Hortensia Saga – odcinek 1

Tak mniej więcej prawi narrator… Dawno, dawno temu było sobie miodem i mlekiem płynące Królestwo Hortensji, które spokój na swoich ziemiach zawdzięczało dwóm podległym księstwom, których armie dzielnie broniły granic. Jednakże pewnego dnia, czy raczej wieczoru, władca jednego z nich, Kamelii, postanowił wzniecić bunt, którego efektem był chwilowy zamęt w stolicy Hortensji, śmierć króla (z pazura i kłów wilka na sterydach) oraz zaginięcie jego starszego dziecka, księżniczki Mariel, co poskutkowało objęciem władzy przez małoletniego księcia (przy pomocy szemranego duchownego). A, no i jeszcze w trakcie walk demony pojawiły się dosłownie znikąd, ale tej kwestii narrator nie rozwija. Co ważniejsze, nikt nie wiedział, że najwierniejsi rycerze monarchy, którzy przetrwali starcie z mityczną bestią (rzeczonym wilkiem na sterydach) w sali tronowej, uciekli, zabierając ze sobą młodą następczynię. Ta w przebraniu chłopaka i pod zmienionym imieniem, Marius, trafia pod opiekę rodziny Albert, której poprzednia głowa najprawdopodobniej straciła życie w jej obronie, a przyszła głowa w postaci syna poprzednika, imieniem Ober, czyni z niej swojego giermka. Tak mija lat kilka…

Zacznijmy może od tego, że sztampowego fantasy się spodziewałam (w końcu to ekranizacja gry), więc to, że schemat schematem pogania mnie nie zaskoczyło. Przeciętność przeciętnością, ale aż tak durne to naprawdę nie musiało być. Absurdów tu tyle, że przez pierwsze pięć minut pożogi bawiłam się wybornie, ignorując drewniane dialogi i wypatrując kolejne dziury fabularne (nie żeby były dobrze ukryte, więc nie trudziłam się zbytnio). Potem przez jakiś czas było nudno, bo przedstawiano widzom kolejnych bohaterów. To ujawniło z kolei niepokojącą cechę wspólną większych obiektów mieszkalnych królewsko-arystokrackich, a mianowicie wyraźnie braki kadrowe, bo zamek królewski pozbawiony był jakiejkolwiek straży, a rezydencja wysoko postawionego właściciela ziemskiego zdaje się mieć tylko jedną pokojówkę. Jakim cudem to królestwo wcześniej nie upadło, to zielonego pojęcia nie mam…

O, taka pełna wrażeń i zwrotów akcji scena batalistyczna…

Potem zaś pokazano nam pierwszą bitwę… czy raczej to, co wydarzyło się po niej. I już ta scena jasno udowodniła, że twórcy nie mają żadnego, ale to naprawdę żadnego pojęcia o strategii militarnej i coś mi mówi, że nawet ja jako kompletny laik mam większe. Po pierwsze rzuciło się w oczy, że niewielki oddział pod dowództwem głównego bohatera (Obera znaczy się) w pełnym uzbrojeniu biegiem popyla przez gęsty las na pole rzekomej bitwy bez jakiegokolwiek rekonesansu. Rzeczona drużyna wpada na otwarte pole usiane trupami i jest niemożebnie zaskoczona, kiedy w jej stronę zaczynają lecieć strzały. Jakim cudem nie zauważyli ustawionych na wzgórku łuczników, to ja pojęcia nie mam, ale dobra. Walczą i starają się uratować dwóch ocalałych. Ci jednak, uciekając z pola bitwy, zostają ustrzeleni przez prawą rękę księcia Rugisa, władcy Kamelii (nijak nie pamiętam, jak się facet nazywał). Potem w walkę z rzeczonym panem wdają się Ober i jego wierny giermek… Walka wygląda mniej więcej tak. Myślę, że jakikolwiek komentarz jest zbędny.

A! Dowiadujemy się o tragicznej przeszłości Obera, co to i mamusię, i młodszą siostrę, i tatusia stracił. Tego ostatniego przynajmniej zdążyliśmy poznać i jedyne, co zapamiętałam to, że głos podkładał mu Takehito Koyasu (acz pan za długo się nie nagrał w tym serialu). Że Marie… przepraszam, Marius ma tragiczną przeszłość, to wiadomo. Swoją szosą, zastanawiam się, po kiego grzyba wujek Obera sprzedał mu historyjkę o tym, że Marius to jakaś przypadkowa przybłęda, co w rewolucji rodziców straciła i przez pana Alberta została przygarnięta, zamiast powiedzieć mu całą prawdę. Swoją drogą gruntową zastanawiam się, czy cztery lata wystarczyły, żeby Ober odkrył, że jego giermek to w rzeczywistości dziewczyna…

Oj, grubymi nićmi to szyte i tak nieumiejętnie, że już od pierwszego odcinka tylko leży i kwiczy, więc człowiek nawet nie ma serca, żeby to porządnie skopać. Bo leży tu praktycznie wszystko – durna fabuła, która kupy się nie trzyma, bohaterowie o charyzmie i żywotności suchej i wydrążonej przez korniki kłody drewna, a i grafika ledwo zipie. Znaczy, może i nieruchome tła prezentują się całkiem nieźle, a za to cokolwiek, co się rusza, cierpi albo na czkawkę (ciała postaci), albo w przeważającej części na bezruch wrodzony (mimika postaci). Muzyka jest… ok? Znaczy ending się nawet fajnie zaczyna, ale potem piosenkarz trochę nie daje rady, więc w sumie to nie wiem.

Szczęśliwa przeszłość bohaterów za nami, przed nami zapewne dużo głupoty i nudy…

Comments on: "Hortensia Saga – odcinek 1" (2)

  1. Ehh ludzie, choć grama researchu by się wymagało. `Piosenkarka`, Mafumafu, to mężczyzna.

  2. Fakt, to niedopatrzenie z mojej strony, że nie sprawdziłam i wypada to poprawić.

Leave a comment for: "Hortensia Saga – odcinek 1"

Tag Cloud