Po skończonym „przesłuchaniu” żyrafa stwierdza, że Karen zyskała akceptację, ale nie może o tych próbach nikomu powiedzieć, ponieważ są tajne. A jeśli komuś powie,  to zostanie ukarana. Ku zdziwieniu Aijo, rankiem w jej pokoju pojawia się Hikari i oznajmia, ku zgrozie współlokatorki, że od tej pory będzie z nimi mieszkać.

 

W szkole na zajęciach okazuje się, że nasza bohaterka taka super utalentowana nie jest – ma problemy z lekcjami baletu, nie potrafi śpiewać wysokich tonów, i cały czas próbuje, mimo zakazu, porozmawiać o wydarzeniach nocnych z Hikari. Ta w końcu kontaktuje się z żyrafą i mówi, że nie chce, by Karen brała udział w przedstawieniach, bo będzie tylko przeszkadzać. Ku jej zaskoczeniu zostaje jej przypomniana obietnica, którą złożyły sobie będąc małymi dziewczynkami.

 

W trakcie lekcji tańca towarzyskiego Juuna Hoshimi (ta pokonana w pierwszym dniu) mówi Karen, że skoro nie dostała wiadomości, to powinna zostać wykopana z przesłuchań, ponieważ nie została wybrana. Później, po lekcjach, Karen domaga się wyjaśnień od Hikari, i zostaje jej uświadomione, że wybranki mają pewną osobliwą kwalifikację, „shine”, której jej najwidoczniej brakuje, skoro nie dostała wiadomości, dlatego powinna zrezygnować z przesłuchań dla swojego i innych dobra. Bohaterka nie zgadza się jednak z nią i stwierdza, że w takim razie muszą być lepsze, skoro mają dorównać innym i spełnić swoje marzenie o tym, że staną na scenie razem. Najwidoczniej jej pasja wystarcza żyrafie (lub innym nadnaturalnym bytom kierującym przesłuchaniami), bowiem tym razem Karen wiadomość o przesłuchaniu dostaje.

 

Ponownie na scenie stają naprzeciw siebie Aijo i Hoshimi, która zapowiada, że nie zamierza się poddawać i będzie walczyć o swoje, o swoją gwiazdę i o to, żeby kontrolować swój los. Mimo zaciętej walki ponownie przegrywa z Karen, tym razem jednak przyjmuje to spokojniej niż poprzednio, a nawet chyba zaprzyjaźnia się z bohaterką – w końcu pozwala jej mówić sobie po imieniu.

 

Dużo, dużo wzniosłych przemów o byciu najlepszym, lśnieniu własnej gwiazdy, panowaniu nad swoim losem, jest bardzo teatralnie, bardzo miejscami patetycznie, a bohaterka nie jest doskonałością, ale nadrabia zapałem i determinacją. Ponadto mamy scenki z życia szkoły, trochę dramy, żyrafę, a to wszystko okraszone ładną animacją i piosenkami. I uroczą sugestię, że tak, normalnie dziewczęta są swoimi najlepszymi przyjaciółkami, ale jeśli w grę wchodzi bycie najlepszą i zostanie gwiazdą, to można na noże. I łuki.

No i mam zagwozdkę, ponieważ ostatni zajawkowany przeze mnie odcinek przygód Chio-chan okazał się zaskakująco zabawny. W drodze do szkoły Chio ponownie spotyka Andou, czyli pechowego członka gangu motocyklowego, który właśnie informuje kolegów, że porzuca chuligańskie życie, natchniony przez tajemniczą „Bloody Butterfly”. Cóż, kumple są zaskoczeni, że jakaś dziewuszka spuściła łomot ich ukochanemu przywódcy i dlatego upierają się, że muszą sami się z nią spotkać. Podsłuchująca w krzakach Chio wyczuwa niebezpieczeństwo i postanawia wyjaśnić wszystko, zanim sytuacja się zaogni i połowa chuliganów z okolicy zacznie jej szukać. Andou reaguje zaskakująco spokojnie na rewelacje dziewczyny, ale ze względu na dobro swoje i kolegów postanawia jeszcze trochę pociągnąć przedstawienie – efekt jest uroczy. W drugiej części Chio wraz z wredną koleżanką omawiają, nie bez złośliwości, dyscyplinę zwaną kabaddi, czyli skrzyżowanie zapasów z grą w zbijanego. Na ich nieszczęście wpadają na starszą uczennicę, która uczęszcza do klubu kabaddi i w swojej dobroci postanawia wyjaśnić im reguły gry – tu dla odmiany poznamy Chio z bardziej atletycznej strony i dostaniemy solidną porcję fanserwisu yuri.

 

 

Mam dylemat, ponieważ po drugim odcinku byłam przekonana, że z tej serii nie będzie już nic, tymczasem trzeci był autentycznie udany i pełen zupełnie strawnego humoru. Andou wyrasta na naprawdę sympatyczną postać, a jego relacja z Chio jest po prostu urocza (bez podtekstów). Zaskoczyło mnie także zachowanie dziewczyny, postanawiającej (co prawda z pobudek egoistycznych) odkręcić zamieszanie, którego była przyczyną, ryzykując całkiem dużo. Zresztą w drugiej części okazało się, że gdyby tylko chciała, bohaterka mogłaby sporo osiągnąć – jednak jej filozofia życiowa nie pozwala jej wychylać się z szeregu. Przy czym owa filozofia ma całkiem solidne podstawy. Co tu dużo mówić, to był dobry odcinek, zleciał szybko i w ogóle nie wiało z niego nudą – najlepszy ze wszystkich trzech, jakie wyemitowano. W związku z tym wypadałoby dać serii szansę i tak też właśnie zrobię, acz poważnie obawiam się, że poszczególne historyjki nie utrzymają takiego poziomu i będziemy mieć do czynienia z serią tak nierówną, jak morskie dno. Graficznie nic się nie zmieniło, seria pozostaje bardzo przeciętna i statyczna, z dużą liczbą anatomicznych wpadek.

Jak podkreślałam w poprzednich dwóch zajawkach, odbiór anime zależy od komediowych upodobań – humor waha się od sympatycznych żartów po wręcz obrzydliwe. Bohaterowie nie są rewelacyjnie skonstruowani, ale dają się lubić, pod warunkiem, że twórcy nie pakują ich w żenujące sytuacje. Ot, kolejna seria zaliczająca wzloty i upadki, tyle że tych drugich jest niestety trochę więcej i żeby jako tako bawić się na seansie, trzeba być na nie przygotowanym.

Będzie krótko i bez sensu, bo taki też był ten odcinek (poza tym, że nie był krótki, a nawet niesamowicie mi się dłużył). Pierwsza część poza całkiem udanym gagiem na samym początku skupiła się na przedstawieniu mieszkańców pensjonatu, z których Kogarashi okazuje się najbardziej normalny. Niestety sposób przedstawienia nie trafił do mnie w ogóle, a oglądanie walki z mnichami atakującymi pensjonat było dla mnie trudnym przeżyciem.

W drugiej (nie lepszej) części odcinka mamy wątpliwą przyjemność podziwiać najbardziej absurdalny mecz tenisa stołowego, jaki widziałem, a sama gra toczy się o wyrzucenie protagonisty z pensjonatu z powodu jego rzekomo zboczonych zapędów – nietrudno się domyślić, że inicjatorkami pomysłu są Sagiri i Yaya.

Szczerze mówiąc, spodziewałem się po serii czegoś kompletnie innego, a dostałem falę absurdu, głupoty i w większości nieśmiesznych gagów skupionych głównie na majtkach i piersiach (bo na czym by innym). W dodatku zwracam honor koledze Daerianowi – kreska już w drugim odcinku zrobiła się niepokojąco brzydka, a i w pierwszym dałem się po prostu zwieść paru ładniejszym scenom.

Już samo zajawkowanie trzeciego odcinka będzie dla mnie trudnym doświadczeniem, nie mówiąc o dotrwaniu do końca serii. Powiem tak, jeśli do tej pory humor do Was nie trafił, to rzućcie to w diabły, bo będzie chyba tylko gorzej.

No i ileż razy można oglądać ten sam żart z defenestracją głównego bohatera przez Yuunę zaraz po tym, jak ta orientuje się, że pokazała mu jakąś część swojego ciała…

No proszę, jak się okazuje – można lepiej. Pierwszy odcinek, który (poza prezentacją gier retro) składał się wyłącznie ze scen z Akirą tłukącą Haruo, wydał mi się raczej odpychający. Na szczęście okazało się, że może być lepiej. Drugi odcinek otwiera sprzątanie basenu, w trakcie którego Haruo chwali się kolegom konsolą TurboGrafx-16 (na rynku japońskim znaną jako PC Engine) i jej wspaniałymi możliwościami. Jako że przemoczenie do suchej nitki kończy się przeziębieniem, bohater ma nadzieję na spokojny dzień w łóżku i rozpieszczanie przez mamę… Jednak, ku jego zdumieniu, Akira przynosi mu materiały ze szkoły, a potem rozsiada się na wizytę. Łatwo zgadnąć, co jest jej celem, bardziej zaskakujące (chociaż tylko w pierwszej chwili) wydaje się to, że mistrzyni gier arkadowych nie miała dotąd do czynienia z konsolami. Można to jednak łatwo wyjaśnić – grzecznym panienkom z dobrego domu gier konsolowych rodzice przecież nie kupują… Ta część odcinka miała niezaprzeczalny urok i naturalność – poczynając od wyraźnego zainteresowania Akiry nowym medium, a kończąc na Haruo, który faktycznie czuł się na tyle parszywie, że większość jej wizyty spędził, podsypiając w łóżku. To detale, ale nadające serii potrzebną odrobinę autentyczności.

 

 

Druga część odcinka rozpoczyna się tuż po ceremonii zakończenia semestru, przed letnimi wakacjami, kiedy to ani Haruo, ani Akira nie spieszą się specjalnie do domu. On dlatego, że wyniki egzaminów ma olśniewające inaczej, ona dlatego, że czekają na nią dodatkowe lekcje z surową nauczycielką. Ta niechęć do powrotu wystarcza, by oboje postanowili wybrać się spory kawałek na rowerze, by sprawdzić prawdziwość miejskiej legendy o salonie gier, gdzie wszystko kosztuje dziesięć jenów, a najnowsza gra pochodzi sprzed siedmiu lat… To także całkiem sympatyczna historia, choć jak się wydaje, służąca głównie przedstawieniu gier jeszcze bardziej retro niż zwykle. Relacja Haruo i Akiry wyraźnie się wyrównuje i przestaje być tak jednostronna, co zdecydowanie dobrze wróży na przyszłość.

 

Zobaczymy, jakie trendy przyniesie odcinek trzeci – być może będzie z tej serii coś poza nostalgiczną podróżą sentymentalną dla osób, które pamiętają pokazywane tutaj gry z własnego dzieciństwa lub wczesnej młodości? Nie mówię, że to nie wystarcza, bo na ile niefachowym okiem mogę stwierdzić, autor bardzo przyłożył się do detali i chronologii. To nie są pojedyncze aluzje, ale całkiem konkretna lekcja historii gier komputerowych.

Podobnie jak w zajawkowanym przeze mnie Isekai Maou to Shoukan Shoujo no Dorei Majutsu, tutaj także twórcy postanowili uraczyć widzów przedstawieniem przed openingiem kluczowych postaci odcinka w postaci dwóch wyglądających na mocno nieletnie sióstr. Oczywiście nie mogło obyć się bez sceny fanserwisowej z ich udziałem, co już na samym początku mocno nadwyrężyło moje słabe nerwy.

Na szczęście później jest już lepiej. Yuuto odfajkowuje ceremonię związaną ze zwycięstwem i poznaje osobiście chłopaka, którego widzieliśmy pod koniec poprzedniego odcinka. Okazuje się on patriarchą Klanu Błyskawicy i błyskawicznie zachodzi protagoniście za skórę. Trzeba jednak przyznać, że główny bohater ma jaja ze stali, bo stawianie się osobie, która mogłaby go przerobić na mielone w ułamku sekundy (i prawdopodobnie nie zdążyłyby mu nawet pomóc jego haremetki) wymaga jednak sporo odwagi.

Chłopak jednak do końca zachowuje kamienną twarz i wychodzi z tej konfrontacji zwycięsko, choć pewnie z pełnymi gaciami. Na chwilę obecną trudno stwierdzić czy wprowadzona postać będzie przeciwnikiem, czy też może sojusznikiem protagonisty, ponieważ jego postawa pomimo nie najlepszego początku nie była jednoznacznie negatywna.

Odpowiedź na to pytanie poznamy pewnie w kolejnych odcinkach, a tymczasem udajemy się na miasto, gdzie Yuuto decyduje się na zakup dwóch niewolnic – matki i córki. Robi to, jak sam stwierdza, w celu uspokojenia sumienia, a jego ruchy są bacznie obserwowane przez dwie siostry, o których wspomniałem na wstępie.

Albertina i Christina, bo tak nazywają się dziewczyny (chwała niech będzie autorowi za nadanie im normalnych imion) deklarują, że przybyły przed oblicze patriarchy, aby zostać jego żonami. Spotyka się to z oczywistą reakcją zgromadzonych, ale poza tym, że siostrzyczki są mocno pokręcone, a Christina jest pierwszej wody manipulantką, obie okazują się całkiem użyteczne dzięki swoim umiejętnością zbierania informacji. Yuuto zgadza się na zostanie ich ojcem, jeśli przyniosą mu coś, co dowiedzie ich wartości – co to będzie, dowiemy się w kolejnym odcinku, harem bohatera jest już jednak w komplecie i jestem naprawdę ciekawy, co pokażą kolejne odcinki.

Hyakuren no Haou to Seiyaku no Valkyria stara się być haremówką trochę bardziej na serio. Już samo rozpoczęcie wydarzeń dwa lata od przybycia Yuuto do innego świata świadczy o tym że autor nie chciał powielać znanego schematu. Poza tym dużym plusem jest ograniczenie do minimum boskich mocy protagonisty – za takową uważam solarnego smartfona z dostępem do internetu, ale już sama możliwość połączenia się z nim tylko z jednego miejsca nakłada pewne ograniczenia i uznaję to za zaletę. Na chwilę obecną uważam że jest to seria o wiele lepsza od Isekai Maou to Shoukan Shoujo no Dorei Majutsu, ale tak naprawdę czas pokaże, czy w pewnym momencie nie zabraknie tu pomysłów na w miarę logiczny i sensowny ciąg wydarzeń. Na plus oceniam w miarę ogarniętego głównego bohatera, jego sympatyczne towarzyszki, całkiem interesującą wizję innego świata z klanami i całym tym podziałem. Na minus niestety muszę ocenić oprawę graficzną, która szczególnie w tym odcinku mocno mi przeszkadzała (szczególnie w przypadku sióstr, którym nie szczędzono deformacji). Gdyby nie cała ta szopka z tatusiowaniem i braciszkowaniem, to nawet fanserwis byłby całkiem mocną stroną tej serii, a tak to nie mam nawet najmniejszych wątpliwości, że sam ten element odstraszy od ekranu wielu potencjalnych widzów. Trudno tak naprawdę powiedzieć, czy historia utrzyma poziom, ale mam nadzieję, że uda mi się wytrwać przy niej do końca, bo jak dla mnie to w tym sezonie panuje straszna posucha…

W tym odcinku Hanako zaprzyjaźnia się z Hiyo i pomaga jej… Zaraz, kto to jest Hiyo? Ano takie coś, co do tej pory widoczne było wyłącznie w tle, ale jak rozumiem, wszyscy mamy mały guziczek, po naciśnięciu którego zaczniemy się przejmować Hiyo i jej problemami. Znaczy, u mnie się jakoś popsuł, ale podejrzewam, że inni mają. A w każdym razie twórcy scenariusza Ongaku Shoujo są o tym święcie przekonani.

 

Zatem problemem Hiyo jest nadmierne wyobcowanie, nawet spomiędzy pozostałych członkiń zespołu, które ją lubią, ale raczej zostawiają w spokoju, zakładając, że tego właśnie sobie życzy. Tylko Hanako upiera się, że musi się z nią zaprzyjaźnić, i w tym celu ciągnie ją ze sobą do studia, w którym Eri (nie pamiętacie, która to? A co za różnica…) komponuje nową piosenkę dla Ongaku Shoujo. Zdaje się, że odkryłam właśnie przyczynę słabej popularności zespołu – skoro za teksty, muzykę i choreografię odpowiadają nastoletnie smarkule, to w sumie trudno się dziwić… No, ale Hiyo stwierdza, że piosence „czegoś brakuje”, a ona uznaje tylko „muzykę idealną”, zaś reszta odcinka upływa na przekonywaniu Hiyo, żeby powiedziała dokładniej, o co jej chodzi, oraz tworzeniu nowego przeboju, który ma się stać przełomem w karierze zespołu. To znaczy, brzmi dokładnie jak każdy idolkowy popik, jaki dotąd słyszałam.

W grafice widać wyraźną zależność – są ujęcia aż proszące się o zrobienie zrzutki – dopracowane i pięknie oświetlone. Z reguły są to portrety pojedyncze i zbiorowe dziewcząt, zazwyczaj zastygłych w jakiejś możliwe statycznej sytuacji. Wszystko to, co musi się ruszać, oddalać albo mieć perspektywę, jest już krzywe i uproszczone. Występów jako takich w tym odcinku nie było, więc przynajmniej animatorzy pod tym względem mogli trochę odetchnąć…

Trudno mi ocenić tę serię na tle innych, ale wydaje mi się, że w porównaniu do lepszych pozycji z tego samego gatunku Ongaku Shoujo wypada blado. Jest nijakie i „letnie”, nie potrafi na razie wykrzesać z widza żadnych emocji, albo może raczej nawet tego nie próbuje. Może coś się zmieni i dziewczęta dla urozmaicenia staną przed jakimś wyzwaniem, ale na razie nic na to nie wskazuje. Nie ma tu nic szczególnie odpychającego, więc jeśli komuś akurat ten zestaw dziewcząt z pastelowymi włosami i charakterami odpowiada, to w sumie jako letnia leciutka seria może się sprawdzić.

Satou nie ma lekkiego życia – po nieprzyjemnych wydarzeniach w pracy pojawiają się kłopoty w szkole. Doczepia się do niej nauczyciel, wielce zmartwiony jej sytuacją rodzinną – dziewczyna straciła rodziców i mieszka z ciotką, przynajmniej oficjalnie. Szybko wychodzi na jaw, że nauczyciel to kolejny psychol, który zakochał się w ślicznej uczennicy i posuwa się aż do śledzenia jej.

Nie ma tego złego, co by psychopatce na dobre nie wyszło. Szybko radzi sobie z nauczycielem poprzez szantaż – zjawia się pod jego domem (gdzie okazuje się, iż oficjalnie niezamężny nauczyciel ma żonę i dziecko) i zaczyna się rozbierać. Przy okazji wykorzystuje go do spalenia „śmieci”, których sama nie mogła się pozbyć. Widok faceta śliniącego się na myśl o spalaniu ciała to zapewne miała być atrakcja…

Pamiętacie Mitsuboshiego Taiyo, którego zgwałciła właścicielka restauracji, w której pracował wspólnie z Satou? Teraz pojawia się w jej drugiej pracy, gdzie również znalazł zatrudnienie. Chłopak ma traumę tak dużą, że boi się przebywać w towarzystwie starszych kobiet. Jednak i on znalazł prawdziwą miłość… Zakochał się w dziewczynce z plakatu, Shio Kobe. Tak, to ta sama, która obecnie mieszka z główną bohaterką. Co więcej, po wyjściu z pracy zauważa pobitego chłopaka, po czym przynosi go na zaplecze restauracji. To on rozklejał ogłoszenia o zaginięciu Shio – co momentalnie zauważa Satou. Gdy chłopak zaczyna szeptać przysięgę małżeńską identyczną do tej wygłaszanej przez Shio, Satou ponownie wpada w tryb wariatki, a pod rękę nawija jej się łapka montażowa…

Odcinek nie zaskakuje niczym nowym – po raz kolejny wymieszano słodkie sceny z życia z solidną dawką zachowań ludzi chorych umysłowo. Część scen była wprost obrzydliwa, zwłaszcza tych w wykonaniu nauczyciela oraz Mitsuboshiego śliniącego się do plakatu z małą dziewczynką. Ciekawej fabuły czy nieoczekiwanych zwrotów wydarzeń tutaj nie oczekujcie, podobnie jak złożonych charakterów postaci. Komu pasuje taki miks cukru i szpitala psychiatrycznego, ten może oglądać dalej. Wszystkim innym odradzam.

Cóż, zaczyna się dość standardowo jak dla tego tytułu – solidną dawką gołych męskich ciał. Jednak taka sytuacja nie trwa długo – nurkowanie zostaje przełożone, a członkowie klubu planują kolejną popijawę. Iori początkowo jest przeciwny pomysłowi, jednakże zmienia zdanie. Dowiaduje się, że impreza odbędzie się przy współudziale dziewczyn z uniwersytetu. Niestety, Nanaka hamuje jego zapał – chłopak mieszka z nimi od trzech dni, a dalej nie wie gdzie jest jego pokój. Tak się imprezuje!

Chłopaki zaczynają kombinować, czym wprosić się w łaskę Nanaki. Wpadają na pomysł, aby Iori rozpakował się i przygotował swój pokój, w czym mu pomogą. Przecież schludny i gotowy męski pokój będzie najlepszym dowodem na dojrzałość, podobnie jak wspólne obejrzenie pornosa. Efekty możecie podziwiać wyżej…

Jednak nie tylko komedią Grand Blue żyje – nadchodzi czas nauki nurkowania. Iori nie umie pływać, więc koledzy z klubu najpierw chcą przyzwyczaić go do wody. Gdy standardowe metody nie działają, a ze względu na specyfikę charakterów nauczycieli, wprost zniechęcają ucznia, przychodzi czas na mniej standardowe zagrania…

Po takich przeżyciach bohater nieszczególnie pała miłością do wody i nurkowania. Zauważa to Chisa, która mimo dość nieprzyjemnej (ale jak najbardziej sprawiedliwej!) postawy względem niego, postanawia wysłać go do oceanarium. Wykorzystuje w tym celu Nanakę, która w prosty sposób wyprowadza chłopaka z błędnego i nadmiernego myślenia.

Drugi odcinek Grand Blue ponownie pokazuje, że wie jak zrobić komedię z amerykańskim sznytem – ta strona jest naprawdę udana, zabawna i przede wszystkim przekonująca. Nurkowaniu poświęcono niewiele czasu, ale rozwój wydarzeń sugeruje, że kwestia ta nie zostanie całkowicie pominięta. Postaci są sympatyczne, kobiety piękne, a żarty zabawne, co zapewnia doskonałą rozrywkę. Czegóż chcieć więcej? Kolejnego odcinka, a ten zapowiada się równie dobrze jak dwa dotychczasowe!

Zraniony podczas pościgu za Agathą Julij trafił w ręce pewnego lekarza, gdzie miał zostać na kilka dni, by dojść do siebie, a Willard przydzielił mu też do pilnowania Philipa. Podczas gdy młody wilkołak nawiązuje przyjaźń z kilkuletnią córką doktora – odwołuję poprzednie stwierdzenie, wcale nie jest taki wycofany i zdumiewająco dobrze radzi sobie z dziećmi – reszta jego towarzyszy próbuje odgadnąć plany wampirów i terrorystycznej grupy Hiakoto, która zabija naukowców, co być może ma z krwiopijcami związek. Śledztwo w tej sprawie prowadzą też czynniki oficjalne, a przy okazji zwracają uwagę na grupę dziwnych cudzoziemców.

 

 

Ponieważ lekarz Julija opanowany był od śmierci żony obsesją stworzenia sztucznego serca i w końcu mu się to udało, również padł ofiarą wampirów – widać, że mają one jakiś konkretny plan związany z owymi zabitymi naukowcami i konsekwentnie go realizują; dowodem zresztą sama Agatha i jej „proteza”. Oprócz tego na scenie (na razie za kulisami) znalazło się miejsce dla Ryoko, która równie przemyślnie i uparcie postarała się odwiedzić interesującego ją chłopaka (znaczy, wilkołaka). Jako ostatni wejście smoka urządził natomiast przybysz z niewesołej przeszłości Julija, którą najwyraźniej poznamy w przyszłym tygodniu.

 

Oczywiście, powyższe to maksymalny skrót fabuły odcinka, warto obejrzeć go choćby po to, by się przekonać, jak spójnie już od pierwszych chwil można prowadzić ewidentnie skomplikowaną intrygę, ujawniając kolejne informacje zgrabnie i naturalnie, podsuwając przy tym kolejne pytania, by utrzymać zaciekawienie widza, i stopniowo wypełniając życiem sylwetki bohaterów. Naprawdę mi się to podoba, w dodatku akcja utrzymuje dobre tempo, a warstwa wizualna tylko podnosi przyjemność oglądania. Dlatego nie spoilerując za wiele, zdecydowanie zachęcam do seansu – choć biorąc pod uwagę pewne trudności związane z dystrybucją, może niektórzy postanowią poczekać na dobre wersje i myślę, że to też nie będzie zły wybór; natomiast dla osób lubiących dobre serie akcji na pewno byłoby sporą stratą w ogóle Siriusa pominąć.

O Boże, jakie to męczące – pomyślałam już w połowie odcinka, zamierzając zakończyć tym zdaniem zajawkę, ale ostatecznie okazał się tak męczący, że wysunęło się na czoło…

Przepołowiony przez bestię Chihro oczywiście „budzi się”, tj. zostaje opanowany przez moc krwi – dowiemy się potem, że to tzw. „Krew Bohaterów”, i nie dowiemy się w zasadzie niczego więcej, prócz tego, że jej nosiciele są na celowniku „ich”, którzy przychodzą z innego świata. Wszystko tapla się w niewypowiedzianej tajemnicy i bełkotliwym mistycyzmie, który jest taaaaki męczącyyyy…

 

Wykończywszy gorylo-samuraja (ciało potem wyparowało), Chihiro, dotąd jakby nieświadom swych czynów, uprzytamnia sobie, że zabił senseia i ojca Kotetsu, popada w rozpacz, a wtedy wkracza tajemnicza dziewczyna. Niby koleżanka z koledżu, która była tu „przypadkowo”, kładzie go spać magicznym sposobem, następnie robi śniadanie i zaciąga obu chłopaków na uczelnię, przez cały czas odmawiając wyjaśnień w bardzo irytujący sposób. Maniera jej mówienia nie polepsza sprawy, raczej odwrotnie. Prawdopodobnie nie jest (tylko) człowiekiem.

 

Na uczelni chłopcy znowu są świadkami prawie przemiany – w całym mieście krążą plotki o ludziach zmienionych w potwory, a następnie znikających bez śladu – po czym Chihiro widzi tę samą dziewczynę co pod dojo, a ona nie waha się przemienić wszystkich przypadkowych świadków w potwory, które Chihiro co prawda odmawia zaszlachtować, by nie brudzić znów rąk, ale takich oporów nie ma Kotetsu, również, jak się okazuje, spadkobierca heroicznej linii.

 

Głupie to jest i sztuczne, i przedramatyzowane okropnie, a może ja jestem za stara i tego typu dramaty mnie nie tylko nie wzruszają, ale nawet już nie bawią, wyłącznie nudzą i irytują. W dodatku wizualnie jest biednie i biedniej, krzywi się to wszystko może nie strasznie, ale permanentnie, statyści w tle stoją jak kołki, a same tła są markowane, „efekty specjalne” krzyczą o braku funduszy, a potwory… No cóż, oryginałem jest karcianka, zdaje się, i to widać (właściwie akurat to mogłoby być zabawne). Mnożą się też, bez wątpienia z tego samego tytułu, postaci: a to policjantka przecudnej urody, a to dociekliwy dziennikarz z fotoreporterką, a to znów lekarz z nadpobudliwą „pielęgniarką”. Żadne z nich nie wzbudziło jednak mojej sympatii ani zaciekawiania… już prędzej niechęć, jak sobie przypomniałam to stado postaci z pierwszego odcinka. A, była też podniosła wstawka muzyczna, bo na ścieżkę za krótka. Domęczę się za tydzień, ale już teraz wiem, że nikomu nie będę polecać.

 

 

Tag Cloud