Mai, jak na grzeczną uczennicę przystało, zdaje Administracji (?) raport z wydarzeń w parku, nie pomijając oczywiście tego fragmentu, w którym puściła obie uciekinierki wolno. Obie dyrektorki z ich szkół przyjmują tłumaczenie ze zrozumieniem (tak w ogóle, to zachowują się wyjątkowo spokojnie jak na osoby współwinne wychowania żmij zagrażających dobru wspólnemu na łonie własnych szkół). Z mniejszym zrozumieniem wyjaśnienia przyjmują te dwie strażniczki, co się plączą od początku po fabule – Suzuka i Maki – ale skoro szefostwo nie pozwoliło ich ścigać, to rozkaz jest rozkazem. Absolutnie natomiast do wiadomości tłumaczeń nie przyjmuje jak przypuszczam dyrektorka szkoły Renpo, Yukina, zapewne też dawna Toji ze Straży, zdecydowanie mająca obsesję na punkcie kontroli i władzy, i zapewne Yukari Origami. Bardzo energicznie i głośno podchodząca do całej sprawy. Na tyle energicznie, że udaje jej się szybko namierzyć uciekinierki i wysłać tam swoją „specjalną” uczennicę w celu zlikwidowania obu. Ale to następuje dopiero pod koniec odcinka.

 

W międzyczasie poznajemy tajemniczy kontakt, który może pomóc dziewczętom, a którym okazuje się była uczennica szkoły Kanami, Rui Onda, także dawna Toji i znajoma dyrektor. Hiyori i Kanami porównują to co widziały w trakcie ataku na Origami (łypiące zza niej oczko z innego wymiaru, zapewne aradamę), przy czym niestety, bohaterka sprowadza na ziemię Hiyori stwierdzeniem, że ta jednak nie ma szans na zwycięstwo. Pomysł opowiedzenia wszystkiego komukolwiek też zostaje zestrzelony, ponieważ ród Origami kontroluje i Administrację, i jednostki Toji, tak że szans nie mają i w sumie zostają same. Tak więc nie pozostaje nic innego, jak tylko iść spać… A na drugi dzień posprzątać lekko zagracone mieszkanie Rui, w podzięce za gościnę. Znaczy, ten fragment służy li i jedynie pokazaniu, że Hiyori umie gotować, a Kanami sprzątać. I wydłużeniu czasu odcinka do kolejnej kulminacji, gdzie dostajemy kolejny kawałek układanki.

 

No dobra, seria utrzymuje niezłe tempo – na razie mamy trzy odcinki i zamykamy się w trzech dobach (nie liczę tego kawałka przed turniejem), większych głupot bohaterki nie popełniają (a naprawdę, patrząc po innych seriach to mogłyby naprawdę ogromne), a gdzieniegdzie poutykane są informacje o świecie i nie-tak-świętych-świętych-mieczach i nie-tak-dobrej-organizacji, która nimi zawiaduje. W sumie, jak się przyjrzeć dokładnie sekwencji początkowej, to widać dobrze, gdzie to będzie prowadzić.  Ja osobiście wciągam Toji no Miko na listę serii do obejrzenia, głównie z tego powodu, że chce się dowiedzieć, jakim cudem i kogo im się uda przekonać, że Zły Potwór zarządza organizacją, której celem jest walka ze Złymi Potworami. Aha, i czy, a raczej kiedy uda się przekonać Suzukę i Maki (te dwie ze Straży), że z ich szefową jest zdecydowanie coś nie tak. Bo na przekonanie tej różowej psychopatki nie liczę.

 

Cóż, wspomniana poprzednio dwójka nadal czeka na swój moment, wciąż pełniąc rolę wyłącznie krótkiego przerywnika (pewnie żeby widzowie o nich nie zapomnieli), a my dla odmiany zagłębiamy się w „bolesną” teraźniejszość Yuu, robiącego pod permanentną nieobecność rodziców za idealnego starszego brata/gosposię domową. Co się jego młodszej i bardzo podobnej doń fizycznie siostrze z niejasnych przyczyn zupełnie nie podoba. On robi zakupy, gotuje, pierze, sprząta (wszystko w szkolnym mundurku), ona nie chce jeść tych posiłków ani z nim rozmawiać, a jeśli już, to stosuje głównie wrzaski i obelgi. O co dziewczynie chodzi, nie zrozumiałam, mimo że wyjaśnienie niby pada: że braciszek w tym wieku nadal lubi My Melody, co jest „obrzydliwe”, że nikt go nie prosił o zajmowanie się nią i domem, a najbardziej że nie jest taki jak kiedyś… Cokolwiek to ostatnie znaczy, bo sądząc z przebitek na dwójkę ślicznych dzieciaków, jest dokładnie taki, tzn. broni jej i chroni na każdym kroku. Generalnie, przy dobrej woli uznałabym podobnie jak Yuu, że Yuri jest w buntowniczym okresie, ale cierpliwość straciłabym bez wątpienia znacznie szybciej niż on. I z pewnością dobrze by jej zrobił solidny przydział obowiązków domowych!

Przy mniej dobrej woli natomiast musiałabym niestety stwierdzić, że cały ten niewydarzony rodzinny pseudodramat, rozwiązany jedną emocjonalną (≠ emocjonującą) sceną i jedną jakże trafną interwencją Kouty, niczym anioła stróża z przypadku, opiera się na niczym i niczego sensownego nie wnosi. Jest równie nieprawdopodobny i wymuszony jak zainteresowania chłopców maskotkami. Te same epitety zastosowałabym w odniesieniu do kwitnącej już – i niemalże owocującej, bo i takie skojarzenia mi się jakoś przyplątały, tyle że bliższe shoujo niż shounen-ai, takie to wszystko lukrowe – między Koutą a Yuu przyjaźni. Z niezbędnym dodatkiem lekko zdystansowanego i zachowującego stoicki spokój Shunsuke, którego własny, bez wątpienia dramatyczny dramat ujrzymy niestety w następnym odcinku.

Żeby już się dłużej nie pastwić, bo szkoda mojego i waszego czasu: graficznie jest nadal ubogo i oszczędnie do bólu, postaci poruszają się drętwo albo wcale, często krzywiąc (i nie mam tu na myśli esdeczków), tła są czasami niemalże wyciskane z tubki, a że fabuła i bohaterowie są, jacy są, wszystko razem robi wręcz żałośliwe wrażenie. Jednakowoż złapałam się na myśli, żeby obejrzeć kolejny odcinek, a to dla masochistycznej przyjemności przekonania się, jakąż to traumę/wybór tragiczny/osobisty dramat zaserwują scenarzyści Shunsuke Kamiennej Twarzy. Podkreślam: masochistycznej… Wydaje mi się, że czas pozornie-zwykłych-wcale-nie-słodkich chłopców robiących słodkie rzeczy jeszcze nie nadszedł – a jeśli to anime jest jego jaskółką, lepiej, żeby nie nadszedł nigdy.

Aha, opening się wreszcie pojawił i ku mojemu zdziwieniu ma momenty. Jakby z innej bajki…

Nieeeeeee, za co, za co?! To sztuka zacząć odcinek tak, żebym miał ochotę rzucić go w diabły już po sekundzie. Twórcom się to udało, bo postanowili zaserwować nam kolejny fragment z kilkunastu tomów do przodu, połączony z retrospekcją o wydarzeniach mających miejsce lata wcześniej. Wszystko to kompletnie bez związku z treścią odcinka. Z grubsza kojarzę, co się działo w fabule do samego końca, ale o co chodziło z tą konkretnie sceną kompletnie już nie pamiętam, więc tylko otwierałem szeroko oczy. O reakcji widzów, którzy oryginału nie znają, wolę nawet nie myśleć. Zamysł za tym kretyńskim pomysłem jest zdaje się taki, by pokazać, jak to będzie za ileś odcinków dramatycznie. Tyle że ukazana scena dotyczy Hiko, którego widzowie na tym etapie ledwo znają, oraz Bunchuu, którego poza tymi futuro-debilo-retro-spekcjami na oczy nie widzieli, więc nikt z odbiorców nie ma najmniejszego powodu, żeby się tym przejmować.

Zdawałoby się, że po takim otwarciu gorzej już być nie może… i faktycznie – nie może, później jest lepiej. W ramach święta łaski dla widzów scenarzysta zdecydował, że ten odcinek dla odmiany przedstawi wydarzenia tylko z połowy tomu, to się może udać! Nawet prawie się udaje, brawo! Większość epizodu to opowieść o pierwszym spotkaniu Taikoubou z Nantaku, który jak łatwo zgadnąć, dołączy później do stałej ekipy bohaterów. To prosta opowiastka, ale świetnie rozplanowana, bo udaje jej się zawrzeć w sobie walkę, dobry wątek obyczajowy dotyczący konfliktu między Nantaku a rodzicami, a do tego dostarczyć ciekawych informacji o świecie przedstawionym.

To historia bardzo intensywna i dynamiczna, więc co lepszego można zrobić, niż przerywać ją co dwie minuty przebitkami na wydarzenia w stolicy? Taikoubou walczy z Nantaku… ciach! W stolicy sobie gadają o mało pilnych sprawach. Ciach! Wracamy do walki, napięcie rośnie! Ciach! W stolicy… dalej gadają, dobrze wiedzieć! Czy to jest celowy sabotaż ze strony reżysera i scenarzysty? Może konkurencja im zapłaciła? Chciałbym wiedzieć, no i strach się zastanawiać, co dalej będą wymyślać… Tyle dobrego, że pod koniec odcinka na kilka minut dają sobie spokój ze skakaniem i przez ten błogosławiony czas da się to przyjemnie oglądać.

Technicznie niewiele się zmieniło. Animacja to dalej bieda, tła są dalej absurdalnie lepsze od całej reszty. Widać jednak pewne próby zamaskowania braku budżetu, np. podczas walki Takoubou i Nantaku. Nie żeby miała ona porwać kogokolwiek, ale animatorzy i reżyser przynajmniej próbują kombinować, więc mają za to plusik. O seiyuu jeszcze nie wspominałem, są… hmmm… znośni. Grają do bólu schematycznie, ale poprawnie. Taikoubou mi szkoda, aktor robi z niego dużo bardziej sztampowego shounenowego protagonistę, niż nim on jest. Poza tym głos Suupuushana wprowadza mnie w konfuzję, bo ten sam aktor gra jednocześnie Osomatsu w Osomatsu-san i robi to na tyle podobnie, że mi się seriale nakładają. Aktorstwo tego serialu nie zbawi, a i tła nie wystarczą…

Pisząc o dwóch pierwszych odcinkach tej serii, narzekałem, że tak naprawdę nie wnoszą one nic nowego do twórczości Itou – są średnio wykonanymi, za to niewolniczo wiernymi adaptacjami. Trzeci odcinek przyniósł zasadniczą zmianę. Ale niestety, nie jest to dobra zmiana…

  

Opowieść pierwsza, wydana i u nas pod tytułem Miłosne cierpienia umarłych, to historia o miasteczku, którego mieszkańcy mają osobliwą tradycję. Polega ona na tym, by w mglisty dzień stanąć na rogu ulicy i pierwszą napotkaną osobę spytać o coś ważnego, zaś odpowiedź potraktować jako wróżbę. W tym mieście mieszkał Ryuusuke. Jego rodzina wyprowadziła się, kiedy był jeszcze dzieciakiem, teraz zaś chłopak wraca, już jako licealista. Budzi zainteresowanie wielu dziewczyn w swojej klasie, w tym Midori, jego przyjaciółki z dzieciństwa. Ta z kolei przedstawia go swojej koleżance, Suzue. Jednak o spokojnym szkolnym romansie nie może być mowy. W mieście zaczynają ginąć nastolatki, zaś wydaje się to związane z tradycją wróżb oraz będącym kimś w rodzaju miejskiej legendy „Przystojniakiem ze skrzyżowania”. Ryuusuke zaś wyjątkowo źle reaguje na jakąkolwiek wzmiankę o tym, gdyż wiąże się to z jego przeszłością.

 

Miłosne cierpienia umarłych to jedna z dłuższych opowieści Itou, niepozbawiona mrocznego, sugestywnego klimatu, zręcznie szydząca ze sztampowych szkolnych romansów, a przy tym wprawnie operująca makabrą i nastrojem rasowego dreszczowca. Początkowo zdawać się mogło, że tak będzie i tutaj. Chociaż anime jest dość oszczędne od strony animacyjnej, twórcy całkiem nieźle sobie poradzili z oddaniem atmosfery miasta i postępującego obłędu. Problem polega jednak na tym, że cała przedstawiona tu historia to około jednej czwartej oryginału, dodatkowe nieco przycięte względem pierwowzoru. Nie wiem, czy w kolejnych odcinkach zaprezentowany będzie ciąg dalszy, prawdę mówiąc, wątpię. O ile w przypadku Souichiego z epizodu pierwszego miało to sens, gdyż tam każda historyjka była osobną opowieścią, tu mamy do czynienia jednak z większą całością.

 

Ostatnie kilka minut odcinka poświęcono na adaptację kolejnej z miniatur Itou. Tym razem wybór padł na jedną z moich ulubionych – Dziewczynę-ślimaka. Opowiada ona o nastolatce, której język przemienia się w ślimaka. Anime niestety nie oddaje do końca sprawiedliwości tej miniaturce. Jest wyraźnie skrócone (względem niedługiego wszak oryginału!), a tempo, narzucone przez długość odcinka, odbija się niekorzystnie na narracji, dość rwanej. W efekcie coś, co uważam za bardzo udane, tu wypada groteskowo i niespecjalnie przekonująco. Oglądając to anime, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że seria ta skorzystałaby, gdyby była produkcją aktorską. Choć tam z kolei trzeba by włożyć także sporo forsy, aby efekty specjalne nie zabiły klimatu (kto widział niektóre z filmowych interpretacji opowieści o Tomie, ten wie, o czym mówię).

Seria zdaje się potwierdzać, że są mangi, które niespecjalnie zyskują po przełożeniu na język animacji. Nie wykluczam oczywiście, że w tym konkretnym przypadku swoje mają za uszami niezbyt doświadczeni twórcy, niemający własnej spójnej wizji, ani, co nie bez znaczenia, odpowiedniego budżetu. Podsumowując, raczej wątpię, aby anime to mogło przekonać do twórczości Junjiego Itou nowych fanów. Na szczęście jest to autor, który i bez tego rodzaju promocji ma już wyrobioną markę.

Na początku trzeciego odcinka widz znajduje się w punkcie, gdy przysięgę na wierność Theo zdążył złożyć kolejny lord (tak gdzieś pomiędzy odcinkami), a wszyscy świętują kolejne zwycięstwo i przejęcie kolejnego terytorium. Jednak na sugestię sir Davida, iż w takim razie niedługo Theo zostanie królem, Siluca odkrywa karty (a przynajmniej ich część), i wyjaśnia, że nie taki jest plan. Theo, jako wolny baron, poprzez szereg posunięć taktyczno-dyplomatyczno-podstępnych, powinien zmienić front, przyłączyć się do tych drugich, znaczy do Factory Alliance, a potem przejąć rodzinną wyspę i uwolnić ją od niekompetentnego lorda. Tak w skrócie. Jednak to nie wszystko, powinien teraz, ze względu na swoją rangę, wybrać rodowe nazwisko – i tu Siluca proponuje nazwisko rodowe Cornaro – bohatera rodzinnej wyspy Theo, Systiny, który zjednoczył ją i przywrócił kontrolę nad magicznymi granicami, ale niestety został następnie zdradzony i władzę przejął inny ród. Nie można powiedzieć, żeby Theo miał coś przeciwko temu pomysłowi. Nie ma też większych sprzeciwów wobec planów zmierzających do przejęcia rodzinnych terenów, nie wygląda też w tym momencie na „pionka Siluki”, jak sugeruje to starszy mag (ten z pierwszego odcinka). Generalnie wygląda na to, że w słowach czarodziejki werbalizują się odczucia i plany bohatera, z którymi opuścił dom rodzinny i które miał na początku serii (i dalej ma). A że Siluca przy okazji ma własne – zdarza się.

 

No dobrze, plany planami, ale wolność lorda i jego ziem zależy od władcy, w tym wypadku króla Savisa. Niestety negocjacje co do niezależności ziem i ich właściciela nie idą po myśli bohaterów, a co więcej, król stwierdza, że wszystkie ziemie są jego i nie będą mu się tu jacyś wolni lordowie pętać, a jak Theo ma z tym problem, to rozstrzygnięcie nastąpi na polu bitwy. Co też następuje (okropne, okropne komputerowe wojsko). Jednego jednak król pod uwagę nie bierze: że jego słowa trafią też (tak przypadkiem, przez Silucę) do innych wolnych lordów, którzy będą mieli zdecydowanie inne zdanie niż on w tej kwestii.

 

 

Co można powiedzieć, grafika od początku nie była mocną stroną Grancrest Senki i przypuszczam, że dalej nie będzie, jednak komputerowe wojsko było naprawdę bolesnym doświadczeniem dla oczu, ale przynajmniej się nie cackają z krwią – leci jak powinna, oczka, główki, szyjki, rączki latają sobie radośnie, choć krótko, ciągnąc czerwone smugi.

 

Tym razem bardzo, ale to bardzo widać, że ktoś piszący scenariusz najwyraźniej zaczyna bardzo ciąć materiał źródłowy, wypreparowując li i jedynie główny wątek polityczny, zaś prawie całkiem odrzucając to, co uznaje za nieprzydatne dla fabuły (wszelkie wątki poboczne, obyczajowe, świat itp.), przez co widz ma uczucie, że leci przez wydarzenie kurcgalopkiem i nie może złapać oddechu. Na początku do wrót dobija się kapłanka religijnej organizacji, która według Siluki „kradnie Cresty” w imię swojego boga, mamy wymianę zdań, Theo decyduje się ją wpuścić, po czym kapłanka znika na długo i pojawia się w sumie w połowie i na końcu, z dwoma zdaniami. A gdzie jej towarzysze, czterech potężnych chłopa? Najazd na kolejnego lorda jest tylko wspomniany, a sam sir Neyman pojawia się na kilka sekund przed bitwą. Potwór atakuje miasteczko, zostaje pokonany, ale cała akcja ma na celu tylko uzasadnienie wsparcia mieszkańców – a gdzie jest cała reszta, którą Theo dla nich zrobił? Oho, nasz pan zadźgał wielkiego ognistego robala, umrzyjmy za niego! A nie, to dlatego, że wygłasza wzniosłą mowę! Potem Siluca się dziwi, że Theo ma jakaś szczególną flagę – ale na bogów chaosu, CZEMU jest to „szczególna” flaga?!  Aha, widz ma wiedzieć – ale skąd ma to wiedzieć, skoroś ty, scenarzysto wyciął? I gdzie są pozostali bohaterowie? A, zapomniałam, każdy ma po kilka klatek, bo się szybko dzieje wszystko. Naprawdę, trzeba będzie się poważnie zastanowić, czy nadal kontynuować przygodę z tym tytułem, czy dać mu spokój – choć przypuszczam, że brak typowego haremu i bohaterka, która myśli, będą wystarczającym powodem. Do jednego bądź drugiego.

 

Całkiem możliwe, że to anime nada nową jakość określeniu „okruchy życia”. Są to bowiem okruszki tyleż mikroskopijne, co przepyszne. To nie tylko kwestia mikrego rozmiaru bohaterek, bo dzisiejszy odcinek został podzielony aż na trzy historyjki. Pierwsza kończy wątek miejski – okazuje się, że wyprawa tam była związana z festiwalem, a jego kulminacją ma być piosenka śpiewaną przez wybraną w głosowaniu publiczności pieśniarkę. Ku zaskoczeniu niektórych obok zwyciężczyni konkursu imieniem Konju na scenie ma stanąć także lubiana przez wszystkich Mikochi, podśpiewująca raczej amatorsko, ale z talentem. Choć ta początkowo się wzbrania, przekonuje ją Hakumei, uświadamiając zapomnianą genezę festiwalu: odbywa się on ku czci tsukumogami, przedmiotów domowych, które po wiernej służbie właścicielom zyskują nadprzyrodzony byt. (Przy okazji, potwierdza się zeszłotygodniowa obserwacja, że mimo pozornie innego anturażu anime bez oporów i ukrywania się czerpie garściami z japońskiej kultury i folkloru. Nie tego się spodziewałam, ale co tam, mnie pasuje). Jeszcze tylko trzeba dogadać się z Konju i można rozpocząć prawdziwe świętowanie.

 

 

 

Druga, najkrótsza chyba część odcinka, wprowadza postać nieco zagadkowej badaczki-wynalazcy, Sen, którą dziewczyny spotykają podczas nocnego łowienia ryb, a spotkanie to będzie doprawdy zaskakujące i pouczające. Poznajemy dzięki temu lepiej różne, a mimo to dobrze zgrane charaktery bohaterek i obie wciąż zyskują na sympatii widza. Historyjka udowadnia też, że na razie raczej nie musimy się obawiać nudy i powtarzalności, bo czego jak czego, ale napędzanych dźwiękiem szkieletów zwierząt bym się w tym świecie nie spodziewała…

 

 

W trzeciej części powracamy znów do miasta i tematu tsukumogami, ale bardziej kameralnie i jakby od drugiej strony: dziewczęta odwiedzają ponownie starą znajomą Mikochi, właścicielkę sklepiku Kobone. Hakumei ujawnia zdolności złotej rączki przy zepsutym młynku do kawy, z którym wiążą się ważne wspomnienia właścicielki, ale ostatecznie okazuje się, że jego czas już się dopełnił. Tutaj z kolei klimat jest nieco nostalgiczny, a sama opowiastka w całej swej prostocie nie tyle urocza, ile urokliwa, w dodatku stanowi znakomitą klamrę do początku odcinka.

 

Graficznie jest to bajka, poezja i możliwe, że nawet legenda – w każdym razie ogląda się niezwykle przyjemnie i żadne oszczędności, choćby szeroko zakrojone, nie mają na to uczucie wpływu. Myślę, że zrzutki mówią same za siebie. Do tego dochodzi subtelna i znakomicie dopasowana oprawa muzyczna, która znakomicie podkreśla i dopełnia klimat, i równie godny pochwał humor. Jeśli jakiś fan okruszków przypadkiem jeszcze tego nie spróbował, powinien natychmiast nadrobić opóźnienie.

Początek odcinka przynosi krótką retrospekcję, przedstawiającą początek znajomości Gilberta i Violet, która okazała się prezentem od jego brata. Urocze, nieprawdaż?

 

Dalsza część odcinka przedstawia nam początki Violet w nowym zawodzie. Najpierw dziewczyna uczy się używać maszyny do pisania, a później przygląda się pisaniu listów przez starsze koleżanki z wydziału. Szybko wychodzi na jaw, że jej pojęcie o uczuciach i przenoszeniu ich na papier jest niemal zerowe, co powoduje same problemy. Brak wyczucia i znajomości tematu sprawiają, że nie zostaje ciepło przyjęta, a Iris Cannary nawet proponuje szefowi zwolnienie nowej pracownicy.

 

Violet może i na pisaniu listów się nie zna, za to szybko pomaga obezwładnić niezadowolonego klienta, który odmówił zapłaty. Pech jednak chce, że pod sam koniec dnia pracy przychodzi klientka, która chce, by napisać dla niej list miłosny, w którym wyda się nieprzystępna i niezainteresowana. Zgadnijcie, kto podejmuje się zadania i jak się to kończy…

Cóż, odcinek niczym pomysłowym nie zachwycił. Powielił schematy dobrze już znane, a do tego zrobił to w dość nudny i nieatrakcyjny dla mnie sposób. Ciekaw jestem, ile jeszcze razy pokażą kolejnych pracowników ubolewających nad nieprzysposobioną do życia w społeczeństwie dziewczyną z protezami rąk. Swoją drogą, szefie Claudia, może wypadłoby powiadomić o tym pracowników, żeby nie musieli grać zdziwionych? Podobnego przebiegu wydarzeń można spodziewać się w następnym odcinku, gdy Violet zacznie kurs pozwalający jej na zostanie pełnoprawną Doll. Z pozytywów: wprowadzono pierwszy wątek romantyczny, który może być najlepszym elementem serii…

Biwakowania ciąg dalszy. Do Rin dołącza Nadeshiko i w ramach podziękowania za ratunek z pierwszego odcinka, przygotowuje dla niej nabe. Dziewczęta jedzą, rozmawiają, dalej jedzą i generalnie dobrze się bawią. Potem zaś idą grzecznie spać. Nadeshiko planuje w pełni wykorzystać okazję i decyduje się wstać wcześnie, by obejrzeć wschód słońca nad górą Fudżi, ponoć niezwykle malowniczy. O dziwo, nawet jej się to udaje, a po skończonym seansie kładzie się obok Rin z powrotem do snu.

Na temat fabuły tego odcinka nie da się powiedzieć wiele więcej. Dostajemy krótką przebitkę na dwie pozostałe bohaterki, czyli Aoi i Chiaki. Szukają one pracy (z pozytywnym skutkiem), by jakoś sfinansować klubową działalność. Na koniec pojawia się jeszcze Ena, wyraźnie zadowolona z faktu, że jej przyjaciółka tak dobrze dogaduje się z Nadeshiko. Proste? Tak, ale jakże skuteczne! Naprawdę nie mam wrażenia, by czegokolwiek w tym brakowało. Wręcz dzięki tej prostocie tak dobrze się to ogląda. Jest miło, spokojnie i tak strasznie przyjemnie i dokładnie o to tu chodzi.

Wśród bohaterek najbardziej wyróżnia się oczywiście Rin, która wydaje się jedną z lepiej wykreowanych postaci w tego typu seriach. Na szczęście reszta też nie jest mdła, choć akurat o Aoi i Chiaki na razie niewiele można powiedzieć. Dość rzec, że sceny z nimi mnie nie drażnią, a to się czasami zdarza, kiedy widzę jak bardzo danej postaci brakuje osobowości. Czekam, aż cała gromadka pojedzie gdzieś razem, bo interakcje w grupie to również bardzo ważny aspekt moé okruchów życia.

Zdecydowanie jest to słodkie, ale w taki kompletnie nieprzytłaczający sposób. Generalnie nie czuć tu tego specyficznego wymuszania uroku bohaterek, kiedy to wszystkie sceny są podporządkowane tylko i wyłącznie temu, by pokazać, jakie to one nie są słodziutkie. W serii dominuje raczej spokojny klimat, mało tu akcji czy nawet czysto komediowych fragmentów, dzięki czemu wydaje się to idealnym tytułem na relaks. Wśród słodkodziewczynkowych tytułów z tego sezonu jest to z pewnością anime ze ścisłej czołówki i nadawać się będzie idealnie zarówno dla fanów tego typu tytułów, jak i osób, które dopiero zaczynają przygodę z tym gatunkiem. Właściwie wystarczy zapoznać się z pierwszym odcinkiem, by zdecydować, czy się to nam podoba. Dlatego jeśli macie ochotę na porcję lekkiej rozrywki, naprawdę polecam zerknąć – a nuż również wy wsiąknięcie w jej relaksujący klimat.

Jeśli powyższy obrazek wystarczy komuś do szczęścia na dwanaście odcinków to… niech się bawi dobrze. Pozostałych widzów uprzedzam, chociaż zapewne nikt już nie ma co do tego cienia wątpliwości, że panna Koizumi oraz ramen to wszystko, co ta seria, zgodnie ze swoim tytułem, ma do zaoferowania.

  

  

Trzy części prezentują kolejne ciekawostki ze świata ramenu: ramen we wcale-nie-McDonaldzie; specyficzny typ restauracji, karmiącej gości w wyjątkowo bezosobowy sposób; a wreszcie zalety nieortodoksyjnego ramenu przygotowywanego w domu w oparciu o błyskawiczne zupki. Wszystkiemu temu towarzyszy pełen zachwyt panny Koizumi oraz ten sam co poprzednio zestaw ujęć jedzonego makaronu, pitej zupy i fruwających kwiatków (słowo honoru, łapanie z tego zrzutek to męka, wszystko jest takie samo). W centrum wydarzeń ponownie znajduje się Yuu, co z jednej strony nie dziwi, ale z drugiej – nie pomaga, ponieważ jej hiperaktywny zachwyt panną Koizumi zrobił się uciążliwy już w pierwszym odcinku.

 

W ogóle powtarzalność to największy problem tego anime. Ja rozumiem, że serie o słodkich dziewczętach rozmnożyły się gorzej niż ziemiórki w moich doniczkach, a co za tym idzie, ich twórcy stają na uszach, żeby znaleźć jakikolwiek motyw, który odróżni ich dzieło od pozostałych. Ramen to taki sam dobry temat przewodni, jak każdy inny, trzeba by jednak znaleźć odpowiednią proporcję między jego wykorzystywaniem, a scenami poświęconymi bohaterkom jako takim. Tu właśnie Ramen Daisuki Koizumi-san zawodzi na całej linii, ponieważ obecność Koizumi, Yuu i pozostałych dziewczyn wydaje się trochę opcjonalna – to tylko kukiełki służące do tego, żeby było kogo posadzić przy misce ramenu. I proszę mi nie wmawiać, że chodzi o to, żeby przekazać widzom ciekawostki. Jedno z drugim się nie wyklucza, a jeśli ktoś mi nie wierzy, niech spojrzy na emitowane równolegle Dagashi Kashi. Proszę bardzo, można mieć barwne postaci, zwariowany humor i więcej informacji o japońskim jedzeniu niż da się przyswoić, a wszystko w jednym kolorowym pakiecie. Tymczasem Ramen Daisuki Koizumi-san udaje przysmak dla smakoszów, ale w gruncie rzeczy to zupka chińska z torebki, której charakter nadają nie dobrze dobrane składniki, tylko chemiczne wzmacniacze smaku.

Przezorna mamusia Ani wysyła córkę do królestwa Mildonii, by rozeznała się w sytuacji – sprawdziła, czy potężny sąsiad faktycznie ma zamiar dotrzymać warunków traktatu, a przy okazji zasiliła budżet Inaco pieniędzmi ze sprzedaży rodzimych produktów. Oczywiście w misji towarzyszy jej dzielny Teo, ale że tata-król woli dmuchać na zimne, daje też księżniczce tajemnicze i zdobne jajo, które podobno zamieszkuje opiekuńcza „bestia” Inaco, widoczny również w jego herbie gryf. No cóż, Ani ponownie bez większych przeszkód dociera do Mildonii, rozstawia stragan i już ma zamiar wciskać Mildończykom płody rolne z Inaco, gdy podarunek od ojca zaczyna pękać, przy okazji spektakularnie świecąc. Jako że bohaterka przyjechała na przeszpiegi i nie chce zwracać na siebie uwagi, umyka w ciemną uliczkę, gdzie z jajka wykluwa się coś… i na gryfa nie za bardzo to wygląda. Po powrocie do wozu Ani napada lokalny wymuszacz haraczy, ale tak się przypadkiem składa, że obok przechodzi hrabia Vino i ratuje ją z opresji, po czym zabiera do swojej rezydencji, skąd znowu książę Narek przenosi Ani do pałacu… A Teo? Cóż, szuka szczęścia w wielkim mieście…

 

 

Anime utrzymuje komediowy charakter i na razie nie ma większego zamiaru zmieniać się w typową haremówkę, chociaż jej klasyczne elementy pojawiły się w drugim odcinku. Mimo to chwilowo jestem spokojna o Dame x Prince Anime Caravan, ponieważ widać, że twórcom jeszcze nie skończyły się szalone pomysły, o czym świadczy chociażby galeria portretów Nareka (zeszłam niemalże, jak zobaczyłam). Monologi wewnętrzne bohaterki, jak również jej trafne riposty nic nie straciły z ostrości i wszystko wskazuje na to, że nie zabraknie okazji do ich prezentowania. Osobne brawa należą się za „rodową bestię”, czyli różowe skrzyżowanie kota z motylkiem (kotylek? motek?), która posiada jakże praktyczną moc prania na sucho – serio, poproszę takiego!

 

Wracając jednak na chwilę do motywów typowo haremówkowych, naprawdę ujął mnie fakt, że twórcy nie zrobili z panów żałosnych idiotów. W sensie, jasne, przez większość czasu zachowują się jak kretyni, ale drugi odcinek udowadnia, że potrafią być odrobinę poważniejsi i szalenie sympatyczni! Pod koniec Narek był wręcz rozkoszny, a Vino wykazał się większymi empatią, zrozumieniem i rozsądkiem, niż cały pęczek podobnych do niego postaci w normalnych reverse haremach. Wychodzi na to, że osoby odpowiedzialne za serię nie mają zamiaru jechać na jednym absurdalnym pomyśle, co daje nadzieję na naprawdę interesującą produkcję. Z niecierpliwością czekam na trzeci odcinek, tym bardziej, że zbliża się koronacja księcia Ruze i cała nasza radosna gromadka została na nią zaproszona.

Tag Cloud