Ale mam w tym sezonie zajawkowym tempo, ale mniejsza z tym. Odcinek trzeci UQ Holder utwierdza mnie w przekonaniu, że nie mamy do czynienia z niczym ponad całkiem solidną acz bardzo przewidywalną porcją haremówkowej rozrywki. Jak można było się domyślić bohaterowie wraz z kilkorgiem nowo poznanych osób przybywają do kwatery głównej organizacji mieszczącej się na niewielkiej wyspie całkiem niedaleko windy (spodziewałem się trochę więcej kina drogi ale trudno).

Na miejscu Touta wraz z Kuromaru dowiadują się, że aby dołączyć do elitarnego grona będą musieli pomyślnie przejść próbę która polega na zadaniu chodź jednego ciosu wybranemu przeciwnikowi, który już należy do klanu. Głównemu bohaterowi przypada jedna z jego przyszłych haremetek Isht Karin (można sobie połamać język), a nasz osobnik o niesprecyzowanej płci będzie walczył z Gengorou.

Oczywiście odcinek upływa na treningach, zapoznaniu kolejnej dziewczyny, która o dziwo nie jest nieśmiertelna i pracuje na wyspie jako pomoc (ukłon w stronę fanów fartuszków). Równie dziwnym by było gdyby protagonista i jego kolega/koleżanka oblali test więc mamy w odcinku małego power-upa w postaci miecza z funkcją kontroli grawitacji, co ni mniej ni więcej oznacza, że można dość dowolnie zmieniać jego masę. Oczywistym jest również to, że główny bohater bardzo szybko uczy się nim perfekcyjnie władać, co przekłada się na zwycięstwo w próbie i dołączenie do szacownego grona członków UQ Holder. Podobnie Kuromaru wykorzystując trik użyty wcześniej przez Toute wygrywa swój pojedynek.

Na koniec mamy jeszcze szlachetne ratowanie damy w opałach (jak myślicie po co komu była dziewczyna w fartuszku bez mocy?) oraz trochę wątpliwej jakości efektów specjalnych w postaci tragicznie wyglądających jaszczurów.

I to by było na tyle jak mawiał klasyk. Nie wyczuwam tu niestety niczego wiekopomnego, ale anime ma zadatki na całkiem sympatyczną serię przygodową. Postacie na czele z głównym bohaterem nie są irytujące, historia póki co umiarkowanie wciąga, ale nie jest też jakoś przeraźliwie nudna, a oprawa audiowizualna jest akceptowalna chodź o fajerwerkach nie ma mowy. Jest też kilka smaczków z nawiązaniami do starej serii, ale póki co równie dobrze mogło by tych elementów nie być. Decyzję o oglądaniu bądź porzuceniu pozostawiam Wam.

 

W mieszkaniu Itsukiego popsuła się klimatyzator, który pełnił zimą rolę grzewczą. Naprawa ma się odbyć za trzy dni, a do tego czasu bohater postanowił polecieć na Okinawę. Ot, w celach zdobycia doświadczenia niezbędnego do napisania jeden ze scen z jego light novel. Oczywiście poleciały z nim Nayuta i Miyako, a Haruto musiał odmówić w związku z pracami nad anime będącym adaptacją jego powieści. Podczas kolacji na wyspie, Nayuta znowu zaczyna nawijać o miłości i seksie, a Itsuki udaje z całych sił, że nie rozumie co do niego mówi. Za to a po odmowie podania jej alkoholu wykonuje fellatio na gotowanym jajku. Ech ta codzienność twórców…

Do kolejnej rozmowy o Nayucie dochodzi w trakcie późnowieczornego spotkania Itsukiego i Miyako w hotelowym pokoju. Po kilku piwach chłopak otwiera się przed nią i wyjaśnia, że oficjalnie odmówił Nayucie po jej pierwszym wyznaniu i jednocześnie przyznaje się, iż jakieś uczucia względem niej posiada. Jego wygląd w oczach Miyako znacznie się po tym poprawia, lecz ta druga informacja zdecydowanie nie poprawia jej humoru.

 

Następnego dnia dwie ślicznotki postanawiają nago wykąpać się w zimnym oceanie, przy czym niestety widać jedynie przekaz podprogowy – „kupta bluraye, kupta!”

Po powrocie, do Itsukiego wpada Setsuna Ena, jeden z ilustratorów. Panowie (tak, panowie!) zdecydowanie się lubią, do tego stopnia, iż wspólnie lecą na Hokkaido. W jakim celu? Nażreć się aż do spuchnięcia. Ech ci nowobogacze… Jednak nie to jest tu najważniejsze – podczas tego wypadu głębiej poznajemy Itsukiego, który zdecydowanie zdaje sobie sprawę jaki poziom prezentują jego prace, zresztą przyznał się do tego już przed Miyako, proponując jej twórczość Nayuty zamiast własnej.

I byłoby dobrze, gdyby odcinek skończył się zanim do Itsukiego wpadł „braciszek”. Po obfitym obiedzie przygotowanym ze składników przywiezionych z Hokkaido, Chihiro na odchodne zaprasza brata w odwiedziny podając przykład, że rodzice się ucieszą. No tak, skąd Itsuki miałby wiedzieć, że zamiast młodszego brata ma młodszą siostrzyczkę? No przecież nie od rodziców! Przecież nie widać po jej zachowaniu i sylwetce! No skąd, przecież to niemożliwe do odgadnięcia, a rodzice nie poinformowali. Może oni też nie wiedzą?

Imouto sae Ireba Ii to anime, które mogłoby być dobrą obyczajówką po wycięciu części głupstw w niej przedstawionych. Główny bohater ma sporo zalet, a Nayuta i Miyako nie są denerwujące, widać też, że mają choć trochę osobowości. Fabuła związana z pracą twórców może się tutaj dość ciekawie rozwinąć. Po czołówce widać, iż jeszcze nie wszystkie postaci przedstawiono, więc seria może zyskać jeszcze na urozmaiceniu obsady. Czy warto oglądać dalej? To zależy od Was, ale poza dwiema scenami dotyczącymi młodszych siostrzyczek z twórczości Itsukiego, seria nie zaprezentowała nic absolutnie dyskwalifikującego jej do oglądania. I wygląda na to, że chore fantazje nie będą tematem przewodnim, więc raczej nie odrzuci już od ekranu.

Nie chwaliłem jeszcze czołówki tej serii, a wypada, bo zdecydowanie jest co. Kyoumen no nami (Odblaski na falach) autorstwa piosenkarki YURiKA perfekcyjnie pasuje do klimatu tej serii. Jest w tym utworze lekkość i niewinność, ale pod płaszczykiem pozornej prostoty utwór ten skrywa wiele ciekawych pobocznych linii melodycznych, z których kilka zawiera niepokojące dysharmonie, burzące jego sielskość przy bliższym wsłuchaniu się. Z całym Houseki no Kuni jest bardzo podobnie.

W poprzednim epizodzie Fosfo został pożarty i strawiony przez gigantycznego ślimaka wodnego. W tym Diament próbuje przywrócić ją do poprzedniego stanu, a właściwie przekonać kogoś do pomocy, ponieważ pozostałym kryształom jest to całkowicie obojętne. Większa część akcji to ukazywanie, jak bardzo Fosfo nie była lubiana. Jako że mieszkała z pozostałymi kryształami przez 300 lat, ciekawie jest zastanawiać się, jak wyglądały ich relacje przez tak długi okres czasu. Tłumaczy to też po części brak zaangażowania jego towarzyszy: kryształy niezbyt dobrze rozumieją ideę śmiertelności, co podkreśla również jedna z ich rozmów, w której są lekko zniesmaczone niezwykłą dla nich reprodukcją i umieraniem zwierząt.

Tak więc akcji tym razem nie ma prawie wcale, to niemal czyste okruchy życia, i bardzo mi z tym dobrze, choć nie twierdzę, że to nie w tej serii przede wszystkim chodzi. Gdybym miał wskazać jej najważniejszy aspekt, to postawiłbym na grafikę, ale w dobrym sensie – nie kosztem fabuły i postaci, ale jako kluczowy środek wyrazu. Mnóstwo tu scen wyrażających się niebanalnym kolorem i kompozycją, wręcz poetyckich. Walka ze ślimakiem przy zachodzącym słońcu, Diament biegnący przez nocny las, abstrakcyjna, lecz piękna scena rekonstrukcji Fosfo – urokliwych momentów jest w tym odcinku wiele, dość, aby nabrać ochoty na jeszcze więcej w przyszłości.

 

Tym razem odcinek podzielony jest bardzo wyraźnie na dwie części. W pierwszej dowiadujemy się, skąd się wzięła obsesja Maiki na punkcie zagranicy i jesteśmy świadkami nie-randki, a w drugiej obserwujemy kolejne zderzenie bohaterki z rzeczywistością, tym razem z istnieniem komiksów doujishin i ich odbiorcami.

Okazuje się, że obsesja Maiki rozpoczęła się w wieku lat pięciu, gdy do ich przesiaknietego tradycją domu przyjechał blond gość z zagranicy. Był on tak fascynujący dla młodego dziecięcia, iż rzeczone dziecię stwierdziło, że jest zmęczone tradycją i chce za granicę. Albo przynajmniej kawałek tej zagranicy mieć w domu. Co z kolei sprowadziło się do chęci pofarbowania włosów na blond, wielogodzinnym wgapianiu się w figurę brodatego starszego mężczyzny, stojącego pod siecią znanych wszystkim zagranicznych jadłodajni (nota bene, jak się okazuje to była pierwsza miłość Maiki), czy też domaganie się od rodziców zainstalowania komina w domu, żeby bohaterka mogła złapać sobie Mikołaja. Wszystkiego tego dowiadujemy się w trakcie rozmowy z rozespanym Dino, na którego Maika przypadkiem nadepnęła,  a który odsypiał noc zarwaną na oglądaniu anime ze słodkimi dziewczętami. Dzień jak codzień i zachwycony deptaniem menadżer, jak zwykle. Za to następujące później wydarzenia doprowadzają do umówienia się rzeczonego z Maiką na nie-randkę – bowiem bohaterka jest absolutnie nieogarnięta w tej materii, a menadżer żyje w świecie fantazji z anime.

Druga część generalnie sprowadza się do tego, iż klient zostawia w kawiarni doujinshi dla dorosłych, którego okładka wstrząsa Maiką do głębi i zostawia ślad na jej umyśle do końca życia… A przynajmniej dopóki nie znajduje się właściciel, co jest dla bohaterki jeszcze większym szokiem. Na plus należy zaliczyć, że dorosła już Mafuyu (ta mała, co gra młodszą siostrzyczkę) zdecydowanie uniemożliwia nieletniej Kaho dorwanie się do komiksu. Za to faktycznie, próby wybadania klientów przez Maikę w kwestii własności zguby były zabawne.

 

Jako adaptacja 4-komy Blend-S spełnia swoje zdanie dobrze, poszczególne epizody przechodzą dosyć płynnie w kolejne i generalnie anime trzyma się na stałym poziomie (przynajmniej po tych trzech odcinkach). Z kolei postacie są celowo skonstruowane na stereotypach. Mamy tu dwudziestosześcioletniego blond Włocha, absolutnie bez asertywności, z obsesją na punkcie anime, stereotypów dziewcząt z anime i wielbiciela naturalnych japońskich dziewcząt, co i rusz puszczającego krew z nosa, jak bohaterka na niego spojrzy „sadystycznie” – czyli generalnie stereotyp zachodniego męskiego wielbiciela japońskiej popkultury. Mamy stereotypowe niewinne japońskie dziewczę, wychowane w tradycyjnym, japońskim domu (według wyobrażeń zachodnich), zapatrzone w stereotypowe zachodnie wzorce. Celowo powtarzam „stereotypowe” ponieważ Blend-S na owych stereotypach i ich wyśmiewaniu jest oparte. I jeśli ktoś to lubi oraz chce popatrzeć na ładną, pastelową kreskę (która jak na razie też jest stereotypowa, ale utrzymuje jakość), to Blend-S jest dla niego jak znalazł. Zwłaszcza, że w następnym odcinku w końcu dojdzie czwarta kelnerka – według zapowiedzi typ „Starszej siostry”.

 

 

Do dzisiejszego odcinka najbardziej pasuje chyba słowa „poruszający”. Także „piękny”, „mądry”, „smutny”… Ale im więcej określeń wyszukuję, tym bardziej zacieram wrażenie i gubię ulotny klimat, którym tchnie ta najprostsza z możliwych historia o życiu i umieraniu – a raczej życiu, które się nie kończy, lecz powraca do natury, by dać życie. To trzeba zobaczyć i poczuć.

Porwanie Chise przez tajemniczego nieznajomego na smoku ostatecznie okazuje się tylko psikusem spłatanym Eliasowi – który zresztą ani na moment jej nie opuścił, co każe mi coraz lepiej myśleć o jego zdolnościach, a na moment, przyznaję, w nie zwątpiłam. Lindel wbrew pozorom jest ponoć starszy nawet od Ainswortha i opiekuje się wyspą-rezerwatem smoków. Schronienie znalazły na niej ostatnie ich gatunki (owszem, przywodzą silnie ma myśl dinozaury, ale niech będzie, ma to nawet swoisty urok). Jak się okazuje, zarówno smoki, jak i magowie są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Chise, o ile ukończy szkolenie, może być ostatnią przedstawicielką swego rodzaju.

 

Podczas gdy magowie omawiają swoje sprawy – tym razem to najwyraźniej Elias występuje jako instancja kontrolująca – Chise zajmuje się trójką niedawno wyklutych smoczych  maluchów, co wymaga mnóstwo sił do zabawy. Kiedy małe wreszcie padają zmęczone, zbliża się do wielkiego starego smoka imieniem Nevin, który jest już bliski śmierci. Przywodzi jej to na pamięć własny niedawny zamiar odebrania sobie życia. A wtedy okazuje się, że smok potrafi czytać w myślach… Ich rozmowy nie będę streszczać, by nikomu nie psuć przyjemności oglądania. Jest „pogodna mądrym smutkiem”, jak pisał Staff, i w piękny, subtelny sposób dotyka najważniejszych kwestii istnienia.

Przy tej okazji dostajemy także, dzięki rozmowie Eliasa i Lindela, kolejne informacje na temat Sleigh Beggy, którą jest Chise. Wyraźnie widać, że daje jej to ogromne zdolności i wspaniałe możliwości, ale jednocześnie stanowi dla niej ciężar i zagrożenie. Zatem na Eliasie spoczywa wielkie zadanie, by pomóc jej sobie z tym radzić. Bardzo, bardzo chętnie zobaczę, jak też się im to będzie układało.

Graficznie – pozostanę przy prostych określeniach jak „piękne”, mimo surowości krajobrazu wyspy i nieco zabawkowych projektów smoków, oraz „doskonała robota”. Nie zabrakło uroczych esdeczków, tak potrzebnych przy poważnym klimacie opowieści. W dodatku w odcinku pojawia się prześliczna nastrojowa piosenka, potwierdzając, że także muzycznie nie ilość jest ważna, ale jakość. Cóż mogę więcej powiedzieć? Ci, co znają mangę, wiedzą, a reszta moim zdaniem powinna się jak najszybciej zapoznać przynajmniej z anime.

 

Za trzecim razem uznałem, że na trzeźwo się nie da. W związku z tym to nie jest tak, że z Dies Irae nie wiążą się dobre wspomnienia. Przeciwnie – Paulaner Hefe-Weissbier Naturtrüb to piwo sycące, ale zarazem orzeźwiające dzięki delikatnej kwaskowatości, która przywiodła mi na myśl owoce cytrusowe.  Jeszcze podkreśla to jego piękna pomarańczowa barwa, w połączeniu z lekko goździkowym, korzennym zapachem idealnie wpasowująca się w jesienny okres. Życie nie składa się jednak z samych przyjemności, ba, co poniektórzy pomyleńcy z własnej nieprzymuszonej woli nie dość że oglądają, to jeszcze tracą czas na opisywanie opadów japońskiego przemysłu anime. I jak tu niektórych zrozumieć…

Pierwszą rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę, jest że protagonista, czegokolwiek by nie powiedział, brzmi jak 40-latek zniszczony życiem. Krótkie spojrzenie na listę płac ujawnia, że gra go 44-latek. Czy zniszczony życiem? Skoro musi grać w takich rzeczach, pewnie tak. Poza tym, skoro już go zatrudnili, to zapewne musiał oglądać ten serial, i to wielokrotnie, co na pewno nie pomogło. Drugą istotną rzeczą jest, że nadal do diabła kompletnie niczego nie rozumiem. Przyczyny tego stanu rzeczy mogą być dwojakiego rodzaju. Pierwszą może być Paulaner. Drugą – że scenarzyści to skończeni idioci.

Postacie najpierw znajdują w śmieciach nazistowskiego księdza, z którym idą do kościoła gadać o niczym, po czym z mroku wyłania się tajemnicza postać, która na pewno nie jest – PODKREŚLAM – na pewno nie jest, rywalem protaga, z którym tłukł się w poprzednim odcinku. Protag idzie spać, po czym we śnie, albo i nie, zabija przypadkową dziewuchę w parku, albo i nie. Przychodzą naziole i się z nim tłuką. -„O, Frau Motteschmetterling, ja bym go chętnie zabił, bo tak!”  – „Więc go zabij, albo i nie, Herr Majorze Flohkakerlakeregenwurm!” Wpada jakaś nowa narodowa socjalistka. – „Wy go tu nie zabijajcie, bo nie można, tak kazał Kapitan Wespemückefliegebien…” nieważne, nie po to wygraliśmy wojnę, żeby musieć słuchać tego germańskiego bełkotu. Naziole czegoś chcą od protaga, do tego się to chyba sprowadza. W związku z tym zapisali się do jego klasy w liceum. Aha.

Ale to nie jest tak, że to zła adaptacja visual novel. To idealna adaptacja – ledwo animowane sylwetki przewijają się na pomijalnych tłach i gadają w nieskończoność. Naprawdę czujesz się, jakbyś w to grał, tylko klikać nie trzeba, więc łatwiej się żłopie Paulanera. Polecam!

 

Poprzednie dwa odcinki składały się z dwóch lub trzech odrębnych wątków, które były luźno ze sobą połączone. Przejścia pomiędzy nimi były bardzo wyraźne, ale biorąc pod uwagę epizodyczny charakter opowieści, w takiej konstrukcji nie ma nic złego. Tym razem jednak dostaliśmy jedną historię rozciągniętą na całe dwadzieścia kilka minut. Nie powinno to nikogo dziwić, bo jakże można by poświęcić zaledwie parę minut na pytanie o sens życia? Wyzłośliwiam się? Nie, jak pisałam poprzednio, Shoujo Shuumatsu Ryokou, mimo poruszania tematów ważnych i poważnych, nie jest jakimś wybitnie głębokim studium danego zagadnienia, a raczej drobną refleksją podaną w prostej, ale całkiem przyjemnej formie.

W trzeciej odsłonie anime towarzyszymy Chito i Yuuri w poszukiwaniu mostu, który pozwoliłby im przedostać się na drugą stronę głębokiego kanału, skąd łatwiej byłoby im dotrzeć do majaczącej na horyzoncie wieży. Jest ona o tyle ważna, że prowadzi na wyższy poziom, gdzie ponoć można znaleźć znacznie więcej zapasów i przede wszystkim innych ludzi. Tak przynajmniej twierdzi samotny kartograf, który w bardzo efektowny sposób robi ze zniszczonego budynku potrzebny most. A że mało co nie zabija przy tym dziewczynek? Cóż, eksplozje bywają efektowne i raczej nie spodziewał się towarzystwa.

No właśnie, kolejną rzeczą wyróżniającą ten odcinek na tle poprzednich jest obecność innych bohaterów. Nie żeby pan nazwiskiem Kanazawa miał pojawić się w przyszłych odcinkach (wygląda na to, że raczej go już nie zobaczymy, ale kto wie), ale to ciekawa odmiana, która sprawia, że tegotygodniowa część była ciekawa i dała widzom możliwość bliższego poznania świata przedstawionego. Nie żebyśmy dowiedzieli się jakoś wyjątkowo dużo, ale grosz do grosza i będzie kokosza, więc może kolejne epizody również poszerzą naszą wiedzę na ten temat. Pewności nie mam jak to dalej się potoczy, ale nadzieję można mieć zawsze…

Trudno jednoznacznie zaklasyfikować Shoujo Shuumatsu Ryokou, bo z jednej strony śledzimy bardzo prozaiczne życie bohaterek, opierające się na robieniu prania czy kąpieli, ale z drugiej strony wszystko dzieje się w niemal opustoszałej rzeczywistości, która ucierpiała w wyniku wojny lub jakiegoś kataklizmu (opcjonalnie obu tych rzeczy naraz). A że Chito i Yuuri nie siedzą w jednym miejscu, mamy więc do czynienia z kinem drogi, które jednak większy nacisk kładzie na refleksje niż ekscytującą przygodę. Całość jest wyjątkowo spokojna i relaksująca, ale nie powinna nudzić, bo w czuć w tej mieszance swoistą świeżość. Serial ma fajny klimat i najprawdopodobniej będzie się go trzymał do końca, a epizodyczność fabuły sprawia, że sprawdzi się on nawet jako jednosezonówka. Dodajmy do tego jeszcze ładną muzykę i niezłą grafikę (z wyłączeniem okazjonalnego nadużycia grafiki 3D) i mamy całkiem ciekawą propozycję na ten sezon.

No, to jedziem dalej!

Trzeci odcinek wprowadza ostatnią z głównych postaci (sądząc po czołówce), alchemiczkę Ginę, raczej nie miejscową, ale od czasu do czasu współpracującą ze Swordem. Poza tym robi wrażenie (odcinek, nie Gina) skrzyżowania filmów z gatunku Mission: Impossible oraz Pan i Pani Smith z którymś z odcinków Z Archiwum X. Nie jest to złe wrażenie, choć nieco zabawne, a w sumie wydaje mi się, że takie było założenie, więc liczę to jako plus.

Gina przybywa do miasta w celu infiltracji siedziby gangstera, który w ostatnim czasie wspiął się na szczyty mafijnej hierarchii z nieprawdopodobną szybkością. Choć stwierdzono, że nie jest horrorem, musiał do tego wykorzystać informacje, których nie mógł uzyskać z naturalnych źródeł. Z powodu fiaska pierwszej próby Gina prosi o pomoc Sworda, a już jej sposób powiedzenia cześć na powitanie (i potem pożegnanie) wiele o niej mówi. Niemniej, mimo narzekań olbrzyma, z nią również współpracuje mu się dobrze i misja idzie w miarę gładko po klasycznych bondowskich koleinach, a kiedy napotyka przeszkody, rozwiązywane są w tym samym efektownym stylu. W sumie nieźle się bawiłam, doceniając przede wszystkim fakt, że twórcy z pewną łatwością żonglują kinowymi schematami i zmieniają klimat kolejnych odcinków. Wprowadzone w ten sposób postaci zyskują na indywidualizmie i wiarygodności, a niespiesznie poszerzające się tło fabularne na głębi i spójności.

 

Muszę także powiedzieć dobre słowo o postaciach drugoplanowych – czy to horrorze i jego partnerce z zeszłego odcinka, czy młodym gangsterze z obecnego (bo nie o podłym bossie oczywiście, słusznie przeznaczonym do odstrzału), że mimo pojawienia się tylko na chwilę, są budowani solidnie i wiarygodnie. W ogóle anime sprawia wrażenie porządnie zrobionej rzemieślniczej roboty (choć może to być też związane z więcej niż solidną posturą Sworda) i myślę, że po tych trzech odcinkach możemy z pewną dozą zaufania zacząć liczyć na sensowną i ciekawą fabułę z pełnokrwistymi bohaterami.

Inna sprawa to oprawa graficzna i wykonanie techniczne – w tym odcinku powiedziałabym, że nieco poleciały, ewentualnie przyszedł prikaz oszczędzania, a to z tego względu, że większość walk, także tych w zbroi, odbyła się w egipskich ciemnościach lub poza naszym polem widzenia. Poza tym o ile trudno takie rzeczy dostrzec przy skalistym Swordzie, to już paradująca w bardzo kusym stroju Gina udowadnia, że rysownikom nie są obce potknięcia przy sylwetkach. Przy całej jej imponującej figurze (panowie, fanserwis z gustem!) momentami miałam wrażenie, że cierpi z powodu efektu jo-jo. Ale w niczym, oprócz trzech parametrów, jej to nie umniejsza.

 

Zawsze mówię, że technika nas wykończy!

Tak więc, mając komplet sympatycznych bohaterów, nieźle rysującą się fabułę sensacyjną i zaostrzony apetyt na więcej, z przyjemnością czekam na kolejne odcinki. Rozrywkowa seria akcji na poziomie – must watch!

 

 

Kto się spodziewał nagłego rozwoju wydarzeń, ten był mocno naiwny. Trzeci odcinek Just Because! niczym nie różni się od dwóch poprzednich. Dalej w wolnym tempie przedstawia zwykłe wydarzenia z życia postaci. Widzimy więc rozmowy o przyszłości, przygotowywanie się do studiów, czy zwykłe pogawędki pomiędzy kolegami.

 

Najwięcej dzieje się wokół klubu fotograficznego. Ena próbuje zdobyć pozwolenia od Eity i Haruto, aby móc wysłać zdjęcie z nimi na konkurs. Natsume poproszona przez Enę o dane kontaktowe tego drugiego, organizuje jej spotkanie z jego kolegą – Eitą. Rzecz jasna jest całkowicie nieświadoma, iż jego pozwolenie też jest potrzebne. Sytuacja zdaje się być mocno niekomfortowa, ale przewodnicząca klubu nie poddaje się i nawet po odmowie przez Eitę, nie daje mu spokoju, co skutkuje zdobyciem jego nicku w komunikatorze internetowym.

Haruto w tym samym czasie po raz kolejny próbuje spotkać się z Morikawą, a pomocną dłoń wyciąga do niego Noriko Inui. Z całej tej sytuacji dowiadujemy się, iż chłopak boi się psów, a sama Morikawa nie jest osobą nabijającą się ze słabości innych (czego nie można powiedzieć o Noriko).

W zasadzie to już pewne, że Just Because! nie zaoferuje nic innego niż spokojne okruchy życia przedstawiające codzienność zwykłych uczniów. I tylko w takich kategoriach można serię oceniać. Osoby poszukujące dynamicznych wydarzeń i ciekawej fabuły nie mają tu czego szukać, ale widzowie potrzebujących anime pozwalającego się odprężyć (i przysnąć), mają jak najbardziej serię sezonu dla siebie. W takiej roli tytuł ten sprawdzi się znakomicie.

Moje uczucia wobec tej serii pozostają mieszane. W trzecim odcinku tematem jest ruchomy kraj, mający formę ogromnego mechanizmu, poruszającego się na gąsienicach. Nie jest to jakaś specjalnie oryginalna koncepcja, pojawiła się już choćby w Odwróconym świecie Christophera Priesta. Pytanie, co ciekawego wynika z formy, jaką przyjęło to społeczeństwo, i w tym przypadku odpowiedź zdaje się brzmieć – niespecjalnie wiele?

Obywatele tego państwa podróżują przede wszystkim dlatego, że lubią, w czym znajdują wspólny język z Kino. Są przy tym potężnie opancerzeni i uzbrojeni, więc kompletnie się przejmują protestami napotkanych po drodze nacji, źle znoszących monstrualną i uzbrojoną ruchomą górę, przetaczającą się po ich terenach i niszczącą wszystko po drodze. Tytuł odcinka to Kłopotliwe państwo, i kłopotliwe ono niewątpliwie jest. Zachodzę jednak w głowę, czy historia ta miała coś głębszego do przekazania, niż banalną refleksję, że samo nasze życie bywa kłopotliwe dla innych i nie da się tego całkowicie uniknąć.

Jedyna scena akcji w odcinku, podobnie jak poprzednim razem, zahacza o niedorzeczność. Armia kraju, przez który przejeżdżają, wobec swojej bezradności postanawia zniszczyć malunek na ścianach ruchomego państwa, wykonany przez dzieci. Kino wobec tego postanawia go obronić, ostrzeliwując żołnierzy karabinem snajperskim. Trudno uwierzyć, że dorośli ludzie mieliby się zachowywać w ten sposób. Twórcy uznali, że potrzebują konfliktu i zdecydowanego finału odcinka, ale ich pomysły okazały się wybitnie nieudolne, niszcząc powagę przedstawionych zdarzeń. Zaraz przed tą sceną ruchomy kraj przejechał po dobytku życia wielu ludzi, ale tego scenarzyści nie uznali za godne podkreślenia. Obrazki dzieci są najwyraźniej ważniejsze.

Zarówno Kino jak i mieszkańcy ruchomego kraju sprawiają w związku z tym wrażenie bandy sympatycznych, ale socjopatów. Nie mam nic przeciwko przedstawianiu ich jako takich, mój problem polega na tym, że nie dostrzegam, aby stał za tym jakiś plan twórców, i ten brak refleksji psuje przedstawioną historię.

Na pocieszenie serial ten bywa momentami całkiem ładny. Niektóre sceny są przemyślane i estetyczne, większość… już tylko średnio, ale nie psuje to ogółem dobrego efektu. Mój ogólny odbiór na pewno poprawili też seiyuu Kino i Hermesa, Aoi Yuuki i Soma Saito. Wkładają sporo życia w swoich bohaterów, choć w dotychczas przestawionych epizodach nie dano im szansy zagrania czegoś naprawdę ciekawego, a szkoda. Zwykle w serialach o epizodycznej fabule z oczywistych na pierwsze odcinki zostają wybrane jedne z bardziej wciągających historii. Jeśli tak jest i tym razem, to dalej będzie dość słabo, choć ogólna kompetencja techniczna tej serii pozwala liczyć dalej na więcej.

Tag Cloud