Na bohatera czeka kolejny ciężki dzień w pracy. Zwłaszcza że jak zwykle wstał niewyspany, a wróci do domu późnym wieczorem. Czy i tym razem Senko-san podoła zadaniu i rozpieści swojego podopiecznego?

Senko-san podczas nieobecności Nakano bierze się za sprzątanie mieszkania. Trzeba pościerać kurze, sprzątnąć łazienkę i wywietrzyć pościel. Czyż to nie cudownie, gdy zmęczony pracą człowiek wróci do czystego domu, zje ciepły obiad i położy się spać wystarczająco wcześnie w pachnącym łóżku, aby następnego dnia wstać bez worów pod oczami?

Akcja ma charakter identyczny jak w poprzednim odcinku. Senko-san na wszelkie możliwe sposoby uspokaja i rozpieszcza podopiecznego, chociaż tym razem nie obeszło się bez zgrzytów dotyczących jej uszu… Wszystko to jednak nieważne. Ważne, że sama lisica robi to w sposób tak absurdalnie niewinny, uroczy i słodki, zwłaszcza dla widza, że wątpliwości Nakano na temat życia z małą lisicą przestają mnie interesować. Naprawdę dawno nie widziałem anime, które tak kojąco by na mnie wpływało. Seria relaksuje do tego stopnia, że oglądając odcinek wieczorem, muszę uważać, aby nie usnąć w momencie jego zakończenia. Anime idealnie spełnia założenia swoich twórców, a kolejnego epizodu nie mogę się już doczekać. Zwłaszcza że najprawdopodobniej poznamy kolejną bohaterkę, sąsiadkę Nakano, której sylwetka kilkakrotnie się już pojawiała.

Takuya i jego macocha zostają „uratowani” przez Toyotomiego (to ten laluś, co bruździ na budowie), a tak naprawdę wygląda to na grubo szytą ustawkę. Ayumi prosi go potem, by nie pakował się niepotrzebnie w kłopoty, i wygląda przy tym na naprawdę przejętą… Po czym mamy domowe klimaty, czyli bohatera wpadającego na macochę w bieliźnie, karmienie go z ręki oraz rozmowy o sympatiach, przyszłości i… generalnie nic nieznaczące rozmowy o niczym.

W szkole poobijany Takuya od razu udaje się do gabinetu pielęgniarki, gdzie zastaje Kannę, a na jej szyi zauważa wisiorek – przypadkiem podobny do tego, jaki miała dziewczyna, którą w dzieciństwie spotkał podczas lepienia syrenki z piasku na plaży. (Tak, jest to równie interesująco przedstawione, jak zdanie, które właśnie przeczytaliście, i nie ma żadnego wpływu na resztę odcinka). Wychodzi na jaw, czemu pielęgniarka się ubiera w mini, podwiązki, gorset i pończochy, a następnie mamy scenę, w której bohater na dachu rozmawia z Mitsuki (asystentką profesora) o planach na przyszłość, a także o dziwnym zachowaniu jej pracodawcy.

Następnie bohater zawozi Ayumi do pracy kopertę z ważnymi papierami. W budynku napotyka Toyotomiego, z którym obrzuca się wyszukanymi wyzwiskami, a który potem ukradkiem zwija kopertę. Tymczasem Ayumi wyjaśnia ostatni wypadek na konferencji, oraz się podkłada personalnym podejściem… i zostaje zjedzona przez ustawiony tłum. A, zapomniałam, jest tam reporterka, która to wszystko ustawia. Co wyraźnie widać w późniejszym wywiadzie, po którym Ayumi wraca do domu ubzdryngolona w trąbkę.

Po trzech odcinkach mogę stwierdzić, że seria jest po prostu nudna jak flaki z olejem i próbuje być Tajemnicza. Gubi ją jednak wlokąca się ekspozycja, przegadanie, jakieś scenki, które próbują być „życiowe”, oraz rzucane aluzje, że Coś się Kroi. Fanserwis jest rodzaju żałosnego, wróć, jaki fanserwis, bohater próbuje świntuszyć, ale mu nie wychodzi, bo w sumie jest dobrym chłopaczkiem. O grafice nawet nie wspomnę, bo o ile głowy z jednego ujęcia są ładne, to jak tylko bohaterowie się poruszą, pada na nich chyba ta klątwa, co to o niej mieszkańcy miasteczka mówią. W ogóle jakikolwiek ruch i dalsze plany oraz ujęcia niestatyczne są narysowane tak na odwal się, że to widać.

Szczerze, jeśli ktoś to chce oglądać ze względu na pierwowzór – to może spróbować, jednak nie sądzę, żeby zapowiadane przez reżysera „poziomy sprośności” się w jakikolwiek sposób podniosły. No, chyba, że ktoś będzie chciał obejrzeć dla „rozbudowanych historii postaci”. Tylko… Chyba nie takie było założenie pierwotne?

Wychowawca nowej klasy, pan Roswaal, informuje swoich podopiecznych, że od teraz czeka ich radosne szkolne życie… A jeśli tego nie chcą? Cóż, za łamanie regulaminu szkoły przewidziane są kary, zaś bohaterowie (zapewne słusznie) postanawiają na razie nie sprawdzać, jakie. Skoro tak, to czas na żelazny punkt na początku szkoły, czyli przedstawianie się nowych uczniów. Nie powiem – całkiem to zgrabny sposób na podpowiedzenie, kto jest kim, widzom, którzy nie widzieli wszystkich serii z tytułowego kwartetu. Na szczęście nie jest to także nudna wyliczanka – zostaje skrócona tam, gdzie trzeba, a przy okazji pozwala w naturalny sposób zademonstrować różnice światopoglądowe i kulturowe pomiędzy czterema grupami. Nie zmienia to jednak faktu, że poza tym w odcinku dzieje się niewiele, jeśli nie liczyć tego, że Aqua w drodze do domu zasadza się na bandę nieumarłych pod wodzą Ainza, których zamierza potraktować karą boską, co kończy się zgodnie z przewidywaniami. Czyli interwencją Kazumy (a przy okazji potwierdzeniem, że bohaterowie z uniwersum KonoSuby nie są słabi, tylko rozpaczliwie dysfunkcyjni).

Wspomniane powyżej zajście było pierwszą interakcją pomiędzy grupami pochodzącymi z różnych uniwersów – poza tym bowiem obserwują się one ze stosowną nieufnością, ale nie podejmują żadnych działań integracyjnych. Trochę można to zrozumieć, ponieważ te dwa odcinki mają wyraźnie służyć przybliżeniu wszystkich postaci. Nie powiem, żeby zastępowało ono obejrzenie stosownych serii anime, ale jeśli ktoś choćby pobieżnie orientuje się, o co w poszczególnych tytułach chodzi (a umówmy się, wszystkie odbiły się sporym echem w fandomie), taka powtórka z wiedzy spokojnie wystarczy. Nie zmienia to faktu, że naprawdę liczę na to, iż w następnym odcinku klasa zostanie przymuszona do jakichś działań grupowych, a jeszcze lepiej – potasowana w sposób, który wymusi nawiązanie nowych relacji międzytytułowych.

O stronie wizualnej trudno cokolwiek pisać, ponieważ jest nadal skrajnie uproszczona, a postacie poruszają się jak kukiełki przesuwane w teatrzyku na tle dekoracji. Seiyuu grają z wyczuciem i mniejszym manieryzmem niż się spodziewałam – być może chodzi o to, żeby nie przeszarżować, choć tak jak pisałam wcześniej, to seria po której raczej należałoby oczekiwać szarżowania. Nie powiem, Isekai Quartet na razie mnie nie porwał, ale jako swoisty crossoverowy fanfik stanowi ciekawostkę, którą pewnie obejrzę do końca. Zobaczymy, jakie plany ma ciało pedagogiczne…

Placówkę naukową na Magmell, należącą do wielkiej firmy, nagle atakują wielkie niedźwiedziokształtne stwory, których nie imają się zwykłe kule. Tymczasem do biura Inyou przychodzi córka jednego z naukowców, błagając o pomoc. Bohater oczywiście się nie zgadza, ale gdy Emilia mówi, że może poświęcić wszystko, przyjmuje zlecenie.

Wspólnie udają się na teren Firmy, gdzie wraz z uzbrojonym po zęby oddziałem ratunkowym udają się helikopterem na miejsce. (Oczywiście wszystko jest pilnie strzeżone, a Inyou zostaje przedstawiony jako brat Emilli, dzięki czemu nikt (sic!) nie kwestionuje jego obecności).

Na miejscu okazuje się, że przeciwnikiem są Kal-Baer – minerałożerne niedźwiedzie, które w momencie, gdy się wkurzą, wpadają w szał, a ich skóra staje się twardsza od stali. Jakimś cudem z broni firmowej udaje się je pozabijać: trup się ściele, kule latają, miśki giną, krew się leje. Niestety to nie koniec kłopotów. Na horyzoncie, przyciągnięty z innego okręgu wyspy zapachem krwi, pojawia się Skellgargon – połączenie Godzilli z maszyną do rzucania kamieniami.

Niestety, w trakcie ostrzału z helikoptera wypada super-duper-niebezpieczna bomba, dlatego osobnik firmowy zawiadujący akcją wydaje rozkaz odwrotu (żołnierze i tak już nie żyją), a Inyou łapie Emilkę w objęcia i wyskakuje w dżunglę, żeby ratować. Niekoniecznie jej ojca.

Oczywiście bombę da się uzbroić, jednak pytanie, czy jej celem ma być smok, czy też laboratorium. Okazuje się bowiem, że naukowcy, jak to zwykle naukowcy pracujący dla Złego Korpo, w celu zbadania, dlaczego skóra niedźwiedzi twardnieje, uwięzili ich młode. Na szczęście ojciec Emilli ma bardzo duży respekt dla Ratowników, w związku z czym wszystko się dobrze kończy dla wszystkich (z wyjątkiem dorosłych misków), a bohaterowie wracają do cywilizacji.

Graficznie – gorzej, statyczne tła, krzywe postacie, brak mimiki, maskowanie oczek Inyou za pomocą daszka, za to krew jest czerwona, brakowało mi tylko rozpaćkanych zwłok ochroniarzy. Tła – jakie tła. Podejrzewam, że fundusze się skończyły na pierwszym odcinku.

Fabularnie zaś odcinek jest koszmarnie nierówny; sili się na Filozofowanie, Przesłanie, Moralność, Ważne Wybory itp. Sprowadza się głównie do: jak chcesz sobie przeżyć przygodę na wyspie, to cię coś zeżre, a jak jesteś z Korpo, to chcesz zyskać nowe bronie, i też cię coś zeżre, a wtedy będą cię inni musieli ratować i mieć Dylematy Moralne. A przynajmniej takie było prawdopodobnie założenie, bowiem Odnowa Moralna Emilki sprowadza się do patrzenia na bohatera, Nauki Moralne od Inyou sprowadzają się do garści górnolotnych frazesów, a Nauczka Moralna ojca-naukowca… cholera wie, do czego, bowiem wygląda, jakby się bał Ratowników jak diabeł święconej wody.

Aha, okazuje się, że moc Ratownika jest bardzo przydatna. Może np. zrobić Coś z Niczego!

Interwencja Hizakurigera, czyli mecha z końcówki poprzedniego odcinka, pozwala na chwilę zażegnać niebezpieczeństwo, zaś bohaterowie korzystają z okazji i pospiesznie umykają w podprzestrzeń. Pan Yang wraz ze swoimi pomocnikami rusza oczywiście za nimi, ponieważ lata doświadczenia podpowiadają mu, jaką trasą zazwyczaj uciekają nieuczciwi dłużnicy. Kieruje się zatem prosto na stanowiącą węzeł komunikacyjny (oraz słynącą z gorących źródeł) planetę Haccone… Podczas gdy Robby i Hachi zmuszeni są do zrobienia postoju już na Marsie, by uzupełnić paliwo oraz zrobić przegląd serwisowy nieruszanego od wielu lat statku (dodatkowy plus za sprawne wyjaśnienie, skąd się wziął). Jak wiadomo już od czasów Wellsa, mieszkańcy Marsa przypominają ośmiornice; jak zaś dowiadujemy się z niniejszego anime, bardzo zależy im na turystach z Ziemi. W ten sposób Robby (rzecz jasna) zostaje zagarnięty przez lokalne piękności, podczas gdy Hachi… ląduje w więzieniu, ponieważ przypadkiem poznaje najgłębiej skrywany sekret Czerwonej Planety.

Powiedzmy sobie szczerze – dialogi na początku odcinka dałoby się trochę skrócić, zaś fabuła nie okazała się szczególnie nieprzewidywalna (acz miała swój moment czy dwa). Nie zmienia to faktu, że RobiHachi pozostaje przeuroczą komedią science-fiction, nabijającą się ze starych klisz i schematów, ale mimo to traktującą je z wyraźną czułością i sentymentem. Bohaterowie nadal są sympatyczni, zaś lekka umowność zarówno świata przedstawionego, jak i fabuły, zdecydowanie im służy i pozwala w pełni wykorzystać komediowe rysy ich charakterów. Wszystko wskazuje też na to, że pan Yang (& co) będzie pojawiał się częściej niż początkowo sądziłam – i dobrze, bo na większą rolę Tomokazu Sugity z pewnością nie zamierzam narzekać.

Także wizualnie jest dobrze, szczególnie jeśli chodzi o bogatą mimikę bohaterów. Seria traci trochę na animacji tu i ówdzie, ale nadrabia to pomysłowością scenograficzną i zróżnicowaną kolorystyką. Czołówka jest niezła, za to piosenka przy napisach końcowych – lekko obłąkana. Z ostatecznym werdyktem jeszcze się wstrzymam, ale już teraz widzę wyraźnie, że może to być tytuł, który podzieli widzów. Ten klimat i konwencję trzeba poczuć, żeby się dobrze bawić, a wszystko wskazuje na to, że poza dostarczaniem dobrej zabawy RobiHachi nie będzie miało specjalnych ambicji. Jeśli ktoś oczekuje alegorii, dekonstrukcji czy innego rodzaju dyskusji z założeniami gatunku – to nie pod tym adresem.

Nasze słodkie baseballistki nie mają łatwo. Muszą znaleźć miejsce do treningów, a do tego kupić wyposażenie, zwłaszcza rękawice. Szybko okazuje się, że ceny nowych zwalają z nóg, więc pozostaje zadowolić się outletem. Od czegoś trzeba przecież zacząć.

Podczas zakupów w sklepie sportowym, nasze bohaterki spotykają Wakę Suzuki. Wychodzi na jaw, że dziewczyna w przeszłości pomagała drużynie, w której grał jej brat, planując treningi i rozpracowując przeciwników. Tsubara Arihara nie może przepuścić takiej okazji i próbuje zwerbować nową zawodniczkę. Niestety, łatwo nie będzie, gdyż Waka nie jest zachwycona pomysłem dołączenia do drużyny. Dobrze, że przynajmniej nauczycielka znajduje swoim podopiecznym boisko do gry, choć wcześniej trzeba będzie włożyć dużo wysiłku, aby przywrócić je do stanu używalności.

Za niechęcią Waki do drużyny baseballowej stoi, a jakże, tragiczna historia z przeszłości. Jako dziecko próbowała grać w baseball, jednak nie dawała rady fizycznie, więc się poddała. Nie odsunęła się jednak od sportu całkowicie – dzięki swoim umiejętnościom obserwacyjnym analizowała zagrania przeciwników i opracowywała plany treningowe. Dalszego ciągu historii, a zwłaszcza przyczyn późniejszego wycofania się Waki z tego sportu, na razie nie poznajemy.

Po wstępnym uprzątnięciu boiska drużyna zaczyna pierwsze treningi polegające na prostych rzutach i łapaniu piłki. Czwórce dziewcząt takie zajęcia sprawiają niezwykłą radość. Przyglądająca im się Waka, mimo początkowej niechęci, również przełamuje strach i dołącza do ćwiczeń. Cała piątka może zostać już oficjalnym szkolnym klubem, a znajoma nauczycielka postanawia podjąć się roli ich opiekunki.

Tytuł prezentuje się dokładnie tak, jak zapowiadał się po pierwszym odcinku. Podejście do sportu jest tutaj swobodne, a największy nacisk położono na codzienne życie, rozwiązywanie problemów i powolne tworzenie drużyny. Na plus należy na pewno zaliczyć fakt, że prezentowany poziom umiejętności gry w baseball jest adekwatny do realnych możliwości osób, które wcześniej nie były z tym sportem związane. Seria jest dość przyjemną obyczajówką, chociaż momentami robi się niestety nudno. Zapewne nie jest to też koniec wprowadzania nowych postaci – baseball wymaga dziewięciu zawodników w drużynie, a w opening pojawia się kilka dodatkowych twarzy. Czy warto kontynuować? To zależy od tego, czy taka formuła Wam pasuje. Nie spodziewałbym się zmiany charakteru serii. Hachigatsu no Cinderella Nine ma dużą szansę sprawdzić się jako niewymagająca i odprężająca rozrywka na wiosenne wieczory. Wszystkim poszukującym mocniejszych wrażeń sportowych, zwłaszcza w kategorii baseballu, radziłbym raczej sięgnąć po Mix.

Taishakuten i Bonten nadal nie mogą się doczekać zgody na plewienie ludzkich nieczystości, spędzają więc czas na pomaganiu w świątyni i kłóceniu się o wszystko, o co tylko się da. Zmęczony obowiązkami mediatora Karuraten próbuje uzyskać jakąś interwencję zwierzchnictwa, ale Shaka to właśnie jemu, a nie zwaśnionym bóstwom, proponuje powrót do Niebios… W związku z tym Karuraten postanawia czym prędzej zażegnać konflikt pomiędzy Taishakutenem a Bontenem, zaś o pomoc w tym zbożnym dziele prosi dwóch bodhisattwów, najpierw Fugena (Samantabhadrę), a następnie Monju (Manjushriego). Przy tej okazji dowiadujemy się, co jest źródłem dochodów całej wesołej gromadki – otóż dostarczaniem stosownych środków finansowych zajmuje się Monju, grający w wolnych chwilach na giełdzie. Nie to jednak stanowi clou odcinka, ale wizyta w zoo, gdzie niezależnie trafiają Fugen i Taishakuten oraz Monju, Bonten i Karuraten. Do gromienia nieczystości wprawdzie nadal nie dochodzi, ale panowie mają okazję zabawić się w poskramiaczy zwierząt. Poza tym okazuje się, że Taishakuten i Bonten darzą się niejakim szacunkiem, tylko kooperować nie potrafią, co jak rozumiem na razie rozwiązuje problem ich konfliktów.

Może gdyby bardziej interesowały mnie religie wschodnie, seansowi towarzyszyłby jakiś dreszczyk obcowania z dziełem świętokradczym, ale prawdę powiedziawszy, Namu Amida Butsu jest zdecydowanie zbyt nudne i nijakie, żeby je nazwać bluźnierczym. Podejrzewam zresztą, że o ten efekt (mniej więcej) chodziło – jak by nie patrzeć, seria (a jak się domyślam, także gra) przemyca różne ciekawostki i informacje o Trzynastu Buddach i innych istotach z buddyjskiego panteonu oraz okolic, a zawsze jest szansa, że coś z tego odbiorcy zapamiętają. Problem polega na tym, że w takiej sytuacji trudno panów – mających być całkiem dosłownie chodzącym wcieleniem cnót – obdarzyć jakimiś wyrazistszymi charakterami… Chociaż inna rzecz, że podobne tytuły, z jakimi miałam do czynienia w przeszłości, także były zamieszkane przez chodzące ideały, więc może to raczej cecha gatunku.

Grafika jest okropna. Połączenie idealnie równiutkich budowli i wnętrz jak z gry komputerowej ze sztywnymi i prawie pozbawionymi mimiki postaciami robi wyjątkowo nieprzyjemne wrażenie. Zdecydowanie wolałabym serię krzywą, ale mającą chociaż odrobinę więcej charakteru… Notabene, ciekawostką jest, że kiedy bohaterowie zmieniają ciuchy z boskich szat na cywilne, nikomu się nie chciało projektować dla nich równie cywilnych fryzur i w efekcie biegają w dresach, ale z włosami utrefionymi i przyozdobionymi kwieciem. Nie, żeby to było w stanie jeszcze w czymkolwiek zaszkodzić.

Ojojoj, profesjonalizm agencji rządowej ds. wróżek (w skrócie Dorothea) dosłownie rzuca na kolana. Podobnie jak inteligencja jej pracowników. Ponieważ twórcy nie pokusili się poinformować widzów, ile czasu minęło od końcówki pierwszego odcinka, zakładam, że niewiele. Za to uwielbiają rzucać co rusz nazwami kolejnych krain, a na tym etapie te informacje (nadal) nie są widzowi do szczęścia potrzebne. Ale wracając do agencji… Jeden raport, jedna scena na strzelnicy i już Maria zostaje pełnoprawnym członkiem zespołu! Pal sześć, że nie ma podstawowej wiedzy na temat działalności Dorothei, pal sześć, że nikt nie pokusił o to, żeby panienkę porządnie przemaglować pod kątem tego, co wie chociażby na temat Veroniki. Pal sześć, że Maria nie ma pojęcia, jak żyje się w symbiozie z wróżką… Z miejsca ruszamy na misję!

Jeszcze żeby ta misja była przeprowadzona profesjonalnie… Agenci zachowują się jak przedszkolacy. Znaczy, do pojawienia się głównej bohaterki to była typowa obserwacja, ale po jej przybyciu zarówno ona, jak i jej bezpośredni przełożony (ten pan z poprzedniego odcinka imieniem Free) dają się wciągnąć w bardzo wyraźnie widoczną pułapkę. I to oczywiście Maria musi się popisać tym, że potrafi wypatrzyć ludzkie ślady na glebie, gdzie innych odcisków butów brak, a jej przełożony lezie za nią jak idiota, by zaraz potem zostać zaatakowany. Toż to było zupełnie nie do przewidzenia! A że atakującym jest akurat jego były kolega z woja? Cóż… jak widać taka przypadłość głównych bohaterów tego anime – spotykać byłych przyjaciół oraz znajomych i prowadzić z nimi rozmowy w najmniej odpowiednich momentach. Nie żeby z tej misji cokolwiek ostatecznie wynikło, bo nikt nie wpadł na to, że jeśli ma się snajpera, to delikwenta można czymś zająć, podczas gdy rzeczony strzelec wykona robotę. Nie, odczekujemy dramatycznie, aż pan wskoczy na dach odjeżdżającego pojazdu, zacznie strzelać i dopiero wtedy wskakujemy na własny motocykl i ruszamy w pościg! Swoją szosą, kto wpadł na pomysł, żeby skonstruować takie maszkarony?!

O, właśnie takie maszkarony…

Łomatulu, trzymajcie mnie. Ależ to jest głupie. Serio, od kiedy to agencje działają w ten sposób? I jakim cudem Dorothea jeszcze funkcjonuje? Podejrzewam cud scenariuszowy. Poza tym coś, co niezmiernie mnie rozbawiło: oni wszyscy mają traumy! Oczywiście Maria wiedzie prym w tej kategorii, bo jej rodzice zginęli w dniu, kiedy przyszła na świat, i z jakiegoś powodu wszyscy nazywali ją omenem nieszczęścia. Potem jej całą wioskę wybili i psiapsióła ją zostawiła. Free z kolei jest weteranem, któremu przyjaciel uratował życie, walecznie się przy tym poświęcając. A, no i nie zapominajmy o naszym blond antagoniście(?), Wolframie – panu z kolei wojna ubiła żonę i dziecko. Teraz jest mroczny, cierpiący i służy mafii! Ciekawe, czy poznana przy okazji dwójka agentów też ma tragiczną przeszłość?

Technicznie jest średnio – tła i kolorystyka ładne, projekty postaci przyjemne dla oka, animacja 2D nawet w porządku, ale te trójwymiarowe wróżki nadal straszą. Chyba nie na takim efekcie twórcom zależało? Swoją szosą, ja myślałam, że wróżki będą z wróżkami walczyć, a tu bohaterowie zamiast na siebie nawzajem, rzucają się na obdarzone supermocami monstrum przeciwnika… Aha, rozumiem. Chociaż w sumie…

Wszyscy mają tragiczną przeszłość, mam i ja!

Tak, poziom tego anime może przerazić co poniektórych… 

Pomyślałby kto, że po takim wypadku trzeba więcej czasu, aby wydobrzeć do stanu, w którym spokojnie można biegać, strzelać i wykonywać przeróżne kaskaderskie sztuczki. No jak widać, nie… Bo Takuya po takim wyrzucie z siedzonka powinien być przy okazji porządnie połamany – jakieś nogi, może ręce… na pewno kręgosłup, żeby nie powiedzieć skręcony kark… Nie, nieśmiertelne bandaże jak zwykle wystarczą.

Tak czy siak, nasi bohaterowie, tym razem w towarzystwie dwóch dodatkowych duszyczek w postaci byłych współpracowników Takuyi (jak się okazuje, pan był prywatnym detektywem), dalej uciekają/zmierzają w kierunku Lost. Swoją szosą, przyjaciele muszą protagonistę bardzo miło wspominać, żeby bez mrugnięcia okiem (i przy okazji pomyślunku…) przeciwstawić się wielkiej Organizacji, straszącej ich tłumem zakapturzonych minionów, którzy to są wprawdzie elementem wybitnie komicznym, ale są także na dłuższą (krótszą też…) metę kompletnie bezużyteczni. Ale wracając do fabuły: znajdziemy w niej dużo monologo-dialogów prowadzonych przede wszystkim w trakcie pościgów, jedną deklarację miłosną i wycieczkę opuszczonymi tunelami metra. Dowiadujemy się też, że te dziwaczne atakujące widma spowite różnokolorowymi poświatami to „dusze” – ludzie, którym się było zniknęło wraz tamtą częścią miasta, ale jakimś cudem można ich przywołać w postaci semi-astralnej i zmusić (zachęcić?) do urządzenia porządnej zadymy.

Jeśli ktokolwiek miał jakieś wątpliwości – nie, nie jest lepiej niż poprzednio. Jest podobnie łamane na gorzej, bo to znowu to samo i powoli zaczyna nudzić. Niektóre popisy kaskaderskie, inne elementy scen akcji czy drewniane dialogi potrafią na milisekundę zafascynować, ale to jest chwila, potem wraca kompletna bezbarwność i głupota scenariusza. W kwestiach technicznych jest też tak samo – toporna animacja, słabo dopasowane CGI i ogólna bida. I tylko openingu się fajnie słucha, reszta wlatuje jednym uchem, a drugim wylatuje. Nadal nie polecam.

Inny element akcji – cięcie tak precyzyjne, że przecina ciasno zawiązany bandaż bez zranienia opatrzonego delikwenta!

Wow, muszę przyznać, że tego się nie spodziewałam – takiego nagłego przyspieszenia oraz zagęszczenia akcji i fabuły ewoluującej w coś jakby serial sensacyjny (z gatunku The X Files, oczywiście). Ja sobie wróżyłam spokojne patrzydło z rozwiązywaniem problemów egzystencjalnych demona tygodnia, a tu takie kwiatki…

Ponieważ dzieje się dużo (akcja odcinka obejmuje kilka dni), ograniczę się do opisu najważniejszych momentów, także dlatego, żebyście również mogli zostać zaskoczeni rozwojem akcji. Kiedy Arata dochodzi do siebie w biurze, poznaje szefa ich jednostki oraz zostaje poinformowany, że takich uszu jak on nie ma nikt w całej Japonii. Wychodzi też na jaw, ponieważ chłopak tego nie ukrywa, że według jego dziadka, w jego żyłach rzeczywiście płynie krew słynnego onmyouji z okresu Heian. W efekcie Seo i Sakaki odwiedzają go w domu i eksplorują rzeczy pozostawione przez zmarłego dziadka, czyli mnóstwo papierów, oraz odkrywają białego nekomatę, ich strażnika od setek lat, który nie posiada się z radości, że znów może się zobaczyć z Aratą. Co więcej, chłopak uwalnia go od obowiązku i pokazuje świat. Miłe to było, nie powiem, zwłaszcza z uwagi na kocią formę Innego. Przy okazji łatwo zaobserwować, jak dobre serce ma Arata, zapewne zbyt dobre, żeby mu to wyszło na zdrowie… Także jego koledzy zwracają na to uwagę, kładąc to na karb jego umiejętności rozumienia mowy Innych, jako że dla nich te istoty stanowią coś w rodzaju żywiołu (w najlepszym razie, nie popadając w gatunkizm).

Dalej rozwija się przed nami kolejna sprawa, związana ze złowrogim chińskim demonem, przypominającym dziewięciogłowego smoka i ponoć zwiastującym nieszczęście. Przemieszcza się on po kraju, dokonując tu i tam napaści na Innych (a to na „łasice” ze stalowymi ogonami używanymi w rytuałach, a to na parkowe wróżki obrane z wróżkowego pyłu, a to na zashiki warashi będącą kimś w rodzaju ducha opiekuńczego klanu współczesnych onmyouji), a także na sklep z magicznymi narzędziami używanymi przez ludzi w kontaktach z istotami nadnaturalnymi. Nasi detektywi odwalają zatem żmudną policyjną robotę, przeglądając papiery, odwiedzając miejsca zajść, zbierając ślady i zeznania i główkując, aż Seo zaczyna coś jakby świtać, do czego mogą się komuś przydać skradzione składniki.

Następnie akcja przenosi się na górę Hakone, kolejne miejsce nietypowych zjawisk. Tam Arata, jak to świeżak, wykazuje się karygodną nieostrożnością i w efekcie razem z Sakakim trafia do podziemi wypełnionych niezbyt przyjaźnie nastawionymi istotami… Co więcej, ujawnia się ten, który za tym wszystkim stoi, długowłosy i piękny demon opisywany przez świadków jako „bestia” w ludzkiej skórze. Czy kogoś dziwi, że i on zwraca się do Araty imieniem Seimeia, a jego radość ze spotkania jest ewidentnie podszyta złymi zamiarami?

Ekhem. Odnoszę wrażenie, że było w odcinku parę drobiazgów, do których na upartego można by się przyczepić (mam na myśli konstrukcję), ale szczerze mówiąc, samo zaskoczenie, o którym pisałam wyżej, jak i szybka akcja sprawiły, że ku własnemu zdziwieniu obejrzałam go z takim zainteresowaniem, że w zasadzie mi umknęły… Chyba jedyne zastrzeżenie, jakie potrafię wyartykułować, to właśnie Arata – trochę jest za miękki, za dobry, ale kto wie, może coś z niego wyrośnie. Choć pewnie ta jego dobroć będzie do niego po prostu przekonywać kolejnych Innych, począwszy od dzisiejszego, i tyle z serialu sensacyjnego… Pożyjemy, zobaczymy. Natomiast jego koledzy, choć mili i wyraźnie go lubią, zachowują się całkiem profesjonalnie, a jednocześnie naturalnie, co mi się podoba. Chętnie sięgnę po następny odcinek, zwłaszcza że tak oprawa graficzna (z małymi kiksami), jak i muzyczna przedstawiają się całkiem przyzwoicie.

Tag Cloud