W trzecim odcinku drużyna Masato wyrusza do małej wioski, by pomóc jej mieszkańcom uporać się z potężną demonicą, która ma bzika na punkcie przystojnych osobników płci męskiej i co jakiś czas żąda kolejnych ofiar.

Fabularnie ten epizod przedstawia się raczej przeciętnie, aczkolwiek wielkiej tragedii nie ma. Kilka mniej lub bardziej udanych żartów, jedna niespodzianka i odrobina powagi w postaci opisu mocno patologicznej sytuacji rodzinnej. Gdyby jeszcze fanserwis ograniczyć do okazjonalnych ujęć bieliźnianych, to nawet byłoby całkiem nieźle. No ale oczywiście trzeba jakoś wykorzystać nie tylko obecność nowych koleżanek głównego bohatera, ale przede wszystkim mamusię, która zupełnie na swój wiek nie wygląda, ale za to bardzo hojnie obdarowała ją natura. Może i ten motyw ma wśród czytelników swoich fanów i im się to podoba. Ja czegoś takiego zupełnie nie trawię i odbiera mi to jakąkolwiek przyjemność z oglądania.

Aczkolwiek dwie nowe bohaterki są niewątpliwymi zaletami tej produkcji. Przede wszystkim w porównaniu do mamusi, której szczytem ambicji jest przygotowanie syneczkowi dobrego jedzenia, i która skrzyczana(!) przez własną latorośl rozkleja się i zaczyna przepraszać, że żyje… Naprawdę miło jest mieć dla przeciwwagi nie aż tak porywczą tsundere Wise i sympatyczną Portę.

Gdyby tylko demonica była w stanie zlikwidować wady tej serii…

P.S. Reszta bez zmian.

BEM – odcinek 3

Trzeci odcinek skupia się na Belo, którego ulubionym zajęciem jest gra w gry arkadowe. Okazji ma sporo, ponieważ na obrzeżach dziecięca rywalizacja niebezpiecznie przypomina dorosłe walki gangów. Podczas jednego z pojedynków o „terytorium” Belo poznaje rozpuszczonego jak dziadowski bicz chłopaka z centrum metropolii. Przekonany o własnej wyższości dzieciak nie ma większych szans z Belo, ale zafascynowany tak dobrym przeciwnikiem, postanawia zaprosić go do domu. Tymczasem w centrum ktoś poluje na polityków zainteresowanych rozwojem obrzeży i walką z panoszącymi się tam przestępcami. Belo udaje się uratować jednego z nich, ale tajemniczy skrytobójca wkrótce uderza znowu…

Spośród trójki demonów Belo wydaje się najbardziej zdystansowany i najmniej zainteresowany zostaniem człowiekiem, albo inaczej – pragnie człowieczeństwa, ale boi się rozczarowania, jeśli obietnica okaże się kłamstwem. Rozdarty między marzeniami a wyjątkowo szarą rzeczywistością ucieka w świat gier i niechętnie zawiera nowe znajomości. Niestety podobnie jak w przypadku Bema i Beli, życie obchodzi się z nim okrutnie – dobre chęci ponownie okazują się drogą wprost do piekła.

Cóż, BEM na pewno nie ma szans w konkursie na najbardziej optymistyczną opowieść roku. Cały świat dosłownie tonie w szarości, jedynymi światełkami w mrocznym tunelu pozostają główni bohaterowie i niewinna niczym nagrobna lelyja Sonia. Problem polega na tym, że smutna rzeczywistość co i rusz rzuca im kłody pod nogi, a kolejne grupy już knują, jakby dobrać im się do skóry. Po pierwsze, mamy „niewidzialną radę”, zaskakująco dobrze poinformowaną o Bemie i jego towarzyszach, wyraźnie też zainteresowaną pojmaniem ich i to raczej w nieprzyjemnych celach. Na końcu odcinka widzimy też bar pełen przedziwnych gości, którzy zapewne należą do tej samej grupy, co dotychczasowi demoniczni antagoniści. Klimat zagęszcza się, a twórcy co i rusz uderzają w minorowe tony, choć niestety fabuła rozwija się bardzo powoli i na razie jakikolwiek wątek główny pozostaje zagadką.

Teoretycznie nie jest to mój typ serii, za dużo tu dramatów i zapowiedzi kolejnych tragedii, ale naprawdę pałam ogromną sympatią do skrzywdzonych przez los bohaterów i chociaż wiem, że raczej celu nie osiągną, w głębi serca nie przestaję im kibicować. Wątpię, żeby fabularnie nagle anime wzniosło się na wyżyny, grafika również pozostawia wiele do życzenia – niedługo będzie widać tylko ciemne tło i niewielkie fragmenty twarzy, mimo to doceniam specyficzny, przyciężki nastrój i dobrą ścieżkę dźwiękową. BEM to nastrojowy przeciętniak, mocno trącący myszką, rzecz specyficzna i niekoniecznie nadająca się dla mas (nie znaczy to, że ambitna), raczej dla wielbicieli starych tanich świecidełek. Zachęcam do spróbowania, ale nie gwarantuję, że przypadnie do gustu.

Po przykrej, ale spodziewanej przerwie w emisji En’en no Shouboutai wraca na ekrany w świetnym stylu. Nadchodzą zapowiadane zawody pożarnicze, które mają charakter indywidualny. Przy okazji poznajemy charakterną Tamaki Kotatsu, świeżynkę z Oddziału 1, również obdarzoną mocą kontrolowania płomieni. Zadaniem rekrutów jest wejście do opuszczonego budynku, uratowanie znajdujących się tam ludzi i powstrzymanie Infernala (udawanego oczywiście). Dzięki swoim zdolnościom Shinra pierwszy dociera na miejsce, gdzie znajduje nieprzytomnych statystów i Jokera, czyli człowieka (chyba) odpowiedzialnego za pożar w poprzednim odcinku. Tajemniczy gość wie zaskakująco dużo na temat przeszłości chłopaka i kusi go propozycją ujawnienia wszystkich informacji, jeśli Shinra porzuci pracę w straży pożarnej i przyłączy się do niego. Chociaż świadomość, że jego brat żyje, wstrząsa Kusakabe do głębi, nie ma zamiaru przechodzić na ciemną stronę mocy, czym irytuje Jokera. W międzyczasie na scenę wkraczają Arthur i Tamaki, i chociaż początkowo nie wierzą w to, że zastana sytuacja nie ma związku z zawodami, szybko przekonują się, z jak niebezpiecznym przeciwnikiem mają do czynienia…

Trzeci odcinek dosłownie bombarduje widza informacjami i nie dotyczą one tylko przeszłości Shinry. Chociaż chłopak nie ma zamiaru rezygnować z zostania bohaterem, Joker zasiewa w nim zwątpienie w czystość intencji straży pożarnej. Po zakończeniu akcji bohater zwierza się ze swoich wątpliwości kapitanowi, który (niespodzianka) tłumaczy mu, że część z nich jest w pełni uzasadniona ze względu na złożoność całego systemu obrony przed Infernalami. Poza tym chłopak ma okazję spotkać strażaka, który uratował go z pożaru dwanaście lat temu – wybawca okazuje się dowódcą Oddziału 1 i twierdzi, że nie pamięta tego zdarzenia. Kłamie w żywe oczy, pytanie brzmi, dlaczego?

Autor, a za nim twórcy, wspaniale budują napięcie, ale doskonale wiedzą też, kiedy widzowi potrzeba chwili wytchnienia. Niby całość tonie w shounenowych schematach, ale bogowie, jak to się cudownie ogląda! Nie wiem, kiedy mija odcinek, a każda kolejna postać okazuje się bardziej zajedwabista. Poza tym to chyba pierwszy raz od dawna, kiedy protagonista swoim sposobem bycia nie doprowadza mnie do szału i wzbudza olbrzymią sympatię. Natomiast martwi mnie trochę nacisk, jaki położono w tym odcinku na fakt, jak ważną postacią jest kapitan Oubi – znaczy, pierwszy w kolejce do ubicia… Byłoby to bardzo smutne.

Nie mam też większych zastrzeżeń do oprawy graficznej, trochę mniej efektownej niż w pierwszym odcinku, ale nadal stojącej na wysokim poziomie. En’en no Shouboutai to po prostu kawał solidnej rozrywki, garściami korzystającej z tego, co już było, ale robiącej to z pomysłem i inteligentnie. Gorąco polecam, bo naprawdę warto.

W tym odcinku po raz pierwszy gości spokój, a my mamy okazję nieco lepiej poznać naszą nekromantkę. Tak więc po niezbyt długiej i niezbyt udanej walce z bossem towarzystwo kieruje się do restauracji, gdzie budowane są między nim relacje oraz pochłaniane są tony jedzenia. W tym czasie tak zwany „Żabi Doktor”, czyli postać, którą każdy fan Toaru rozpoznaje na pierwszy rzut oka, przeprowadza sekcję zwłok znanej z poprzedniego odcinka samobójczyni.

Moim zdaniem ten odcinek jest troszeczkę lepszy niż poprzednie. Tym razem nie znajdziemy w nim rozwlekłych, jednostronnych i raczej przegadanych walk, za to nieco lepiej poznajemy postacie, ich motywacje i stronę emocjonalną. Jednocześnie zaczynamy widzieć, że poza wymianą ciosów i ich odwróceniem przez Acceleratora, tudzież demonstrowaniem przez niego od niechcenia swej przewagi nad przeciwnikami, w tej opowieści może kryć się coś jeszcze.

Główny wątek fabularny najwyraźniej będzie się skupiać na nekromancji. Nie jest to może najbardziej zła odmiana magii, ale z całą pewnością jedna z najbardziej nieestetycznych i niepokojących. Tak więc historia jest dość, jak mawia młodzież, creepy. Co w następnych odcinkach może okazać się zarówno zaletą, jak i wadą. Jednakże ze względu na dość powolny rozwój akcji przekonamy się o tym dopiero w przyszłości.

No i po raz trzeci zdziwiłam się na widok końcowego napisu (czyli tytułu odcinka). Tym razem zleciało szybko z powodu emocji, które się zakotłowały, a że streszczanie emocji jest bez sensu, lepiej samemu ich doświadczyć, niniejszym zachęcam do oglądania, bo uważam, że warto.

Rzecz w tym, że Sato odmówił Uenoyamie, stwierdzając, że „nie sądzi, że powinien” dołączyć do zespołu. Spora część czasu antenowego to dość zabawne, ale i całkiem naturalne starania tego drugiego, by pierwszy zmienił zdanie, łącznie z googlowaniem porad, jak kogoś do tego skłonić, oraz pytaniem siostry (bezcenne). Mafuyu reaguje jednak wykrętami, a następnie, rzecz nowa, unikaniem kolegi. Dopiero Haruki uświadamia nastolatkowi, że tak naprawdę nie zapytał o powód odmowy, a przecież w muzyce chodzi o komunikację.

Uzbrojony w tę wiedzę Uenoyama czatuje na Sato, który właśnie znalazł nakazaną pracę (w całkiem adekwatnym miejscu, czyli klubie muzycznym) i przypadkiem staje się świadkiem przedziwnej i poruszającej sceny. Otóż Mafuyu zaczepia jakiś najwyraźniej znajomy mu chłopak, pytając o jego gitarę, a ten reaguje paniczną ucieczką. W rezultacie pogoni i wywarcia presji na Mafuyu Ritsuka dowiaduje się, że ten uważa się za osobę mającą poważne problemy z wyrażaniem emocji, co rzecz jasna skreśla go jako artystę scenicznego. Ale Ritsuka wie doskonale, że to bzdura, bo tamta piosenka zanucona na schodach niezwykle go poruszyła, i wyraża tę opinię dość gwałtownie (może nawet ciut przesadnie, ale co tam). Ostatecznie Mafuyu zgadza się więc dołączyć do zespołu i widać wyraźnie, że ta decyzja sprawia mu radość, a może nawet pewną ulgę.

To najważniejsze, ale oprócz tego nie sposób nie wspomnieć cudownej sceny z początku odcinka, konkretnie reakcji Harukiego na nieświadome(?) łamanie serc niewieścich przez Kajiego. Właściwie to oni zostali moimi ulubieńcami. Ich zachowanie względem Uenoyamy i w ogóle całej sytuacji z Sato pokazuje, że rzeczywiście są dojrzalsi niż dwaj nastolatkowie, a to ogromny plus dla psychologii postaci. No i dostarczają uroczych esdeczków.

Sam Mafuyu też odkrywa nieco kart: nie tylko rozmawia z Ritsuką, ale też mamy wgląd w jego wspomnienia, myśli i reakcje (w sytuacji zaskoczenia przez dawnego kolegę) oraz przebłysk owej tragedii, która czaiła się w tle już w pierwszym odcinku – najwyraźniej chodzi o śmierć kogoś imieniem Yuki, do kogo kiedyś należała gitara Mafuyu. Więcej się na razie nie dowiemy, bo Uenoyama ma dość wyczucia, by zapytać, czy jest to coś, o czym Sato nie chce mówić. Ten chłopak też ma naprawdę sensowną i wiarygodną osobowość i wydaje mi się, że największa siła tej serii będzie tkwiła właśnie w postaciach (aczkolwiek co do Mafuyu na razie należy się wstrzymać z oceną, bo mamy za mało danych). Co do fabuły, nie znam oryginału, ale na razie wygląda to dobrze – powiedziałabym, że na tyle dobrze, że obyłoby się nawet bez wątku BL, więc pozostaje mi mieć nadzieję, iż jego obecność nie wepchnie anime w tani dramat, bo szkoda by było tak dobrze zapowiadającej się serii.

Wizualnie było trochę sprytnych oszczędności na animacji, ale co się ma ruszać, rusza się dość dobrze i generalnie wygląda to zupełnie przyzwoicie, a tła wypełnione są zgrabnie i przyjemnie dla oka. Może nie ma olśniewających fajerwerków, ale też nic nie drażni, bo wszystko wygląda w zasadzie tak, jak powinno, więc czego chcieć więcej. Za to muzycznie nadal niewiele nas w tym odcinku zaskoczy, ale ma to uzasadnienie, przecież Mafuyu dopiero co się zgodził śpiewać w zespole. Tempo, emocje i naturalność rozwoju fabuły są naprawdę bez zarzutu. W dodatku wszystko wskazuje na to, że obsada serii w rychłej przyszłości się powiększy, więc spodziewam się wielu ciekawych interakcji. Oglądać!

Mijają dwa tygodnie odkąd Taichi i Rin rozpoczęli życie poszukiwaczy przygód. Na razie pozostają w najniższej klasie E, ale po prostych zadaniach przychodzi czas na pierwszą poważną misję. Wygląda na to, że przez slumsy przechodzą transporty skradzionych towarów, a bohaterom przypada zadanie obserwacji jednego z barów w tamtej części miasta. Jeśli uda im się zdobyć jakieś informacje, dostaną za nie dodatkową zapłatę. Gildia wystosowała dla nich specjalne zaproszenie, gdyż przed nimi z tym zleceniem nie poradziły sobie już dwie drużyny.

W mieście drastycznie rosną ceny żywności. Wynika to ponoć z tego, że ktoś napada na handlarzy, przez co spadła liczba dostaw. Bohaterowie szybko orientują się, że może mieć to związek z ich misją. Wizyta w barze potwierdza tylko, że w slumsach skradzionej żywności nie brakuje.

Wtykanie nosa w czyjś lukratywny biznes ma jednak konsekwencje – zaraz po opuszczeniu baru bohaterowie zostają zaatakowani przez trójkę zabójców. Rzecz jasna wychodzą z opresji bez szwanku, chociaż udaje im się pojmać tylko jednego z napastników. Trafia on, a raczej ona, do celi pod nadzorem gildii.

To jednak jeszcze nie koniec. Następnego dnia wizytę składa im Myura, która proponuje wspólną wyprawę na plantację, gdzie mają miejsce kradzieże owoców. Dziewczyna ma dobre przeczucia, że może się za tym kryć coś grubszego, gdyż już na samym początku misji plantacja zostaje zaatakowana przez orki i ogra.

Przeciwnicy nie sprawiają trójce bohaterów większego problemu, ale tak nagły obrót wydarzeń jasno dowodzi, że ktoś się ich spodziewał. Podejrzanie wygląda zwłaszcza Cassim (ten białowłosy chłopak), od którego Taichi wyczuł coś dziwnego. Nasza drużyna ma jednak plan zastawienia pułapki na przeciwnika, który również coś szykuje.

Isekai Cheat Magician okazało się lepszą serią, niż zapowiadało się po pierwszym odcinku, chociaż to nie oznacza, że jest szczególnie dobre. Postacie w jakiś sposób się rozwijają, ale zostało to pokazane na skróty do tego stopnia, że rzuca się to w oczy. Podobnie ma się konstrukcja fabuły – wydarzenia pędzą jak szalone, brak im szczegółów, odpowiedniego wprowadzenia i budowania jakichkolwiek emocji. Są do tego mocno schematyczne, co dodatkowo psuje ich odbiór. Źle wypada również oprawa wizualna. Detali jest jak na lekarstwo, sylwetki i twarze postaci deformują się często, a animacja jest uboga i kuleje. Sceny walki wyglądają naprawdę niedobrze, a brak funduszy i mocy przerobowych aż krzyczy z ekranu. Największym jednak problemem serii jest chyba fakt, że wychodzi w momencie, kiedy w tym gatunku możemy dowolnie przebierać. Ostatnio na brak opcji nie możemy narzekać, a to anime niczym nie potrafi się wyróżnić z tego tłumu, nie ma też żadnych oryginalnych elementów, które trzymałyby przy seansie. Kwestię dalszego oglądania należy więc rozstrzygnąć indywidualnie, biorąc pod uwagę ilość dostępnego czasu.

Po obserwacji ziemskich poczynań naszej bohaterki, Przodkini Klanu Ciemności postanawia wziąć sprawy we własne ręce i jakoś na nią wpłynąć. Ponownie kontaktuje się z Yuuko we śnie i od razu zostaje zastrzelona pytaniem, czy kiedykolwiek, przez te wszystkie lata udało jej się pokonać kogoś z Klanu Światłości? Cóż, okazuje się, że… A popatrz, jakie ładne kryształki zawiesiłam, prawda?

Ale mniejsza z tym kto i kiedy i ile razy kogo pokonał. Ważniejsze jest, że Yuuko się słabo stara. Nie ma talentu. Ma za miękkie serce. Nie ma intuicji. Za mało je. Nie ma siły i wytrzymałości. Za szybko się poddaje. I w ogóle. W sumie sama prawda, której Yuuko absolutnie nie przeczy. Przy okazji jednak dowiaduje się od Przodkini, że ich Klan ma moc wchodzenia w i manipulowania snami, co bohaterka by mogła wykorzystać, gdyby nie była taką ofiarą losu. Ale na to się kiedyś poradzi coś. Na razie powinna natychmiast zapisywać wszystko, czego się dowie od Przodkini oraz składać ofiary statuetce. Niestety interwencja Rodzicielki przerywa sen, jak też uniemożliwia wykonanie polecenia – choć w tym drugim pewną rolę mogły odgrywać placki.

Sen miał jednak skutek pozytywny, ponieważ Yuuko postanawia zacząć udzielać się przy obowiązkach domowych, by być lepszą Demonicą (przy okazji mordując swój mundurek), ku dumie Rodzicielki, która zdecydowanie coś ukrywa związanego z dziedzictwem rodowym i radości młodszej siostry, która mianuje się samozwańczo wielkim strategiem i postanawia ją wspierać wszystkim tym, co znajdzie w książkach.

 

Druga część odcinka poświęcona jest już ponownie interakcjom Yuuki z Momo, która to najpierw jej pożycza swój mundurek, potem go skraca, a potem oferuje pomoc w szkoleniu. Tak więc nasza bohaterka ląduje z nią w jakiejś zniszczonej fabryce i zaczyna ćwiczyć, jak pokonać magical girl. Dowiaduje się przede wszystkim, że na pewno ma jakąś moc, bo skąd te rogi i ogon, ale trzeba by ją jakoś uruchomić. A żeby to zrobić, trzeba mieć okrzyk bojowy, cel i różdżkę. Co prowadzi w końcu do dosyć nieoczekiwanego efektu…

 

Dobra, po trzech odcinkach można stwierdzić, że seria się nadaje do oglądania, chyba, że ktoś jest uczulony na docinki, SD-czki i lekki absurd. Nie trzeba przy tej serii myśleć, kombinować, można za to się odprężyć i poobserwować szereg luźno fabularnie powiązanych ze sobą scenek o tym, jak to stawiająca pierwsze kroki w zawodzie, świeżo upieczona demoniczka jest szkolna przez życie (i magical girl), by się w końcu ogarnąć i coś zrobić. Na szczęście nie widzę tu na razie zapowiedzi Mroku i Cierpienia (pominąwszy „musisz utoczyć krew z mahou shoujo i nakarmić posążek!” – ale to się da zrobić na różne sposoby), siły demoniczne są bardzo zdezorganizowanie i skoncentrowane na życiu jako takim, natomiast siły Światła wykazują pewną dziwną fascynację bohaterką. Oczywiście, może się także zdarzyć, że gdzieś się to wszystko odwróci o 180 stopni, ale serio, po takim openingu to byłby nieziemski troll ze strony twórców.

Nieobecność Tilarny szybko zostaje zauważona w biurze policyjnym. Kei próbuje się wykręcać od odpowiedzi, ale zniknięcie dziewczyny wychodzi na jaw, a on sam musi ruszyć na poszukiwania.

Jeśli jednak sądziliście, że wojowniczka z innego świata nie ma wystarczającej inteligencji, aby dopaść swój cel, to jesteście w błędzie. Wykorzystując poznanego wcześniej informatora i odpowiednio dużą zapłatę dociera do klubu należącego do Denisa Elbajiego. Co więcej,  mimo krótkiego pobytu na Ziemi potrafi wtopić się w towarzystwo klubowe.

Tu się jednak sprawy komplikują. Sam Denis okazuje się silniejszy niż nasza bohaterka mogłaby się spodziewać. Przegrana walka nie oznacza jednak śmierci Tilarny, a jedynie porwanie i podróż w nieznanym kierunku.

W tym momencie zaczyna zgrzytać sens wydarzeń. Bohaterka przewieziona zostaje do fabryki w której produkowane są bomby z wróżek, a Zelada, który miał ją przesłuchać, olewa sprawę i gdzieś znika. Co więcej, w budynku wybucha pożar, a Tilarna wykorzystuje sytuację i zauważa, że bomba, którą miał Denis, to falsyfikat z plastikową lalą w środku.

Dzięki uprzejmości ochroniarza podejrzanego pastora, który pomagał Tilarnie, Kei szybko wpada na jej trop i odnajduje miejsce jej pobytu. Jednakże na miejscu oprócz oddziału antyterrorystów pojawia się także zwierzchnik Matoby – Jack Roth. Okazuje się on rasistą, który nienawidzi przybyszy z drugiego świata i liczy na to, że akty terrorystyczne Zelady przerażą społeczeństwo i wrogo nastawią do siebie obydwie grupy mieszkańców miasta San Teresa. To on uknuł plan, który doprowadził do śmierci partnera Keia a także przydzielił do niego Tilarnę, by obecność niezorientowanej przybyszki utrudniała śledztwo. Liczył, że podwładny również podzieli jego opinię na tematy rasowe, ale grubo się pomylił, z tragicznymi dla siebie skutkami. Nie ma jednak czasu na zadumę, gdyż Zelada czmychnął z bombą, którą ma zamiar zgładzić kilkadziesiąt, jak nie kilkaset tysięcy mieszkańców miasta.

Tym razem logika wydarzeń w głównym wątku trochę zawiodła, chociaż postępowanie grupy przestępczej szybko doczekało się dość sensownego wytłumaczenia. Niesmak pozostaje, jednak liczba zalet tego tytułu jest przytłaczająca w zestawieniu z wadami. Nawet jedyna scena zawierająca fanserwis pokazała, że twórcy mają odpowiednie wyczucie, a projekty postaci Renjiego Muraty po prostu cieszą oczy. Tilarna to mimo drobnej postury poprawnie narysowana kobieta, a nie dziecko z przypisanym wyższym wiekiem. Oprawa wizualna we wszystkich aspektach jest naprawdę dobra, mimo niewielkich oszczędności poczynionych w scenach walki Tilarny z Denisem. Osobiście mogę tytuł gorąco polecić fanom gatunku, a także osobom szukającym po prostu ciekawej i całkiem nieźle przemyślanej fabuły.

Tematem odcinka jest nowe zadanie, przed jakim stają bohaterowie – tym razem o charakterze karnym w odwecie za działania Onigasakiego i Oshigiriego, którzy w wolnym czasie węszyli, gdzie nie trzeba. Na bohaterów zostają wypuszczone ludożercze i mobilne roślinki, zdolne dzięki mimikrze upodabniać się do nich. Czyżby w końcu prawdziwe zagrożenie? Bohaterowie wydają się w to święcie wierzyć i chronią się w piwnicy, by ostrożnie zaplanować swoje działania. Kiedy jednak mowa o przeciwniku, którego mimikra daje się przejrzeć błyskawicznie, który po powrocie do potwornej postaci nie atakuje od razu, a jeśli atakuje, to nie zadaje poważniejszych obrażeń, do tego zaś nieruchomieje po zachodzie słońca… To serio, poważniejsze wyzwanie stanowiły chwasty na mojej działce. Szczególnie podagrycznik.

Nowa sytuacja pozwala jednak wykazać sięYuzu Roromori, dysponującej – jak się okazuje – śmiertelnie skutecznym środkiem chwastobójczym. Przy okazji zabierania go z jej pokoju Onigasaki dowiaduje się o obsesji, jaką panna Yuzu żywi na tle Akatsukiego… Z czego właściwie nie wynika nic poza jedną sceną na koniec odcinka, która mogłaby zrobić wrażenie, gdyby bohaterowie zaczęli mnie choćby odrobinę interesować.

Po trzech odcinkach widać wyraźnie dwie główne słabości tej serii – każda z nich z osobna nie byłaby dyskwalifikująca, ale razem sprawiają, że Naka no Hito Genome [Jikkyouchuu] jest nie tylko niedobre, ale po prostu nużące. Pierwsza słabość to oczywiście wątek główny, przeskakujący po wyjaśnieniach i ignorujący oczywiste dziury fabularne jak choćby to, dlaczego bohaterowie dopiero po tygodniu stwierdzają, że w mieście nie ma oprócz nich nikogo. Nad tym, jak w ogóle działa mechanika tego świata, nie należy się zastanawiać. To typowy przykład wady, od której odwróciłaby uwagę wartka akcja, ale wydarzenia toczą się w rytmie letargicznym nawet w sytuacji, gdy bohaterowie podobno walczą o życie. Nie zapominajmy też o wtykanym w przypadkowe miejsca pseudohumorze… Albo nie, zapomnijmy o nim jak najszybciej.

Drugą słabością są bohaterowie i to właśnie stanowi dla mnie najgorsze rozczarowanie. Ich osobowości i działania są oderwane od wszystkiego i nie tworzą żadnego spójnego obrazu. Poznajemy przypadkowe fakty (typu „Anya cierpi na zaburzenia snu”) w losowych momentach, ale wszystko to nie układa się w żadną całość. Nie potrafiłabym powiedzieć nic o żadnej z postaci, łącznie z Akatsukim czy Yuzu, którym teoretycznie poświęcono więcej uwagi. Relacje w grupie nie istnieją, bohaterowie pozostają zbiorem cząstek obijających się o siebie w przypadkowych konfiguracjach i naprawdę nikt mi nie wmówi, że był to efekt zamierzony.

Gdybym oglądała to anime nieuprzedzona, doszłabym do wniosku, że to nieudana adaptacja gry komputerowej – z bezbarwnym protagonistą, w którego wciela się gracz, i stadem NPC-ów, których wątki poboczne zostały wycięte z braku czasu. Skoro to ekranizacja mangi, pozostają dwie opcje: albo materiał źródłowy jest do bani, albo scenarzysta nawalił na całej linii.

Chyba nie sądziliście, że bohater dostanie słodką panienkę za darmo? Zaraz po jej uwolnieniu oboje zostają zaatakowani przez wielkiego potwora, przypominający trochę pająka. Początkowo sytuacja nie wygląda dobrze, ale spokojnie, nie z takich opresji wychodził już Hajime.

Okazuje się bowiem, że Yua to wampirzyca! Wysysa trochę krwi swojego nowego kompana, po czym atakuje potwora niebieską kulą magii. Dzięki temu udaje się pokonać przeciwnika, którego nie widać w tych ciemnościach tak bardzo, że można sobie popsuć wzrok podczas oglądania.

Kiedy głęboko pod ziemią, „martwy” Hajime zmaga się z kolejnymi niebezpieczeństwami, na powierzchni jego byli towarzysze przygotowują się do nowej misji. Niemal u wszystkich widać niepewność i zmieszanie, chociaż w sumie nie do końca wiadomo, dlaczego. Oprócz jednej panienki reszta zdaje się średnio pamiętać o zaginionym towarzyszu, nikt też zbyt głęboko nie zastanawia się, dlaczego jeden z magicznych ataków wycelowanych w potwora trafił prosto w Hajime…

Wędrówka przez głębokie poziomy lochów nie jest oczywiście łatwa. Na jednym z nich Hajime oraz Yua zostają zaatakowani przez potwory wyraźnie kontrolowane przez jakieś pasożyty w formie kwiatków. Sama dziewoja również dostaje się pod jego kontrolę i zaczyna atakować swojego kompana.

Po całkowicie bezsensownym „dramatycznym” momencie bohater wypala z giwery do kwiatka na głowie wampirzycy, po czym bez problemu rozprawia się z potworem. Samej dziewoi nie bardzo spodobało się, że ktoś do niej strzelał, a niezadowolenie wyraża w jakże uroczym geście uderzania pięściami w pierś Hajime. Medetashi, medetashi

Rzecz jasna, to nie koniec przygód tej uroczej parki. Ruszają jeszcze głębiej, ale finał tej wyprawy poznamy następnym razem. Muszę przyznać, że wydarzenia z trzeciego odcinka idealnie wpisują się w obraz tragikomedii tego tytułu. Schematyczne, często bezpodstawnie dramatycznie sceny przeplatają nieco mdłe i ckliwe momenty, a samą Yuę rzecz jasna wykorzystano do scen fanserwisu. Odnoszę też wrażenie, że jej wampiryzm został dodany wyłącznie w celu pokazania scen wysysania krwi, które okraszono uroczymi dźwiękami… Przynajmniej dziewoja nie wypija jej tyle, żeby zaszkodzić towarzyszowi. Czy ja wspomniałem, że ma ona ponad 300 lat? Chociaż tego się pewnie sami domyśliliście.

Arifureta Shokugyou de Sekai Saikyou mimo wszystkich wad ogląda się zadziwiająco lekko. Wynika to zapewne z faktu, że przez nagromadzenie bzdur oraz klimat trudno serię traktować poważnie. Dzięki temu otrzymujemy całkiem zabawną (choć chyba niezamierzoną) parodię gatunku, która potrafi wciągnąć – naprawdę jestem ciekawy, jak nasz przepakowany bohater wydostanie się z lochów. Chcę zobaczyć, jak w glorii i chwale powróci ze swoją lolitą na powierzchnię, a jego byłym towarzyszom opadną szczęki… W tym szaleństwie jest metoda, a wszystkim mającym odpowiednio dużo dystansu do anime zdecydowanie polecam seans. Będzie zabawnie, o ile wcześniej nie oślepniemy od tej ciemnicy na ekranie.

Tag Cloud