ciemności, przy czym dowiadujemy się, że: 1) jego podwładnym, przynajmniej niektórym, też się nie podoba bezsensowna wojna ze niebem, ale lepiej zatrzymać te poglądy dla siebie; 2) królowi panujący dotychczas stan równowagi się po prosu nie podoba, więc chce wszystko zatopić w mroku, a brzmi przy tym, jakby dawno odjechał do innej rzeczywistości; 3) mimo to zaufany Skeersa Vallus mu służy, jak się potem okazuje, jako instruktor i preceptor ewentualnych kandydatów na następcę. Stąd w jego obowiązkach leży też uczenie naszego bezimiennego chłopca: szermierki, nauk ścisłych, w tym bez wątpienia ekonomii, rzemiosł wszelakich (konkretnie murarki), wszystko po to, żeby był dobrym władcą dla Czarnych. Uczeń jest najwyraźniej chętny i pojętny, więc już po kilku mniej lub bardziej ruchomych, a wypełnionych błockiem planszach można uznać, że jest gotowy do kolejnego etapu, co symbolizuje nowe wdzianko.

Na scenę pośrodku niczego wkracza więc zielonowłosa demonia (?)księżniczka o przecudnym dla naszych uszu imieniu Groza, która co prawda świetnie sobie radzi ze zdziczałymi potworami, ale na widok kocich oczu naszego chłopca natychmiast traci rezon i język w gębie, a zaczyna się jąkać i rumienić jak gimnazjalistka. Po czym okazuje się, że go szukała, by zaproponować mu rywalizację (byle nie turniej, błagam…) z pozostałymi kandydatami – stawką jest wielki wspaniały miecz oraz oficjalny tytuł Księcia Ciemności, czyli następcy króla (przy czym wydaje mi się, że sukcesję też trzeba sobie będzie wywalczyć z poprzednikiem). Nie wiedzieć czemu, przekazuje mu te informacje najwyraźniej w miejscowej knajpie, gdzie podsłuchuje ich czerwonowłosy z czołówki, ewidentnie podejrzany typ. Oj, będzie się działo…

Akurat. Takiego braku emocji, choćby negatywnych, dawno w sobie nie obserwowałam podczas seansu anime. Nawet nuda się poddała i mnie opuściła. Jest to zwyczajnie zbyt słabe, żeby się angażować w krytykę, tak konstrukcji świata i bohaterów, z pozbawionym imienia głównym na czele, jak i sposobu ekspozycji oraz prowadzenia fabuły. Wspominałam poprzednio o średniowiecznym, alegorycznym moralitecie? Prędzej wyjdą z tego kukiełkowe jasełka interesujące dla kilkulatków… Wizualia może i na ogół nie wołają wielkim głosem o pomstę do nieba (zwłaszcza w partiach nieba, bo na ziemi jest znacznie gorzej), ale naprawdę, naprawdę nie ma na co patrzeć (tudzież z czego zrzutek robić): ani na tła, ani na walki, ani na efekty specjalne, znaczy, zaklęcia. Największy plus, jaki potrafię tu wskazać, to że komputerowa zbroja (ciało?) Baala mogła wypaść dużo gorzej. Muzyka – owszem, jest wyraźna, intensywna, robi co może, by dodać scenom dramatyzmu, ale też nie uważam, że jej się to jakoś szczególnie dobrze udaje, ani nie pałam chęcią poszukania soundtracku. W ogóle niczym nie pałam, w tym rzecz…

Przepraszam, tydzień temu pisałem, że wygląda, jakby jenów na animację walk niestety tutaj nie było, a tu co za odcinek, śliczna walka przez całe pięć minut. Krwista, brutalna i sycąca, że ho. Kiedy się przypatrzyć, to klatek animacji nie ma w niej specjalnie dużo, ale i co z tego, kiedy robi wrażenie? Ta seria się zapowiada na popisowy przykład, jak porządny reżyser jest w stanie podnieść średniobudżetowy serial o kilka poprzeczek wyżej. To się ogląda naprawdę dobrze!

Co do treści, to aż tak dobrze nie jest, Gleipnir po prostu podtrzymuje wcześniejsze wrażenie, że ambicji w tym brak, ale kompetencji sporo. To mordobicie, seks i biedny Shuichi straumatyzowany pierwszym, ale kuszony drugim. Wszytko to już było, i to w lepszym wykonaniu, acz jest urok w powykręcaniu klasycznej konwencji mechów w ten sposób, że to protagonista JEST mechem. Claire, jak to wprost wyznała, „lubi w niego wchodzić”. Słychać zresztą, że lubi, jęki i westchnienia nie pozostawiają w tym temacie większych wątpliwości… Podczas zespolenia tworzy się niby między nimi empatyczna więź, ale niezbyt mnie na razie przekonuje ten motyw. Claire po prostu lubi dominować, a Shuichi poświęci wiele, aby ktoś zdjął z jego barków konieczność decydowania o samym sobie.

Niemniej hamletyzuje przy tym, że ho. Na razie protagonista to najsłabszy aspekt tej serii. Jego wypowiedzi to praktycznie jeden nieustający ciąg skarg i popłakiwań. Szybko robi się to monotonne, bo charakterologicznej głębi w tym tyle, co w kałuży. Chciałoby się jednak wiedzieć o nim więcej niż to, że ma skrajnie dość koszmaru, w którym się znalazł. Na jego tle Claire jest zdecydowanie ciekawiej naszkicowana, socjopatia wywołana wcześniejszą traumą to jest coś, z czego da się w przyszłości w tej serii coś wykrzesać. Pytanie, czy ma być to tylko anturaż do potwora odcinka, czy też fabuła ma być konkretniejsza. Na tę chwilę obie opcje mają szanse powodzenia.

Napisałem tu dużo dobrego, ale tak dla równowagi – z majtasami twórcy naprawdę mogliby dać sobie spokój. Cały główny motyw tej serii jest seksualny do bólu, niechże więc wciskają w niego ecchi ile wlezie, to wręcz pomoże. Robić ujęć na pośladki w losowych fragmentach scen z wszelkimi dziewczynami już nie muszą. Jest sobie scena o czymś zupełnie innym… BACH, migają nam majtasy… po czym wracamy do tematu. Jedną rzecz na raz poproszę. Swoją drogą zabawne, jak ta seria momentami przypomina Devilman Crybaby. Eksplorowane motywy, czyli seksualność/emocje/potworność, są te same, a wątek biegaczki z tego odcinka też wywołuje déjà vu. Konkurencji z tą starszą serią Gleipnir nie ma szans wygrać, ale też na razie nie wydaje się jedynie mechanicznym naśladowcą.

Taichi w sieci spotyka Yamato i jego wiernego Garurumona. Chłopcy, kierowani przez Koushirou, łączą siły, by stawić czoło szalejącym Algomonom i powstrzymać wystrzeloną na Tokio rakietę.

Ależ to było widowisko! Drugi odcinek to właściwie ciągła akcja, fenomenalnie zrealizowana przez animatorów nadzorowanych tym razem przez Naokiego Tate, jednego z najlepszych ekspertów w talii Toei Animation. Ponownie pojawia się Ryou Onishi, którego sceny były główną atrakcją tydzień temu; jest też niesamowita sekwencja animowana przez genialnego Naotoshiego Shidę, specjalisty studia do spraw scen akcji. Digimony ostatni raz poruszały się tak dobrze w kinówkach Mamoru Hosody czy nieco późniejszym Diablomon no Gyakushuu, które było wyraźne inspirowane jego stylem. Produkcja wydaje się być w naprawdę dobrym stanie i jeśli nic się po drodze nie zepsuje (na przykład przez pewnego bardzo uciążliwego wirusa), to o poziom graficzny w kolejnych odcinkach raczej bym się nie martwił.

W tym tygodniu do Taichiego i Koushirou dołącza Yamato, w którego tym razem wciela się Daisuke Namikawa i przyznać trzeba, że wypada bardzo przyzwoicie. Trudno stwierdzić jaką rolę będzie pełnił w dalszej części serii, ale wydaje się nieco bardziej doświadczony w kwestiach sieci, a na pewno z jakiegoś powodu wie o funkcjonowaniu tego miejsca więcej niż reszta bohaterów. Nadal jest raczej samotnym wilkiem, co najprawdopodobniej będzie zmieniać się wraz z postępem fabuły, jeśli jakkolwiek można się w tym przypadku sugerować poprzednią wersją Adventure.

Jako że cały wątek przedstawiony do tej pory jest w zasadzie lekko zmodyfikowanym Bokura no War Game, pojawienie się Omegamona nie powinno dziwić, ale mimo wszystko zaskakuje, że ma to miejsce aż tak szybko, szczególnie że ostatnim razem ta ewolucja była zwieńczeniem jednak dużo dłuższej przygody. Nie wyrokuję jednak, bo jest raczej jasne, że duży udział w procesie mają Takeru i Hikari, więc pozostaje ufać twórcom, że mają pomysł, by jego tak wczesne pojawienie się nie było jedynie zwykłym fanserwisem.

Ja się bawię przy tej serii świetnie, nie tylko jako fan Digimonów, ale również jako entuzjasta sakugi. Ponownie pozostaje mi z niecierpliwością czekać na kolejny odcinek.

Nowo mianowany prezes dowiaduje się, że firma nie ma kasy. Ale to tak wcale nie ma, nawet żeby zreperować ekwipunek. Poza tym są nisko w rankingu, a jeśli dalej tak pójdzie, to spadną jeszcze niżej, nie przejdą inspekcji i zostaną im cofnięte licencje. Sytuacji nie ratuje nawet te kilka sztuk broni, co stoi w kącie – każda co do jednej jest przeklęta i są pozostałością po mani tatusia do zbierania różnych rzeczy z lochów.

 

Ale w sumie ta mania przynosi też korzyści, w postaci bogatej kolekcji różnych sztuk broni, zbroi i innych przydatnych itemków zgromadzonej przez rodziciela. Przepraszam, przyniosłaby, gdyby rzeczony rodziciel chwilę przez zniknięciem nie oddał jej muzeum. A żeby je odzyskać, należy zapłacić podatek od spadku. Wysoki podatek. Z wieloma zerami.

 

Nasi bohaterowie w trakcie lunchu produkcyjnego próbują wymyślić, jak zdobyć taką kasę – giełda, hazard, praca dorywcza… Aż Yutoria przynosi ulotkę reklamującą 8. Konkurs dla Poszukiwaczy Przygód ogłaszany przez agencję, w którym można wygrać intratne kontrakty i przede wszystkim dużo pieniędzy. A polegający na tym, że drużyny udają się do wybranego lochu i szukają konkursowego kirakuri.

 

Oczywiście Minato rejestruje swoją firmę, wzbudzając przy okazji zainteresowanie dziwnego typka – jak się okazuje w dniu konkursu, byłego kolegi z klasy Akari, który wyjątkowo nieudolnie i stalkersku chciał na niej zrobić wrażenie. Koniec końców, nagabywana przez namolnego i antypatycznego osobnika, zakłada się z nim, że jeśli przegra, dołączy do jego firmy, a jeśli wygra, to się zobaczy.

 

Wzdech. Graficznie nie zmieniło się wiele – ujęcie od pasa w górę, skupianie się na twarzach, dynamiczne stopklatki w trakcie walki (dwie sztuki w sumie), najeżdżanie na tła, jak ktoś coś mówi, lub na plecy, kopiuj wklej w tłumie (ile razy zobaczycie na obrazku powyżej panią z czerwonej/różowej/zielonej/niebieskiej kiecce?), od czasu do czasu postacie z miną SD-czkową. Pojawił się natomiast opening – koszmarna rąbanka popowo-podobna, z miłością jako motywem przewodnim. Fabularnie… Coś się dzieje. Znaczy, próbuje się dziać. Ale jest to tak mdłe i nieangażujące widza, że po prostu nudzi. Gwoździem do trumny był quiz przenoszący na kolejny poziom w trakcie eksploracji. I, co gorsza, naprawdę nie obchodzi mnie ani trochę los bohatera, panienki i firmy…

Tag Cloud