Przyjaźń Ueahary i Amano rozwija się w najlepsze, mogą sobie pogadać o najnowszych grach i w ogóle. Ale kolejnym krokiem, jaki chce zrobić Tasuku, jest podlewelowanie kolegi z poziomu samotnego geeka prawiczka do osobnika posiadającego jakichś znajomych, a najlepiej dziewczynę. No, ostatecznie też mogą to być jacyś gracze. I tak w życiu Amano pojawia się nowa osoba, która nie dosyć, że jest dziewczyną, to jeszcze okazuje się tak samo zapaloną graczką, jak Keita – w dodatku oboje uwielbiają tę samą grę oraz mają takie samo podejście do grania i odczucia w stosunku do klubu gier, do którego, nota bene, Chiaki też została zaproszona przez Tendou.

Ach, te długie godziny spędzane na rozmowach i wymianie SMS-sów, lecz niestety! Okazuje się, że w garncu miodu znajdzie się też i łyżka dziegciu. Otóż Keita i Chiaki absolutnie nie zgadzają się w jednej kluczowej dla gracza kwestii i to na tyle, że Ueahara jest zmuszony wystąpić w roli mediatora. Nawet mu się to udaje, jednak zdecydowanie nie w sposób, w jaki powinien – pewnych rzeczy nie mówi się nieśmiałym nastoletnim dziewczętom, ponieważ efekty mogą być dosyć… Nieoczekiwane?

W trzecim odcinku nasz bohater wykazuje się z jednej strony całkowitym brakiem zrozumienia dla sytuacji oraz wyczucia – cóż, jego umiejętności komunikacji społecznej są zdecydowanie w powijakach, zwłaszcza gdy chodzi o płeć piękną. Ale należy przyznać, że się bardzo stara, bo z drugiej strony udaje mu się „prawie” naprawić szkody nieświadomie spowodowane przez Ueharę. Przy czym prawie robi wielką różnicę… I mimo że dalej podstawowy wątek odcinka dotyczy gry (bardzo ważnej dla dalszej fabuły, jak się można domyślić z przebitek w pierwszym, drugim i trzecim odcinku), tym razem się zaplątuje raczej na tym, kto z kim i kogo oraz dlaczego nie zrozumiał, ponieważ był za daleko, albo nie zauważył, lub nie zdążył wytłumaczyć. Przy czym od razu mówię – ta szkolna komedia pomyłek nadal jest produkcją sympatyczną i śmieszną (mam nadzieję, że taka pozostanie do końca), a stosunki pomiędzy bohaterami są wyjątkowo normalne. Gamers! można zatem uznać za jedno z sympatyczniejszych zaskoczeń sezonu, żywe, ładnie narysowane i postaciami, które ze sobą rozmawiają. No, prawie.

A poza tym do trzeciego odcinka załapał się jeden bardzo przypadkowy pantyshot oraz wyznanie miłości. Serio!

Powtórzę się: jakie to szczęście, że odcinki Clione no Akari trwają połowę standardowego czasu. A i tak mi się dłuży. W niniejszym Kyouko przeżywa fakt, że nie potrafi zdobyć się na odwagę i stawić czoło prześladującej Minori klasie – przeciwnie, ukrywa, że ma z nią cokolwiek wspólnego. (Przy okazji widz dowiaduje się, że cała klasa ma obowiązek ją obserwować i na nią donosić, by nigdy nie zeszła z celownika. Z jednej strony mogę uwierzyć w takie sprzysiężenie – psychologia tłumu itepe – ale z drugiej nie mogę nie zapytać, gdzie są nauczyciele i gdzie mają oczy? A może nic nie widzą, bo twórcy dla oszczędności nie pokazują ich twarzy…). Takeshi, znowu na dachu szkoły, próbuje ją pocieszyć, że może po wizycie w akwarium coś się zmieni, ale sam w to swoje gadanie nie bardzo wierzy. Oboje przy tym wyrażają się i myślą w sposób cokolwiek zbyt dojrzały jak na przypuszczalny ich wiek. Chyba że to znowu wina rysowników i są starsi, w każdym razie coś mi tu nie gra.

Z nowości, w tej szkolnej Sodomie i Gomorze znajduje się jeszcze jedna sprawiedliwa, koleżanka Kyouko, Nanami. Nie tylko nie zdradza jej konszachtów z Minori przed innymi, ale postanawia im kibicować, a potem nawet nawiązuje z prześladowaną nic porozumienia. Dzieje się to, kiedy pełni jakieś obowiązki w gabinecie pielęgniarki, gdzie Minori w ukryciu spożywa swoje biedne drugie śniadanie. Nanami nuci mianowicie jakąś melodyjkę, wyobrażając sobie poniższy szczęśliwy świat ze szczęśliwymi zwierzątkami, a potem zaczyna dzwonić, tj. szczekać i miauczeć, jej komórka, co prowokuje Minori najpierw do oklasków, a potem do śmiechu. Nanami wtóruje. W ostatniej scenie widzimy Minori zwierzającą się znów pomnikowi ryby, że nie chce nikomu sprawiać kłopotów, a następnie słabnącą. Co sugeruje, że w końcu zapadnie na zdrowiu, jak głosiły zapowiedzi, ale tymczasem mamy koniec odcinka i mojego zajawkowania. Alleluja.

 

Aby podsumować, znowu muszę się powtórzyć: jest drętwo i bez życia (w samym openingu jest go duuużo więcej, niż było w tych trzech odcinkach razem wziętych), kwestie bohaterów są sztuczne i wygłaszane bez polotu, a oni sami mało wiarygodni, do tego stopnia, że w miarę realistyczna sytuacja, która powinna wzbudzać empatię widza, nie wzbudza niczego, jedynie zniechęcone znużenie i zerkanie na czas odcinka. Graficznie i muzycznie jest równie cienko i nijako, i to nie tylko dlatego, że nadal pada oszczędnościowy deszcz. Nawet zrzutkę na początek trudno mi było wybrać, a za najładniejsze kadry uważam te ze zwierzątkami Nanami. Tylko może w innej bajce… Nie widzę w tym anime ani jednej zalety – co oczywiście nie znaczy, że ktoś inny jakiejś nie dostrzeże, ale ja nie polecam.

Na razie nie rozumiem jednej rzeczy: dlaczego, mając tak udany pierwowzór w postaci mangi, twórcy anime kombinują i przestawiają wydarzenia, jak im pasuje? Od razu dodam, że nie wychodzi im to przesadnie źle, ale jednak mimo wszystko w mandze wszystko działo się nieco wolniej a przez to naturalniej. I nie dociera do mnie tłumaczenie, że ma być tylko dziesięć odcinków i dlatego się tak spieszą. Na tę chwilę mamy w zasadzie zamknięte wprowadzenia dwóch dziewczyn, zostały jeszcze dwie, więc nie widzę powodu do tak dużego pośpiechu. Ale wierzę, że twórcy anime mają jakiś przemyślany plan i nie zepsują tej bardzo sympatycznej adaptacji.

Odcinek, tak jak podejrzewałem, skupił się na wprowadzeniu Ranko, najlepszej przyjaciółki Yukany, która jest bardzo zazdrosna, że w otoczeniu Yukany pojawił się nagle jakiś facet i zrzucił ją z piedestału. Niewiele myśląc, podrzuca ona do szafki na buty chłopaka list miłosny, na co jego koledzy reagują typową frustracją. W sumie nie ma im się co dziwić, bo Junichi stał się aż nazbyt popularny, więc ich reakcja jest w pewnym sensie zrozumiała. Kierowany dobrym sercem i ciekawością chłopak udaje się na spotkanie, podczas którego Ranko wyraźnie daje mu do zrozumienia, że ma na niego ochotę. Spotkanie przerywa jednak nadejście Yukany, która wbrew najczarniejszym myślom głównego bohatera obraca całe zajście w żart i przedstawia mu przyjaciółkę.

Następuje spokojniejsza część odcinka, dająca możliwość nieco lepszego poznania nowo wprowadzonej postaci – cała trójka udaje się na wspólną wyprawę do sklepów. Ranko cały czas wydaje się miła, ale na koniec pokazuje swoje prawdziwe oblicze, kiedy siłą wchodzi do domu chłopaka i próbuje go zgwałcić. Junichi ma tu swój lepszy moment, kiedy naprawdę zdecydowanie stara się bronić przed napastliwą dziewczyną i próbuje jej wytłumaczyć, że nie zależy mu na seksie z kimkolwiek, ale właśnie z Yukaną, co dodatkowo rozwściecza Ranko. Ubzdurała sobie bowiem, że pozbawiając chłopaka dziewictwa, po pierwsze pozbawi go jego „życiowego celu”, po drugie rozbije ich związek. Sytuację ratuje nagłe wejście głównej bohaterki, która zauważyła, że jej przyjaciółka zachowuje się dziwnie, i postanowiła ją śledzić. Koniec końców Junichi postanawia kryć Ranko i nie zdradza swojej dziewczynie, co zaszło, a całe wydarzenie udaje się znowu opisać w taki sposób, aby nikt nie został poszkodowany. Końcówka pokazuje nam kolejnego knuja w osobie Yui, której wyraźnie nie podoba się to całe nagłe zainteresowanie osobą głównego bohatera.

Mimo wszystkich modyfikacji względem pierwowzoru to anime jest fajne. Dopiero po skończeniu emisji będę mógł na 100% powiedzieć, czy wszystkie te zmiany wyszły mu na dobre, ale ogląda się to sympatycznie, można się czasami nieźle uśmiać, a i opowiadana historia, mimo że sztampowa, nie jest głupia. Nie każdemu jednak ta seria przypadnie do gustu ze względu na wyraźnie majtkowe klimaty i dużą ilość fanserwisu, który jednak jest tu dobrze uzasadniony, a nie wciskany bez sensu. Oprawa graficzna nie robi piorunującego wrażenia, bowiem tu ewidentnie wszystko „poszło w cycki”, a reszta tylko wiąże koniec z końcem, co jednak absolutnie mi nie przeszkadza. Jeśli jednak ktoś patrzy na mnie jak na wariata, kiedy z uporem maniaka piszę po raz enty, że nie jest to typowa haremówka, a nie boi się spoilerów, to zapraszam do zapoznania się z rozdziałem 47 mangi, który powinien rozwiać wszystkie wątpliwości. Mam nadzieję, że w jakimś stopniu zachęciłem do zapoznania się z tą produkcją i równie gorąco polecam sięgnięcie po mangę – myślę, że na chwilę relaksu w leniwe letnie popołudnia obie pozycje będą jak znalazł.

W przyszłości jeszcze dalszej niż daleka, gdy zwaśnione imperia dawno zniknęły w pomroce dziejów, na obrzeżach gigantycznej pierścieniowej struktury żyje sobie młody złomiarz, Banjo Ueki Tylor. Wraz ze swoim pomocnikiem, robotem Yamamoto 372, przemierza ogromne wysypisko śmieci w poszukiwaniu czegoś, co warto by sprzedać. Pewnego dnia jednak natrafia na statek kosmiczny – i to nie byle jaki złom, ale nieuszkodzoną jednostkę starożytnego Imperium Ralgoon. Na jego pokładzie zaś znajduje się dziewczyna, która przedstawia się jako cesarzowa Goza 168, czyli Azalyn. Wiadomość, że imperium, którym władała, już nie istnieje, początkowo ją zaskakuje, Azalyn szybko jednak uznaje, że należy udać się do centrum galaktyki, by tam rozpocząć odbudowywanie dawnej potęgi. W tym celu należy pozyskać statek międzygwiezdny, taki jak ten znajdujący się w posiadaniu miejscowego gangu. I można wyruszać w podróż… pod ziemię, bo do tego ów statek okazuje się przystosowany.

  

  

Na wypadek, gdyby ktoś się zastanawiał, właśnie zdążyłam streścić trzy odcinki Musekinin Galaxy Tylor. To dużo czy mało wydarzeń? Teoretycznie dość na trzyminutową formułę, ale w praktyce trudno oprzeć się wrażeniu, że oglądamy telegraficzny skrót, coś w rodzaju Dragon Ball w pięć minut. W odróżnieniu od Nora to Oujo to Noraneko Heart, da się tutaj połapać, o co właściwie chodzi, ale to nie znaczy, że seria staje się przez to interesująca. Fabuła rozwija się tak pospiesznie, że trudno poszukiwać w niej jakiejś logiki czy przyczynowo-skutkowości. Gagi umiarkowanie śmieszą, przede wszystkim dlatego, że nie było czasu ani na przybliżenie bohaterów, ani na osadzenie ich w jakimś kontekście.

Do tego jeszcze oprawa audio-wizualna jest w najlepszym razie mierna. Po grafice trudno spodziewać się cudów – chociaż niektóre kadry, szczególnie szersze plany, wyglądają całkiem ładnie, a oldschoolowa kreska ma pewien urok. Wszystko jest jednak krzywe (mam wrażenie, że z każdym odcinkiem bardziej) i animowane zdecydowanie oszczędnie. Jednakże gwoździem do trumny okazuje się gra seiyuu. Tylor mówi głosem Hikaru Koide, która nawet nie próbuje udawać, że gra chłopaka – w związku z tym brzmi jak bardzo małe dziecko, a nie jak nastolatek, na którego wygląda. Równie wysoki głos ma grająca Yamamoto Hina Higuchi, ale powiedzmy, że w przypadku robota to mniej przeszkadza. Przede wszystkim jednak wszystkie trzy – doliczając Kanon Takao w roli Azalyn – kompletnie nie radzą sobie z aktorstwem, odczytują tylko kwestie sztucznie podekscytowanymi głosami. Jestem się gotowa założyć, że spełniają się bardziej jako idolki, zaś to anime to tylko poboczny projekt w ich karierze.

  

Nie wydaje mi się, by ta seria telewizyjna mogła kogokolwiek zachęcić do sięgnięcia po powieść (co zapewne było celem jej powstania) albo obejrzenia dawnej serii Musekinin Kanchou Tylor (a to już wielka szkoda). Nawet nie umiem powiedzieć, czy jest tak nieudana z powodu marnej jakości materiału źródłowego, czy też dlatego, że w tym streszczeniu zabrakło jakiejś wizji, która nadałaby mu spójności. Absolutnie odradzam, chyba że ktoś chce się przekonać, że trzy minuty wystarczą, by znudzić i poirytować widza.

Trzeci odcinek spieszy z wyjaśnieniem moich zeszłotygodniowych wątpliwości na temat źródeł sukcesu egzaminacyjnego uczniów klasy D. Więcej, połowa trzeciego odcinka to retrospekcja odsłaniająca kulisy Wielkiego Plany głównego bohatera. Wielkim Planem jest wyłudzenie zeszłorocznych testów od zdesperowanego sępaja w zamian za używaną w szkole walutę. Wszystko w zgodzie z zasadami, 100% uczciwie, zero oszukiwania. Odpowiedzi na pytania zostają następnie przekazane koleżance cycatej gorliwej, która ma je rozpowszechnić pomiędzy kolegami i koleżankami, a główny bohater zostanie w cieniu, by nikt jego geniuszu tudzież dobrego serca nie zobaczył. W połowie odcinka natomiast wychodzi na jaw dość kuriozalna sytuacja. W końcówce drugiego odcinka powiedziano wyraźnie, że wszyscy uczniowie uzyskali wysokie wyniki, teraz jednak okazuje się, że jeden z uczniów boleśnie oblał. Boleśniej, ponieważ do zaliczenia brakuje mu jednego punktu. Czyli jak w końcu? Dla wzmocnienia cliffhangera twórcy nagięli fakty, kierując się nadzieją, że nikt nie zauważy? Słabo, moi mili, bardzo słabo. Jakby jednak nie było, ów nieszczęsny uczeń, czyli zbuntowany mięśniak Sudo, ma teraz nielichy kłopot. Oczywiście nic nie da się zrobić, chyba że do akcji wkroczy główny bohater. Główny bohater jest błyskotliwy i śmiały, zaczepia więc nauczycielkę na dachu i kupuje Sudzie brakujący punkt, ponieważ się da.

I wszyscy znowu mogę żyć w szczęściu i weselić się dniami i nocami. W bonusie dostajemy kolejną zupełnie nic niewnoszącą scenę z tajemniczą dwójką z klasy A oraz wywołane przez głównego bohatera ocieplenie wizerunku naczelnej tsundere, wszystko po to, by mógł on zachować pozycję szarej eminencji. A w końcówce niespodziewany zwrot akcji, koleżanka cycata gorliwa skrywa mroczną stronę! I nie lubi naczelnej tsundere! Niechęć ta jest prawdopodobnie wywołana zagrożeniem utraty tytułu klasowego anioła dobroci i miłosierdzia. Jednym słowem groza, ale i oznaka ambicji!

   

   

Jak ja mam to wszystko podsumować? Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z typową ekranizacją typowej light novel, którą można oglądać, ale właściwie nie oferuje toto żadnych prawdziwe pozytywnych emocji. Zwroty fabularne da się wyczuć na tyle wcześnie, że ich pojawienie się na ekranie nie może naprawdę zaskoczyć. Na dodatek nie jest specjalnie ładne, a organowe wstawki w „kluczowych momentach fabuły”, brzmią przesadnie patetycznie. Na plus zapewne można zapisać fanserwis skierowany do wielbicieli walorów kobiecego ciała (panowie niestety są wybitnie szpetni). Górne części garderoby bohaterek opinają się wręcz nieziemsko na ich nieziemskich biustach, a i spódniczki są odpowiednio kuse. Być może te widoki przyćmią komuś potknięcia scenariusza, ale ja wysiadam.

Właściwie można się było tego spodziewać: Nora to Oujo to Noraneko Heart jest kolejną z szeregu całkowicie hermetycznych produkcji, przeznaczonych wyłącznie dla fanów oryginału (w tym przypadku gry visual novel). Zazwyczaj omijam takie tytuły, tym razem jednak wydawało mi się, że będziemy mieć do czynienia z okrojoną, ale jednak adaptacją – to wrażenie wzmagały dość normalnie wyglądające grafiki promocyjne. Nic jednak z tego. Trzy odcinki, obejrzane sumiennie na próbę, to przegląd różnych dziewcząt, wprowadzanych bez słowa wyjaśnienia, oraz scenek – jak sądzę, parodiujących ich wątki w grze. O świecie przedstawionym wiemy tyle, że licealista Nora Handa został przez księżniczkę świata zmarłych, Patricię, zmieniony w czarnego kota, zaś odczarować go może pocałunek, od razu jednak poinformuję, że nie zanosi się na to wiekopomne wydarzenie.

  

  

Grafika jest skrajnie uboga, co nie do końca widać po przedstawionych zrzutkach. Postaci są płaskie i nie tyle się poruszają, ile są poruszane na tle dekoracji, ze szczątkową animacją. Dialogi, przeważnie w tempie karabinu maszynowego, dla osób nieznających gry nie mają większego sensu. Od biedy może się chwilami sprawdzać najprostszy humor slapstikowy, ale to nie wystarczy niestety, żeby polecić tę serię komukolwiek. Ta króciutka zajawka ma za zadanie ostrzec tych, którzy – tak jak ja – dali się zwieść ładnym grafikom promocyjnym i spodziewali się przyjemniej komedii z ładnymi dziewczętami (i kotem).

Jeśli można się do czegoś przyczepić, to nie przepadam za dzieleniem odcinków tak, by w kolejnym znalazła się już tylko scena kulminacyjna, tak jak tutaj. Poprzedzenie jej retrospekcją także trochę zaburzyło płynność narracji – jednak to nie są wady, na które narzekałabym aż tak bardzo.

  

  

Znowu dzieje się mnóstwo: bohaterowie pokonują demony i wracają do miasteczka, gdzie zostaje wyprawiona uczta na ich cześć, potem zaś, wraz z ofiarowanym przez wdzięcznych mieszkańców skarbem, udają się w drogę powrotną do rodzinnej wioski. Stamtąd – nieco przypadkiem – trafiają do pałacu, gdzie odkrycie królewskiego sekretu sprawia, że zostają wtrąceni do lochu. Oczywiście wychodzą z tego obronną ręką, po drodze pokonując jeszcze jednego demona, i w towarzystwie tajemniczej i egzotycznej piękności władającej czarną magią wyruszają w nową podróż.

  

  

Tak jak poprzednio, mnóstwo tu nabijania się z fantasy, RPG i gier komputerowych, jednak uważni widzowie zauważą coś jeszcze. Umówmy się: na parodii można zajechać na jakąś odległość, jeśli jednak planuje się dłuższą opowieść, trzeba umieć sprawić, żeby widzowie polubili bohaterów. Nike i Kukuri to dwójka przeuroczych dzieciaków i samo patrzenie, jak radzą sobie z kolejnymi perypetiami, sprawia sporą przyjemność, ale to nie wszystko. Chociaż świat, w którym żyją, z naszego punktu widzenia jest sztampowy i niepoważny, dla nich wyzwania, przed którymi nagle stają, mogą się wydawać trochę przytłaczające. Bardzo wiele mówi reakcja Kukuri na przywołanego potwora. Owszem, jest szczęśliwa, że dzięki temu wygrali walkę, ale świadomość, że nagle może przywołać broń masowej zagłady jest… taka trochę trudna. To krótka i pełna ciepła scena, zakończona komediowym akcentem, żeby nie psuć widzom nastroju, ale podobne motywy będą wracać jeszcze w przyszłości, zdecydowanie wzbogacając przedstawioną nam historię.

 

 

Trudno pisać coś więcej o serii, która wprawdzie jest dość specyficzna, ale też po prostu dobra. Fabuła zachowuje zarówno komizm, jak i ciepły urok, jakie pamiętam ze starszej odsłony. Postaci – chociaż na razie poznaliśmy tylko małą część obsady – są wyjątkowo sympatyczne (mam tylko wrażenie, że charakter Nikego nieco złagodzono w stosunku do wcześniejszej wersji), a przy tym barwne i pełne życia. Pod adresem grafiki nie mam dość komplementów: jest prześliczna i pomysłowa, czyli ma dwie cechy obecnie rzadko już spotykane w telewizyjnych anime. Owszem, to może być seria dla dzieci, ale z gatunku tych, przy których także stare konie będą się świetnie bawić. Powiedziałabym – im starsze tym lepiej, biorąc pod uwagę, jak bardzo Mahoujin Guru Guru czerpie ze starych gier komputerowych.

Chociaż następna haremetka przybędzie dopiero w czwartym odcinku, zaś na zgromadzenie zestawu pokazanego w czołówce potrzeba jeszcze trochę czasu, powyższa zrzutka podsumowuje właściwie wszystko, czym jest ta seria. To opowieść o chłopcu, któremu wszystko się udaje i dzięki temu jest podziwiany przez wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem dziewcząt. Nie, nie napiszę „uroczych” ani „słodkich”, ponieważ na tym etapie jedynym przymiotnikiem, który je określa, jest „nijakie”. Jak się domyślam, Linze ma być słodka i nieśmiała, Elze przebojowa i szorstka, zaś Yae ciut staroświecka, ale wszystkie te cechy są kompletnie przytłumione ich bezgranicznym uwielbieniem dla umiejętności Touyi.

  

Tym razem nie chce mi się robić kompletnej listy, szczególnie że byłaby ona powtarzalna. Ten odcinek zawiera mniej spójnej fabuły, a więcej oderwanych scen mających udowadniać wspaniałość bohatera. Na samym wstępie Touya pomaga zagubionej lisiouchej panience znaleźć starszą siostrę, potem zaś dowiadujemy się, że w międzyczasie zachwycił nowy świat wprowadzeniem do niego shogi oraz rolady z bitą śmietaną. To, czego nie może robić bezpośrednio za pomocą smartfona, wykonuje z wykorzystaniem magii, której działanie można sprowadzić do „wszystko, czego akurat autor zapragnie”. Bo przecież niby są jakieś rządzące nią zasady, ale bohater ma dostęp do nieograniczonego zasobu zaklęć personalizowanych, dla całej reszty świata ograniczonych do (w najlepszym razie) jednego na łebka.

  

  

Trochę więcej ciągłości pojawia się w dalszej części odcinka, gdy bohaterowie wyruszają walczyć z jakimiś przypadkowymi potworami w ruinach dawnej stolicy. Jako że zdolności Touyi ujawniają istnienie podziemnego przejścia (przy okazji zostajemy poczęstowani najbardziej lamerską wersją zaklęcia Explosion, jaka tylko może być), cała czwórka wyrusza na poszukiwanie skarbów, znajduje zaś pierwsze poważniejsze wyzwanie w postaci kryształowego pająka z funkcją kuli dyskotekowej. Jest to przeciwnik tak potężny, że udaje mu się nawet utoczyć w czasie walki pierwszą krew, na krótko jednakże, bo zdolności Touyi pozwalają na natychmiastowe uleczenie śmiertelnie rannej Elze (na bis zaś spierają z ubrania ślady krwi, nie niszcząc kolorów). Ponieważ jednak pająk zaczyna być trochę uciążliwy, Touya dzięki swej pomysłowości i zdolnościom jednym strategicznych posunięciem kończy walkę. Ostatnie sceny odcinka sugerują natomiast dramatyczny zwrot akcji polegający na doczepieniu do Touyi blond haremetki, zdaje się, że dla odmiany królewny. Jak sądzę, następne w kolejce będą najpotężniejsza czarodziejka tego świata oraz jakaś przypadkowa bogini. Nie, nie znam spoilerów, zgaduję.

  

Napisałabym, że zdecydowanie nie polecam, ale z drugiej strony trzeba przyznać, że Isekai wa Smartphone to Tomo ni nie odstrasza właściwie niczym poza przerażającą nudą i nijakością. To zaś oznacza, że mogą się znaleźć widzowie, którym taki rodzaj serii, pozwalający całkowicie wyłączyć szare komórki i popatrzeć na kolorowe obrazki, będzie odpowiadać. Ostrzegam tylko, żeby nie szukać tutaj ani komedii, ani fanserwisu, ani przygody… Niby wszystko to jest, ale tylko z nazwy, bo tak naprawdę, jak w starym już internetowym memie, nie ma tu niczego.

Pierwsza część odcinka mija początkowo pod hasłem przemycania sposobów indoktrynacji, przykładowo w formie umieszczania „odpowiednich” treści w bajkach dla dzieci. Później poznajemy lepiej Shino – kuzynkę Himeno, którą dostaje ona pod całodniową opiekę. Dla zabicia czasu dziewczyny wybierają się do sklepu, po drodze spotykają zaś Manami i jej trzy młodsze siostry, które są anthro. Reszta pierwszej połowy odcinka mija nam na rozważaniach kogo można, a kogo nie można całować, kiedy jest się dzieckiem i dorosłym. Całą misterną ścieżkę dydaktyczną licealistek burzy przybycie dwóch koleżanek, z których jedna ma dość swobodne podejście do pocałunków. Epizod kończy się sceną kąpielową oraz niewybrednym żartem cioci pod adresem Himeno, dotyczącym zaangażowania w opiekę nad jej córką. Według mnie ta część nie zawierała niczego niewłaściwego, choć poruszała tematy dość trudne, na które tak naprawdę każdy z nas ma jakieś własne spojrzenie.

Druga część odcinka ma bardziej familijny charakter i skupia się na bardzo pozytywnym przesłaniu, że rodzina jest najważniejsza, ważniejsza niż praca, o czym często zapomina się w dzisiejszym społeczeństwie, bez względu na to, czy jest to Japonia, Polska, czy fantastyczny świat, w którym żyją nasze bohaterki. Miłym akcentem był prawie całkowity brak Himeno i skupienie się na poznanych w poprzedniej części Manami i jej siostrach. Dziewczyna musi wyjść do szkoły, więc dziewczynki muszą spędzić dzień same. Na szczęście dopisuje siła przyjaźni i gromadnie zjawia się w ich domu grupka przyjaciół. „Anielica”, chociaż stoi na czele samorządu szkolnego, cały czas stawia swoją rodzinę na pierwszym miejscu, mimo wyraźnych sprzeciwów i nacisków kolegów oraz koleżanek. Podsumowanie jednego z nich, że „z takim podejściem dziewczyna nic nigdy nie osiągnie” doskonale puentuje mentalność społeczeństwa, które podąża tylko za karierą.

Dzieciakom natomiast dzień mija na wspólnych zabawach, a w międzyczasie mamy też okazję przekonać się, że w obliczu problemu, jakim jest zasłabnięcie najmłodszej dziewczynki, potrafią się one zachować całkiem odpowiedzialnie. Na koniec czeka nas mała nadnaturalna niespodzianka, która okazała się bardzo ciepłym i sympatycznym akcentem, a przy tym naprawdę mnie zaskoczyła.

Ta seria na pewno nie jest dla każdego. Czasami bardzo subtelnie, a czasami z urokiem słonia w składzie porcelany porusza trudne, niepopularne, a nieraz nawet polityczne tematy o codziennym życiu w świecie, gdzie „poprawność i równość” są na pierwszym miejscu. Komu nie przeszkadzają przemycane tu treści, otrzyma bardzo sympatyczne okruchy życia z wieloma ciekawostkami, o jakich inne serie o nieludziach nawet nie wspominają.

Miłymi akcentami są kapelusze z miejscami na zwierzęce uszy, okulary z opaską zakładaną na głowę (przy braku naturalnego dla nich oparcia to zrozumiałe rozwiązanie), samochody przystosowane dla centaurów i wiele innych smaczków. Tak więc jeśli nie zraziła Was tematyka i wciskane tu i ówdzie nieco cięższe wątki, to gorąco polecam tę jakże interesującą i nietypową serię. Szkoda jedynie, że oprawa graficzna nie jest na lepszym poziomie, bo jednak pomimo wielu całkiem ładnych scenek, widać tu oszczędności i niezbyt wielki budżet. Mimo wszystko ta niewielka wada nie wpływa w moim przypadku na bardzo pozytywny odbiór tego anime.

W odcinku trzecim obie pary jadą na narty, korzystając z ferii zimowych. Rodzice dziewczyn nie mają zielonego pojęcia, że pojechały one z chłopakami, a cel podróży wydaje się bardzo jasno określony (przy czym pewnie wszyscy się domyślają, że jazda na nartach nie będzie tu priorytetem).

Na miejscu wita nas przydługa scena fanserwisowa z udziałem dziewczyn, które zabawiają się w saunie. Dla mnie miał tam miejsce kompletny akt seksualny, ale dziewczyny zdają się mieć inne zdanie, bo jak to stwierdziła Hotaru: „przecież ci tam nic nie włożyłam”… Tu wrzucę małą dygresję na temat tego, co mi najbardziej zgrzyta w tej historii. Jest to właśnie postać Hotaru. Po pierwsze jest zbyt nachalna w swoich awansach, po drugie, nadal nie wiadomo, o co tak naprawdę jej chodzi. Niby zabawia się z Yumą, ale wszystko obraca w żart. Nie mam nic przeciwko postaciom ukrywającym swoje intencje, ale ta dziewczyna mnie zwyczajnie irytuje tym zachowaniem. Tym bardziej poczułem ulgę, gdy dostała w twarz od przyjaciółki, gdy po raz kolejny zmusiła ją do pocałunku. Bo wszystko tu dzieje się trochę na siłę, niby Yuma nie stawia oporu, niby coś tam sobie myśli, że jest jej fajnie, jak ją przyjaciółka mizia tu i tam, ale nadal wszystko niebezpiecznie zbliża się do granicy robienia czegoś pod przymusem – nie wiem, czy w końcu ta granica nie zostanie przekroczona.

Zabawnym akcentem był fakt, że twórcy jakby wyczuwali, jakie zarzuty będę miał do tej historii, i starali się na nie odpowiedzieć, czego efektem był krótki dialog dziewczyn po wspomnianym pocałunku, mający podzielić między nie winę za całą sytuację. Tak więc w drugiej części dziewczyny trochę pojeździły na deskach, pocałowały się, pokłóciły, a wszystko to bacznie obserwował z ukrycia Fujiwara, który zdaje się już doskonale wiedzieć, co się święci i najprawdopodobniej uświadomił o tym fakcie Hotaru, z którą pod koniec poszedł do pokoju.

Jestem umiarkowanie ciekawy, co będzie dalej. Nie jest to może jakaś bardzo porywająca historia, ale mam nadzieję, że zostanie zakończona w miarę konkretną puentą. Strona graficzna trochę podupada, ale małe i lubiane przeze mnie studio robi, co może i w miarę dobrze im to wychodzi. Ja pewnie dotrwam do końca, a jak już dotrwam, to stworzę jakieś podsumowanie całości w formie recenzji, o ile seria będzie „do wzięcia”.

Tag Cloud