Trzeci odcinek Atom: The Beginning zapowiadał się jak klasyczny wypełniacz – w okolice laboratorium bohaterów trafia prywatny detektyw poszukujący zaginionego psa-robota. Jako że nagroda jest znaczna, cała czwórka przyłącza się do poszukiwań, postanawiając przy okazji po raz kolejny przetestować możliwości Sixa. W tych kategoriach myśli zwłaszcza Tenma, który urażony jest niezbyt pochlebnymi uwagami detektywa o możliwościach robotów. Ale i Ochanomizu angażuje się w to mocno, chociaż z bardziej przyziemnych powodów.

  

Spodziewałem się nudy – i faktycznie, nie jest to szczególnie porywający odcinek, szczególnie jego środkowa część sprawia wrażenie rozciągniętej na siłę. Acz finał jest całkiem udany, poruszając po raz kolejny ciekawy aspekt stosunków na linii ludzie-roboty i więzi, jakie się między nimi tworzą. Dla fanów Tezuki miłą niespodzianką będzie zaś obecność na planie Shunsaku Bana, jednego z głównych „aktorów” wywodzących się ze stworzonego przez tegoż autora „systemu gwiazd”. Występował on już w poprzednich historiach o Atomie, więc jego obecność tu jest miłym ukłonem w kierunku tradycji.

Mam względem tej serii dość mieszane uczucia. Faktycznie próbuje ona odświeżyć siedemdziesięcioletni już koncept i robi to wyjątkowo śmiało. Pytanie brzmi, czy za tą ideą stoją faktycznie udane pomysły na scenariusz. Bo na razie niedościgłym wzorem pozostaje Pluto Naokiego Urasawy. Oczywiście tamta manga była pozycją dla starszego odbiorcy, przenoszącą Tetsuwan Atom na poziom poważniejszego science-fiction. Tutaj twórcy wyraźnie chcą zachować nieco bardziej familijny, bliższy oryginałowi nastrój.

  

Czy zatem to się uda? Po trzech odcinkach nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi, a nie lubię wróżyć z fusów. Tym, co jest tu najlepsze, są jak na razie relacje między bohaterami, pokazane całkiem wdzięcznie i naturalnie. Sam Atom wydaje się zepchnięty na drugi plan, jakby twórcy chcieli bardziej wyeksponować jego twórców, odwrotnie niż to robił Tezuka. Moją faworytką jest nieco autystyczna, ale nie pozbawiona żyłki nerda Ran. Zaś kreacja Tenmy bardzo dobrze uzupełnia się z jego pierwowzorem, można wręcz powiedzieć, że tak właśnie zapewne prezentował się on w młodszych czasach.

Być może istnieją kobiety, które preferują panów 2D od 3D – nie jest to wiedza potrzebna mi do szczęścia, ale powstanie Room Mate sugeruje, że coś może być na rzeczy. Zapewne kojarzycie te wszystkie śpiące, ćwiczące Hinako i pokrewne, obrzydliwie słodki destylat marzeń panów, dla których japońska animowana waifu to ideał i cel w życiu. Cóż, jeżeli i Wam, drogie czytelniczki, marzy się kolorowy bishounen, który będzie rozmawiał tylko z Wami i rumienił się na Wasz widok, zapraszam na seans. Ponieważ twórcy byli hojni, zamiast jednego narysowanego słodziaka dostajecie aż trzech! Oczywiście każdy ma inny zestaw cech, tak żeby można sobie było wybrać: Takumi Ashihara to introwertyczny, wysportowany student, który lubi samotnie gapić się w gwiazdy, Aoi Nishina jest uroczym moé blondynkiem i do tego aktorem, a Shinya Miyasaka to stateczny biały kołnierzyk z zapędami ekshibicjonistycznymi. To jak, ma być melancholijny, słodki czy trochę szorstki w obejściu?

 

 

Nie musicie martwić się o konkurencję, to nie haremówka, gdzie należne Wam miejsce zajmuje jakaś pozbawiona kręgosłupa ciepła klucha. Wyobraźcie sobie, że właśnie zostałyście menedżerkami pięknej rezydencji – tuptacie ze swoją różową walizą na miejsce, gdzie już przy drzwiach wita Was Takumi! Potem jest tylko lepiej, w środku ociekającym kiczem czeka na Was śliczny i uśmiechnięty Aoi, a z wnętrza wyłania się owinięty tylko ręcznikiem w strategicznym miejscu Shinya… Możecie im gotować oraz zapewniać ich o wsparciu, kiedy dostają propozycję zostania profesjonalnym alpinistą lub ćwiczą do nowej roli. A jak wleziecie na dach, żeby pocieszyć biednego Takumiego i się potkniecie, to on Was złapie tymi mocnymi, umięśnionymi łapkami – żyć, nie umierać.

 

 

Mniej więcej tak prezentuje się fabuła trzech czterominutowych odcinków rzeczonego „dzieła”. Co prawda ja nie jestem grupą docelową, ponieważ różowe walizki uważam za niepraktyczne i niegustowne, a co do pchania się na dach, „…tak wysoko nie wlizę, gdyż na sztorc chodzić nie umiem, ani nie podskoczę, bo za ciężką mam dupę”, że zacytuję klasyka. Poza tym panowie też nie do końca spełniają moje wygórowane oczekiwania – nie to, że nie lubię narysowanych, ale niekoniecznie takich krzywych. Gotować leniom nie będę, Bozia rączki dała, niech sobie sami jedzenie przygotowują. W ogóle co to za facet, który będąc dorosłym, nawet żreć sobie nie potrafi zrobić. Moim zdaniem bohaterowie nie potrzebują ukochanej, tylko niani, bo szanująca się gosposia wysłałaby ich do diabła, jakby jej raz i drugi jakiś korposzczurek przetuptał, ociekając wodą, po świeżo umytej i wypastowanej podłodze.

Gdyby to chociaż ładne było, ale jak już napisałam, projekty postaci są krzywe i bardzo topornie narysowane, a jedynym w miarę przyzwoitym elementem oprawy graficznej są tła. Animacja to niemalże pokaz slajdów, a muzyka praktycznie nie istnieje. Pomijam słabiutko zaśpiewany ending, którego teledysk dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy. Otóż widzimy panów siedzących na sofie i nagle pojawiający się brokat/promienie światła, sprawiające, że ubrania bohaterów znikają. Na końcu mamy wątpliwą przyjemność oglądania Takumiego, Aoiego i Shinyi, jak ich Pan Bóg stworzył. W każdym odcinku sekwencja wygląda trochę inaczej, ale to przynajmniej tłumaczy, na co twórcy wydali wszystkie pieniądze (nie to, żeby było ich dużo).

 

Ten odcinek był jeszcze bardziej przewidywalny niż poprzedni. Zbliża się Monsterphilia, a ponieważ wiemy, w którym punkcie osi fabularnej umieszczona jest akcja, wiemy też, co się wydarzy – bogini Freya wypuści na miasto potwory, którym czoło stawią Ais i spółka.

 

Wcześniej jednak Ais i Lefiya wyprawiają się do Lochów, a przy okazji umawiają się na wspólny wypad na wyżej wspomnianą imprezkę. Niestety plany krzyżuje im bogini Loki, która zabiera Ais ze sobą na spotkanie z Freyą. Oj, jak dziewczę cierpi, jak płacze…

 

Jak można było się domyślić, potwory atakują, a z większością rozprawia się Ais. Jednak na placu boju pojawia się dziwny trójgłowy kwiat, który daje w kość całej paczce. Nawet Ais obrywa, a z odsieczą przychodzi ona… Tak, to ten moment, tak chciała fabuła. Lefiya podnosi rękawicę i staje do walki. Pfu, znaczy, zaczyna recytować zaklęcia. Z pełną skutecznością. Przeciwnik nie ma najmniejszych szans z lodowym zaklęciem. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, prawie.

 

Czemu prawie? Na kolejnym spotkaniu Loki z Freyą okazuje się, że ta druga wypuściła jedynie potwory biegające po mieście i nic jej nie wiadomo na temat kwiaciastego stwora. Widzicie tego przystojniaka na pierwszej zrzutce? To Dionizos, który najprawdopodobniej stoi za całą sprawą.

Szczerze? Jestem ogromnie zawiedziony Sword Oratoria. Ais jest absolutnie martwa emocjonalnie, Lefiya gra mi na nerwach, a akcja nudzi niesamowicie. Nie ma w tej serii nic, co trzymałoby mnie przy ekranie. Zobaczę jeszcze jeden odcinek, ale szykuje się najgłośniejszy drop sezonu.

AMERICA! FUCK YEAH!

I przy okazji odcinek plażowy, w którym to panienki zmierzą się z Żądzą o imieniu Asmodeusz. Oczywiście przy okazji dojdzie do (kolejnej) próby gwałtu na biednej Marysieńce, która to (no bo jakżeby inaczej) okazuje się dziewicą. Tym, co ubawiło mnie jeszcze bardziej, jest to, w jaki sposób Lucyfer poradziła sobie z Żądzą – mianowicie stwierdziła, że pożądanie wcale nie powinno być grzechem, seks jest cacy i przyjemny, a Bóg łże. Efekt jest taki, że nagle to Asmodeusz pąsowieje na widok utytłanej w śluzowatym afrodyzjaku Lucyfer i poddaje się, bo była anielica wzbudziła w niej żądze…

Głupie toto jak rekruci Armii Czerwonej za czasów jej świetności, ale przynajmniej nieszkodliwe. Niestety, jak już pisałem wcześniej, jest to bardzo nijaki pseudopornol, bo za dużo w nim gadania, a ponadto paplanina do niczego nie prowadzi i istnieje tylko po to, by czymś zapełnić czas antenowy pomiędzy co ciekawszymi scenami. Problem polega na tym, że w którymś momencie fabuła dotrze do Łakomstwa, tutaj przedstawionego jako lolitka, a wtedy może zrobić się naprawdę nieciekawie. Chyba że nagle seria postanowi, że widok żywcem zjadanej Marii ma być dla widzów stymulujący, ale wtedy chyba wszyscy będą zbierać szczęki z podłóg.

Oczy, które nie zaznały yakisoby pełnej miłości.

Tak szybko!? Trzy odcinki minęły niemal, jakby ich wcale nie było. Można nawet uznać, że niemal dokładnie, jakby ich nie było…

Legendarnie niebezpieczne japońskie ulice.

Ten ostatni zaczyna się mocno. Banda gburów – loluś i dwa szkice, męczy mangowe niebożę na chodniku, gdy na scenę wkracza dziewczę… Będą się tłuc! A tu zamiast napisy początkowe! Ledwo się kończą, wtem pojawia się nowy zawodnik – Takayuki Komparu (ten, któremu nie zależało w pierwszym odcinku). Będą się tłuc! A tu zamiast kolejna porcja napisów początkowych! Nie dość, że to błyskotliwa reżyseria, to jeszcze ujawnia przesłanie pacyfistyczne, brawo.

Reszta odcinka jest podobnie zaskakująca. Dziewczę powinno się bić z Komparu. Powinno się z nim bić, żeby go pobić (logiczne), jednak Komparu nie zależy. Zależy mu natomiast na pysznej yakisobie, serwowanej swoim mini-klonom.

Patrząc od lewej: Komparu, Lil’Komparu1, Lil’Komparu2, Lil’Komparu3, Lil’Komparu4.

Komparu należy pobić, bo takie są zasady darwinowskiej rywalizacji, dokładnie wytłumaczone przez Totomaru. (Wspomagawczo na ekranie pojawia się plansza ze schematem.) Ciąg niespodzianek zdaje się nie mieć końca, bowiem dowiadujemy się, że szkołą rządzi starszy brat dziewczęcia, o którym nikt jej jakoś nie poinformował. To ciekawe tym bardziej, że dziewczę bodaj miało przejąć władzę nad szkołą na potrzeby yakuzy. Taka wersja panowała w poprzednim odcinku, całe dziesięć minut temu, ale skoro braciszek rządzi, to kontrola jest już przejęta? Jakby?

„Jeśli drugie pochodne mieszane funkcji wielu zmiennych istnieją i są ciągłe w danym punkcie, to są w nim również sobie równe”.

Taki nadmiar myślenia świadczy o tym, że dość już kontaktu z Kenka Banchou Otome. Seans kolejnych odcinków tylko zniszczyłby piękno i prostotę obcowania z trzema pierwszymi.

Yakisoba.

Ugotuj porcję makaronu soba. Na mocnym ogniu (najlepiej w woku) podsmaż na oleju sezamowym posiekaną kapustę pekińską, cebulę oraz marchew. Dodaj trochę startego imbiru, podsmaż i wrzuć makaron. Polej całość sosem sojowym z dodatkiem sosu chilli, podsmażaj jeszcze chwilę. Po wyłączeniu ognia na makaron wbij jajko i poczekaj, aż białko się zetnie. Smacznego!

ID-0 – odcinek 3

  

Trzeci odcinek ponownie zaczyna się od pana w nietwarzowej masce i jeszcze jednego jegomościa, który jest stary, brzydki i występuje na tle parawanu w szkielety, co zapewne dyskretnie sugeruje, że nie powinniśmy go lubić. W wyniku knowań ww. typów kosmiczna marynarka wojenna dostaje rozkaz przechwycenia „Stulti” i cennego ładunku orichaltu wydobytego z nowej planety. Co też czyni, nie przejmując się żadnymi nakazami ani uzasadnieniem swoich działań. Załoga musi ulec przeważającym siłom przeciwnika, a chociaż sytuacja nie wygląda różowo, z nieoczekiwaną pomocą przychodzi zaskakujące zjawisko – materializujący się wokół okrętu marynarki rój meteorytów i planetoid zajmuje żołnierzy i zmusza do awaryjnego skoku. W jego trakcie bohaterowie wprowadzają w życie śmiały plan i wykonują własny skok, uciekając w bezpieczne miejsce razem z całym statkiem i arogancką panią oficer w charakterze bonusu. Nie jestem pewna, czy orichalt, od którego się zaczęło to zamieszanie, został zabrany z pokładu, ale pewnie nie oglądałam dość starannie.

  

Największą rewelacją tego odcinka jest to, że załoga „Stulti”, poza Mayą i Clair, składa się z samych evertrancerów. O ile jednak w pozostałych przypadkach powody porzucenia fizycznego ciała są mniej lub bardziej zrozumiałe, o tyle Ido nadal pozostaje zagadką, gdyż przy okazji (niedoszłego) aresztowania wychodzi na jaw, iż nikt – z nim samym włącznie – nie ma pojęcia, jaka była jego ludzka tożsamość. Prawdę mówiąc jestem się gotowa założyć, że ostatecznie wyjdą na jaw jakieś powiązania pomiędzy nim, a facetem w nietwarzowej masce, ale nie zamierzam już tego sprawdzać.

  

Ostatecznie ID-0 okazało się rozczarowaniem głównie z powodu straszliwie topornej konstrukcji scenariusza. W tym odcinku najbardziej zgrzytało, kiedy kapitan(?) okrętu marynarki wojennej zaczął przedstawiać dokładnie poszczególnych członków załogi „Stulti” z imienia, nazwiska i przeszłości – naprawdę nie dałoby się tego jakoś zgrabniej wpleść w fabułę? Poza tym nadal nie umiem dostrzec żadnej logiki w świecie przedstawionym. Wydaje się, że został on napisany tylko jako tło dla działań bohaterów i istnieje tylko w tych kawałkach, które są chwilowo potrzebne, bez żadnego większego obrazu. Te trzy odcinki nie wystarczyły także, by przybliżyć „barwną załogę” – jej członkowie nadal są nijacy, chyba że komuś do szczęścia wystarczą przypominające lalki urocze dziewuszki (czy mi się zdaje, czy Clair jest klasycznym bridge bunny?), do których w tym odcinku doszlusowała kocioucha tajemnicza panienka zachowująca się jak małe dziecko.

Możliwe, że po prostu rozmijam się z tą serią, ale zdecydowanie nie mam do niej cierpliwości. Próba połączenia klasycznych motywów space opery z nowymi trendami (te moé panienki wszędzie…) nie musi być skazana na porażkę, co pokazało w swoim czasie Mouretsu Pirates, ale wymaga porządnie przemyślanego świata i interesujących postaci, a w drugiej kolejności – porządnej fabuły. Czyli tego, czego ID-0 na razie mi nie pokazało.

Oprócz problemów trójki głównych bohaterów pojawia się tu i tam jeszcze jeden wątek – a mianowicie zespołu muzycznego In NO Hurry to Shout – i przyznam szczerze, że jakoś do tej pory nie zwracałam na nich szczególnej uwagi. Chyba to mój błąd, bo najwyraźniej nie będą zapełniać odległego trzeciego planu, skoro sukcesywnie pojawiają się coraz częściej i wyraźniej… Na razie jednak towarzyszymy Momo przy piciu herbaty (czy kawy) oraz uzewnętrznianiu się, dlaczego nie chce się spotkać z główną bohaterką – no, bo zaniemoże… Znaczy, twórczo zaniemoże, gdyż najwyraźniej nasza „diva” odbiera mu wszelką inspirację.

Tymczasem szkolna grupa muzyczna ma problem – Miou stwierdza, że już więcej nie chce śpiewać. Sielską dyskusję przerywa niezapowiedziane przybycie Arisugawy – w efekcie dziewczęta ucinają sobie babską pogawędkę. Główna bohaterka wzięła sobie do serca uwagę, że może jej głos wcale nie jest tak dobry, i postanawia coś z tym zrobić, ale na początek potrzebuje szczerej opinii i paru wskazówek od kogoś, kto się na tym zna. Uff, jak dobrze, że ta cała Miou nie jest aż tak zawistna, na jaką wygląda i jest w stanie zmięknąć w obliczu szczerych intencji głównej bohaterki!

Swoją drogą, minęło już dobre pięć minut odcinka i, poza openingiem, nie było jeszcze żadnego śpiewania. Moje słowa z poprzedniego odcinka stają się prorocze – to się da niemalże oglądać! Ale, uwaga, czerwony alarm!!! Bohaterka, chodząca na co dzień w masce ochronnej, nagle pod wpływem ognistej przemowy z impetem sięga do twarzy, by ją ściągnąć – a ja panicznie rzucam się do myszki od komputera, by być przygotowaną na nagłą konieczność ściszenie głosu. Uff, to był tylko fałszywy alarm, ale ciśnienie mi podskoczyło. Cóż za emocje…

Miou zgadza się pomóc jej w opanowaniu podstaw modulacji głosu. Dziewczęta udają się więc na szkolny dach – na szczęście wspólne praktyki są zadziwiająco neutralne w wydźwięku. Staje się to też dalszą inspiracją głównej bohaterki do (wreszcie!) wzięcia się za podstawy. Kolejnym kopem motywacyjnym okazuje się to, że kompozytorem grupy In NO Hurry jest niejaki Momo Kiryuu – i że jego podstawowe dane personalne są takie same, jak TEGO Momo. Czyżby to był on?! Arisugawa nie jest pewna, ale postanawia uczepić się tego jak rzep psiego ogona. Zupełnie przypadkowo okazuje się też, że trwa rekrutacja na pozycję wokalisty, który będzie miał zaszczyt współpracować z rzeczonym Momo Kiryuu – oczywiście dziewczyna postanawia się zgłosić, ale tylko po to, by spotkać się z tą osobistością i przekonać, czy to ten Momo, czy ktoś zupełnie inny (czy ktoś ma jakieś wątpliwości, że to właśnie ten?).

Tymczasem szkolne kółko muzyczne odbywa poważne spotkanie, w którym uczestniczy osoba z zewnątrz – która obwieszcza, że Nino Arisugawa ma odpowiadający im głos i to ona powinna zostać główną wokalistką. Yuzu zgłasza veto i opuszcza pokój. Pozostali dziwią się, czemu, skoro ewidentnie założył zespół z myślą o pisaniu piosenek „pod Nino” – swoją drogą, czy ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości, o którym zespole tak naprawdę mówimy? Yuzu, popijając dziarsko biały magiczny napój ze słomką, przyśpieszający proces wzrostu, przemierza szkołę i nagle słyszy ją – śpiewającą piosenkę In NO Hurry (o dziwo, śpiewanie a capella w tym momencie nie kaleczy moich uszu i wypada dziwnie… neutralnie), co tylko go frustruje.

Kolejnego dnia dla odmiany pada deszcz – dziwne, w anime o szkolnych perypetiach zawsze jest ładna pogoda… Alice szybko dopada Yuzurihę na szkolnym korytarzu, by podzielić się z nim wiadomością, że być może odnalazła Momo i wysłała zgłoszenie na konkurs, by móc się o tym przekonać. Dopiero teraz Yuzu uświadamia sobie, że albo wóz, albo przewóz – albo chce Nino w zespole i ma ją dla siebie, albo nie chce, ale wtedy ten drugi ją dostanie – a co to, to nie! Za mało jednak dramaturgii w tej scenie – nasza dwójka przypadkiem podsłuchuje kolegów z zespołu, którzy akurat sobie rozmawiają o tym, że cóż za nieszczęście, że przez Alice Yuzu stracił głos! Znaczy no, nie jest w stanie śpiewać.

Poziom dramatu sięga zenitu, gdy chłopak rzuca się w długą, a Alice go oczywiście goni – dobra jest w gonieniu ludzi, którzy przed nią uciekają! Tak na piątkę z plusem. A więc to miał na myśli sześć lat temu, gdy jako dzieciak na plaży powiedział Arisugawie, że on nie może śpiewać, bo zamieni się w morską pianę i zniknie. I dlatego właśnie w tym odcinku pada deszcz – by mogli wybiec na szkolny dach i dramatycznie moknąć tam sobie razem! Tymczasem Momo jest bardzo nie w sosie – jego menedżerka przesłuchała zgłoszenia i oczywiście zakwalifikowała Nino do dalszego etapu. I tak oto jeden jęczy, że jak ją spotkał, to nagle jak nie mógł, tak może; a drugi z kolei jęczy, że jej nie spotka, bo zaniemoże.

   
 Dwa karpiki. Jeden nawet bardziej karpik, niż drugi, bo głosu wydać nie może…

Trzeci odcinek za nami. Częściowo spełniło się moje skryte marzenie, by w tym anime było mniej la la la i mrugających gwiazdek orzących bruzdy kory mózgowej – i dzięki temu prostemu zabiegowi seria awansuje z niestrawnej na niemalże neutralną w odbiorze. Inne piosenki z repertuaru też trudno uznać za przyjemnie brzmiące, ale są na tyle nijakie, że po prostu stanowią tło. Poza muzyką anime pławi się z lubością w dramatyzmie – ja osobiście lubię te znęcanie się nad bohaterami przez przeciwności losu, ale jest jeden warunek – muszę ich najpierw polubić. Niestety tutaj wszystko jest tak absurdalne i irracjonalne, że są mi absolutnie obojętni – naiwna panienka, zazdrosny kurdupel i cyniczny buc. No, chyba że celem twórców jest, bym ich tak znielubiła, by z radością napawać się tym, jak cierpią? Ważnym aspektem tego odcinka jest animacja – o ile w poprzednim odcinku była ogólnie przeciętna, tak w tym mam wrażenie, że jest coraz brzydsza – mnóstwo wstawek w SD, które są potwornie brzydkie. Jest dużo zbliżeń kamery na twarze, na których często bohaterowie mają oczy wielkości spodków. Oj, chyba budżet poszedł na animacje 3D podczas koncertu muzycznego i widać cięcia… To jeszcze nie poziom karykatury, ale zdecydowanie nie jest to seria, którą ogląda się dla ładnej grafiki.

Dotychczasowy rekord w oczach wielkości spodków

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co zrobić dalej z tym anime – kontynuować czy rzucić w kąt? Z jednej strony jest to brzydkie, wątek muzyczny leży i kwiczy, a bohaterowie mnie nie ujęli. Ale z drugiej strony jestem minimalnie zaciekawiona, co będzie dalej – być może jednak złapałam się w sidła tego, że znielubiłam postaci tak, że chcę patrzeć, jak dalej cierpią? Tak więc jeśli sięgnę po część dalszą to po to, by poskakać po kilkanaście klatek w przód i zaspokoić moją masochistyczną ciekawość. Ale nie w ramach relaksującego seansu, a lubowania się w cierpieniu – pamiętajcie, cierpienie uszlachetnia! No więc, czuję potrzebę uszlachetnienia się. Kto nie ma nic lepszego do oglądania, a nie zniechęciła go jakoś bardzo do tej pory ta seria – a niech ogląda. Materiałem wyjściowym jest manga – i to chyba jedna z tych mang, która lepiej, by pozostała bez ekranizacji, bo ta zbyt uwypukla jej wady… Lepiej tę całą warstwę dźwiękową pozostawić w sferze wyobraźni.

Trzeci odcinek przynosi kolejne detale na temat świata przedstawionego. Pomimo strachu, jaki wzbudzają najemnicy-zwierzołaki ze względu na swoje powiązania z wiedźmami, ludzie niezwykle chętnie korzystają z ich ogromnych możliwości fizycznych by na te same wiedźmy polować, co prezentuje przepiękne i niezwykle wiarygodne pragmatyzm i hipokryzję, w końcu tak bardzo ludzkie. Mało tego, żeby uniknąć kłopotów z dostaniem się do miasta, tak Zero jak i Albus podają się za niewolników seksualnych naszego puchatego najemnika, co spowodowało u mnie taki sam opad szczęki, jak i u bohatera. Fakt, niewolnicy w średniowieczu nie byli czymś niezwykłym, o wiekach poprzedzających nie wspominając, ale nie spodziewałem się użycia tego motywu w tak cudownie przebiegły sposób. A skoro już o niewolnictwie mowa, drugi ważny wątek z tego odcinka dotyczy prawdopodobnie podobnego wykorzystania trzech panienek, ale przez innego zwierzopodobnego. Co więcej, z tego, co mówi sama Zero, wynika, że panny nie są wiedźmami, tylko zwykłymi ludźmi, ale najwyraźniej nikogo to nie obchodzi (oczywiście z wyjątkiem głównego bohatera, który całkiem rezolutnie oświadcza, że takie zachowanie psuje już i tak nie najlepszą reputację zwierzoludzi). Wszystko to złożone do kupy prezentuje całkiem skomplikowany obraz zależności i interakcji społecznych, który wzbogaca… no właśnie, co?

Trzy odcinki i na razie mamy tylko zalążek w postaci poszukiwań tego całego grimuaru Zero i nic więcej. Być może jest to kino drogi, wiecie, cel nie jest tak ważny jak podróż, coś w stylu Spice and Wolf, tylko skupiające się mniej na parze głównych bohaterów i ich interakcji ze światem, a bardziej na świecie, po którym poruszają się ci bohaterowie. Czy każdemu to będzie pasować, nie wiem. Mnie jak na razie się podoba, tylko wypadałoby zapytać, co tak naprawdę zobaczymy w ciągu tych dwunastu odcinków? Czy faktycznie Zero, Albus Piąte Koło u Wozu i Najemnik będą po prostu podróżować sobie po świecie bez angażowania się w jakiekolwiek konflikty, czy może jednak spróbują znaleźć tę całą magiczną książkę? Zapewne nie w dwanaście odcinków, ale nadzieję zawsze można mieć.

Willem postanawia poszukać w archiwum jakichkolwiek dokumentów, dzięki którym by mógł zapobiec użyciu ostatecznej broni przez Chtholly. Jest to dosyć trudne, zważywszy na opłakany (stosy papierów, książek i ogólny bałagan) stan tegoż, ale bohater do czegoś jednak dochodzi. W trakcie „przyjacielskiego” sparringu z Chtholly okazuje się, że panienka, a zapewne też i reszta, nie ma zielonego pojęcia, jak korzystać z tych supermieczy, tylko wali nimi jak cepem i wymachuje jak kosą. Willem informuje ją też, że Carilliony są specyficzne, bo siłę czerpią nie od właściciela, tylko od wroga – im silniejszy, tym lepiej. Niestety, przyjęcie do wiadomości tej informacji jest równoznaczne z zaakceptowaniem, że te wróżki, które już zginęły kiedyś tam, mogły zginąć na darmo i że był inny sposób. Tym samym w dosyć bolesny (dla obu stron) sposób bohater udowadnia wróżce, że jest jednak lepszy sposób walki niż szarża na wroga i wysadzenie się w powietrze.

 

Następnie mamy powrót do przeszłości – sen Willema, w którym widzimy, że pokonał jednego z potworów, ale sam wskutek rzuconej klątwy petryfikacji zamienił się w kamień. A potem Nygglato z wahaniem informuje stado dzieciaków, że ten pan, co leży teraz połamany lekko w gabinecie „lekarskim”, jest jednym z tych strasznych ludzi, co wyginęli i tyle kłopotów sprawili, więc prosi bardzo, żeby dzieci się go nie bały… Co skutkuje jednym – nalotem całego ciekawskiego sierocińca na łóżko bohatera. Bardzo typowe.

 

Dla dopełnienia warstwy obyczajowej mamy jeszcze  smoka w mundurze pijącego zieloną herbatę oraz „strojenie” mieczy przez Willema, z jednoczesnym wyjaśnieniem ich budowy. I dopiero po tej scenie jestem w stanie zaakceptować ich nazwę. Na szczęście twórcy zapomnieli w tym odcinku o fanserwisie (alleluja!), za to dodali trochę filozoficznych rozważań.

 

Naprawdę w tej chwili nie jestem w stanie określić na podstawie dotychczasowych odcinków (i nie, nie zamierzam czytać light novel), w jaką stronę pójdzie fabuła. Widzę generalnie kilka kierunków, co jeden to mroczniejszy i bardziej ponury, ponieważ nie chce mi się wierzyć, że autor/twórcy po takim fatalizmie mogliby dać temu jakiekolwiek szczęśliwe zakończenie. Jeśli dadzą, to albo się zdziwię, albo zirytuję, bo będzie wyciągnięte z kapelusza. Z drugiej jednak strony, zważywszy na ostatnie tendencje, mogą się zdecydować na urwanie (jak zwykle) historii – a resztę sobie ludzie doczytajcie. Co będzie – czas pokaże.

Drugi odcinek wysuwa na pierwszy plan Ran, która, jak się dowiadujemy, jest młodszą siostrą Hiroshiego, a także, co może zaskakiwać, gdy weźmie się pod uwagę jej wygląd, licealistką. Dziewczyna także uwielbia majsterkować i w związku z tym urządza wyprawy na znajdujące się koło laboratorium brata złomowisko.

  

Już w poprzednim odcinku widzieliśmy, że jest w tej serii ktoś zły i że jest nim zapewne elegancko ubrana blondynka. Wydarzenia pokazane teraz to potwierdzają – pani zła wysyła swojego goryla do laboratorium Tenmy i Ochanomizu, tam zaś akurat kręci się Ran. W związku z tym nasza antagonistka poleca zaatakować dzieciaka, ale w obronie Ran staje niespodziewanie Six.

  

Tym, co mi się w tej serii najbardziej jak na razie podoba, są relacje dwójki naukowców. Widać jak na dłoni, że różnią się oni charakterami i osobowością, ale to, co ich łączy, to pasja oraz fakt, że są geniuszami i właśnie przez to świetnie się rozumieją. Dawno nie widziałem w anime tak dobrze przedstawionych relacji kumpelskich dwóch nieprzeciętnych w końcu ludzi. Nie wiem natomiast, co twórcy planują dla Ran – szkoda by było, gdyby ograniczyła się wyłącznie do roli dzieciaka do ratowania z tarapatów.

Ten odcinek dał nieco więcej pola do popisu robotowi i trzeba przyznać, że zaprezentowana walka wyglądała całkiem nieźle. Jak na serię robioną pod chyba jednak ciut młodszych widzów mieliśmy tu także sporo naukowego gadania. Generalnie dziwnie to anime się rozwija i nie sposób stwierdzić, co się z niego narodzi. Acz po drugim odcinku jestem nieco bardziej pozytywnie nastawiony niż po pierwszym.

Tag Cloud