Fuutarou robi dziewczynom test – ta, która go zda nie będzie musiała oglądać chłopaka na oczy nigdy więcej. Dziewczyny podejmują wyzwanie i dzięki swoim umiejętnościom i wytrwałości zdobywają maksymalne 100 punktów… sęk w tym, że cała piątka w sumie, co mniej więcej daje ponury obraz rzeczywistości, z którą będzie musiał zmierzyć się protagonista.

Tak jak podejrzewałem, okazuje się, że każda z dziewczyn odpowiedziała poprawnie na inny zestaw pytań, a skoro są pięcioraczkami, w każdej powinien drzemać podobny, jeśli nie taki sam, potencjał. To z kolei prowadzi głównego bohatera do wniosku, że czego nauczyła się jedna, będą potrafiły nauczyć się także pozostałe, co sprawia, że przyszłość prowadzonych przez niego korepetycji rysuje się w jaśniejszych barwach.

Na pierwszy ogień idzie Miku, mająca fioła na punkcie dowódców okresu Sengoku. Okazuje się nawet, że jej wiedza w tym zakresie przewyższa wiedzę Fuutarou, który nie zwykł jednak poddawać się tak łatwo i szybko nadrabia zaległości, czym zaskarbia sobie (nie bez trudu) sympatię dziewczyny.

Z zapowiedzi odcinka trzeciego wnioskuję, że będzie on poświęcony Nino i pewnie wiele się nie pomylę, jeśli założę że kolejne cztery odcinki będą utrzymane w klimacie „potwora tygodnia”. Na szczęście seria pozostaje zabawna i całkiem inteligentna, a bohaterowie sympatyczni. Oprawa techniczna również utrzymuje się na przyzwoitym poziomie i już w zasadzie można powiedzieć, że będzie to solidna pozycja dla fanów szkolnych haremówek.

 

Wyjaśnia się system wyborów na przewodniczącego samorządu uczniowskiego. Każdy uczeń dostaje jeden żeton o wartości jednego głosu, a poprzez hazard może zdobyć kolejne. Wielkie granie rozpoczyna się natychmiast, chociaż nie wszyscy mają jednakowe cele i postawę w związku z tą sytuacją.

W międzyczasie Yumeko chwali się otrzymanym przelewem na 3 miliardy jenów, co w normalnej sytuacji pozwoliłoby się jej cieszyć hazardowymi pojedynkami do woli. Przelew pochodzi od Kaede Manyudy, którego Yumeko pokonała w poprzedniej serii. Dowiadujemy się też, że drugą część wygranej – scenariusz kontrolujący jego życie ze względu na posiadane długi, przekazała Itsuki Sumeragi, ponieważ sama nie jest zainteresowana taką zdobyczą.

Ujawniają się też plany różnych gałęzi klanu Momobami. Każda z rodzin ma w nazwisku człon „-bami”, a Kirari ściągnęła ich do szkoły, aby przyglądać się, jak skaczą sobie do gardeł, by zdobyć kontrolę nad Akademią Hyakkaou. Cóż, sami zainteresowani mają inne plany – przede wszystkim chcą pokonać Kirari.

Po tych wszystkich wyjaśnieniach akcja wraca do gilotynowego pojedynku. Członkini rodziny wyspecjalizowanej w torturach nie jest w stanie przeciwstawić się szaleńczej pasji Yumeko i Midari. Wpada w panikę, jednakże pojedynek jest kontynuowany. Jego wynik nikogo nie zaskoczy, ale fani przedramatyzowanych i przerysowanych scen na pewno będą zadowoleni.

 

Rody -bami przystępują do akcji, a dotychczasowi członkowie samorządu nie będą mieć lekko. Uwaga jednak przenosi się na postać Mary Saotome, której plany dotyczące wyborów nie są znane. Poznajemy też twarz wiceprzewodniczącej, która podczas zderzenia z Mary gubi swoją maskę, po czym oświadcza, iż ma do niej sprawę. Widać, że kroi się coś grubszego, a niepozorna do tej pory Ririka Momobami ma poważne plany.

Drugi odcinek Kakegurui XX nie zawiedzie fanów tytułu. Dzieje się dużo, a w tle czają się spiski i zwroty akcji. Oprócz charakterystycznych pojedynków hazardowych nie zabraknie też fabuły, która może nas jeszcze zaskoczyć. Dzięki temu drugi sezon Kakegurui zapowiada się na znacznie ciekawszy niż pierwszy, który był skupiony głównie na Yumeko i jej szaleńczej pasji. Oczywiście, piękna hazardzistka nie zejdzie z pierwszego planu, zwłaszcza że nazwisko Jabami mówi samo za siebie. Jednakże wielowątkowa historia powinna być znacznie bardziej interesująca, aniżeli nieco monotonne skupianie się na jednej osobie.

Drugi odcinek powtarza schemat pierwszego – oglądamy wstęp live action (jak się nad tym zastanowić, zajmujący chyba więcej niż część udająca animowaną), zarysowujący jakieś problemy bohaterów (tym razem związane z nietypową przyjaźnią łączącą Tsuyoshiego Kikawadę i Yurio Mizukamiego), a następnie podróż do świata dwuwymiarowego i pojedynek ze Sfinksem. Przebieg pojedynku jest również identyczny – zła odpowiedź, kosztująca tymczasowo życie jednego z bohaterów, a następnie odpowiedź poprawna, wydedukowana przez Junpeia. Jedyną wariacją okazuje się „cena za wskrzeszenie”, mająca tym razem konsekwencje poważniejsze niż finansowe.

 

 

Segment animowany wygląda równie okropnie jak poprzednio i rozgrywa się w tych samych ubogich dekoracjach. Natomiast segment live action… Redakcyjna koleżanka tamakara potwierdziła moje ponure przypuszczenia – w role bohaterów wcielają się tak zwane talenty, czyli wszechstronne gwiazdki, miotane przez swoją agencję i menedżerów od programu rozrywkowego do reklamy lub epizodycznej rólki w jakimś serialu, z nadzieją, że uda im się zaistnieć. Cóż, jak rozumiem, ta okazja jest dobra jak każda inna, ale nie zmienia to faktu, że szanowni prawie-jak-celebryci nie umieją grać. To już nie jest kwestia różnic w manierze aktorskiej pomiędzy Wschodem a Zachodem. To zwyczajna, parszywa nieudolność.

Gdyby jeszcze akcja serialu rozgrywała się w bardziej zróżnicowanych dekoracjach, można by powiedzieć, że to jakaś okazja, żeby rzucić okiem na prawdziwe kawałki japońskiej codzienności. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Dimension High School to koncept wyprodukowany przez speców od marketingu w celu sprzedania produktu (w tym przypadku rzeczonych talentów) przy jak najniższym koszcie produkcji. Rozumianym całkowicie dosłownie, jako nakłady czasu, finansów i innych środków potrzebnych do stworzenia serialu. Obejrzę trzeci odcinek, ale nie ma chyba takiego cudu, który zmieniłby tę produkcję w coś choćby marginalnie interesującego.

Co było do przewidzenia, do grona małych dziewczynek nawiedzających dom sióstr Hoshino dołącza Noa, która oglądała popisy taneczno-wokalne Miyako w końcówce poprzedniego odcinka. Jako że ta druga za żadne skarby nie chce zostać wydana, robi wszystko, aby obłaskawić nową koleżankę jej siostry.

Odcinek obraca się wokół angielskiego słowa cute, którego celowo nie próbuję nawet tłumaczyć, bo chyba najlepiej opisuje to, co dzieje się na ekranie. Noa, żyjąca w poczuciu, że to właśnie ona jest najbardziej urocza, robi wszystko, aby inne dziewczyny utwierdzały ją w tym przekonaniu. Jak można się domyślić, z raczej mizernym skutkiem.

Na pewno nie jest to seria dla osób uczulonych na cukier w dużych dawkach bądź też na wątki pseudoromantyczne z nieletnimi dziewczynkami w tle. W zasadzie w tym odcinku uchwyciłem jeden bardziej odważny moment, kiedy zamknięta w szafie razem z Miyako Hana niebezpiecznie zbliża się do niej zwabiona zapachem ciasteczek, które ta wcześniej przygotowała. Na szczęście żadna granica nie zostaje przekroczona ale dużo nie brakuje… Cóż pewnie trzeci odcinek niewiele tu zmieni i jeśli twórcom nie puszczą wodze fantazji, to dostaniemy przesłodzoną, lekką komedyjkę z nieszkodliwymi „momentami”.

Jak postanowił, tak zrobił. W celu zyskania możliwości ofensywnych, Naofumi kupuje niewolnicę – mieszańca człowieka z szopem o imieniu Raphtalia. Po wstępnym wyposażeniu jej w sztylet i ubrania, rozpoczyna jej trening. Początki jednak nie są łatwe.

 

Nietrudno domyślić się, że niewolnica ma tragiczne wspomnienia, związane nie tylko ze skłonnym do przemocy poprzednim właścicielem, ale także z utratą rodziców podczas ataku pierwszej fali potworów. Do podjęcia walki zostaje zmuszona dzięki klątwie, którą nałożył na nią handlarz niewolników.

 

Szybko jednak okazuje się, iż Naofumi nie zamierza być złym właścicielem. Codzienne walki i zdobywanie doświadczenia przebiegają w stosunkowo miłej atmosferze, a Raphtalia traktowana jest przez niego jak człowiek. Bohater ignoruje też przykre uwagi i krzywe spojrzenia otoczenia. Widać, że przeszedł mentalną przemianę, która pozwala mu zyskać siłę, niezbędną, aby przetrwać zbliżającą się katastrofę.

 

Drugi odcinek Tate no Yuusha no Nariagari przywodzi na myśl adaptację dobrej komputerowej gry fabularnej. Akcja rozwija się powoli, a postaci muszą znaleźć sposób na zrekompensowanie ograniczeń nałożonych na nie przez system, a także zdobyć doświadczenie oraz umiejętności, rozpoczynając od niskiego poziomu. Widać swobodę poruszania się po świecie, swobodę podejmowania decyzji, a także naukę możliwych do zdobycia umiejętności oraz współpracy z partnerem. Oprócz dokonań na polu bitwy trzeba jeszcze zdobyć środki niezbędne do zakupu oręża, żywności oraz noclegu. Sposób na zarobienie pieniędzy poza sprzedażą łupów również nie brakuje. Naofumi sprzedaje zioła, produkuje lekarstwa (wykorzystując do tego odblokowane dzięki doświadczeniu umiejętności), a także wybiera się do kopalni po wartościowe kryształy, mimo że ryzykuje atak silniejszych potworów. Retrospekcje Raphtalii i przybliżanie kolejnych elementów świata przedstawionego sprawiają, że akcja odcinka jest różnorodna i ciekawa.

Jak na razie jestem pozytywnie zaskoczony poziomem prezentowanym przez ten tytuł. Mimo dość przewidywalnego pierwszego odcinka, historia prowadzona jest w sposób logiczny oraz ciekawy. Widać też, że rozwiniętych zostanie znacznie więcej wątków dotyczących świata i przyzwanych do niego bohaterów. Serię zapowiedziano na dwadzieścia pięć odcinków, więc można się spodziewać, iż czasu na to będzie wystarczająco dużo.

W poprzednim odcinku: Izumi wraz z Iriną i Ayaką przenosi się do świata mangi, by walczyć z „wirusem”. Świat okazuje się uroczy i śliczny (znaczy, stylizowany na urocze miasteczko), tak więc bohaterka chciałaby obejrzeć, jak rzeczona kafejka z mangi wygląda i zwiedzić miasto. Zostaje sprowadzona na ziemię przez maskotka i towarzyszki, że nie przybyły tu na wakacje przecież. Napotykają jednak dziewczynkę, którą uznają za bohaterkę mangi… i niestety okazuje się, że wyobrażenie trochę się rozmija z rzeczywistością – tytułowe Króliczki (Usagi) zostały podmienione na Węgorze (Unagi) – tak więc pracownicy i klienci nie są teraz ludźmi, tylko węgorzami. I nie pamiętają, że kiedyś byli o wiele bardziej „uroczy”.

 

Następnie bohaterki wędrują do kawiarni, gdzie już bardzo wyraźnie widać, że jest to świat Gochuumon wa Usagi Desuka?, i zamawiają przepowiednię z fusów kawy u maskotka-węgorza – wszystkie dostają „złą”, co oczywiście oznacza, że się spełni. W trakcie dalszego ujawniania sekretnych sekretów pojawia się nagle wirus we własnej osobie, dowiadujemy się też w końcu, że ta czarna chmura, co to była w pierwszym odcinku, to infekcja wirusowa, która się szybko rozprzestrzenia nad miasteczkiem, a wirusy atakują mieszkańców, zamieniając ich w węgorze.

 

Po krótkiej bieganinie ze jednym osobnikiem i skąpaniu się w kanale bohaterki wyjaśniają, jak działa tajemniczy wirus. Niszczy on świat, który znika z pamięci ludzkiej, co prowadzi do tego, że jego mieszkańcy też znikają. Tymczasem w mieście pojawia się wirus-matka w postaci wielkiego robotopodobnego stwora, którego należy pokonać, by pozbyć się zagrożenia. Oraz należąca do Czarnej (najazd na podwiązki) Elity (najazd na biust) Maya (Chiaki Takahashi) – trochę się irytująca, gdy bohaterki komentują, że to jednak ciut za bardzo przewidywalne było. Następnie Izumi z koleżankami odstawiają mahou shoujo i… rozpoczyna się walka, w sumie bardzo króciutka. Po podstępnym przeciwniku, bohaterki, jakżeby inaczej, niszczą głównego wirusa, a Maya zostaje wystrzelona w niebo w stylu Zespołu R.

 

Zadanie zostaje wykonane, świat mangi ocalony, a  bohaterki wracają do „naszego” świata, gdzie okazuje się, że w końcu udało im się zdobyć wszystkie tomy, a ludzie przypomnieli sobie o tym tytule. Awww. No a potem jest ending, który wygląda jak ze snu fetyszysty… Dlaczego, ja się pytam???

Tak więc już raczej widać, w jakim kierunku zmierza seria – w każdym odcinku nasze mahou shoujo będą się przenosić do innego świata, walczyć z wirusem, w realu ludzie sobie będą przypominać o tytule, będą czytać więcej mang i Akihabara wróci do swojej świetności!

A przynajmniej tak wróżę z kawowych fusów.

Z przyjemnością stwierdzam, że drugi odcinek okazał się równie miły i sympatyczny jak pierwszy, a nawet bardziej. Zyskał też w innych aspektach, bo prócz obecnego niemal stale na ustach uśmiechu kilka razy się głośno roześmiałam, a ponadto przedstawione wydarzenia są nieco bliższe realnym interakcjom między ludźmi a kotami, nawet jeśli pewne zachowania kociego przybłędy zostały nieco przerysowane. Choć trzeba sobie powiedzieć, że tutejszy człowiek jest równie nietypowy jak obdarzony wewnętrznym głosem futrzak.

 

Celowo czy nie, twórcy chyba rzeczywiście obdarzyli młodego pisarza jakimś rodzajem autystycznych zaburzeń, bo konieczność wyjścia do sklepu po kocią karmę (przy okazji mógłby też zadbać o własną lodówkę), czyli spotkania się z innymi ludźmi, to dla niego naprawdę ciężka próba. Musi jednak stawić jej czoło, bo inaczej nie odzyska dostępu do własnego laptopa, zagarniętego przez kota… (skąd my to znamy, heh). Na razie nie ogarnia bowiem umysłem koncepcji dotknięcia go i np. przestawienia (tak, wiem, to ostateczna metoda, ale po dekadach praktyki człowiek jest zdolny do takich rzeczy).

Półki w supermarkecie są czemuś wymiecione z potrzebnych produktów, ale na widoku pojawia się sklep zoologiczny. Dla Subaru to obca planeta, zamieszkała przez groźne stwory – konieczność porozumienia się z jednym z nich, czyli słodziutką i uczynną sprzedawczynią, prowadzi do autentycznie zabawnej sytuacji, dlatego nie będę jej spoilerować. Najgorsze, że nagle pojawia się kwestia imienia dla przybłędy, czyli również idea dla chłopaka nieogarniona. Dobija go tym samym pytaniem własny redaktor, gdyż czytelnicy, zachwyceni ostatnią książką (kiedy oni ją zdążyli wydać?!), domagają się informacji o czarnym charakterze (oraz kontynuacji). Przeżywszy jeszcze jedną przerażającą konfrontację z kotem, który znów znalazł sobie nietypowe (w opinii Subaru oczywiście) miejsce do spania, pisarz próbuje wymyślić zwierzakowi jakieś imię. Przypadkowy (choć alfabetyczny) ciąg wyrazów przerywa znak z nieba, dany kocim ogonem, odsyłający go do ukochanej książki z dzieciństwa, i tak kotka zyskuje imię Haru, a Subaru, sam jeszcze nie mając do końca tej świadomości, zyskuje członka rodziny.

 

Z drugiej strony barykady niezaznajomieni z kotami mogą się dowiedzieć, o co chodzi ze spaniem w dziwnych miejscach, a reszta (czyli zapewne 99% widzów), dlaczego akurat słowo „haru” wywołało reakcję kotki. Łatwo się domyślić, że chodziło o jedzenie. Uważam za plus serii, że ponownie położony został akcent na wcześniejszą bezdomność Haru – jasne, że daleko temu do drastycznej rzeczywistości znanej choćby ze stron różnych fundacji pomagających braciom mniejszym, ale przynajmniej jest wyraźnie powiedziane, z czym się wiąże bezpańskość dla zwierząt: przede wszystkim z głodem. Może komuś to da coś do myślenia?

Graficznie mniej było chyba komputerowych pustych plansz (i nawet jeden bardzo ładny komputerowy widoczek), za to więcej drobnych deformacji twarzy, z pyszczkiem włącznie, i szczegółów sylwetek oraz SD, głównie wyrażających grozę kolejnych ciężkich doświadczeń życiowych Subaru. Jeszcze nie wiem, czy lubię chłopaka, ale na pewno mnie bawi, choć w sumie jest dość stereotypowy. Sądzę, że największym źródłem humoru będzie jednak jego nieznajomość kocich obyczajów i odkrywanie przezeń tej nowej planety (albo i galaktyki). Czekam na kolejny odcinek.

Zbyt optymistycznie, jak się okazuje, zakładałam, że Kemurikusa to seria zawierająca dość akcji, żeby było o czym pisać. Trudno właściwie streścić ten odcinek. Na początku rozmowa Rin i Ritsu potwierdza wcześniejsze podejrzenia: znaleziona woda to reszta tego, na co można liczyć na tej wyspie. Co za tym idzie, przed dziewczętami trudna decyzja: zostać czy też wyruszyć w niebezpieczną i niepewną wędrówkę? Potem Rin (ciągnąc za sobą Wakabę) udaje się po kiiro, świetliste owoce będące inną odmianą tego samego dziwnego zjawiska, co Midori, czyli pseudo-roślina, stanowiąca wsparcie i pomoc dla bohaterek. Przy tej okazji dowiadujemy się, że Wakaba niczego poza swoim imieniem nie pamięta, co by tłumaczyło jego w sumie zaskakująco spokojną reakcję na nową rzeczywistość. Odcinek zamyka zaś decyzja i następujące po niej wyruszenie całego towarzystwa (zdezelowanym wagonem, służącym im do tej pory za schronienie) w podróż w nieznane. Czy może słabo znane?

 

Z mojego punktu widzenia plusem jest na razie dawkowanie informacji. Bohaterki nie opowiadają sobie nawzajem o rzeczach, o których wiedzą, ale ze strzępów ich rozmów i niechętnych odpowiedzi na pytania Wakaby można sporo wywnioskować. Inna rzecz, że pytań i tak pozostaje cały stosik. Nie trzeba długo zgadywać, jaki los spotkał trzy starsze siostry Ritsu, Rin i Riny. Ciekawsze jest, że obserwująca Wakabę Rin stwierdza, że nie jest on aka mushi – ale nie jest też człowiekiem, w odróżnieniu od nich. Tu należałoby przypomnieć, że mówimy o dziewczynach, które wyraźnie nie potrzebują wody i żywności w zwykłym wymiarze (o ile w ogóle), wyglądają dziwacznie i dysponują równie dziwacznymi mocami…

Inna rzecz, że odpowiedź na pytanie, na ile „normalny” jest Wakaba także nie wydaje się oczywista. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Kemurikusa przypomina pod wieloma względami Kemono Friends. Jasne, świat jest tu znacznie mniej przyjazny, ale w sumie tak samo postapokaliptyczny. Ceruleany i aka mushi pełnią podobną funkcję odczłowieczonego zagrożenia. Rin, Ritsu i Rina są prawie-ale-nie-do-końca-ludźmi, podobnie jak zwierzęce Friends. Zaś Wakaba, tak samo jak Kaban-chan (i Kyururu-chan) nie pamięta swojej przeszłości. Czy i jego pochodzenie okaże się podobne, jak w przypadku „Torebki”? Cóż, trzeci odcinek nie przyniesie odpowiedzi na to pytanie, ale mam nadzieję, że dostarczy chociaż jakichś nowych atrakcji wizualnych. Kemurikusa na razie jest serią z całą pewnością konsekwentną, ale strasznie monotonną pod względem graficznym.

Brakuje ci pieniędzy, nie masz co jeść, a zleceń nie przybywa? Nic samo nie przyjdzie, a więc najlepiej udać się tam, gdzie praca szuka człowieka. Z takiego założenia wychodzi Reigen, który wraz z Mobem wyrusza do sąsiedniego miasteczka, by zmierzyć się z tamtejszymi miejskimi legendami. No i oczywiście przy okazji trochę zarobić, bo coś do garnka przecież trzeba włożyć.

Drugi odcinek serwuje widzom zupełnie inne doświadczenia niż poprzedni. Ostatnim razem dostaliśmy bardzo ciepłą opowieść o pierwszej miłości i potrzebie wyrażania własnych emocji, natomiast w tym tygodniu twórcy postanowili podać historię o wierzeniach lokalnych społeczności, legendach, duchach i plotkach, których rozsiewanie może czasem budzić niepotrzebny strach. Ta różnorodność potwierdza jedynie, jak wielki potencjał tkwi w tej serii, że tak naprawdę każdy dobry pomysł można tu wrzucić i nie tworzy to wrażenia niespójności. W obu przypadkach udało się to zrealizować znakomicie, a nowy odcinek bardzo fajnie wykorzystuje motyw miejskich legend, budując przy tym naprawdę niesamowity klimat. Sceny w lesie są po prostu fantastyczne, głównie dzięki fenomenalnemu storyboardowi i odpowiednio dobranej kolorystyce.

Uwielbiam tę swobodę, z jaką ta seria bawi się absurdem, nie popadając jednocześnie w żenadę. Moment, w którym Banshoumaru zostaje przez dzieci uznany za pedofila, by chwilę później na placu zabaw stoczyć pojedynek z faktycznym pedofilem, który biega całkiem nagi pod swoim czerwonym płaszczem, autentycznie bawi. A gdyby tego było mało, to cała scena wizualnie nawiązuje do legendarnego Street Fightera II. Mistrzostwo.

Podobne zdanie zresztą mam o zamykającej odcinek próbie poskromienia biegającej babci.

Nie byłbym sobą, gdybym nie pozachwycał się nad oprawą wizualną, ale przy tej serii inaczej się nie da. Wszystko w tym odcinku ze sobą współgra. Wspomniałem już o klimatycznych scenach w lesie, do których twórcy właściwie przygotowują nas już wcześniej, odpowiednio budując atmosferę. Wystarczy przyjrzeć się niebu w pierwszej połowie, które swoją szarością jakby nastawiało widza na nieco mroczniejszą w tonie drugą część. Klimatu zdecydowanie dodają też opady deszczu.

Bardzo szanuję twórców za zabawę z różnymi formami animacji. Zachwycająca w pierwszym sezonie Miyo Sato i jej animacje na szkle to coś naprawdę wyjątkowego, a tym razem bawi się ona także techniką animacji piaskiem. W zeszłym tygodniu pojawiła się scena wykonana pixel artem, natomiast w openingu są fragmenty nawiązujące do efektów osiąganych przez zoetrop czy tak zwany kinegram.

Coś, z czego jednak najbardziej jestem zadowolony, to to, że już tak wcześnie dostaliśmy naprawdę świetnie zrealizowany pojedynek. Walka z duchem to niemal kwintesencja tego, z czego słynie projektant postaci, Yoshimichi Kameda. Trudno mi natomiast stwierdzić, czy to po prostu któryś z animatorów bardzo się jego twórczością inspirował, czy Kameda faktycznie naniósł własne poprawki na rysunki.

Raczej żadnym zaskoczeniem nie będzie jak napiszę, że ubóstwiam tę serię. Jeśli podobnie jak ja lubicie zachwycać się fenomenalną animacją i interesujecie się kuluarami powstawania anime, to Mob Psycho 100 jest zdecydowanie czymś dla was. Festiwal sakugi trwa.

Miłość bywa bolesna – powiedział pies, przytulając jeża. Bywa także, że samo wyznanie miłości okazuje się trudne, czego na własnej skórze doświadczają Miyuki Shirogane i Kaguya Shinomiya. Oboje piękni, utalentowani, podziwiani przez całą społeczność elitarnej szkoły, do której uczęszczają. On – przewodniczący samorządu szkolnego, ona – jego zastępczyni oraz dziedziczka fortuny swojego rodu. Żywią do siebie wykraczające ponad zwykłą przyjaźń uczucia i za żadne skarby nie zamierzają się do tego przyznać, robiąc wszystko, aby to ta druga strona jako pierwsza okazała słabość.

Zapowiada się zabawna i całkiem inteligentna historia trudnej miłości przyprawiona udanym humorem i okraszona dość nietypową oprawą wizualną. Odcinek pierwszy poza wprowadzeniem dzieli się na trzy mniejsze epizody ukazujące, o co w tej serii będzie chodziło. Pierwszy z nich dotyczy wyjścia do kina, drugi liściku miłosnego i zaproszenia na randkę, które otrzymała Kaguya, a trzecia bentou i ulubionego motywu romantycznego Japończyków, czyli karmienia przez drugą połówkę.

Tym, co wyróżnia anime i pokazane tu historie wśród masy innych, są po pierwsze świetna narracja i ukazywanie przebiegłych metod podpuszczania się przez parę protagonistów, a także ich wewnętrzne monologi ukazujące przebiegłość ich myśli i obraną taktykę wojenną. Co najważniejsze, postaci są nad wyraz sympatyczne i widzowi naprawdę chce się dopingować ich poczynaniom. Obawiam się tylko, że seria będzie kolejną z cyklu „nie chodzi o to, by złapać króliczka, tylko by gonić go” i nie otrzymamy zadowalającej konkluzji pokazanych tu wątków.

Oprawa audiowizualna wymaga pewnego przyzwyczajenia. Dużo tu nietypowych ujęć, plansz robiących za tło i dość ponurej kolorystyki. Świetna jest mimika bohaterów, niebywale pasująca do postaci i doskonale uzupełniająca przedstawiony humor. Pozostaje mieć nadzieję, że historia utrzyma tempo i twórca nie wystrzela się z pomysłów na coraz to nowe i interesujące wojny umysłów.

Tag Cloud