Ten odcinek dla odmiany zawierał w równej proporcji mieszankę rzeczy przewidywalnych i mniej przewidywalnych. Chyba dla nikogo nie było zaskoczeniem, że superprzystojny celebryta Tomoya nie okazał się takim chodzącym ideałem, jakim był w poprzednim odcinku. Nietrudno było także odgadnąć, że osobą wspierającą Nanę w tym świecie okazał się nielubiany przez nią ojczym. Ciekawa była za to scena otwierająca odcinek, będąca kontynuacją tego, co widzieliśmy poprzednio – jak się okazało, Nana nie przeszła prania mózgu ani nie „wtopiła się” w wersję z aktualnego świata, tylko uczciwie doszła do wniosku, że małżeństwo z gwiazdorem to może być fajna sprawa. Co do nieprzewidywalnego – nie spodziewałam się, że ta historia płynnie przejdzie w nawalankę na supermoce, ale najbardziej nie spodziewałam się tego, że obie te płaszczyzny, bardzo okrucho-życiową i przygodową, da się całkiem sensownie ze sobą ożenić (gra słów zamierzona).

 

 

Nadal główną zaletą tego anime jest to, że bohaterki w większości przypadków zachowują się ze zdumiewającą wręcz logiką. Tu znowu wskażę scenę na początku, gdzie „aż się prosiło” o spiętrzenie nieporozumień, które jednak zostały wyjaśnione dzięki precyzyjnym pytaniom Chloe. Podobnie później Asuka w wersji survivalowej (ochrzczona przez swoją odpowiedniczkę „Seriouska”), przyłapana na eksterminacji królikopodobnych stworzonek, nie czai się i nie dziczy, tylko wyczerpująco odpowiada na pytania bohaterek. Tak naprawdę w tym odcinku znalazła się jedna nieładna dziura fabularna, ale musiałabym zdradzić zbyt wiele z przebiegu wydarzeń, żeby ją wytknąć.

 

Po trzech odcinkach pozostaje podkreślić, że ta mieszanka gatunkowa, jaką prezentuje Akanesasu Shoujo, nie każdemu będzie odpowiadać. Na pewno nie należy się zmuszać, szczególnie jeśli kogoś nie zainteresują bohaterki, bo jeśli mogę pokusić się o jakieś przewidywania, ich historie i interakcje będą przez większość czasu na pierwszym planie. To jedna z tych serii, które same prowadzą widza i którym trzeba zaufać, zamiast bezustannie starać się przyszpilić „o czym to ma być”. Przyznam, że mnie się podoba, co jest o tyle zdumiewające, że w ciągu ostatnich lat próbowałam ileś razy podchodzić do podobnych produkcji i za każdym razem odpadałam od nich z gwizdem. W tej coś zdecydowanie siedzi, acz proszę pamiętać, że to opinia po trzech odcinkach i fabuła może zapikować w dowolnym momencie w górę lub w dół, całkowicie zaprzeczając moim prognozom.

Moje oczy krwawią po tym, jak zobaczyłem animację poruszających się gałęzi na początku odcinka. Kontrast jest szczególnie wyraźny, jeśli chwilę wcześniej zobaczyło się Yagate Kimi ni Naru z całym dobrodziejstwem inwentarza. Potem poznajemy tytułową Jeanne podczas gdy odprawia tajemniczy rytuał. Modli się, aby angielskie wojska opuściły jej kraj, aby wojna się zakończyła i żeby urosły jej piersi (wiadomo, w życiu trzeba mieć priorytety).

Jej wesoły obrządek przerywa przybycie alchemika od siedmiu boleści (nie muszę chyba pisać, o kogo chodzi). Jak dowiedzieliśmy się w poprzednim odcinku, od siedmiu lat nie udało mu się stworzyć eliksiru i nic nie wskazuje, aby coś w tym temacie miało się zmienić. Astaroth ma do niego świętą cierpliwość. Sielankę (i kilka scen „humorystycznych”) przerywa atak na wioskę niejakiej La Hire z ferajną. W zamian za „ochronę” żądają oni przekazania całej żywności.

Kiedy już myślałem, że ta bajka nie może być bardziej absurdalna, okazało się, jak bardzo jestem w błędzie. Otóż w pewnym momencie główny bohater zaczął niemiłosiernie się ślinić. Jak wyjaśniła wróżka, przyjął tak dużą dawkę eliksirów, że jego organizm zaczął wytwarzać własny. To niesłychane wydarzenie przerywa atak angielskich żołnierzy, w którym o mało co nie ginie Jeanne. Przed niechybną śmiercią ratuje ją Montmorency, który wkłada jej połówkę kamienia filozoficznego w ranę i przekazuje wytworzony przez swoje ciało eliksir.

Później jest już tylko rzeź angielskich żołnierzy w wykonaniu „nowej” Joasi i skrótowa informacja, że jej moc trwa tylko trzy minuty, a przy okazji zmienia też jej charakter (bo przecież nie mogła zostać miłą i grzeczną dziewczynką).

O matko, jakie to beznadziejnie głupie. Do tego w drugim odcinku twórcy postanowili wrzucić jeszcze więcej fanserwisu i żarcików. Nie muszę dodawać, że wszystko to jest co najwyżej miernej jakości, nieustępującej w niczym tragicznej i prawie nie animowanej grafice. Lepiej już pewnie nie będzie, całe szczęście, że został mi tylko jeden odcinek do zajawkowania.

Okazuje się, że szkoła stoi nienaruszona, a nikt poza trójką głównych bohaterów nie pamięta walki Gridmana z kaijuu z poprzedniego dnia. Dodatkowo z klasy zniknęły ławki kilku osób, o których istnieniu jakby również wszyscy zapomnieli. Yuuta i przyjaciele z pomocą mężczyzny przedstawiającego się jako Samurai Calibur postanawiają odwiedzić domy zaginionych znajomych z nadzieją, że być może dowiedzą się czegoś od ich rodzin. Informacje, które uzyskują, niestety nie są zbyt optymistyczne – według krewnych ludzie, których widzieli jeszcze dzień wcześniej w szkole, od dawna nie żyją. Śledztwo przerywa ponowny atak kaijuu, w walce z którym Gridmana wesprze tym razem nowo poznany znajomy.

O matko, jakie to jest klimatyczne. Nie tylko za sprawą interesująco (przynajmniej na ten moment) napisanej intrygi, ale przede wszystkim dzięki fantastycznej reżyserii. Tak jak w poprzednim odcinku, tak i w tym przez trzy czwarte jego trwania w ogóle nie ma muzyki, co moim zdaniem bardzo zgrabnie buduje nastrój opowieści, który jest zdecydowanie największym atutem tej serii.

W tym odcinku możemy poznać bliżej dwie postaci, które w zeszłym tygodniu jedynie gdzieś przemykały. Pierwszą z nich jest wspomniany wyżej Samurai Calibur, bardzo ekscentryczny gość, noszący przy pasie cztery samurajskie miecze. Polubiłem go od pierwszego momentu, kiedy pojawił się na ekranie, a uroku zdecydowanie dodaje mu fakt, że facet… się jąka. A przy okazji będzie również przydatny w walce z kaijuu, ponieważ potrafi zmienić się w ogromny miecz.

Drugą z postaci jest Akane Shinjou, która dość niespodziewanie okazuje się twórczynią pojawiających się w mieście potworów. Dziewczyna struga je, a następnie tajemniczy Alexis, który podobnie jak Gridman pojawia się jedynie na ekranie monitora, ożywia je, powiększa i sprawia, że sieją chaos. Urocza Akane zdecydowanie ma jakiś problem ze sobą i jestem pewien, że odkrywanie jej motywów będzie jedną z głównych osi fabuły.

Muszę przyznać, że jak na razie jestem mocno zaskoczony tym, co ta seria prezentuje, i to w pozytywnym sensie. W przyszłym tygodniu ma mieć miejsce zapowiadany przez twórców zwrot fabularny. Zobaczymy, czy anime przy okazji nie straci tego, na czym na ten moment opiera swoją wyjątkowość.

Matko i córko, jakie to jest śliczne! Opening dosłownie zwalił mnie z nóg stroną wizualną, muzycznie było wprawdzie bez wielkiego „wow”, ale i tak całkiem nieźle. Sam odcinek rozpoczyna się rozmową Touko z jej najlepszą przyjaciółką Sayaką, której wyraźnie nie pasuje to, że ta druga wyraźnie interesuje się kimś innym niż ona, zresztą czy te oczy nie mówią wszystkiego?:

A wszystko obraca się wokół zbliżających się wyborów i chęci wciągnięcia w to wszystko na razie bardzo zagubionej tym wszystkim, co się wokół niej dzieje, Yuu. Na szczęście to anime ma jedną bardzo dobrą cechę, mianowicie bohaterki potrafią szczerze i otwarcie ze sobą rozmawiać. W związku z tym wydarzenia z końcówki poprzedniego odcinka są omawiane, a nie zamiecione pod dywan. Nikt nie udaje, że nic się nie stało, a to, co się dzieje, jest w miarę naturalnym następstwem poprzedzających wydarzeń. Poza tym obie główne bohaterki są naturalne i ogarnięte na tyle, aby nie tylko czerwienić się na swój widok, a konsekwentnie dążyć do realizacji swoich marzeń i pragnień, choć na razie widać, że mamy tu wiodącą prym Touko i nieco zagubioną w uczuciach Yuu.

Druga część odcinka mija na przygotowaniach do wyborów i kampanii wyborczej, jakiej nie powstydziłby się żaden kandydat na wójta gminy czy nawet małego miasteczka w Polsce (zawsze będzie mnie zadziwiać zaangażowanie japońskiej młodzieży w życie szkolne). W to wszystko zgrabnie wpleciono sceny pokazujące to, co dzieje się w sercach i głowach obojga dziewczyn.

Odcinek zakończono mocnym akcentem i osobiście uważam, że rozciągnięcie tego wszystkiego na dwa odcinki dobrze zrobiło klimatowi i pozwoliło uniknąć pośpiechu. Cały czas jednak boję się, że w pewnym momencie komuś skończą się pomysły i seria ucieknie w tani dramat, bo jednak trzeba przyznać że na razie bardzo zgrabnie balansuje na pograniczu okruchów życia, romansu i bardzo subtelnie zarysowanego dramatu. Nie wiem jednak, na jak długo starczy jej pary w kotle, aby utrzymać ten w miarę pogodny klimat podszyty jednak smutkiem – podczas seansu czuję, że nie mam co spodziewać się szczęśliwego zakończenia, choć mam nadzieję, że moje czarnowidztwo się nie spełni.

Nie obawiam się natomiast o rewelacyjną i momentami piękną oprawę wizualną. Zrzutki na prawdę nie oddają tego jak świetnie zrobiona jest ta seria. Mam nadzieję, że kolejne odcinki rozwieją moje powyższe wątpliwości i obawy i że na koniec będę mógł powiedzieć, że była to jedna z moich ulubionych historii romantycznych.

Momo rozpoczyna trening na członkinię Tsukikage, a jej instruktorką zostaje ukochana senpai, Yuki Hanzoumon. Trening o dziwo wydaje się całkiem sensowny, gdyż uwzględnia zdobycie sprawności fizycznej, umiejętności socjalne, zachowanie czujności oraz wyczuwanie zagrożenia. Nawet nie miałbym się do czego przyczepić, gdyby nie fakt, że sama zainteresowana prezentuje postawę słodkiej idiotki, którą zaskoczyły trudy podjętego wyzwania. Dziewoja zachowuje się niepoważnie, nie radzi sobie zupełnie, po czym jak gdyby nigdy nic, po jednym przeskoku sceny, zostaje sprawną i rozumną kandydatką, gotową podjąć się finałowego testu.

Rzecz jasna, to nie koniec absurdów zaserwowanych nam w tym odcinku. Tak jak przewidziałem tydzień temu – Tsukikage posiada znacznie więcej niezwykłych gadżetów, których autorką jest nastoletnia blondyna. Dowiadujemy się również, że „Spyce” zwiększające siłę dziewcząt działa wyłącznie na nastolatki (a jakże mogłoby być inaczej?!), a po tym mają do wyboru: zostać jako wsparcie albo wrócić do normalnego życia po wymazaniu wspomnień. Do kolekcji absurdalnych elementów doliczyć trzeba jeszcze podziemną bazę organizacji. Jej konstrukcja nie ma kompletnie sensu – w ogromnym, zapewne kilkusetmetrowym wykopie stworzono sieć budynków w tradycyjnym japońskim stylu, a nad każdym z nich zieje pustka wysokich na kilkadziesiąt metrów kondygnacji owej podziemnej struktury. Budowa tego na pewno musiała być niezauważalna i tajna, nie do wykrycia przez wrogów… Tak na oko powierzchnia kompleksu obejmuje kilka kwartałów tej okolicy, na pewno nikt nie nadzieje się na to, próbując cokolwiek tam zbudować.

Największym problemem tego anime są jednak bohaterki. Nie potrafię żadnej z nich polubić, a większość (z Momo na czele!) mnie mocno irytuje i wywołuje chęć wyłączenia odcinka. Wszystkie bez wyjątku są bezpłciowe, nie prezentują sobą nic ciekawego, a ich relacje są sztuczne i niewiarygodne. W połączeniu z fatalną fabułą tworzy to mieszankę kompletnie niestrawną, a odcinek musiałem oglądać na raty. Widać też, że mocno spadła jakość oprawy wizualnej, zarówno pod względem rysunku, jak i animacji. Deformacje sylwetek i twarzy zdarzały się nawet na pierwszym planie, a ilość animacji ograniczono do minimum, chociaż nie brakowało okazji do jej pokazania. Ruchy bohaterek podczas treningu stały się mocno koślawe i nienaturalne, co było widoczne na pierwszy rzut oka.

Szczerze? Nie mam już żadnych oczekiwań względem tego tytułu. Z redaktorskiego obowiązku obejrzę kolejny odcinek, po czym seria wyląduje tam, gdzie jej miejsce, czyli w koszu.

Jako powszechnie wiadomo, w czasie świąt nie wydaje się nowych tomików/czasopism mangowych… Wydaje się je w dniach poprzedzających! A to stanowi dla pracowników sklepu powód do paniki oraz załamań nerwowych. Tak jak zwykle, kiedy trzeba zrobić wszystko naraz w ograniczonym czasie – zapakować, odpakować, przygotować do wysyłki, odebrać, poukładać na półkach, zaprezentować na stolikach, dołożyć wykupione, posortować, posprzedawać, i w końcu przygotować się na dostawę kolejnego dnia.

 

Tymczasem dzień płynie, klienci kupują, tytułów ubywa, ubytki trzeba uzupełniać, w międzyczasie upychając kolejne dostawy, nie wspominając już o materiałach dodatkowych… Zaprawdę, jeśli ktoś był w Biedronce w momencie, kiedy przychodzi dostawa i panie muszą jednocześnie obsługiwać kasy i upychać towar na półki – to to dokładnie tak wygląda. A tu nawet nie wszystkie tytuły przybywają o czasie, niektóre mogą później niż zapowiadano, więc chaos się może powiększyć… aż do czasu, kiedy wszyscy się uporają ze swoim poletkiem i pomogą innym. Z wyjątkiem Hondy, który o swoje poletko musi zadbać sam – albowiem jego działką są komiksy zagraniczne, które są ciężkie, grube i w kolorze, i perfidnie wykańczają kręgosłupy. A na koniec dnia – nadgodziny! Yay!

 

Animacja pozostała bez zmian, statyczne plansze przedstawiające przesuwających się pracowników sklepu przeplatane są obrazkami z wyjaśnieniami, jak to działa. Tempo wydarzeń jest szybkie i chaotyczne, ale akurat tu pasuje bardzo do tematyki odcinka. A na koniec dowiadujemy się też, że autor mangi, Honda, opisał na kartach komiksu właśnie swoje doświadczenia z pracy w handlu, a konkretnie właśnie w księgarni.

Hitomi prosi Yuito, żeby pokazał jej namalowany obrazek, ten jednak zachowuje się jak na przesłuchaniu i po postraszeniu konsekwencjami prawnymi za „włamanie” domaga się wyjaśnienia, z zastrzeżeniem, że jak to będzie dobry powód, to jej uwierzy – i odda kolczyk. Bohaterka chcąc nie chcąc opowiada mu że znalazła w jego pokoju przez magię i bardzo go przeprasza z kłopot. Dostaje z powrotem swoje urządzonko i ich drogi na razie się rozchodzą.

 

W domu praprababcia i prababcia oznajmiają jej, że dopóki nie wróci Kohaku, to ona powinna chodzić do szkoły – i zapisują ją do tego samego liceum. Oczywiście na miejscu okazuje się, że jej babka ma nieco za uszami (przypadkowe niszczenie szkolnego mienia za pomocą magii), więc jej krewna także jest uważana za potencjalną niszczycielkę oraz traktowana z lekką podejrzliwością. Nie przeszkadza to jednak całej gromadzie, którą Hitomi spotkała w pierwszym odcinku, a która, jak się okazuje chodzi do tej samej szkoły. Niestety po szkole rozchodzi się plotka, że jest dziewczyną Yuito, i żeby udowodnić, że mówi prawdę, Hitomi jest zmuszona do posłużenia się magią, której szczerze nie cierpi.

 

 

Tak jak i pierwszy odcinek, ten pod względem graficznym nie odbiega od poziomu P.A. Works – śliczne kolorki, ładne buzie, no tylko łapać kadry na zrzutki. Co do bohaterów… Hitomi nadal jest bierna, jednak wykazuje pod koniec odrobinę inicjatywy, Yuito natomiast okazuje się wyjątkowo samolubnym osobnikiem, zmuszając dziewczynę do pokazu przed całą szkołą, i  jeśli to ma być główna para to jedno będzie warte drugiego. Pozostała gromadka jest normalną, stereotypową gromadką kolegów szkolnych z klubu, aktywną i gadatliwą dla kontrastu z główną parą introwertyków. Fabuła natomiast łatwa do przewidzenia – przychodzi dziewczę do szkoły, poznaje nowych ludzi, proponują jej przyłączenie się do klubu fotograficznego, i… No właśnie, ciekawe, czy by jej proponowali, gdyby wiedzieli, że Hitomi widzi wszytko monochromatycznie. A może się dowiedzą?

Romans między Takato a Juntą kwitnie w najlepsze. Konkretniej rzecz biorąc młodszy z mężczyzn robi co mu się żywnie podoba, zarówno w pracy, jak i poza nią. A Takato niby narzeka, niby się opiera, ale jednak nieszczególnie intensywnie. Można wręcz rzec, że powoli zaczyna się przyzwyczajać do nowej sytuacji. Nie jest to jeszcze miłość, ale widać już początki zauroczenia.

Dla pozostałych osób zatrudnionych przy produkcji filmu relacja między oboma mężczyznami wygląda na zwykłe przyjacielskie stosunki. Natomiast fascynacja Junty, którą co krok okazuje, wydaje się im czymś całkowicie naturalnym, traktują ją bowiem jako podziw dla bardziej doświadczonego kolegi po fachu. Gdyby tylko znali prawdę o tym, co panowie wyprawiają potem w zaciszu mieszkania jednego z nich…

Wszystko wydaje się iść (powiedzmy) gładko, aż pewnego dnia Junta niespodziewanie zaczyna ignorować Takato. Ten początkowo udaje, że cieszy go taki obrót spraw, faktycznie wszakże aż go skręca z ciekawości, a po trochu też… z tęsknoty. Nawet przed sobą samym nie chce się przyznać, że okazywana mu przez Juntę adoracja nie tylko mu nie przeszkadza, ale wręcz go cieszy. Ostatecznie skrywane uczucia biorą górę nad zdrowym rozsądkiem a jak to się może zakończyć, to już wszyscy wiemy.

W drugim odcinku  nadal przeważa raczej słodko-słodki klimat, który miejscami bywa wręcz lekko mdlący. Wszelkie momenty zbliżeń między bohaterami zostały tak wyreżyserowane, by nawet przez chwilę nie nadać im chociażby pozorów gwałtu. Z jednej strony można powiedzieć, że to dobrze, skoro postarano się nieco wygładzić tę historię i pozbawić ją najbardziej patologicznych wątków. Jednakże gdzieś w tym wszystkim zatraciła się cała pikanteria, znana z mangowego pierwowzoru, i obawiam się, że fanki mangi mogą nie być tym usatysfakcjonowane. A co z resztą? Cóż, jeśli komuś wystarczy sam fakt, że będziemy mieli do czynienia z pełnoprawnym romansem shounen-ai, z wyznaniami miłości i scenami seksu (nawet jeśli tylko delikatnie zaakcentowanymi, bez pokazania szczegółów), to pewnie spodoba mu się to, co zobaczy na ekranie. Ostatecznie nie jest to takie złe, jeśli się przymknie oko na nieco lukrową otoczkę , zwłaszcza w wiadomych momentach.

Swoją drogą nie wspomniałam do tej pory o tym, jak prezentuje się oprawa graficzna tego tytułu. A przecież jest to rzecz mocno drażliwa, jeśli chodzi o adaptacje mang yaoi i shounen-ai, bo jakoś do tej pory nie miały one szczególnego szczęścia do poziomu grafiki. Również tutaj jest raczej średnio, aczkolwiek twórcom należy się niewątpliwa pochwała za bardzo ładne zaadaptowanie projektów postaci. W mandze często rzucały się w oczy nienaturalne dysproporcje w sylwetkach obu bohaterów, tutaj jakoś to wyrównano. Wyjątkowo to, co widzimy w anime, podoba mi się bardziej, niż pierwowzór (nie licząc może kreskowanych szyj). Inna sprawa, że jakichś specjalnych okazji do podziwiania obu panów nie będziemy mieli. W tym odcinku najwięcej mogliśmy się naoglądać ich… nagich torsów (specjalnie dla was postanowiłam zatrzymać tę chwilę na zrzutkach, bo trzeba przyznać, że jest to na swój sposób fascynujące). Więcej nie będzie nam dane zobaczyć, trzeba więc się cieszyć tym, co dają.

Nie mogę powiedzieć, bym była szczególnie zawiedziona tym, co do tej pory tu zobaczyłam, ale to dlatego, że na wiele nie liczyłam. Jasno już widać, że manga swoje, a anime swoje i nie ma co liczyć tu na ten pikantny klimat, którym charakteryzuje się pierwowzór. Chociażby Junta jest bardziej rozkoszny, niż niepokojący ze swoją zaborczością i nawet potrafię sobie wyobrazić, że dla kogoś jego zachowanie będzie słodkie. Poważna historia miłosna i tak z tego nie będzie, więc co to szkodzi. W końcu hej – słodkie i naiwne romansidła też są potrzebne, a co!

Hinomaru i Shinya z zapałem oddają się treningom, a Ushio już planuje udział w zawodach. Niestety kapitan klubu szybko sprowadza go na ziemię – żeby wziąć udział w jakimkolwiek turnieju, trzeba mieć przynajmniej pięciu zawodników, a klub sumo liczy całych dwóch członków. Hinomaru jest jednak dobrej myśli, bo zbliża się dzień, w którym wszystkie szkolne kluby i kółka zainteresowań będą mogły się zaprezentować, by przyciągnąć pierwszoroczniaków. Ushio ma już nawet plan jak zwabić potencjalnych członków – miska darmowej gorącej potrawki z pewnością jest solidnym argumentem! Nadchodzi dzień próby, ale wokół stoiska bohaterów co najwyżej hula wiatr,  zaś kilku zbłąkanych uczniów ucieka z wrzaskiem po pierwszej łyżce przygotowanej przez Ushio potrawki. Jedynym wyjątkiem okazuje się atletycznie zbudowany Chihiro Kunisaki, który docenia niecodzienny smak dania, ale niestety sumo zainteresowany nie jest, gdyż działa już (z sukcesami) w klubie miłośników wrestlingu. Oczywiście dla Hinomaru niepowodzenie nic nie znaczy, a kolejna szansa na zaprezentowanie się nadarza się o wiele szybciej niż sądzi…

 

 

Wow, to było wyjątkowo szybkie skompletowanie drużyny! Pod koniec drugiego odcinka klub sumo ma nie tylko wystarczającą liczbę członków, by wziąć udział w zawodach, ale i trenera! O tym, że Chihiro zmieni zdanie, wiemy już z czołówki, więc nikogo nie powinno dziwić, że ostatecznie uznaje argumenty protagonisty za wielkością sumo jako dyscypliny. Dwóch kolejnych śmiałków to (niespodzianka) pokonany w poprzednim epizodzie Yuma i kolejny niepozorny mikrus, Kei Mitsuhashi. O trenerze zaś niewiele można napisać (poza tym, że jest kolejnym biszem i nosi okulary), bo pojawia się dosłownie znikąd na minutę przed końcem. Warto natomiast wspomnieć o pierwszej ważniejszej postaci kobiecej, która tylko mignęła w pierwszym odcinku, czyli ślicznej i podziwianej przez wszystkich siostrze Yumy, Reinie. Chociaż jej podziw dla brata chuligana wzbudza pewien niepokój, to dziewuszka ma charakterek i póki co daje się lubić. Inna sprawa, że bohaterowie osobowości mają tak sztampowe, jak tylko się da. Widzieliście ten zestaw już tysiące razy i znacie go na pamięć.

 

Zresztą widać, że anime nie ma ambicji bycia czymś więcej niż klasyczną serią sportową, a skoro punkt pierwszy i w sumie drugi mamy odhaczone (drużyna zebrana, trener jest) to teraz czeka już na nas głównie mięsko, czyli niekiedy dziwaczne treningi i pojedynki z innymi klubami. Gdzieś tam mała przerwa na znalezienie słodkich menadżerek (nie ma nagrody za odgadnięcie kto nimi/nią będzie). I powiem szczerze, że ja tę prostotę scenariusza kupuję, bo jakby nie patrzeć, zgrabnie wychodzi twórcom ta wtórna papka. Główny bohater jest w porządku, reszta zawodników również wzbudza sympatię, a na horyzoncie czeka jeszcze cały tabun podobnych narwańców. Co więcej, seria sprawia wrażenie staromodnej i to nie tylko przez rysunek, ale i właśnie pewien specyficzny zestaw postaci oraz ich szalenie poważne podejście do uprawianej dyscypliny, a także wiarę w to, że ich determinacja zmienia wszystko. Skoro zasady rządzące profesjonalnym sumo z jakiegoś powodu nas wykluczają, dajmy z siebie wszystko i pokażmy, że te zasady są o kant tyłka potłuc, a na pewno ktoś je zmieni. Podoba mi się to naiwne poświęcenie, przekonanie że sport jest wszystkim i na pewno to właśnie my spośród tysięcy innych osób zdobędziemy szczyt. I tu jest właśnie pies pogrzebany, bo albo przyjmuje się to natchnione podejście, albo lepiej włączyć coś innego.

Po dramatycznych wydarzeniach z pierwszego odcinka, klimat anime robi zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Poznajemy nieco szczegółów z codziennego życia tytułowego bohatera: jego miejsce zamieszkania będące farmą mleczną, bezimienną przyjaciółkę z dzieciństwa, a także metody strzeżenia domostwa i wykrywania ruchów goblinów.

 

Poruszono także temat pracy gildii i jej obsługi. Widzimy więc przyjmowanie zleceń wraz z opłatami, a także codzienne poranne wywieszenie ofert dla łowców przygód i tłum zainteresowanych w budynku. Widać też, że pracownicy gildii nie tylko muszą użerać się z klientami, ale także wytrzymywać stres wywoływany niepewnością związaną z niedoświadczonymi grupami podejmującymi się trudnych zadań, czy też ofertami z niską płacą, których być może nikt się nie podejmie. Na jaw wychodzi też reputacja Zabójcy Goblinów, który przez równych mu rangą uważany jest za dziwoląga. Nie przejmuje się jednak tym wcale, a pani z gildii zawsze cieszy się na jego widok, gdyż bierze on nieatrakcyjne finansowo zlecenia na wybicie goblinów.

Takiej też misji podejmuje się wraz ze swoją nową partnerką, która wykłóca się z nim o priorytety i potrzebę pomocy innym, gdy ci zdają się być nieodpowiednio przygotowani do eksterminacji goblinów. Miesiąc współpracy z Zabójcą Bohaterów przyniósł też wymierne korzyści dla Kapłanki – zdobyła nową umiejętność, która przydaje się podczas walki.

 

Na sam koniec pojawiają się postaci, które zapewne odegrają niemałą rolę w przyszłych odcinkach. Podczas występu ulicznego barda zjawia się grupka istot, które pytają o namiary na bohatera jego utworu. Nietrudno się domyślić, o kogo chodzi, jednak czegokolwiek więcej o nowych twarzach dowiemy się pewnie dopiero za tydzień.

Rozwój wydarzeń w Goblin Slayer zapowiada się na logiczny i przemyślany. Po poznaniu okrucieństwa świata przedstawionego, przyszedł czas na szczegółowe spojrzenie na codzienne życie. Martwi mnie jednak jedna rzecz – długość serii zapowiedziano na dwanaście odcinków, co przy takim tempie wydarzeń sprawia, że nie uda się zmieścić tylko niewielki ogryzek fabuły. Niestety, najprawdopodobniej będziemy mieć do czynienia jedynie z reklamą light novel. Zapowiada się jednak, że przynajmniej będzie to bardzo dobra reklama.

Tag Cloud