Sethowi, ku zdumieniu mieszkańców oraz Kwartetu, udaje się pokonać Nemezis przy użyciu potężnej dawki Fantasii. Potwora dobija Alma, która właśnie powraca do miasta (przy okazji też łapie złodziejaszków).

Po ocknięciu się Seth zamiast pochwał zbiera ochrzan za to, że używał mocy gołymi rękami, a tego nie robi (bo nie umie) żaden czarodziej. A co gorsza, właśnie to może zainteresować Inkwizycję jeszcze bardziej, bo ta zdecydowanie nie lubi, jak ktoś odbiega od normalności, nawet czarodziej. I na pewno wieśniacy już się z nią kontaktują, bo trzeba pamiętać (jak to przypomina nam na początku Narrator), że czarnoksiężnicy są znienawidzeni i wszyscy się ich boją, tak samo jak Nemezis. Niezbyt podbudowany słowami Almy Seth stwierdza więc, że znajdzie źródło pochodzenia Nemezis, Radiant, i je zniszczy, a wtedy wszyscy będą mogli żyć w pokoju i w zgodzie, i nikt nie będzie chciał ich zabijać.

Tutaj następuje długa retrospekcja dotycząca tego, skąd Alma go w ogóle wytrzasnęła – otóż dziesięć lat temu wydarzyło się coś, co spowodowało, że wzięła go pod opiekę. Niestety sama nie wie co, nie wie też, kim była przedtem, ani kim jest ten chłopak.

Rankiem okazuje się, że bohater jest wystarczająco zdeterminowany, żeby spróbować się samemu wymknąć, ale oczywiście na drodze staje mu Alma, która daje mu miotłę, dobre rady i tu następuje łzawe pożegnanie, po którym bohater wskakuje na  swój pojazd i obiecując pozostanie największym czarnoksiężnikiem na świecie, odlatuje w stronę wschodzącego słońca. Oczywiście po napisach obowiązkowa scena końcowa, tym razem przedstawiająca bandę przerysowanych Inkwizytorów…

Aczkolwiek pod względem graficznym seria jest miła dla oka, a postacie są wprawdzie schematyczne, lecz poprawnie narysowane, to pod względem zaangażowania emocjonalnego widza leży i kwiczy.  Nie obchodzi mnie bohater, nie obchodzi mnie także jego „poszukiwanie”, ba, nie obchodzi mnie nawet , czy go złapie Inkwizycja, ani też jak pozna swoich przyszłych towarzyszy (już zapewne w kolejnym odcinku, gdzie zostanie złapany! Le gasp!). Jest mi doskonale obojętne, co będzie dalej, i niestety seria spada z listy „do obejrzenia”  – jeśli jednak komuś spodobało się zawiązanie historii, to życzę przyjemnego oglądania.

Oj, strasznie się umęczyłem, oglądając ten odcinek, co należy przypisać przede wszystkim zagęszczaniu się coraz to bardziej absurdalnej „fabuły”. Charlotte zostaje królową, a Montmorency robi z Jeanne bohaterkę i świętą dzięki cudownemu ocaleniu wioski w następstwie jej „furii”. Efektem ubocznym tejże jest także potrzeba regularnego przyjmowania eliksiru od produkującego go chłopaka, a to daje duże możliwości wprowadzenia niepotrzebnego i głupiego fanserwisu. Mówiąc krótko, Jeanne chodzi napalona ma głównego bohatera jak szczerbaty na suchary i pewnie stanie się to obowiązkowym elementem każdego odcinka. Wyjątkowo niesmaczną scenę pocałunku przerywa jednak atak, a twórcy już nawet nie udają, że nie skończyły im się pieniądze, bowiem sama scena walki nie zostaje już pokazana ani przez sekundę. Poza tym jeśli seria będzie widzom z taką jak do tej pory częstotliwością, czyli co trzy minuty, przypominać, że główna bohaterka może być Ulyssesem, to gwarantuję, że niektórzy wpadną w większy szał niż ona sama.

Sama zainteresowana trafia na zamek królewski, a jej towarzysz do piwnicy (w wyniku porwania), gdzie spotyka Richemont bardzo niezadowoloną z tego, że przez tyle lat nie przybył jej z pomocą. Tłumaczenie, że przez alchemię stracił poczucie czasu, tylko pogarsza sprawę. Poznajemy także dyżurnego złego, a zarówno Arthur, jak i Charlotte mają sporo do wygarnięcia protagoniście. Ta druga nie ma na to jednak czasu, bo podczas rozmowy z główną bohaterką zostają zaatakowane przez tajemniczego zabójcę, a kiedy dziewczynie kończą się magiczne trzy minuty, na scenę wkracza kolejny złoczyńca, który chce wyciąć z niej kamień filozoficzny.

To naprawdę była droga przez mękę. Anime nie prezentuje sobą niczego interesującego, a naginanie faktów historycznych do bieżących potrzeb scenariusza sprawia, że nie sposób traktować tej historii nawet odrobinę serio. Same postacie są irytujące i nieciekawe, a połączenie pokręconych jak faworek faktów historycznych i magii trąci groteską. Gwoździem do trumny jest tragiczna wręcz oprawa wizualna i widoczny na każdym kroku brak funduszy na realizację. Nikogo więc raczej nie zdziwi moja decyzja o rzuceniu tego w trzy diabły, co i Wam szczerze polecam.

Zbliżają się wybory, a Yuu przygotowuje przemowę, którą ma wygłosić w trakcie kampanii. Dziewczyny coraz więcej czasu spędzają wspólnie, a podczas popołudniowego powrotu ze szkoły Touko nadkłada drogi i wstępuje do swojej ulubionej księgarni, która okazuje się należeć do rodziny Koito. Perfekcyjna jak zawsze Nanami robi świetne wrażenie na rodzinie swojej dziewczyny, a wieczorna rozmowa domowników skłania Yuu do refleksji i zwiastuje potencjalnie poważny problem. I tu mała dygresja bo do tego momentu odcinka mieliśmy dwie bardzo udane sceny, z którymi wiele anime sobie nie radzi. Pierwsza to „pośredni pocałunek” przy okazji picia z tej samej butelki, który wiele serii wynosi do rangi pierwszoplanowego wydarzenia. Tu twórca po prostu to pokazał i tyle, nie było rumienienia się, robienia scen, wewnętrznych monologów, tylko kilka wymownych spojrzeń. Drugi wątek to scena rodzinnej rozmowy i konkluzja ojca dotycząca możliwości związku między dziewczętami. Niebywałe jest, jak zręcznie autorka sygnalizuje potencjalny problem, z którym będzie się trzeba zmierzyć w przyszłości. To takie wbicie szpilki, szybkie i skuteczne zgaszenie dobrego samopoczucia głównej bohaterki i kolejny ze zwiastunów dramatu, jaki może, ale nie musi się tu rozegrać.

Później następują zwyczajne-niezwyczajne sceny. Yuu z przyjaciółkami idą na miasto, zaś kolejnego dnia do sklepu, w którym pomaga dziewczyna, przychodzi Touko z prezentem dla niej. Najciekawsza część odcinka następuje jednak, kiedy para bohaterek wychodzi na zewnątrz podczas przygotowań do wyborów. Wyznanie, które ma wówczas pada, znowu popycha fabułę do przodu, pozwalając nam lepiej poznać postać perfekcyjnej członkini samorządu szkolnego. Złapana we własne sidła, w pogoni za doskonałością stworzyła wokół siebie barierę nie do przejścia i choć bardzo by tego chciała, musi grać swoją rolę i nie okazywać słabości. Robi to dla siebie oraz dla tych, którzy w nią wierzą. Yuu podchodzi do jej wyznania z rozbrajającym spokojem, czym po raz kolejny zaskakuje swoją dziewczynę i zyskuje w jej oczach. Mamy więc sytuację, w której to tylko ona wie o największej słabości Touko i wykazuje przy tym dużą dojrzałość w osądach i opanowanie, a także ofiaruje partnerce oparcie, którego tak bardzo potrzebuje. Wybory nie przynoszą zaskoczenia, a szczere przemówienie Koito prawdopodobnie mocno przyczynia się do ich wyniku.

Yagate Kimi ni Naru to seria wyjątkowa w kategorii romansów, o kategorii yuri nawet nie wspominając. Pewnie dla niektórych tempo rozwoju historii będzie nieco monotonne, a same bohaterki, niereprezentujące żadnego ze schematów zachowań, mogą wydawać się nijakie, jednak ja uznaję to za ponadprzeciętne zalety. Podoba mi się, że historia jak tylko może, ucieka od schematycznych rozwiązań, pozostając mimo wszystko przedstawicielem swojego gatunku i świetnie balansuje pomiędzy romansem, dramatem (na razie dyskretnie się zarysowującym) a okruchami życia. Niespotykanie piękna i bogata jest także oprawa graficzna, uzupełniająca i nadająca głębię w wielu przypadkach statycznym i mówionym scenom. Mam wielką nadzieję, że anime do samego końca utrzyma poziom, kibicuję całym sercem związkowi Yuu i Touko i serdecznie polecam rzucenie okiem na tę niezwykle interesującą produkcję.

Wszyscy (poza Kohane) wiedzą, że czirliderki powinny stanowić wzór do naśladowania dla innych dziewcząt. Co za tym idzie, muszę nie tylko prezentować się świetnie podczas występów, ale także poza nimi, błyszczeć w nauce i nienagannie się zachowywać. W każdym razie tak twierdzi Hizume, dla której inspirację stanowią czirliderki ze Stanów Zjednoczonych, skąd ten sport się wywodzi. Wszystko fajnie, problem polega na tym, że Kohane inteligencją nie grzeszy i przed zbliżającymi się testami będzie się musiała ostro wziąć za naukę, jeśli w ogóle chce je zdać. Koleżanki starają się ją wspierać, jak mogą, ale Kohane jest, delikatnie rzecz ujmując, bardzo oporna na wiedzę.

Kiedy jest już po wszystkim (nasza bohaterka oczywiście musi wziąć udział w egzaminach poprawkowych), dziewczyny ostro biorą się do ćwiczeń. To znaczy chciałyby się zabrać, ale niestety jako niezarejestrowany oficjalnie klub, nie mają przydzielonego miejsca na zajęcia. Z opresji ratuje je nauczycielka, która uświadamia naszą trójkę, że co prawda nie mają dostatecznej ilości członków, by utworzyć klub, mogą utworzyć coś w rodzaju kółka zainteresowań. Wiążą się z tym takie przywileje, jak chociażby pomieszczenie przeznaczone na zajęcia, którym w drodze selekcji staje się pusta sala klasowa.

Wszystko układa się więc po myśli naszych bohaterek (nie, żeby ktokolwiek przypuszczał, że będzie inaczej). Niespodziewanie po pierwszych zajęciach zgłaszają się do nich dwie koleżanki z klasy Kohane, które, widząc rozwieszone na korytarzu ulotki o zajęciach czirlidingowych, postanawiają… nie, nie dołączyć do zespołu, ale poprosić nasze czirliderki o wsparcie przy wyznaniu miłosnym. Nie jest to rodzaj dopingu, którym na co dzień zajmują się czirliderki, ale co tam – Kohane, Hizume i Uki decydują się pomóc i cała piątka wspólnie obmyśla plan działania.

Jedną z uczennic, które zgłosiły się do naszych bohaterek jest nieśmiała Kotetsu i wszystkie znaki na niebie i ziemi (znaczy opening i ending) wskazują, że wkrótce dołączy ona do zespołu. Już zresztą wykazuje pewne zainteresowanie działalnością kółka czirlidingowego. Dziewczyna z czerwonymi włosami (czyli ostatnia członkini grupy) również śledzi poczynania owego kółka. Na razie z ukrycia, ale to też powinno wkrótce ulec zmianie. Przeciwności jak zwykle w takich seriach brak, niedługo więc grupa powinna być w komplecie. A potem będą robić to, co robią do tej pory, czyli urocze rzeczy.

Nie ukrywam, że miałam trochę większe oczekiwania w stosunku do tego tytułu i na razie nie jestem nim szczególnie zachwycona. Jest to całkiem przyjemna, ale nieszczególnie oryginalna, seryjka moé, która przypadnie do gustu raczej tylko fanom gatunku. Jej największą wadą jest główna bohaterka, wyjątkowo mało rozgarnięta, a przez to bardzo irytująca. Jeśli chodzi o kwestie czirlidingowe, to emitowane dwa lata temu Cheer Danshi!! znacznie lepiej podeszło do tego tematu, ale też pewnie i nie tego oczekują widzowie po tym anime. Mimo wszystko nie wydaje mi się, by wyszło z tego coś więcej, niż bardzo przeciętna seria o słodkich dziewczątkach. I jeśli komuś to wystarczy, spokojnie może zabierać się za seans, bo poziom raczej nie powinien spaść w dalszych odcinkach. Tych, którzy z tym gatunkiem jeszcze nie mieli do czynienia, zachęcam do zapoznania się z jakimś lepszym tytułem, zwłaszcza że naprawdę jest z czego wybierać.

Przed kliniką pojawia się podejrzany typek z pierwszego odcinka, tyle że w towarzystwie wielkiej i paskudnej lalki, która według jego słów jest też wyjątkowo silna. Niestety szybki pojedynek z Shirogane udowadnia, że umiejętności marionetki są mocno przesadzone lub też Arlequin to prawdziwe lalkarskie arcydzieło. Jednak nasz zbir ma jeszcze jednego asa w rękawie – kiedy on odwracał uwagę Shirogane, jego koledzy cichaczem zakradli się do Masaru i przyłożyli mu nóż do gardła. Gdyby nie mocne wejście Narumiego, małoletni dziedzic fortuny Saiga zakończyłby swój żywot. Cóż, panowie znikają jak kamfora, a Narumi proponuje chłopcu i jego opiekunce nocleg u siebie. Chwila oddechu nie trwa jednak długo, ponieważ w nocy na dom napadają kolejni porywcze i tym razem bez większych problemów udaje im się uprowadzić chłopca.

 

Czarne charaktery w anime często mają w sobie coś takiego, że widz zaczyna pałać do nich sympatią w równym, a nawet większym stopniu niż do protagonistów… W Karakuri Circus nasz czarny charakter na dodatek ma lisi wyraz twarzy i mówi głosem Takahiro Sakuraia – no i jak tu się nie zakochać? Oczywiście nie jest to główny zły, a jedynie uroczy pomagier, ale wrażenie zdążył już zrobić. Z innych pozytywnych rzeczy – rozbraja i rozczula mnie, jak nieudolnymi opiekunami są Shirogane i Narumi. Nie można odmówić im dobrych chęci, ale wyraźnie widać, że o wychowywaniu dzieci mają raczej blade pojęcie, co prowadzi do wielu zabawnych sytuacji. Inna sprawa, że stanowią wyjątkowo uroczy i przesłodki duet, dorzucając tym samym kolejny argument za oglądaniem tej serii. Poza tym, znowu było dynamicznie i efektownie, i dostaliśmy jeszcze jedną porcję wyjaśnień, uświadamiającą nam, że sytuacja Masaru jest bardzo skomplikowana, a grono wrogów liczne.

 

To się po prostu świetnie ogląda, ze względu na drobiazgi, jak i elementy bardziej konkretne. Na przykład zupełnie nie przeszkadza mi prostolinijność Narumiego i jego ciągłe wrzaski. Doceniam fakt, że Shirogane nie potraktowała go kopniakiem z półobrotu, kiedy znienacka wparował do łazienki i zastał ją nagą – ba, nawet się nie zaczerwieniła, za to dostał po łbie, kiedy straszył ludzi w sklepie. No pierdoły, ale jakże istotne i budujące całość. Nawet płaczliwy Masaru daje się lubić (w sumie zarzucanie dziecku, że zachowuje się jak dziecko w stresującej sytuacji byłoby bez sensu). To jest dobre, tak po prostu!

Mija tydzień od pojawienia się ostatniego potwora. Nowy wytwór Akane, Anti, potrafiący przybierać dwie formy, ludzką oraz kaijuu, stacza pojedynek z Gridmanem i, ku uciesze swojej konstruktorki, wygrywa. Konsekwencją tych wydarzeń jest zniknięcie Yuuty i Calibura, z czym ewidentnie nie mogą pogodzić się Utsumi i w szczególności Rikka. Następnego dnia w sklepie należącym do matki dziewczyny pojawiają się ludzie, którzy zdają się wiedzieć o istnieniu Gridmana. Jednocześnie okazuje się, że ani Yuucie, ani Caliburowi nic nie jest, a czekają jedynie na odpowiedni moment do kontrataku. Gridman, tym razem z pomocą Maxa, ponownie staje do walki z Antim.

Zakochałem się w tej serii, autentycznie. Pisałem już o tym parokrotnie, ale wspomnę jeszcze raz – nastrój, jaki budują twórcy, jest niesamowity i jest on zdecydowanie największym atutem tego anime. Podobnie jak poprzednio, tak i w tym tygodniu zachwycił mnie scenorys – spokojnie mógłbym do tej zajawki zrobić zrzutki 20-30 równie fantastycznych kadrów. Jeśli doliczyć do tego świetną animację, której w tym odcinku co niemiara, dostajemy produkt kompletny pod względem reżyserskim i postprodukcyjnym.

Wspominając o nastroju nie mam jednak jedynie na myśli kwestii audiowizualnych. Każdy kolejny odcinek rodzi coraz więcej pytań i mnie ta atmosfera tajemniczości na ten moment kupuje. Odkrywanie motywów Akane czy powodów utraty pamięci przez Yuutę może być naprawdę ciekawą i intrygującą przygodą, jeśli tylko twórcy tego nie zepsują.

Akira Amemiya zaskoczył mnie swoim podejściem do kompozycji tej serii. Spodziewałem się czegoś, co swoją wyjątkowość będzie kreować szalonymi pomysłami, czyli czymś, co jest bardzo charakterystyczne dla jego starszego kolegi, Hiroyukiego Imaishiego, z którym Amemiya regularnie współpracuje od wielu lat i swego czasu dostał nawet przydomek „mini Imaishi”, ze względu na wiele podobieństw w ich twórczości. Poczytałem jednak trochę o produkcji Gridmana i, co nieco na początku mnie zaskoczyło, a chwilę później stało się dość oczywiste, nowa produkcja Triggera jest w wielu aspektach hołdem dla jednej z ulubionych serii Amemiyi, czyli Neon Genesis Evangelion (które swoją drogą czerpało wiele z Ultramana) Hideakiego Anno. Tak też więc zacząłem SSSS.Gridman postrzegać – jako swego rodzaju połączenie dwóch wizji, Imaishiego i Anno, a tym samym również swoisty list miłosny dla studia Gainax, w którym i Amemiya zaczynał swoją przygodę ze światem animacji.

Jedni powiedzą, że Triggerowi znów nie wyszło, inni, że po raz kolejny ratują anime. A ja po prostu szczerze was zachęcam do obejrzenia, bo SSSS.Gridman zapowiada się na ich najlepszą produkcję od czasów Kill la Kill.

Tsurune to według Japończyków dźwięk, jaki wydaje zwolniona cięciwa łuku. Rzeczywiście, sama nazwa brzmi ślicznie… Minato usłyszał go jako mały chłopiec i był stracony: kyuudo, japońskie łucznictwo, niemalże przesłoniło mu świat. Co prawda kiedy go poznajemy w przeddzień rozpoczęcia liceum, wiele wskazuje na to, że jest to pieśń przeszłości. Z drugiej strony, wciąż cały czas nosi ze sobą rękawicę do strzelania…

Chłopak w progach liceum spotyka się nie tylko z Seiyą, sąsiadem z naprzeciwka i byłym kolegą z klubu kyuudo w gimnazjum, ale i Ryouheiem – wszyscy trzej za szczeniaka (plus bernardyn Kuma) tworzyli paczkę. Ponieważ trudno odmówić rozentuzjazmowanemu spotkaniem po latach Ryouheiowi (Seiya jest znacznie spokojniejszy i delikatniejszy w obejściu), podążają za z pozoru nieszkodliwym starszym panem, nauczycielem z misją „reaktywacja”, a nawet „rezurekcja”. Wskrzesić z martwych należy, a jakże, licealny klub kyuudo.

Minato odmawia, twierdząc, że na uczestnictwo nie pozwolą mu obowiązki domowe, którymi zajmuje się od śmierci matki. Potem zobaczymy, że jego ojciec rzadko bywa w domu, i podejrzewam klasyczne chłodne stosunki pomiędzy nimi. Następnego dnia jednak nieustępliwy Ryouhei prośbą, groźbą i przemocą fizyczną (tak naprawdę zwykłym naleganiem) zaciąga Minato na briefing do klubu, który zgromadził całkiem sporą gromadkę zainteresowanych (choć niektórzy mogą się bardziej interesować wyglądem własnym tudzież dziewcząt w hakamach). Pojawiają się też dwaj inni weterani, uroczy Nanao, ulubieniec dziewcząt, i chmurny Kaito, kuzyni.

 

I może wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pomysł Tommy’ego-senseia (raczej nie niewinny, chociaż starszy pan wygląda na chodzącą niewinność), któremu z serca przyklasnął Seiya, by Minato zaprezentował świeżakom, jak się strzela. Proces jest to złożony i piękny, każdy ruch starannie odmierzony, naprawdę przyjemnie patrzeć, jednak… chłopak nie trafia, a wręcz haniebnie pudłuje, i to dwukrotnie. Reminiscencje z przeszłości mówią nam, że jego trauma (to jasne, że ma traumę, od pierwszej minuty) łączy się z przegranymi zawodami, w dodatku reżyser każe nam zwracać uwagę na bliznę na boku Minato – na razie nie będę zgadywać, czy to całkowicie inna trauma, czy powiązana. W każdym razie, zdarzenie w klubie mu na żadną z nich nie pomogło. Pomoże za to, sądząc z openingu, przypadkowe spotkanie z łucznikiem ze świątyni, który nie tylko ma przepiękną postawę i celne oko, ale i nietypowe zwierzątko. Huh, moje receptory biszowatości wykazały wyraźną reakcję i mam tylko nadzieję, że rzeczywiście jest chociaż trochę starszy od reszty chłopców, a nie tylko wygląda ;)

 

Skoro o wyglądzie mowa, projekty postaci są  przyjemne dla oka w nieprzesadzony sposób. Fakt, że dostrzegłam upraszczanie się sylwetek wraz z odległością, ale ponieważ dotyka to wszystkich w jednakowym stopniu, przyjmuję za „taki styl” i muszę wyznać, że mi się on dość podoba. Zwłaszcza że animacji nie bardzo mam co zarzucić, a jak wspomniałam, pokaz składania się do strzału wypadł po prostu pięknie, i to nie raz. W dodatku tła są z tych ślicznych i dopracowanych, a oszczędności niewielkie i eleganckie, i na wszystko patrzy się z przyjemnością. Klimatu dodaje stonowana muzyka, a seiyuu doskonale pasują do charakterów postaci. Mimo że odcinek otwierający przynosi dokładnie to, czego można się było spodziewać i po zapowiedziach, i z doświadczenia, bynajmniej nie jest to zarzut. Oczekuję dobrze zrobionej technicznie serii o pięknym sporcie połączonej z okruchami życia, i na razie nie jestem rozczarowana.

W trzecim odcinku relacje między bohaterami nie ulegają większym zmianowym. Junta (ochrzczony ostatnio słodkim pseudonimem Chunta) nadal chce się przez większość czasu dobrać do spodni swojego kochanka. Ten zaś niby się opiera, niby sprzeciwia, ale na każdą pieszczotę młodszego kolegi reaguje bardzo namiętnie.

Panowie właśnie skończyli pracę nad filmem, w którym wspólnie zagrali, czekają ich więc wywiady, sesje zdjęciowe i wszelkiej maści imprezy promocyjne. Do tego wszystkiego dochodzi gala rozdania nagród filmowych. Junta z łatwością zgarnia nagrodę za najlepszą rolę główną, zaś Takato musi pogodzić się z porażką, gdyż nagrodę dla bohatera drugoplanowego zgarnia dużo starszy kolega po fachu. Jak łatwo się domyślić, jest tym strasznie sfrustrowany i jak zwykle wyżywa się, jedząc tort truskawkowy. Tym razem jednak jest przy nim Junta, co oznacza, że na zwykłym zajadaniu się słodyczami nie może się skończyć…

Jeśli ktoś liczył na to, że dostaniemy tutaj poważną serię o miłości między dwoma mężczyznami, to ewidentnie musiał się gdzieś pogubić już na samym etapie zapowiedzi tego tytułu. Z drugiej strony anime pozbawione zostało jakichkolwiek ostrzejszych momentów. Nie mówię tu tylko o scenach seksu, bo tych trudno byłoby się spodziewać w serii telewizyjnej. Mangowy pierwowzór jest jednak dużo mniej słodki, zawiera bowiem motyw gwałtu, a zbliżenia między oboma bohaterami dość długo opierają się na wyraźnym przymuszaniu Takato do jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. W trakcie rozwoju fabuły, pojawiają się nawet akcenty sadomasochistyczne.

W anime zrezygnowano z tego wszystkiego na rzecz pokazania raczej niewinnego romansidła. Nieszczególnie widzę sens w takim zabiegu, bo o ile większość osób odrzuciłyby pewnie jakiekolwiek brutalniejsze motywy, to jednak to właśnie one tak naprawdę zbudowały cały „klimat” tego tytułu. Bez nich jest uroczo i… strasznie pusto. W żaden sposób nie da się wyczuć chemii między bohaterami i niby ich związek się rozwija, ale tak naprawdę wcale tego nie widać. Ponieważ znam oryginał, wiem, czego powinnam się spodziewać dalej i zupełnie tego nie widzę.

Generalnie seria będzie jak znalazł dla fanek cukierkowych romansów męsko-męskich. I właściwie tylko dla nich. Panowie co i rusz kleją się do siebie, lecz ich zbliżenia zostają pokazane w sposób absolutnie niewinny (a przy okazji okropnie sztuczny – jak widzę te ruchy ręką Chunty w okolicach rozporka Takato, to naprawdę zastanawiam się, czy on w ogóle znalazł to, czego szukał) i widzowie muszą się zadowolić głównie pocałunkami. Jasne, serial telewizyjny to nie miejsce na pełnowymiarowe porno, ale dałoby się to lepiej rozwiązać. W końcu nikt nie mówi, że trzeba od razu wywalać wszystko na wierzch, ale pokazanie leżącego jak kłoda na łóżku Takato nie należy do scen szczególnie romantycznych. Ogólnie nie jest specjalnie dobrze, ale jak to mówią – na bezrybiu i rak ryba. A wśród ostatnio zekranizowanych tytułów spod znaku shounen-ai ten i tak jest jednym z konkretniejszych, bo przynajmniej panowie niemal od początku są razem.

W gildii zjawiają się osoby, które poszukują Zabójcy Goblinów. Nie bez trudu przychodzi jednak wytłumaczenie, o kogo dokładnie chodzi – w każdym z ich języków jego przydomek brzmi zupełnie niepodobnie do tytułowego Goblin Slayera.

 

Problem rozwiązuje pojawienie się samego zainteresowanego, który ucina sobie pogawędkę z trójką przybyszów. Początkowo historia o odrodzeniu króla demonów i związaną z tymi aktywnością potworów wokół stolicy nie bardzo go obchodzi, co wywołuje wyraźną złość pięknej Elfki. Zabójca Goblinów zmienia zdanie dopiero kiedy dowiaduje się, iż proszony jest o pomoc w eksterminacji goblinów w pewnych ruinach. Bez chwili zastanowienia rusza w trasę, a za nim cała ta kolorowa ferajna. W międzyczasie poznajemy bliżej Czarownicę, która odbywa przypadkową rozmowę z Kapłanką. Dziwna jest to dyskusja – wydaje się, że jej celem, oprócz udzielenia pomocy w związku z pewnym zwojem należącym do Zabójcy Goblinów, było jedynie stworzenie okazji do zazdrosnych spojrzeń na biust Czarownicy.

 

Na chwilę przed wyruszeniem w drogę Zabójca Goblinów próbuje zostawić tym razem swoją towarzyszkę. Ta pierwszy raz okazuje nieugięty charakter i po zażartej dyskusji wyrusza razem z nim. Później idzie już standardowo: nocleg przy ognisku, bliższe zapoznanie się grupy i poczęstunek z lokalnymi przysmakami.

Z ust głównego bohatera słyszymy też legendę o przybyciu goblinów na Ziemię z Zielonego Księżyca, a także dowiadujemy się, że ma on starszą siostrę. Chwilę później mocne krasnoludzkie wino kładzie wszystkich spać.

Na sam koniec grupa poszukiwaczy przygód rozpoczyna atak na kryjówkę goblinów. Jak ona się skończy, dowiemy się w następnym odcinku, jednakże łatwo i przyjemnie zapewne nie będzie.

Goblin Slayer to anime, które jak na razie dobrze sobie radzi z prezentowaniem postaci i prowadzeniem fabuły. Widać też zarys głównego wątku fabularnego, który zapewne zostanie rozwinięty w kolejnych odcinkach. Seria przede wszystkim wciąga i interesuje – jestem po prostu ciekawy, co będzie dalej, co zaprezentują bohaterowie, jak rozwiną się ich relacje, a to już wystarcza, abym oglądał dalej. Mam tylko jedną obawę, związaną z planowaną długością serii. Dwanaście odcinków to bowiem za mało, aby zmieścić porządnie rozbudowaną historię, biorąc pod uwagę obecne tempo wydarzeń. Chciałbym się jednak mylić, a seans polecam wszystkim, którzy lubią takie klimaty fantasy.

Przyznam, że w trakcie przygotowywania zapowiedzi nie doczytałam dokładnie informacji na temat pierwowzoru tej serii, bo Ingress to może i gra mobilna, ale korzystająca z tego samego rozwiązania, co Pokemon Go, i w dodatku starsza, choć jak, widać znacznie mniej popularna. Tak czy siak na bieżący rok zaplanowano jej nową (odświeżoną?) wersję, którą jakoś trzeba było zareklamować. No i mamy anime. Finansowane przez Netflix. Ponoć już w listopadzie dostępne poza Japonią na tejże platformie. Ponoć w całości.

Zarys fabuły sugeruje, że mamy do czynienia z thrillerem fantastyczno-naukowym, który powinien zainteresować miłośników dzieł o teoriach spiskowych, bo historia opowiada o tajemniczej materii (nazwanej XM), rzekomo wpływającej na działanie ludzkiego mózgu. Jej istnienie odkryto w 2013 roku, a w odkrycie zamieszany jest CERN i mnóstwo szemranych organizacji z całego świata, które podzieliły się na dwie frakcje – Oświeconych (zwolenników XM) i Opór (jak nazwa wskazuje, przeciwników wykorzystania tajemniczej materii). W samym centrum zamieszania jest młodziutka badaczka z instytutu Hulong, Sarah Coppola, oraz Makoto Midorikawa, obdarzony umiejętnością odczytywania wspomnień z przedmiotów tokijski policjant. A, no i jeszcze gość w garniturze, który zachowuje się jak 007 i ściga powyższą dwójkę.

Zaczynamy od wybuchu w Tokio, który przeżyła jedynie Sarah, śledztwa policyjnego, przejęcia rzeczonego śledztwa przez ludzi z Hulong i tajemniczego ktosia, który przy pomocy komputera i mobilnej aplikacji wciąga ciekawskiego Makoto w całą intrygę… Cóż, sporo tu tajemnic i cała sprawa śmierdzi na kilometr, ale główny bohater wydaje się tak pozbawiony instynktu samozachowawczego, że bez zastanowienia wtyka nos w nie dość, że nie swoje, to jeszcze bardzo podejrzane i niebezpieczne sprawy. Ale przynajmniej jest tego świadomy, bo na pytanie bohaterki, czemu ją ratuje, odpowiada, że właściwie to nie ma pojęcia. Gdyby tylko jeszcze zatrzymał się na chwilę i pomyślał, że bieganie po całym mieście z kimś w koszuli szpitalnej może zwrócić czyjąś uwagę… Ale nie, bo wszystkie ulice są praktycznie puste i tylko jedna osoba zdaje się ich ścigać. A w miejscu, gdzie teoretycznie trzyma się kluczowego dla sprawy świadka, z ochroną radzi sobie jeden człowiek, a kamer jakoś nie zauważyłam. Powiem tak, to mogłaby być całkiem niezła seria, gdyby już na samym początku nie wykładała się na rzeczach elementarnych. Cała jej tajemniczość robi zaś wrażenie pretensjonalnego bełkotu. No i ta teatralność plus natchnione monologi w najmniej odpowiednich momentach… I to CGI… znaczy, no dobra, pewnie bywa gorzej, ale do ładnych tego anime raczej nie możemy zaliczyć. Na pewno ciekawą alternatywą dla zwyczajowego j-popu/rocka jest wykorzystanie piosenek zagranicznych (w tym przypadku grupy Alt-J), które są klimatyczne, za to średnio pasują do anime. I wiecie co? Bardziej zaintrygował mnie sam ending z masą różnych, mniej lub bardziej przypadkowych(?) zdjęć, pośród których znajdziemy m.in. coś takiego.

Tag Cloud