Narumi i Hirotaka przygotowują się do Comiketu – niestety dziewczyna na dwa tygodnie przed imprezą, na której ma debiutować jej nowe doujinsji, jest w głębokim lesie. Na szczęście dzięki wsparciu swojego jak zawsze opanowanego chłopaka wyrabia się na ostatnią chwilę a same targi może zaliczyć do udanych. Motyw przewodni pierwszej części odcinka jest jak zwykle okazją do rozśmieszenia widza, a mnie zaskoczyła skrupulatność twórców pozwalająca na wierne odzwierciedlenie rzeczywistych miejsc i wyglądu Comiketu. Nadal nie wiem, co myśleć o tych okropnie drętwo animowanych statystach, ale przynajmniej dzięki temu było gwarnie, a same targi wyglądały jak prawdziwe.

Później przychodzi moment na chwilę relaksu, więc nie namyślając się wiele, główny bohater zaprasza swoją dziewczynę do siebie. Jak nietrudno się domyślić, oboje mają nieco odmienne wizje przebiegu tej wizyty, co znowu ubawiło mnie niezmiernie (bardzo lubię taki rodzaj humoru oparty na niedomówieniach). Do niczego bardziej konkretnego jednak nie dochodzi, jako że scenę kończy przybycie Tarou i Hanako, którzy podobnie jak Narumi planują spędzić noc w domu Hirotaki.

Jest przeszukiwanie rzeczy osobistych w poszukiwaniu wiadomo czego, trochę nowych informacji (które w tej serii są wyjątkowo zgrabnie i ciekawie wprowadzane), rozwój związku, a nawet pocałunek (chociaż sam nie wiem, czy na pewno). Fakt, że po wszystkim Hirotaka zostaje prawie znokautowany, a scena kończy się rozważaniami o preferencjach chłopaka w kwestii biustów i jak zawsze zabawną konkluzją. Wszystko jest zgrabne, śmieszne, a cała czwórka postaci wypada pierwszorzędnie. Ta seria naprawdę ma bardzo duży potencjał: dorośli i dojrzali bohaterowie, brak dramatyzowania, krążenia wokół tematu, podchodów i tym podobnych chwytów, jakimi masowo raczyły nas romanse. Do tego całkiem ładna i przyjemna grafika, dużo smaczków związanych z tematyką przewodnią – realnych nawiązań, z których w zasadzie każdy ma szansę coś wychwycić, a nie jakichś zawiłych niuansów, tylko dla największych znawców tematu. To wszystko sprawia, że Wotaku ni Koi wa Muzukashii jest moim zdaniem najlepszą pozycją ze swojego gatunku nie tylko w tym sezonie, ale także ogólnie. Mam tylko nadzieję, że po drodze nic się nie zepsuje i anime pozostanie tak dobre jak dotychczas aż do samego końca.

Zbliżają się pokazy lotnicze, a Hisone i Masotan trenują loty. Niestety pilotowanie smoka idzie dziewczynie nie najlepiej (delikatnie mówiąc), a jeden z niespodziewanych manewrów o mało nie kończy się katastrofą, co będzie miało swój ciąg dalszy nieco później. Wszyscy wokoło wspominają także poprzedniego pilota, nazywanego „Forest” – na dźwięk tego imienia smok reaguje wyraźną ekscytacją. Pikanterii całości dodaje fakt, że zniknięcie pilota spowija mgiełka tajemnicy.

Niestety podczas pokazów okazuje się, że z powodu niebezpiecznego manewru smoka uszkodzeniu uległ jeden z kluczowych samolotów, który miał wziąć udział w pokazie. Dowództwo (bardzo lekkomyślnie moim zdaniem) podejmuje decyzję, że Hisone musi wziąć odpowiedzialność za to, co się stało, i zastąpić podczas pokazu niedysponowanego kolegę.

W międzyczasie w bazie zjawia się poprzedni pilot Masotana, a sprawa jego tajemniczego zniknięcia wyjaśnia się (aczkolwiek ma swój nieco niespodziewany ciąg dalszy w późniejszej części). Niestety po wyjechaniu na płytę lotniska smoka łapie trema i gdyby nie kolejne żarliwe przemówienie jego pilota, cały pokaz zakończyłby się spektakularną klapą. Dzięki przemowie Hisone smok daje piękny pokaz przed zgromadzoną publicznością, a jego pilot otrzymuje taktyczny przydomek podczas wieńczącej imprezę popijawy.

To anime jest naprawdę bardzo udane. Bohaterowie są pierwszorzędni, historia wciąga, a grafika jest po prostu śliczna (szczególnie sceny lotów). Jeśli kogoś nie zniechęciła nietypowa kreska ani osobliwy sposób „zasiadania” w kokpicie, to powinien naprawdę dobrze bawić się podczas seansu. Na uwagę zasługuje także humor – nienachalny i autentycznie zabawny. Nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na kolejne odcinki.

Trzeci i czwarty odcinek omawiamy już tylko z kronikarskiej dokładności, jako że pod względem konstrukcji nie różnią się niczym od dwóch poprzednich.

 

Bohaterami odcinka trzeciego są hrabia Johann Gustav oraz jego wychowanka i bratanica, dwunastoletnia Hildegarda. Młoda dama, jak się okazuje, jest upiornie wręcz wybredna i żadna z eleganckich restauracji nie potrafi zaspokoić jej zachcianek. Jak łatwo zgadnąć – tym razem trafiła kosa na kamień, bo Izakaya Nobu udowadnia, że kuchnia japońska może sprostać każdemu wyzwaniu. Odpowiedzią w tym przypadku okazuje się ankake yudofu, czyli (jak dowiemy się z podpowiedzi na ekranie) gotowane tofu w sosie, a także oden oraz inne, nieprzedstawione już z nazwy pyszności.

W odcinku czwartym klientami restauracji są dwaj młodzi ludzie, Ignaz i Kamil, którzy już niedługo mają zostać szwagrami. Tak się jednak składa, że Kamil, przyszły pan młody, to osoba ostrożna aż do przesady i dopatrująca się we wszystkim straszliwych niebezpieczeństw. Dlatego właśnie Ignaz postanawia go trochę podpuścić i w ramach próby charakteru skłonić do zjedzenia „surowej ryby”, czyli potrawy, której spożycie z pewnością musi się łączyć co najmniej z poważnymi sensacjami zdrowotnymi. Jak łatwo zgadnąć, przyrządzane w Izakaya Nobu sashimi okazuje się przewyborne, co sprawia, że obaj panowie już niebawem zajadają się kaisendonem, czyli ryżem z owocami morza. Każdemu odcinkowi towarzyszy segment live – ponownie zobaczymy odpowiednio kucharza Ryuutę Kijimę pokazującego, co jeszcze można zrobić z yudofu, oraz Kenichiego Nagirę poszukującego potraw podobnych do serwowanych w serii.

Powiem tak: krzywe to, oszczędne, a od Isekai Shokudou na razie różni się brakiem kelnerki z różkami i generalnie niższym stopniem niezwykłości świata przedstawionego. Prezentowane historyjki z życia kolejnych gości restauracji są słodkawo-ckliwe, w sam raz, żeby wzruszyć się nad talerzem. Z kolei potrawy rysowane są zdecydowanie staranniej od postaci, zaś ich spożywaniu towarzyszy szczery (acz dość powtarzalny) zachwyt gości. Notabene, trudno nie zauważyć, że zarówno właściciel Izakaya Nobu, jak i pracująca tam dziunia w sumie traktują gości raczej protekcjonalnie, zaś celem anime jest aż do przesady widoczne promowanie kuchni japońskiej na świecie. Z drugiej strony porcje odcinkowe są nie takie duże, a zawsze jakieś ciekawostki kulinarne się w nich trafiają, więc jeśli ktoś spróbuje i uzna, że taki smak i klimat mu odpowiadają, pewnie z przyjemnością dotrwa do końca serii.

 

Weaber, Mao i spółka podejmują się walki z trzema Behemotami. Plan działań jest prosty – wyprowadzić otwarte uderzenie dywersyjne, po czym zaatakować z zaskoczenia, co uniemożliwi zablokowanie ataków poprzez Lambda Drive. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, zwłaszcza że pancerz przeciwnika przebija dopiero drugi strzał z broni dużego kalibru.

 

Okazuje się, że pokonanie przeciwnika jest możliwe, ale bez strat się nie obejdzie. W akcji z pierwszym Behemotem Mithril traci najlepszych żołnierzy, a do pokonania ciągle pozostają dwie maszyny.

 

Mimo wysiłków obrońców sytuacja na wyspie Merida staje się coraz bardziej beznadziejna. Do ataku włącza się piechota, a śmigłowce szturmowe niszczą sprzęt oraz kolejne systemy obrony. Na ewakuację załogi pozostaje trzydzieści minut, co wydaje się niemal niewykonalne. Dziwnie zachowuje się również porucznik Kalinin, będący bądź co bądź strategiem bazy. Dalsze losy bazy Mithrilu poznamy w następnym odcinku.

 

Sagarze i Chidori udało się umknąć przed napastnikami, jednakże szczęście szybko się od nich odwraca. Pan Kurama bierze za zakładników całą klasę bohaterów, a zdjęcie Kyoko obwieszonej materiałami wybuchowymi trafia na telefon Chidori. Sousuke i Chidori postanawiają stawić czoło przeciwnikowi, jednakże na ich akcję również musimy poczekać do następnego odcinka.

Full Metal Panic! Invisible Victory to godna kontynuacja poprzednich serii z tego cyklu. Podobnie jak The Second Raid jest nastawiona na akcję i pod tym względem nie można jej nic zarzucić. Dynamika wydarzeń oraz ich intensywność wgniatają w fotel, a na animację i jakość rysunku aż chce się patrzeć. Niewątpliwie będzie to jedno z najlepszych anime akcji, jakie widziałem, a kolejnych odcinków wyczekuję już z niecierpliwością. Polecam wszystkim fanom tytułu – nie trzeba się obawiać zepsutej kontynuacji, jest naprawdę dobrze!

Zacznijmy może od tego, że nie było tak źle, jak się wcześniej obawiałam. Zgodnie z zapowiedzią w poprzednim odcinku, śledzimy pierwszy dzień Okko w roli tytułowej wakaokami, młodszej gospodyni. Oczywiście na razie polega to na uczeniu się od pani Etsuko wszystkiego, poczynając od sposobu otwierania tradycyjnych przesuwanych drzwi, a kończąc na technikach zamiatania. Z punktu widzenia osoby dorosłej (i czepliwej) powiedziałabym, że Okko w tych scenach zachowuje się trochę poniżej swojego wieku, zaś Etsuko najwyraźniej najpierw zleca jej zadanie, a potem dopiero udziela instrukcji, przy okazji sztorcując dziewczynkę, że robi wszystko źle. Nie budzi to mojego zachwytu, ale powiedzmy, że można to złożyć na konwencję opowieści dla młodszego widza i przyjąć, że chodziło o wydźwięk komiczny.

 

Dalej jest trochę gorzej – „liczne błędy” z tytułu odcinka Okko popełnia w sumie dwa. Pierwszy jest faktycznie wynikiem braku pomyślunku – dziewczynce nie przychodzi do głowy, że wrzucenie ślicznych kwiatków do gorącej wody onsenu to nie najlepszy pomysł. Tu sprawa jest czysta. Gorzej z drugim przypadkiem, gdy Okko, by pomóc zajętej Etsuko, chce zanieść tacę z jedzeniem do pokoju gości i upuszcza ją po drodze. To sprawia, że synek rzeczonych gości zaczyna wyć jak syrena strażacka, zaś jego rodzice oskarżają Okko o popsucie mu urodzin. Nie wątpię w istnienie takich (i jeszcze gorszych) gości, jednakże cała ta trójka zachowała się tak nieracjonalnie, że wszelka „wina” Okko jest tutaj mocno wątpliwa. Oczywiście odcinek kończy się pozytywną nutą, Okko znajduje sposób, by odpokutować swoje grzechy i chwilowo wszyscy są szczęśliwi.

Właściwie nie powinnam się czepiać – Wakaokami wa Shougakusei to seria przeznaczona najwyżej dla rówieśników bohaterki, czyli dzieci w wieku podstawówkowym. Powiedzmy, że dotychczasowe perypetie mieszczą się w granicach uproszczeń, jakie można zaakceptować w przypadku takiego tytułu. Pytanie, co ze starszymi widzami? Powiedziałabym, że to zależy od ich odporności na dziecięcych bohaterów, bo samo anime zapowiada się na sympatyczne okruchy życia, w dodatku zawierające sporo ciekawostek o kulturze i obyczajach Japonii. Wprawdzie z dość specyficznej kategorii, ale zajrzenie „za kulisy” onsenu może być naprawdę interesujące.

No proszę, niby trzeci odcinek to porcja ciepłych kluch, szczególnie na tle dwóch pierwszych, wprowadzających w fabułę, ale pod koniec twórcy nie oparli się pokusie, aby jeszcze pogrążyć Rintarou. Rzeczywistość nie jest dla niego przyjazna, oj nie.

„Ciepłe kluchy” są w tym przypadku przez większość odcinka niemal tak kluchowate, jak się tylko da, bo postacie spotykają się na świątecznym przyjęciu. Najpierw je organizują, później na nim rozmawiają, i to w sumie cała fabuła. Dałoby się wyciągnąć z tego więcej, choćby jeśli idzie o relacje między postaciami. To co oglądamy, to bardziej przypomnienie, kto się z kim jak dogaduje, niż rozbudowanie tego obrazu. To zmarnowany potencjał, ale przynajmniej oglądało się przyjemnie.

Nie zmarnowano za to wątku Amadeusa. Pytanie, czy ta szuczna inteligencja jest, czy też nie „prawdziwą Kurisu” wyrasta na główny motyw tej serii. Jest to też spora różnica w porównaniu do gry, w której gracz może całkowicie zignorować Amadeusa, w anime Rintarou rozmawia z komputerową Kurisu niemal cały czas. W ten sposób adaptacji, przynajmniej na razie, mocno narzucają nam punkt widzenia. Pozostaje pewien żal, ale przy adaptowaniu gier najczęściej nie da się uniknąć strat tego typu.

Ponieważ jak wspominałem nie dzieje się przesadnie dużo, jest okazja ponarzekać, bo powrócił problem reprezentacji genderqueer w Steins; Gate. Twórcy nie zdołali się oprzeć pokusie wsiśnięcia w usta Rintarou komentarza o płci Ruka podczas przyjęcia, i nie sposób nawet ocenić, czy Rintarou był, czy nie był dupkiem, bo twórcy nie potrafią się zdobyć na prostą deklarację. Ruka zdarzyło się narzekać, że jest mylony/a z kobietą, choć ciągle nosi się kobieco i jednym z ważniejszych wątków poprzedniej serii były jego/jej próby zmiany płci przy pomocy podróży w czasie. Wobec sprzecznych i niejasnych informacji czy w końcu jest, czy nie jest trans ocenić nie sposób (co znajduje odbicie w bezustannych flame wars na fanowskich forach). Wygląda to tak, jakby twórcy nie mieli ikry, żeby powiedzieć A albo B, bo to „drażliwy społecznie temat”, gdy naprawdę powinni to zrobić dokładnie z tego powodu.

Cóż, jest przynajmniej dalej szansa, że  w drugiej serii ten temat zostanie wysprzątany, bo i ogólnie zapowiada się bardzo dobrze. Widać już wyraźnie, że to doskonała technicznie kontynuacja, która ma dużą szansę ciekawie się odróżnić oryginalnej serii i wnieść coś nowego.

Swego czasu byłem wielkim fanem uniwersum Inazuma Eleven – oglądałem i ogrywałem wszystko, co tylko się dało. Choć założenia serii same w sobie są dość absurdalne, to w pewnym momencie poszło to po prostu za daleko, a twórcy zaczęli wprowadzać coraz więcej głupich rozwiązań, które ostatecznie mnie od Inazumy odrzuciły. Ogromną radość poczułem w momencie, kiedy prezes Level-5, Akihiro Hino, zapowiedział, że nowa odsłona, Ares no Tenbin, cofnie nas do wydarzeń znanych z pierwszej serii anime i opowie alternatywną historię dziejącą się po wygranej Raimona z Zeusem, bez tych wszystkich udziwnień w postaci awatarów, zbroi, fuzji i tym podobnych.

Niestety, jeśli podobnie jak ja liczyliście, że powrót do korzeni serii będzie oznaczał powrót starych bohaterów, to będziecie mocno zawiedzeni. Oryginalni członkowie Raimona zostali porozrzucani po szkołach w całej Japonii, by szerzyć ducha i wolę walki, którymi zabłysnęli w Football Frontier i jednocześnie zwiększyć poziom gry w całym kraju. Oznacza to tyle, że w serii będą występować raczej w rolach epizodycznych.

Do Raimona z wyspy Inakuni przetransferowani zostają członkowie miejscowego klubu po tym, jak został on rozwiązany, i to oni będą tworzyć w Ares no Tenbin drużynę, której poczynania mamy śledzić. Nowy główny bohater, Asuto Inamori, podobnie jak wcześniejsi protagoniści, kocha piłkę nożną i jest gotów na wszystko, by robić to, co tak bardzo uwielbia. Na ten moment wydaje mi się jednak mocno nijaki, na pewno dużo mniej charyzmatyczny niż Endou, za to zdecydowanie mniej irytujący niż Tenma.

Chociaż w nowej odsłonie nie znajdziemy żadnych bzdur wprowadzonych w serii Go, to twórcy zdecydowali się umieścić kilka innowacji. Teraz przede wszystkim każda drużyna, która chce brać udział w rozgrywkach, musi mieć sponsora. Zawodnicy grają w opaskach mierzących ich boiskowe poczynania, muszą posiadać także karty identyfikacyjne.

Graficznie, jak na standardy serii przystało, jest przyzwoicie, chociaż animacje technik wydają  się jednak mniej spektakularne niż wcześniej. Muzyką zajął się Yasunori Mitsuda, który odpowiedzialny był także za soundtrack do wszystkich poprzednich odsłon i czuć, że jest to robota tej samej osoby. Zmiana nastąpiła niestety jeśli chodzi o wykonawców openingów – w czołówkach nie usłyszymy już zespołu T-Pistonz+KMC, lecz pugcat’s. Dla mnie to ogromna strata, ponieważ wszystkie ich piosenki były naprawdę fantastyczne i idealnie pasowały do klimatu serii. Warto jednak zaznaczyć, że jednym z piosenkarzy nowej grupy jest Ton Nino, który był również członkiem T-Pistonz.

Choć czekałem na tę serię, muszę przyznać, że po pierwszych trzech odcinkach jestem lekko zawiedziony. Wprowadzenie wypada raczej marnie, a nowi bohaterowie na ten moment nie robią na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Jeśli tak dalej pójdzie, to obawiam się, że jedynym powodem do dalszego oglądania będą powroty starych bohaterów. Nie będę jednak wyrokował – tego typu serie mają to do siebie, że potrzebują kilku odcinków, żeby się porządnie rozkręcić. Na razie jest bez szału, ale poprawnie. Fajnie, że Inazuma Eleven powróciło.

Dostałem próchnicy. Serio.

A tak na poważnie to nie było to aż tak złe, jak się zapowiadało. Ot, taka niezobowiązująca historyjka o braciszku, dwóch siostrzyczkach i paru dodatkowych słodkich i uroczych przyczepach.

Odcinek pierwszy to scena pobudki sióstr okraszona największą i w sumie dość niepotrzebną dawką fanserwisu. Co ciekawe, później znika on prawie całkowicie, ustępując miejsca mocno uproszczonemu rysunkowi postaci. Dziewczyny są słodkie, brat idealny w każdym calu, one go kochają, on je też, ale co ciekawe, udało się tu prawie w 100% uniknąć jakiś niesmacznych podtekstów, za co duży plus.

Drugi odcinek poświęcony jest wizycie dwóch kolejnych dziewczyn: energicznej Maco i spokojnej Coco oraz ich przygodzie z przygotowaniem jedzenia. I znowu ku mojemu zdziwieniu mimo wykorzystania bardzo oklepanej sceny, która z reguły bywała źródłem najczęściej średnio wyszukanego fanserwisu tu wszystko szybko zamiecione zostaje pod dywan bez zbędnych udziwnień.

Trzeci odcinek ku uciesze fanów meido skupia się na wizycie wszystkich w kawiarence o wdzięcznej nazwie Kisa Kissa, gdzie poznajemy piątą dziewczynę: Kisaki. Każdy odcinek kończy się słodkim wyznaniem „kocham cię, braciszku”, a wszystko jest słodkie i w sumie bardzo grzeczne jak na razie.

Graficznie jest poprawnie, ale rysunek postaci jest uproszczony, choć uroczy. Tła są prościutkie, a wszystko to uzupełniają słodkie pastelowe kolory. Niestety polotu w tym za grosz, i prawdopodobnie nikt poza najbardziej zagorzałymi fanami słodkich młodszych siostrzyczek zakochanych w starszym bracie nie dotrwa do końca tej serii.

Seiya spotyka swoją byłą dziewczynę, Julię, która przyszła oznajmić mu, że niedługo po rozstaniu znalazła sobie kogoś nowego. A tak właściwie to została niewolnicą niejakiego Pana Ryuuou. Bo oczywiście wszyscy teraz korzystają z SCM… Wynalazek ten poznaje również właścicielka kafejki, Shiori Adachi, którą w świat zakładów i pojedynków wprowadza Taiju Nakano. I tak się to wszystko toczy…

To było… Nudne? Też, ale przede wszystkim durne. Początek odcinka sugeruje jakiś zalążek fabuły, bo wygląda na to, że Eia i Yuuto będą mieli godnego rywala w postaci tajemniczego Ryuuou, ale potem poznajemy kolejnych bohaterów i wszystko się jakoś rozmywa… Znaczy, pod koniec wraca do znanych wcześniej postaci, ale tak generalnie to nie dzieje się nic ciekawego, a jedyną rzeczą, która zwraca uwagę, jest pies… Pies, który błąka się po Tokio i korzysta z SCM. Serio? Serio, serio! Pod koniec stacza nawet emocjonujący pojedynek z pasztetem tygodnia (no dobra, poprzedni pasztet był w pierwszym odcinku…) i staje się nie tylko jego panem, ale również panem Shiori, która wcześniej nakarmiła go kurczakiem z restauracji. Więc zwierzak chciał się odwdzięczyć! Serio? Serio, serio… O, Jeżu Wszechkolczasty, jak dobrze, że to już koniec zajawkowania.

Technicznie? O, Borze Szumiący, jakie to było krzywe. Animacja (prawie) nie istnieje, a postaci miewają tak koślawe facjaty, że aż strach pomyśleć, jakie cuda graficzne będzie można zobaczyć w kolejnych odcinkach. Muzycznie jak poprzednio, czyli generalnie niezauważalnie.

To były niby dopiero trzy odcinki, ale mam nieodparte wrażenie, że serial o niewolnikach to jedna z tych produkcji, których jakość można ocenić już po pierwszych minutach, a następne jedynie utwierdzą widza w początkowym przekonaniu. Nie wiem, czy wszyscy się ze mną zgodzą, ale dla mnie to anime jest słabe, bardzo słabe. Już po zwiastunie było widać, że jest słabe. Takie to nudne i nijakie, że nawet mogłoby się wydawać co pikantniejsze elementy, nie sprawiają, by ta seria stawała się atrakcyjniejsza dla amatorów „mocniejszych wrażeń”. Cóż, jeśli macie ochotę na takowe, to polecam sięgnąć po uczciwego hentai, bo w nim przynajmniej nikt nie będzie udawał, że oglądacie „coś więcej”…

Gwiazda odcinka w akcji…

Ileż to się działo w tym odcinku! W jednym wątku cała szkoła pod kierunkiem samorządu szykuje się do dorocznej imprezy kulturalno-rozrywkowej, w której uczestniczą także właściciele okolicznych sklepów i lokali gastronomicznych. W drugim wątku Ren, wspierany przez Holmesa i Watsona, śledzi swojego przyjaciela, Hotaru, podejrzewanego o romans z nauczycielką muzyki. W trzecim wątku Haruto sypie na prawo i lewo aluzjami, że ma trudne życie i potrzebuje oddanego przyjaciela. W czwartym wątku J, jak zawsze nieskazitelnie ponury, po raz kolejny tropi Hayakawę, co kończy się bójką w opuszczonym lokalu, po której omal, omal nie zdąża paść jakieś wyjaśnienie związane z p.o. głównego wątku fabularnego, czyli sprawą zniknięcia Tenny i przerzucenia J-a oraz Hayakawy w przyszłość (czy tam do innego świata).

Tylko dlaczego to wszystko było tak śmiertelnie nudne?!

 

 

Na pewno po części odpowiada za to badziewna oprawa wizualna. Trudno o wykrzesanie humoru lub wzruszenia ze sceny, w której postaci poruszają się jak niemrawe drewniane kukiełki – a i to tylko wtedy, kiedy absolutnie nie da się wymyślić czegoś, co pozwoliłoby im stać jak słupy. Jako że to nie film aktorski, ruch to nie tylko sceny akcji, ale i mimika, więc ona także została ograniczona już nie do minimum, ale zdecydowanie poniżej minimum tego, co byłoby potrzebne. Trzeba zresztą powiedzieć, że seiyuu dopasowują się dzielnie do stylu wizualnego i swoje kwestie wygłaszają sztywno, a jeśli się da – także letargicznie.

Nie ma się jednak co czarować. W jeszcze większym stopniu to problem reżyserii i scenariusza. Ta pierwsza nie jest w stanie wykreować nawet cienia klimatu nawet ze scen, w których powinno to być stosunkowo proste, takich jak ta w opuszczonym salonie gier. Ten drugi nadal nie potrafi pozbierać poszczególnych kawałków i pomysłów w całość, która miałaby jakikolwiek rytm i motyw przewodni. W zasadzie widzę, co to ma być, widziałam już tysiące razy – dramatyczno-tragiczny wątek główny „pod spodem”, a na wierzchu, przynajmniej początkowo, lżejsze okruchy życia, dzięki którym możemy lepiej poznać bohaterów. No to poznajemy… J jest bucem i idiotą. Hayakawa jest idiotą i bucem. Ren jest idiotą egzaltowanym. Hotaru jest słodkim idiotą. Haruto robi z tego towarzystwa jeszcze stosunkowo najlepsze wrażenie, ale też tylko w chwilach, kiedy nie zaczyna wzdychać za J-em jak pensjonarka za Rudolfem Valentino.

Werdykt podtrzymuję: oglądać się tego nie da. Nawet dla obśmiania nieudolności twórców, bo na to Butlers jest najzwyczajniej w świecie za nudne. Ta seria ma mniej więcej tyle charakteru, co niedosolone i rozgotowane warzywa z mrożonki. Nie to, żeby człowiek miał się tym otruć, ale jeśli można uniknąć…

Tag Cloud