Trzeci odcinek można nazwać „snujem”, ponieważ akcji jest tu tyle co kot napłakał, a rola bohaterki ogranicza się do snucia po mieście z kolejnymi biszami. Odcinek rozpoczyna scena spotkania z profesorem Lucienem, który wyrasta na profesjonalnego stalkera, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że jego nagła przeprowadzka do apartamentowca, w którym mieszka też protagonistka, to przypadek. Potem mamy wizytę u chmurnego szefa korporacji, gdzie bohaterka kilkakrotnie słyszy, jaką jest idiotką (skoro nie potrafi przygotować sensownej propozycji biznesowej, mając świadomość, że bez funduszy jej program i całą firmę szlag trafi), ale dla dobra sprawy siedzi cicho i tylko potakuje. W międzyczasie wpada też na senpaia-policjanta oraz umawia się na oficjalne spotkanie z naszym blond idolem, Kirą. Ponieważ zależy jej, żeby dobrze wypaść, w prezencie szykuje pudding, który o mało nie zostaje stratowany przez chmurnego szefa, mającego kontakty i prowadzącego interesy wszędzie (jak widać). Wszystko to po to, żeby nakręcić program o ekskluzywnej restauracji, gdzie jedzenie jest pyszne, ale z jakiegoś powodu opinie o samym lokalu są fatalne. Bohaterka planuje wspomóc się Kirą w rzeczonym odcinku jej programu, ale przedsięwzięcie staje pod znakiem zapytania, kiedy tajemniczy kucharz i właściciel lokalu odsyła panią producent z kwitkiem. Przynajmniej do czasu, aż nie zjawia się Kira, para zamawia obiad, a widzowie mają okazję wysłuchać monologu o smutnej przeszłości bohaterki, którą rozświetla tylko smak puddingu… Opowieść tak wzrusza kucharza, że zgadza się na wywiad i gdy szczęśliwa bohaterka przybiega na spotkanie, ponownie staje przed nią chmurny szef, który jak na prawdziwego człowieka renesansu przystało, kocha też gotować i po pracy, zamiast spać, obraża klientów własnej restauracji. Niewielkie trzęsienie ziemi czeka na widzów dopiero na końcu, gdy celebrując sukces z profesorem, bohaterka spotyka senpaia, a ten nagle wyciąga broń i strzela… Kurtyna!

Generalnie był to najbardziej nudny i mdły odcinek z dotychczasowych, ale przynajmniej potwierdza (prawie) kilka z moich przypuszczeń. Po pierwsze, profesor Lucien wie więcej niż mówi, że wie. Bohaterka oczywiście jest wyjątkowa i z punktu widzenia Evolvów (czy jak tam się odmieniają) bardzo cenna. Chmurny szef i protagonistka są sobie przeznaczeni i w tej chwili wydają się najbardziej prawdopodobnym połączeniem, o ile twórcy zdecydują się w ogóle na jakąś deklarację. Kira jest milusi, a senpai plasuje się na drugim, żałosnym miejscu w kolejce do serca bohaterki. No i oczywiście chmurny szef i protagonistka znają się z przeszłości, zakładam, że bardzo dobrze. Chwilowo zła organizacja poszła w odstawkę, chyba że któryś z biszy jest szpiegiem. Poza tym bohaterka mnie wkurza, bo spoileruje pół odcinka swoimi snami…

Pod względem graficznym nic się nie zmieniło, jest ładnie i tendencyjnie, ale plusik za ładne stylizacje głównej bohaterki. Cóż, seria nie wznosi się ponad przeciętność, jest przewidywalna i dosyć nierówna fabularnie. Cudu nie będzie, ale da się to oglądać bez przesadnego zgrzytania zębami, tylko nie bardzo wiadomo po co. Nie zachęcam, nie odradzam – ot, kolorowe odpustowe świecidełko. Tanie, ale ładnie się mieni.

Karnawał głupoty nadal trwa w najlepsze, zaś z odcinka na odcinek wyraźnie widać tendencję spadkową jakości (nie żeby początkowa wartość była wysoka…). Tym razem prócz kolejnej ofiary niewytłumaczalnej podróży w czasie (wojowniczego mnicha z czasów rządów Ody Nobunagi)  do listy rzeczy niewyjaśnionych można dopisać „magiczną” ewakuację (prawie) wszystkich ocalałych w jakieś bliżej nieokreślone miejsce. Jak i kiedy, to nie wiadomo, ale w „obozie” pozostaje tylko kilka osób. Wśród nich znajdują się jednostki, które zdecydowanie już dawno powinny się stamtąd zmyć z różnych przyczyn (matka głównej bohaterki, bo jest bezużyteczna, i rzekomy geniusz medyczny, bo chyba nikt nie chciałby, żeby jegomość stał się ofiarą przypadkowego stwora).

Tak czy siak radosna gromada lemingów lezie sobie przez zrujnowane miasto do jednego z wieżowców, w którym ponoć znajdują się jakieś ważne dla doktorka rzeczy i, co ważniejsze, helikopter. Maszyna może okazać się przydatna we wdrożeniu w życie kolejnego wymyślonego w pięć sekund planu – ekipa nagle przypomniała sobie, że na przeciwległym wybrzeżu jest ważne laboratorium, które może kryć wiedzę potrzebną do stworzenia szczepionki na wirusa. Lemingi więc uprawiają radosny research, shopping i tym podobne, przypadkiem wpadając na kilka mniej i na jednego bardziej groźnego potwora, który nie dość może poruszać się w świetle słońca, to jeszcze używa niebezpiecznego ataku dźwiękowego. W tym miejscu do listy absurdów dołącza łatwość, z jaką ekipa rozstaje się ze sprawnym helikopterem. Podejrzewam, że nawet średnio rozgarnięty widz byłby w stanie lepiej wymyślić tę scenę, bo poświęcenie maszyny w pseudosamobójczym ataku (kiedy wystarczyło trochę pomanewrować, zebrać wszystkich do kupy i zwyczajnie odlecieć poza zasięg dźwięku i lepomacek) było szczytem debilizmu.

Podsumowując: krzywe to i głupie to. Sam pomysł wyjściowy nie tyle kuleje, ile zwyczajnie brak mu nóg, więc nic dziwnego, że cała reszta nie daje rady. Seria może byłaby oglądalna, gdyby bohaterowie byli czymkolwiek innym niż kłodami drewna wygłaszającymi jeszcze sztywniejsze kwestie. Koślawość grafiki i animacji boli w równym stopniu, co głupota scenariusza, ale w teorii można na to przymknąć oko, zważywszy na obecną sytuację gospodarczo-społeczną. W praktyce jednak trudno nie zwrócić uwagi na nie tylko kiczowate, ale przede wszystkim szpetne projekty potworów, które co najwyżej śmieszą i co wrażliwszym mogą wypalić oczy. Serio, jest tak źle, że nawet nie można tego anime nazwać niezamierzoną komedią…

Jestem równie szczęśliwa, co ten pan, że to już koniec mojej przygody z tą chałą…

W odcinku trzecim doktor Glenn ma okazję pomacać… To znaczy, zbadać, niejaką Kunai Zenow, ochroniarkę i przyboczną jednej z najważniejszych osób w mieście, Skadi Dragenfelt. W ramach służbowych obowiązków Kunai ścigała jakichś złoczyńców, oni zaś podstępnie pozbawili ją prawej ręki. Doktor Glenn dostaje od Skadi polecenie odnalezienia i przyszycia zaginionej chwilowo kończyny, jednakże zaraz po wyjściu smoczej damy (nazwisko chyba Wam już to podpowiedziało) okazuje się, że jej pracownica, będąca klasycznym potworem Frankensteina – istotą żywą powstałą ze zszytych zwłok – lekarzy nie lubi i nie życzy sobie mieć z nimi do czynienia. Niezrażony Glenn wyrusza jej śladem oraz na poszukiwania zgubionej części ciała. Zamiast ręki znajduje jednak nogę, jako że Kunai miała kolejne pechowe spotkanie ze zbrodzieniami… A teraz ona sama siedzi w zaułku i demonstruje widzom, że „golemy z ciała” mają strefy erogenne na odciętych kikutach i oderwanych od ciała nóżkach.

Właściwie nie oczekiwałam, że cokolwiek się zmieni, ale o ile poprzednio towarzyszyło mi poczucie nudy, teraz zastąpiło je raczej zażenowanie. Ta seria bardzo się stara – wrzuca obszerne wyjaśnienia dotyczące pochodzenia i fizjologii pacjentek Glenna, dodaje ciekawostki o świecie, kreśli jakieś zagrożenie gdzieś w tle… Robi to wszystko, żeby zamaskować, że celem podstawowym każdego odcinka jest dowleczenie fabuły za łeb, nogi, włosy, czy co tam popadnie do punktu, w którym da się pokazać jakąś jęczącą sugestywnie panienkę. Prawdę powiedziawszy, sprośne segmenty z szalonym doktorkiem na koniec części odcinków Ishuzoku Reviewers miały więcej wdzięku niż to, co dostajemy tutaj. Ani to śmieszne, ani seksowne, ani wzruszające.

Nie zmienił się natomiast poziom grafiki. Scena poniżej po lewej przedstawia dynamiczną walkę pomiędzy Kunai a grupą zamaskowanych złoczyńców – jestem tego pewna, bo słychać było szczęk broni i różne łomoty. Poza tym tła są puste, płaszczyzny i wnętrza monotonne, nieliczni statyści starają się nie ruszać, zaś projekty postaci wyglądają, jakby ktoś nie umiał wyjść wyobraźnią poza to, co wymyślił Okayado w Monster Musume no Iru Nichijou, więc starał się jego pomysły trochę pozmieniać, żeby nikt nie zorientował się w plagiacie. Nawet w chudym letnim sezonie daruję sobie chyba dalszy seans tej serii.

Nasza bohaterka ponownie ma sen – tym razem w ciemnym zaułku goni ją bardzo podejrzany i niebezpieczny typ. Ale jak to ze snami bywa, zanim nasza śpiąca królewna pozna zakończenie tej mrocznej historii, budzi się i ze zgrozą odkrywa, że znowu jest spóźniona. Nie wróży to dobrze jej wstępnej umowie z dumnym biszem-prezesem z poprzedniego odcinka. Otóż aby ponownie otrzymać wsparcie finansowe, bohaterka po pierwsze musi sprawić, żeby najnowszy odcinek jej programu wylądował na szczycie internetowej listy popularności, a po drugie w ciągu siedmiu dni przedstawić sensowny biznesplan na kolejne kilka lat. Współpracowniczki młodej pani producentki zgodnie stwierdzają, że profesor Lucien to strzał w dziesiątkę i na pewno jego przystojna twarz przyciągnie widzów. Pozostaje kwestia dowodów na istnienie Evol, a że najłatwiej byłoby po prostu przeprowadzić wywiad z jednym z nich, bohaterka postanawia poszukać chłopaka, który przeniósł ją w inne miejsce poprzedniego dnia. Nie jest to łatwe, ale że sprawą zajmuje się policja, protagonistka umawia się na spotkanie z detektywem prowadzącym śledztwo, którym okazuje się jej senpai z liceum! Potem jest już z górki – Gavin (bo tak się zwie kolega ze szkoły) wtajemnicza ją w szczegóły śledztwa i pozwala prowadzić ze sobą poszukiwania. Niestety, na scenę znowu wkracza nieznajomy chłopak, który tym razem przenosi bohaterkę w widziany we śnie zaułek, gdzie już czeka typek z nożem! I gdyby nie odrobina szczęścia oraz supermoce Gavina, mielibyśmy pierwszego trupa… Trochę szkoda.

Ale, wreszcie poznajemy nazwę złej organizacji, bardzo mroczną i budzącą strach, a mianowicie Black Swan! Przyznajcie, że przeszły Wam ciarki po plecach. Oczywiście, nasza heroina jest specjalna i zapewne też ma jakieś moce, które jeszcze się nie objawiły, ale które pragnie wykorzystać zła organizacja łabędzi! I w tym celu dybie na życie bohaterki, no bo logiczne jest, że jak prawie zginie, to na pewno się obudzą… Cóż, idiotyzmów w drugim odcinku nie brakowało, na przykład przekazywania wszystkich informacji o śledztwie osobie, która w sumie pracuje w telewizji i tam właśnie chce je wykorzystać, i liczenie na to, że jej dobre serduszko sprawi, że jednak się wstrzyma. Znaczy, głupie to – fabuła jest naciągnięta jak guma w starych gaciach, a dziurawa niczym ser szwajcarski, ale… Doceniam, że twórcy mają jakiś pomysł na historię i chociaż chwilami marnują czas na zbędne scenki rodzajowe, w każdym odcinku coś się dzieje, a rzeczona fabuła idzie do przodu i niekoniecznie ogranicza się tylko do pokazania kolejnego bisza zauroczonego bohaterką. Poza tym bohaterka ma mózg i nawet umie go używać, stara się działać w miarę swoich skromnych możliwości, i mimo wszystko jej wybory wydają się sensowne.

Od strony technicznej niewiele się zmieniło, doszedł nam kolejny przystojny pan, którego można odróżniać od pana profesora dzięki kolczykowi w uchu. Acz ja czekam na mrocznego bisza ze złej organizacji, ten to dopiero będzie agent! Ogólnie nie jest źle, serii daleko do bycia dobrą, ale na tle innych męskich haremów prezentuje się przyzwoicie, zwłaszcza jeśli lubi się obejrzeć takie kiczowate chały od czasu do czasu.

Błogie marzenie senne naszego bohatera o seksie z Luvellią zamienia się w koszmar, tym większy, że po nagłym przebudzeniu okazuje się obiektem napaści jakiejś nieznajomej elfki. Początkowo bierze ją za włamywacza, w dodatku w trakcie szarpaniny z nią wchodzi kumpel z Gildii, Tim Robinson, który solennie obiecuje, że nic nikomu nie powie.

Elfka przedstawia się jako Vegan Eldoriel, ambasadorka dobrej woli wysłana przez radę elfów, by zdobyć optymalny zasób genetyczny w celu wzmocnienia populacji elfickiej, gnębionej przez okoliczne rasy nie-ludzi z powodu wykazywanej wcześniej słabości w Wielkim Turnieju. W związku z powyższym zezwala Peterowi, żeby robił z nią, co chce… Na co ten odmawia, albowiem dopóki Luvellia jest jego miłością, to jego narząd rozrodczy nie stanie na widok nagości innej. Wkurzona elfka rzuca w takim razie na niego zaklęcie (znaczy na narząd, nie Petera) i ucieka, grożąc, że następnego wieczora sam będzie ją błagał, żeby mu się dała przelecieć.

Tymczasem Luvellia wraz z dwoma wojownikami z Gildii idzie ratować jakąś wioskę przed gnębiącym ją potworem, który zabija mężczyzn, a kobiety pozbawia cnoty. Potworem okazuje się Cthulhu z mackowatą brodą, który podstępnie napada na nich i oplata w hentajowym stylu mackami Luvellię, pozbawiając ją bielizny. Na szczęście Peter, zawiadomiony przez dziurę fabularną, jest już w drodze, spiesząc na ratunek…

 

Poziom graficzny chyba już się ustalił – średnia jakość grafiki, punktowa cenzura, ruchomy fanserwis, praktycznie brak dalszego planu. Fabularnie wychodzi na to, że wszystkie laski lecą na Petera, ale tylko ta jedna nie chce mu wleźć do łóżka. Bohater jest  sprowadzony do roli elementu komediowego, no bo jak to tak, one chcą, on nie, oraz do osobnika rządzonego przez swój narząd rozrodczy – bo kiedy mu staje, to przeleci nawet krzesło, a kiedy nie chce to nawet najponętniejsza panienka nic nie wskóra. Co w sumie jest jednak smutne, bo jednak jakoś tym najlepszym wojownikiem został, a tu nic, żadnej historii… Panienki przynajmniej mają konkrety i plan na przyszłość (potomek!), natomiast Peter chce tylko w końcu przespać się z Luvellią. Ale może się czepiam i jest to wina krótkości odcinków, w sumie w 12 minut fabuły nie da się wiele wsadzić. Przypuszczam, że gdy wyjdzie całość, to ciągłość w oglądaniu mogłaby wyjść na plus. Teraz jednak jest to seria o niczym i nawet nie jest śmieszna.

W drugim odcinku poznaliśmy pana Asaia, pracodawcę Shin’ichiego, a teraz przyszła pora na Ami Asai, jego córkę i także pracownicę kawiarni. Dziewczyna studiuje na czwartym roku na tej samej uczelni, co Sakurai. Bardzo lubi obserwować chłopaka w pracy, co sprawia, że zdarza się jej zapominać o obowiązkach. Z drugiej strony ojciec dobrze ją rozumie, gdy zaś na miejscu zjawia się Hana, dla tej dwójki staje się jasne, że muszą przyjrzeć się jej interakcjom z Sakuraiem.

Wizyta Uzaki kończy się pechowo dla Shin’ichiego – po przypadkowym wpadnięciu na dziewczynę i oblaniu się zimną wodą łapie przeziębienie. Hana, która z wypadku wychodzi bez szwanku, odwiedza biedaka w domu (któż mógł jej podać adres?) i porządnie się nim zajmuje. Kupienie leków czy przygotowanie posiłku to rzeczy, którym chłopak nie zamierza się sprzeciwiać, ale polecenie rozebrania się, by zmienić przepocone ubrania, to już za wiele. Cóż, Hana i tak stawia na swoim i dokładnie wyciera plecy i klatkę piersiową znajomego. Zostaje też dłużej przy chorym, a żeby się nie nudzić, włącza sobie grę. Niestety, grająca Uzaki zdecydowanie nie pozwala Shin’ichiemu odpocząć.

Powrót do zdrowia należy jakoś uczcić, dlatego Shin’ichi, pan Asai, Ami i Hana spotykają się w knajpie. O dziwo, wcześniej bardzo lubiąca jeść Uzaki teraz woli grillować smaczne mięsko dla kolegi. Gdy na chwilę wychodzi, pan Asai z córką mają doskonałą okazję do zadania paru pytań pracownikowi. Odpowiedzi Sakuraia jeszcze bardziej potwierdzają słuszność podjętej przez nich decyzji o obserwacji uroczego (dla nich) duetu. Wspólne chwile mijają dalej, Hana się cieszy do czasu, gdy słyszy, że Shin’ichi zwraca się do Ami po imieniu. Na drugi dzień postanawia zmusić chłopaka, by powiedział jej imię, posiłkując się przy tym… hipnozą. Sakurai, udając zahipnotyzowanego (bądź co bądź Uzaki wcześniej mu bardzo pomogła, niech więc ma), w końcu wypowiada „Hana”. I drugi raz, i trzeci, bo oczywiście uradowanej dziewczynie jeden raz nie wystarcza. Udawanie kończy się, gdy Uzaki próbuje go wykorzystać do większych rzeczy. Między bohaterami dochodzi do szczerej rozmowy, po której chłopak zaczyna rozumieć, że dotychczas źle się zwracał do młodszej koleżanki. Później ją przypadkowo hipnotyzuje, czego ona, jak dowiadujemy się ze scenki po endingu, zupełnie nie pamięta.

O ile dwa poprzednie odcinki anime były irytujące i żenujące, tak ten był nudny. Gdyby zrobić mi zdjęcie podczas jego oglądania, można byłoby podziwiać najbardziej znużoną osobę na świecie. Ożywiłam się jedynie na widok klatki piersiowej Sakuraia, przypominając sobie, co napisałam w poprzedniej zajawce. No i przy paskudzie, bo oczywiście wrócił… Hana, owszem, wydała się nieco przyjemniejszą bohaterką, na którą da się patrzeć bez przewracania co chwila oczami, cóż jednak z tego, skoro jej zachowanie z wcześniej zdecydowanie mnie do niej zraziło i choćby po jakimś czasie stała się najcudowniejszym z aniołów, ja nie byłabym w stanie jej polubić. I nie zamierzam się zmuszać, bowiem wraz z zakończeniem zajawkowania kończę też seans serii, który nie przyniósł mi najmniejszej przyjemności. Poza dobrą pracą seiyuu nie dostrzegam w anime żadnych zalet, a niespecjalnie wierzę, by poziom gagów czy oprawa audiowizualna miałaby się polepszyć. Porzucenie tytułu przychodzi mi z tym większą łatwością, że w sezonie letnim nie brakuje mi produkcji, przy których świetnie się bawię (Appare Ranman! czy En’en no Shouboutai Ni no Shou). Z komediami jednak jest ta prosta sprawa, że każdego śmieszy co innego, nie napiszę więc, by trzymać się od tytułu z daleka – każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy jemu taki humor odpowiada i czy chce Uzaki-chan oglądać.

Ach, cóż to był za wieczór. Po tym, jak zdenerwowana Chizuru zabrała się z imprezki, Kazuya kontynuował popijawę aż do stanu w którym miał problemy z samodzielnym chodzeniem. W drodze powrotnej Mami zaproponowała mu wizytę w swoim mieszkaniu. Kiedy wyobraźnia chłopaka zaczyna już odpływać w wiadome rejony, jedna wiadomość niszczy nastrój dziewczyny, która wykręca się od zaproszenia wymówką o młodszym bracie goszczącym przyjaciół. Kazuya próbuje nieśmiało zaprosić ją do siebie, ostatecznie jednak postanawia wziąć nogi za pas. Dziewczyna dogania uciekiniera, a ten, zapłakany, wylewa swoje żale, po czym postanawia przeprosić Chizuru. Ma szybko okazję wprowadzić ten zamiar w życie, gdyż spotyka ją na korytarzu ich apartamentowca. W rezultacie po raz kolejny rozkleja się, ale o dziwo, dziewczyna reaguje na to życzliwie.

Jednakże lato nie daje głównemu bohaterowi chwili wytchnienia. Wraz z przyjaciółmi (i Mami, o której obecności nie został uprzedzony) wybiera się na plażę. Zrządzeniem losu zjawia się tam Chizuru, która początkowo stara się udawać kogoś innego, ale ostatecznie musi znowu wejść w rolę dziewczyny Kazuyi. Po nieudolnych próbach wytłumaczenia takiego zbiegu okoliczności cała grupa zaczyna wspólne biesiadowanie. Przy tej okazji poznajemy zamiary Mami – ma ogromną ochotę rozbić związek byłego chłopaka, ma też profil w portalu społecznościowym, na którym ujawnia swoje negatywne emocje i zamiary. Krótko mówiąc, nie jest to najsympatyczniejsza dziewczyna na świecie – a jej prawdziwy charakterek dopiero zaczynamy poznawać. Co w takiej sytuacji stanie się ze „związkiem” głównych bohaterów?

Trzeci odcinek Kanojo, Okarishimasu nie przynosi przełomu. Dalej mamy do czynienia z epizodycznymi wydarzeniami, dalej też obracają się one wokół znanych już nam tematów. Jest niestety dość sztampowo, a przewidzenie zachowania postaci żeńskich nie sprawi trudu nawet niedoświadczonym fanom gatunku. Najgorzej wypada niestety Kazuya, który nie dość, że nie ma ani kawałka kręgosłupa moralnego, to jeszcze nie potrafi zachować się przyzwoicie względem żadnej z dziewczyn. Między innymi dlatego seans nie stanowi dla widza przyjemnego doświadczenia, a wszystkim, którzy podzielają tę opinię, radzę porzucić nadzieje na lepszy poziom kolejnych odcinków. Szczerze? Nie polecam nikomu, a jedyną szansę temu tytułowi daje bardzo biedny sezon letni, który nie rozpieszcza liczbą ani jakością dostępnych do oglądania serii anime.

Odcinek rozpoczyna krótka migawka prezentująca grupę zakapturzonych postaci knujących coś w przestronnej, acz mrocznej sali. Co oznacza, że już wkrótce turniej może zejść na drugi plan. Tymczasem dla bohaterów życie toczy się dalej – Park Mujin podejmuje decyzję, co do kary Jina. Jeżeli chłopak zdoła pokonać w pojedynku jednego z sędziów, będzie mógł kontynuować udział w turnieju. Zanim jednak to nastąpi, na arenę wkracza Mira, która musi pokonać drugą piękność, wrestlerkę Ma Miseon, i chociaż początkowo nie idzie jej dobrze, ostatecznie udowadnia, że jest wyjątkowo silną zawodniczką. Pojedynek czeka również Hana, którego marzeniem jest zdobycie pieniędzy na leczenie przyjaciela (lub po prostu wyleczenie go). Jego rywal, zaczytany okularnik z metalową pałką, jest bardzo pewny siebie, ale tym razem naukowa teoria nie ma szans w starciu z uporem popartym technicznym mistrzostwem. Zostaje więc tylko Jin, którego dzień przed karnym starciem Mujin częstuje warzywami i owocami, jako że to samo zdrowie, a chłopak potrzebuje dużo siły, by wygrać z sędzią. Problem polega na tym, że po dorodnej brzoskwince plujący krwią Jin mdleje w domu…

Ostatni z zajawkowanych odcinków to właściwie wisienka na torcie – pojedynki są niesamowicie widowiskowe, a bohaterowie nareszcie zaczynają pokazywać, na co naprawdę ich stać. Co szalenie istotne, na razie rysunek i animacja trzymają równy, wysoki poziom. Do tego dochodzą pytania związane z tajemniczą organizacją, pokazaną na początku odcinka, oraz pochodzeniem Jina (Mujin jest nim wyraźnie zafascynowany i wie o jego dziadku coś, czego widzowie jeszcze nie wiedzą). Cóż, chwalenie nigdy nie przychodzi mi łatwo, a The God of High School zdecydowanie na pochwały zasłużyło. To na pewno jedna z najbardziej interesujących, dynamicznych i sympatycznych serii w, nie ukrywajmy, dosyć biednym letnim sezonie. Przy czym, nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby propozycji anime było więcej, w tym dobrych, i tak opisywana turniejówka uplasowałaby się wysoko. Oczywiście, mam wiele pytań, powiązanych i niezależnych od „przypakowania” bohaterów, ale na razie mam też poczucie, że wszelkie dziury fabularne i niedopowiedzenia nie wynikają ze słabości fabuły, ale są celowym zabiegiem.

Z pewnością jest to produkcja warta uwagi, o wyjątkowych walorach rozrywkowych. Bohaterowie są sympatyczni i bardzo „przyziemni” mimo nadludzkich mocy i wielkich ambicji, co zawsze sprawia, że seans jest przyjemniejszy. Nie wydaje mi się żebym po tych trzech bardzo dobrych odcinkach musiała kogokolwiek zachęcać do seansu. Pozostaje mieć nadzieję, że anime utrzyma poziom do końca, a twórcy nie przestaną pozytywnie zaskakiwać widzów do końca.

Trzeci odcinek Deca-Dence otwiera scena, w której Kaburagi-Obcy dowiaduje się, dlaczego Natsume jest klasyfikowana jako błąd. Ma to związek z wypadkiem sprzed kilku lat, w którym straciła rękę – wtedy też doszło do uszkodzenia chipu w jej ciele. Mężczyzna szybko przystępuje do konkretnych treningów z dziewczyną, wyruszając z nią przeciw słabszym gadollom. Podczas ćwiczeń Natsume dowiaduje się coraz więcej na temat samych potworów oraz sposobów walki z nimi. Z początku w walce nie radzi sobie najlepiej, nie poddaje się jednak i w końcu samodzielnie pokonuje pierwszego stwora. W pełni cieszyć się nowymi umiejętnościami nie pozwala jej proteza ręki. Kaburagi zabiera ją do sklepu, gdzie otrzymuje nową, w dodatku służącą jej teraz także jako broń. Wcześniej dziewczyna uszczęśliwia Pipe’a uroczym strojem, dzięki któremu gadoll może pobiegać poza mieszkaniem szefa bez obaw, że zostanie wszczęty alarm w fortecy. Cała trójka wyrusza przetestować protezę Natsume. Niespodziewanie następuje atak gadolli spod ziemi, wskutek którego Pipe wpada w powstałą rozpadlinę. Natsume rusza mu na ratunek, podobnie jak Kaburagi, który prosi Minato o pomoc w zlokalizowaniu pupila. Tymczasem Gearsi szykują się do walki z potworami.

To tyle z grubsza, jeśli chodzi o główny duet. Mniej więcej w połowie odcinka otrzymujemy też kolejne wiadomości na temat świata, tym razem prezentowane kobiecym głosem. W połowie XXIV wieku doszło do znaczącego zwiększenia zanieczyszczenia powietrza – Ziemia stopniowo zaczęła stawać się miejscem niezdatnym do życia. Rolę państw przejęły wielkie korporacje, tworzące z ludzi swoje cyborgi. Ta główna, czyli Solid Quake, przejęła prawa do resztek ludzkości i pod ogromną kopułą zbudowała obiekt rozrywkowy Deca-Dence. Wśród cyborgów natomiast utworzono specjalny system pozwalający im żyć w uporządkowanym społeczeństwie.

Deca-Dence nie przestaje zaskakiwać widza, a jednocześnie, dzięki ujawnianym informacjom, powoli staje się bardziej zrozumiałą i tym samym lepszą w odbiorze serią. Nadal do głowy przychodzi wiele pytań, ale przynajmniej kwestia, czym są Obcy, została (mniej więcej) wyjaśnione. Z drugiej strony nadal nie wiadomo, kto tu tak naprawdę rządzi ani czym są gadolle, aczkolwiek w internecie pojawiają się już pierwsze teorie. Odcinków ma być dwanaście – czy w tak niewielkiej liczbie uda się wszystko wyjaśnić, a przede wszystkim dać widzom w miarę zamkniętą historię? Trudno powiedzieć. Jasne jest dla mnie natomiast, że twórcy zdecydowanie mają problem z przekazywaniem rewelacji dotyczących wymyślonego świata. O ile prezentacji z treningów Natsume nie sposób czegokolwiek zarzucić (Kaburagi ją ćwiczy i jednocześnie tłumaczy najważniejsze kwestie), o tyle pojawiający się ni stąd, ni zowąd narratorzy wypadają mało naturalnie, zaburzając przebieg fabuły. Na pewno przy większym pomyślunku dałoby się to lepiej rozegrać.

Tym, co najbardziej przyciąga mnie do anime, poza oczywiście chęcią poznania, co jeszcze siedzi w wyobraźni twórców, jest duet głównych bohaterów. Dlatego miło było widzieć, że trzeci odcinek skupiał się prawie wyłącznie na nich. Natsume i Kaburagi są po prostu kochani, choć różnie się u nich ten urok objawia – Natsume to pozytywna i ambitna dziewczyna, z kolei Kaburagi przypomina trochę surowego ojca/szefa, który jednak bez oporu potrafi pomóc podopiecznej w chwili słabości czy zwątpienia. Tak czy siak, obydwoje wzbudzają sympatię, a że są też dobrze zagrani, miło się na nich patrzy i miło ich słucha. Nie nazwę ich jednak najlepszymi bohaterami anime, tytuł ten bowiem niewątpliwie należy do Pipe! No, słodziak sezonu, przy czym, ponieważ on także określany jest mianem błędu, być może będzie miał do odegrania większą rolę niż tylko humorystycznego akcentu (ale nawet jeśli nie, nie będę narzekać). Inne postaci, jak Fei czy Hugin, wciąż jedynie się przewijają i niewiele więcej o nich wiadomo, poza Kurenai, którą Natsume nazywa najlepszym Tankersem wśród Gearsów. Szczególnie intrygująco zapowiada się Minato, wyraźnie pomagający Kaburagiemu, skoro wiedział o jego gadollu i go nie wydał.

Pod względem technicznym seria prezentuje się dobrze. Brak scen z wielkim gadollem pozwolił nie straszyć paskudnym CGI, choć pewnie nie należy oczekiwać, że tak już zostanie do końca. Muzykę trudno mi ocenić. Na ogół jest dla mnie niezauważalna, czasem jednak wejdzie świetny motyw, znacząco zwiększający przyjemność oglądania. Zdania co do piosenek przewodnich nie zmieniam – opening przewijam, ending kocham.

Moja przygoda z Deca-Dence się kończy, to znaczy z zajawkowaniem, bo że będę kontynuowała seans, jest bardziej niż pewne. To zbyt interesująca i co rusz zadziwiająca seria, by ją ot tak sobie darować i nie chcieć wiedzieć, co stanie się dalej i jakie jeszcze dziwy wymyślili twórcy. Chyba nie będzie wielką przesadą, patrząc na odbiór innych serii, nazwać Deca-Dence największym zaskoczeniem sezonu, które zapowiadało jedno, a dało widzom coś zgoła innego. A mówimy przecież dopiero o pierwszych trzech odcinkach!

Festiwal nonsensu i kiczu trwa sobie w najlepsze. Lemingi, owszem, mają budynek, w którym się ukrywają, ale istnienie tych namiotów pozbawione jest racji bytu. Jakim cudem oni jeszcze żyją, to ja nie mam zielonego pojęcia, bo jak im korki wywaliło i cała elektryczność padła, to wcześniej zaplanowanych działań ani widu, ani słychu. Za to w pięć sekund wymyślony plan z pochodniami i podpaleniem wspomnianych wyżej namiotów jest super! Nie żeby to cokolwiek dało, ponieważ stwory na nóżkach i przy pomocy skrzydełek bez problemu sobie z oknami sali gimnastycznej poradziły i zaczęły radośnie cywilów mordować. „Wojskowymi” już od jakiegoś czasu były zajęte. ALE kiedy pan samuraj dostał w łapki miecz, a shinobi dorwał się do granatów i mocnej linki, to zaczęła się siekanina potworów, których kule z broni automatycznej się nie imały, ale z szybkim ostrzem nie były już sobie w stanie poradzić…

Trochę gadają, trochę walczą, trochę umierają (a zwłaszcza umierają) i w sumie nic poza tym. Twórcy na siłę starają się też wzruszyć widza, ubijając poczciwego i jeszcze głupszego dziadka, który wiedząc, jak ryzykuje, postanowił na piechotę wrócić ze swojego mieszkania, znajdującego się gdzieś hen, hen daleko poza „bezpieczną strefą”. Ale inaczej samuraj nie dostałby miecza. Cóż, coś za coś.

W tym odcinku było więcej scen akcji niż w poprzednim, ale statyczność ujęć i wygląd potworów bardzo skutecznie niweczą próby wytworzenia minimalnego napięcia czy dramatyzmu. Nadal jest kiczowato, absurdalnie i bardzo, ale to bardzo drętwo, więc nadal nie polecam.

O, takie właśnie cuda atakują lemingi…

Tag Cloud