Po przebudzeniu Makoto z niejakim zdziwieniem i lekkimi protestami przyjmuje do wiadomości, iż „zawarł” kontrakt z kolejną potężną istotą. Musi jednak szybko przejść nad tym do porządku dziennego, ponieważ ocalony wcześniej Beren, krasnolud, składa właśnie prośbę o azyl w tym miniświecie. Oczywiście, bohater przychyla się do prośby, a warunkiem dodatkowym wg smoczycy jest dostęp do wytworów magicznych i broni, z której wytwarzania krasnoludy są słynne. Dodatkowo, w jakimś sprzyjającym dla siebie momencie, obie panie nagle żądają od Makoto, by nadał im porządne imiona, co ten po chwili oporu czyni: smoczyca od teraz ma się nazywać Tomoe, a pajęczyca Mio. A jakby tego było mało, przedstawiają pod głosowanie ogółowi mieszkańców domeny, składającemu się aktualnie z orków, krasnoludów, mgielnych jaszczurek (poddani Tomoe) i alke (poddani Mio) nowy tytuł dla bohatera – no bo skoro miasto, i ma rządzić… Który zostaje przyjęty z mieszanymi uczuciami przez niego, ale wielkim aplauzem przez społeczność. Nic dziwnego, że po tym wszystkim Makoto naprawdę pragnie ludzkiego towarzystwa.

 

 

Udaje mu się w końcu namierzyć jakieś ludzkie miasto, jednak okazuje się, że na jego widok ludzie albo uciekają, krzycząc „potwór”, albo po prostu strzelają. Co gorsza, wychodzi na jaw, że bogini dała mu tylko dar porozumiewania się z nie-ludźmi. Reakcje ludzi szybko wyjaśniają bohaterowi jego towarzysze – nie chodzi wcale o jego aparycję, ale o to, że tak promieniuje maną, że wszystkim się wydaje, iż nadchodzi stado potworów, a nie jeden ludzki osobnik. Na szczęście, można na to znaleźć sposób a) przez ćwiczenia kontroli, b) przez noszenie magicznych przedmiotów, które manę wchłaniają. A mowy ludzkiej da się też nauczyć. Podbudowany tą wizją Makoto zaczyna ćwiczyć Wspólną Mowę(tm), a krasnoludy tworzyć magiczny pierścień wchłaniający nadmiar many. I tak oto, po kilku miesiącach, bohater wyposażony w magiczny pierścień, maseczkę oraz dwie towarzyszki, wyrusza ponownie do miasta.

 

 

…Gdzie okazuje się, że zdecydowanie coś z tym miastem jest nie tak, a przynajmniej z postrzeganiem ludzi przez Makoto. Co więcej, cała trójka budzi niezdrowe zainteresowanie w Gildii Poszukiwaczy Przygód, gdzie zostają przetestowani na okoliczność poziomów, a bohater się dowiaduje Jak To Działa. Owocny dzień kończy się w tawernie, gdzie Makoto, Tomoe i Mio zastanawiają się, kto ich śledzi i czemu to miasto jednak jest ciut dziwne. Ale tego, drogie dzieci, dowiecie się w kolejnym odcinku.

 

 

Pod względem graficznym jest na razie konsekwentnie, nie widać zbyt wielkiego spadku jakości, choć jaszczurki wyglądały jak spod sztancy, a miasto na takie ciut ubogie, ładnie za to pokazano różnicę w postrzeganiu mieszkańców przez bohatera i Tomoe. Miejscami mamy też wstawki bohaterów w postaci SD, jednak są one zdecydowanie uzasadnione fabularnie i nie przeważają ilościowo. O dziwo, nie ma też fanserwisu, choć obie panie zdecydowanie za cel obrały sobie zawłaszczenie uwagi bohatera, robią to jednak w sposób w miarę normalny, bez typowego przygniatania biustem. Zresztą sam Makoto podchodzi do wszystkiego wyjątkowo racjonalnie, studząc ich zapał albo po prostu robiąc swoje i dążąc do odrobiny normalności. Poza tym miło dla odmiany popatrzeć na bohatera, nawet jeśli jest to bohater isekaja, który na starcie nie jest super we wszystkim, ma poziom 1, oraz na panienki, które wykazują zdolność myślenia i posiadają więcej niż dwie komórki w mózgu. Jak dla mnie to jest jeden z wielu plusów, które działają na korzyść i zachęcają do dalszego oglądania. Co nie zmienia faktu, że może się sporo popsuć, jednak na razie daję Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu kredyt zaufania.

 

W trzecim odcinku reżyser postanawia wprowadzić nowy punkt programu, który ma zachęcić dzieci do dbania o higienę. W związku z tym Uramichi i Iketeru muszą wcielić się w nowe role, odpowiednio superbakterii i pogromcy tychże… Aktorskiej przemianie towarzyszą oczywiście nowe kostiumy, które stają się kolejnym gwoździem do mentalnej trumny bohaterów. Poza tym sporo odcinka poświęcono na próby twórcze – otóż Usahara wmawia dzieciom, że Uramichi potrafi wszystko, na przykład, pięknie rysuje (co jest tłuściutkim i złośliwym kłamstwem, o czym wie każdy, kto widział dwa poprzednie odcinki). Pełne podziwu dziewczynki proszą go więc, żeby narysował im bohaterki popularnego serialu mahou shoujo. Cóż, efekt jest spodziewany i raczej tragiczny, a komentarze dzieci bezlitosne… Sytuację ratuje Iketeru, ale to już kolejna zadra, trafiająca wprost w krwawiące serce Uramichiego. Naturalnie, Usaharę czeka bolesna nauczka, ale chłopak zasłużył. Dużo miejsca wypełniają też smutne przemyślenia głównego bohatera i chociaż odnosi jedno malutkie zwycięstwo, to za mało, by uleczyć jego rany.

Tym razem nie uśmiechnęłam się ani razu podczas odcinka, bo i powodów brakowało. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Uramichi z każdym kolejnym odcinkiem jest bliżej załamania nerwowego i tak w sumie, jest mi go żal. Niby młody, dobrze wyglądający facet z niezłą pracą, ale tak naprawdę to kłębek nerwów, który musi codziennie ileś tam godzin fałszywie się uśmiechać. Naprawdę nie widzę nic śmiesznego w obserwowaniu kogoś, kto wyraźnie się męczy, ma wszystkiego dość, zrywa się do pracy w panice i marzy tylko o tym, żeby się wyspać. Uramichi nie ma przyjaciół, ani żadnej odskoczni od codziennych problemów – prowadzi żałosny i smętny żywot, i nawet nie ma się komu wygadać. Szkoda faceta, bo w sumie nie jest zły i jak już pisałam, w jakimś tam stopniu utożsamiam się z nim.

Nie jestem w stanie traktować tej serii jako komedii, bo nic mnie tu nie śmieszy. Nie wiem czy to kwestia tego, że nie jestem grupą docelową czy może tematyki – zbyt realistycznie ukazanej, żeby bawiła. Odrobinę drażni mnie fakt, że postacie żyją obok siebie i nie potrafią zdobyć się na szczerość. Kumao i Usahara spędzają z Uramichim mnóstwo czasu, również po pracy, ale nawet nie próbują go zrozumieć. Być może to kwestia uwarunkowań kulturowych, co tylko sprawia, że jeszcze trudniej jest mi to anime zrozumieć i polubić. W moim przekonaniu ktoś powinien poradzić Uramichiemu wizytę u specjalisty i naprawdę nie piszę tego złośliwie. Serii nie polecam, bo nie ma do zaoferowania zbyt wiele, poza bardzo smutną wizją życia dorosłego człowieka.

W pierwszej części odcinka dowiadujemy się więcej o dwóch kolejnych lokatorkach Megami-ryou, Kiriyi i Serenie. Ta pierwsza pewnego wieczora dosłownie spada Koushiemu na głowę przez wybitą w podłodze dziurę. Jak się niebawem okazuje, Kiriya to twarda adeptka sztuk walki, która dopiero na studiach odkryła powaby mang shoujo i w związku z tym reaguje na nie jak płochy podlotek, kwicząc z zażenowania i tłukąc, co popadnie. A że krzepę ma niezłą, efektem są liczne szkody w mieniu. Jako że sam upadek na bohatera (oczywiście elementami intymnymi naprzód) nie wystarczyłby jako fanserwiśna wkładka, dostajemy tu jeszcze scenę „zapasów”, będących kolejną okazją do poprzyduszania Koushiego damskimi krągłościami. O wiele mniej miejsca dostaje na razie Serena – budzi ona Koushiego (który śpi w zrujnowanym pokoju Kiriyi, oddawszy tej ostatniej własny) i obiecuje naprawić szkody dzięki „mocy księżyca”. Rzeczywiście, rano wszystko lśni nowością i pytanie tylko, czy to anime faktycznie zahacza o nadprzyrodzone moce, czy też Serena jest po prostu biegła w majsterkowaniu.

Druga część to wyprawa po zakupy w wykonaniu Koushiego i Ateny. Atena, widząc jego zażyłość z pozostałymi lokatorkami akademika, zaczyna podejrzewać bohatera o niecne sztuczki, zaś ten wypad to okazja, żeby go poobserwować trochę. Jak jednak łatwo zgadnąć, dla osoby, która na każdy bliższy i dalszy kontakt z przedstawicielami płci męskiej reaguje krwotokiem z nosa, każde wyjście do miasta to prawdziwe wyzwanie. Oczywiście Koushi, jak zwykle cierpliwy i pełen dobrej woli, pokazuje się od najlepszej strony, czym rozwiewa podejrzenia Ateny, która na bis odkrywa, że wyjątkowo lubi być nazywana starszą siostrą (w tym przypadku aneki, chociaż reaguje też na inne z licznych japońskich form). Moje obserwacje: 1) Dlaczego nie pokazano samego robienia zakupów? To mogła być dobra scena… 2) Orgazmiczne reakcje Ateny na słowa Koushiego to chyba okazja, żeby *wreszcie* pokazać w tym odcinku jakieś cycki, bo wcześniej dostajemy tylko majtki i udka w ilościach hurtowych. 3) Gag „potknęła się i wpadła na niego cyckiem/tyłkiem” jest oklepany, ale tu widać, że jeśli go podkręcić i przez powtórzenia doprowadzić do absurdu, zaczyna działać i staje się znowu zabawny.

Odniosłam wrażenie, że drugi odcinek miał trochę słabsze tempo od pierwszego – oba pokazane w nim epizody dałoby się nieco okroić ze zdecydowaną korzyścią nie tylko dla walorów komediowych, ale także fanserwisowych. Po prostu bardziej skoncentrowane, robiłyby lepsze wrażenie. Nie jest jednak tak źle. Wprawdzie różowy humor oraz (przede wszystkim) gagi sytuacyjne to nadal główna treść tej serii, ale od początku widać było, że o nie przede wszystkim ma tu chodzić. W swojej kategorii jest to komedia lekka, ale całkiem sprawnie zrealizowana. Może nie taka, żeby wspominać i polecać latami, jednak jak na coś do oglądania w bieżące wakacje może się sprawdzić. Trzeci odcinek ma wprowadzić ostatnią dziewczynę pokazywaną w materiałach promocyjnych, więc „zasada trzech odcinków” powinna się tu sprawdzić idealnie.

Drugi odcinek i drugi pojedynek! Tym razem uczennica szkoły średniej, Yuuri, musi stawić czoło obleśnemu facetowi w średnim wieku, który zdaje się mieć ogromną ciągotę do uczennic. W zasadzie cały odcinek jest niemal bliźniaczo podobny do pierwszego. Po przedstawieniu postaci od razu można wywnioskować, kto tutaj jest ważniejszy, oczywista jest także różnica w niezwykłych umiejętnościach, które otrzymali w ramach prezentu na nową drogę życia.

Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy po obejrzeniu odcinka, to fatalne przedstawienie wydarzeń. Poznajemy historię Yuuri, która prześladowana jest w życiu przez rozmaite, mocno nieprzyjemne, „przypadkowe” wydarzenia. Co gorsza, sama jej matka nazwała ją w dzieciństwie nieszczęśliwym przypadkiem, co chyba jest główną przyczyną bycia zdegustowaną tymiż. Opowieść o jej życiu miała chyba wyjść na smutną i wzruszającą, ale niestety nie do końca się to udało. W miarę wiarygodnie wypadła jedynie jej chęć powrotu do dotychczas bitej i fatalnie traktowanej córki faceta swojej matki, z którą nawiązała siostrzaną więź. Tym co odróżnia drugi odcinek od pierwszego, to nieco szersze przedstawienie historii przeciwnika, w tym wypadku Kazuto Kiryu. Trudno o bardziej typowego, obleśnego faceta, którego wyjęto prosto z gatunku hentai. Lubi uczennice, ma też mocno nierówno pod sufitem jeśli chodzi o próby kontrolowania go, co zapewne wiąże się z pracą w złej korporacji… Udusił jedną pannę po stosunku, gdy ta małym szantażem chciała wyciągnąć od niego dodatkowe pieniądze, ale na całe szczęście Yuuri nie miała chęci stać się jego kolejną ofiarą.

Swoją drogą, dobór osób do morderczej gry powoli nabiera sensu – wybrano osoby na krok przed śmiercią czy to fizyczną czy społeczną, starano się także aby różnili się charakterami oraz umiejętnościami. Dzięki temu taka gra śmierci będzie bardziej zabawna, nieprawdaż? Chociaż z tym drugim to na razie do końca nie wiadomo, gdyż przegrani niekoniecznie giną. Wiadomo już jednak, że drugi etap będzie zakładał jakąś „grę” zespołową, której początek zobaczymy za tydzień. Taki stan rzeczy nieco wzbudza ciekawość, do zalet zdecydowanie można też dorzucić całkiem widowiskowe pojedynki. Całkiem dobrze do całości pasuje dodany fanserwis, który nie stanowi celu samego w sobie, ani też nie próbuje być pierwszoplanową atrakcją. Z chęcią sięgnę po trzeci odcinek, gdyż mimo swoich wad, są tutaj elementy interesujące, sam gatunek zaś nie jest zbyt często widywany na scenie japońskiej animacji.

 

Tym razem wszystkie trzy segmenty odcinka upływają pod znakiem arystokracji. Żona lokalnego wielmoży (o którym bohater w ogóle nie słyszał, chociaż mieszka na jego ziemiach już parę lat…) wzywa do siebie Reijiego. Przy okazji staje się to przyczyną przekomicznego (w zamierzeniu autora) nieporozumienia, ponieważ Mina uznaje, że Reiji ma z rzeczoną panią romans pozamałżeński i, uczepiwszy się tej myśli jak pijany płotu, wraca do niej obsesyjnie przez cały odcinek. Dama (narysowana jak każda dziunia z tego anime, czyli gładko i ślicznie) uważa, że czas nie jest dla niej łaskawy i ma nadzieję, że genialny aptekarz przyrządzi dla niej eliksir odmładzający. Reiji nie składa fałszywych obietnic biznesowych, ale kręci stosowny krem, którego efekty zachwycają od pierwszego użycia. Swoją drogą, pokazuje to, że nawet pod tym względem rzecz jest robiona „na odwal się” przez autora – spektakularne efekty znacznie bardziej przekonująco zapewniłaby stosowna maseczka.

Jako kolejna klientka w sklepie bohatera pojawia się (tym razem osobiście) córka ww. damy, Elein. Ona także oczekuje pomocy w sprawach towarzyskich, a mianowicie specyfiku, który uczyni ją popularną i zwróci na nią uwagę pewnego arystokratycznego młodzieńca. Ona z kolei otrzymuje od Reijiego perfumy i lekcję dobrych manier, która robi na niej takie wrażenie, że dziewczę zamiast na proszony obiad, melduje się na staż w aptece. Głównym gagiem segmentu jest to, że Elein myli bezustannie rasę Noeli, a ona złości się i jeży ogon. Trzecia część to króciutka scenka, w której podczas fali upału Reiji otrzymuje od Elein zamówienie na „sprowadzenie zimy” i produkuje żel chłodzący, którego trzy panienki nadużywają i dostają halucynacji, sądząc, że zamarzają. Huragan śmiechu, tornado braw, kurtyna.

Większość każdego z trzech odcinków wygląda identycznie: stoi postać A, stoi postać B i gadają. Kamera pokazuje je na przemian, w ujęciach statycznych, seiyuu dostali na kartce pojedyncze zalecenie, żeby używać jakiejś maniery, więc wtykają ją w każde zdanie, tła są proste i wykorzystywane wielokrotnie, a jak potrzeba animacji, to też da się ją powtórzyć albo po prostu przesunąć postacie na tle dekoracji i udać, że to taki efekt komediowy. Powiedzieć, że dialogi nie są błyskotliwe, to ująć rzecz niezwykle eufemistycznie – dawno nie widziałam serii, której tak nie wychodziłby humor. Jeśli ktoś zastanawiałby się nad tym, jak do tego anime ma się emitowane w zeszłym sezonie Slime Taoshite 300-nen, Shiranai Uchi ni Level Max ni Nattemashita, to odpowiem krótko: niebo a ziemia. Seria o trzystuletniej wiedźmie była leciutka i – bądźmy szczerzy – dość miałka, ale zawierała sympatyczne postacie i autentycznie zabawne sceny, a do tego była niebrzydka wizualnie. Cheat Kusushi no Slow Life jest nudne, sztywne i sprawia wrażenie tytułu stworzonego przez kogoś, kto koniecznie chciał uszczknąć kawałeczek z torciku isekajowej popularności, ale kompletnie nie rozumiał, co zrobić, aby tę popularność zdobyć. Jakim cudem to zyskało adaptację anime, wiedzą tylko producenci (i być może bogowie chaosu).

Po wypadkach ostatniego odcinka Kinji, jak łatwo przewidzieć, nie cieszy się zbytnia popularnością w swojej załodze. Nic to jednak, bowiem za „zasługi” (czyt. wysokie wyniki wydobycia) razem z Wanibe dostają przeniesienie do „lepszej” grupy, czyli takiej, która zajmuje się ważniejszymi rzeczami. A jest to sprzątanie małych potworków w lochach, uzupełnianie ekwipunku odkrywców, czyszczenie zbroi, wkręcanie żarówek, żeby było coś widać, itp.

 

 

Kinji oczywiście nie jest zbyt zadowolony z takiego obrotu spraw, tym bardziej, że po bliskim spotkaniu Wanibe z tentaklowym potworem musi pracować za dwóch. Ale od czego jest przypadek! W trakcie jednej z szycht praktycznie ratuje jakiegoś bohatera z 3 jednostki (to ci co są… no, bohaterami i walczą z potworami) przed krwiożerczymi mrówkami. Niestety, wierchuszka z racji tego, iż nikt nie zgłosił im zagrożenia, odmawia pomocy, dlatego nasz bohater musi radzić sobie tym, co ma pod ręką. Co dalekosiężnie skutkuje założeniem związku zawodowego wśród mrówczych robotników, praktycznie zrzuceniem z tronu mrówczej królowej (no, dobrze, z mała pomocą różowej dziewczynki) i w efekcie powołaniem w końcu tytułowej Meikyuu Black Company, której celem będzie obalenie zarządu firmy.

 

 

Bohater, tak jak w poprzednim odcinku, bardzo kombinuje, jak szybko zarobić, jednak tym razem większy nacisk jest kładziony na pokazanie jego zdolności do manipulacji i mówienia słuchającemu tego, co chce usłyszeć – pod warunkiem, że mu się on do czegoś przyda (rekrutacja do związków zawodowych jest naprawdę piękna). Faktem natomiast jest, że mimo gadanego, Kinjemu nadal brakuje zdolności interpersonalnych, a jego skupienie na osobistych korzyściach jest żenujące. Ale cóż, to celowo taka postać, więc z tym się należy pogodzić, jeśli dalej się zamierza MBC oglądać.

 

 

Mam z tą serią ten sam problem co protagonista z nową panienką: naprawdę nie wiem, kiedy mówi poważnie, a kiedy sobie jaja robi. I męczy mnie to, w negatywnym sensie. Mocno niedorosła – co widać, słychać i czuć – nowa panienka to Yui Saikawa, gimnazjalna „najsłodsza na świecie” idolka, o czym informuje nas ona sama i usłużna reklama na telebimie. Chce ona zatrudnić legendarnego detektywa, bo dostała ostrzeżenie, że w dniu jej koncertu w Dome ktoś spróbuje ukraść olbrzymi i warty fortunę szafir, będący w posiadaniu jej rodziny. Kimizuka rzecz jasna odmawia, ale Nagisa nagle Z POTRZEBY (przeszczepionego) SERCA oświadcza, że to ona jest owym detektywem i podejmie się zadania. To już trzecie z kolei zdanie, do którego mam ochotę dopisać komentarz „no comments”… I wcale nie ostatnie. A, potem jest jeszcze chyba-żart o tym, że Kimizuka jest zboczeńcem i złodziejem majtek, a cała policja go chroni. Jak wyżej, chociaż do tego jeszcze wrócę.

Ponieważ dzień obfitował w emocje, nasza parka rozchodzi się, a następnie mamy przebitkę na to, co się wydarzyło w poprzednim odcinku, z punktu widzenia Nagisy, plus jakiś tam wgląd w jej psychikę, niby teraz dopiero, dzięki odzyskaniu zdrowia i nadziei na jakąkolwiek przyszłość, ukształtowaną. Jasssne. Nazajutrz samozwańcza detektyw i jej (ponownie) wyznaczony na ochotnika pomagier kontemplują zarówno stan posiadania, jak i osobowość idolki (mnie by doprowadziła do szału po pięciu minutach); przy okazji wychodzi na jaw, że jej ochrona, która teoretycznie mogłaby strzec skarbca, nie zrobi tego, bo składa się z jej fanów i MUSI być na koncercie. A ona sama, osierocona trzy lata temu, jest głową rodu i zarządza całym majątkiem. Mimo idiotyczności sytuacji, widocznej nie tylko dla mnie, motyw ekonomiczny przeważa (Nagisa chce nowe bikini i tym samym kusi też swojego Watsona, chociaż chyba nie o to mu jednak chodziło), więc biorą zlecenie, co skutkuje tym, że tydzień później, poznawszy „background”, czyli nagrania Yui, Kimizuka jest już jej postrzelonym fanem. Tu już zwątpiłam ostatecznie, bo dotąd wydawał mi się ostatnim promykiem sensu w tym niepojętym miszmaszu, ale pocieszam się, że chyba udawał. Albo też jaja sobie robił, tylko nie wiem z kogo i po co, bo mam okropne wrażenie, że ze mnie, czy szerzej z widzów. Biorąc udział w próbie przed koncertem, Kimizuka i Nagisa są świadkami dziwacznej napaści na idolkę na scenie, co daje chłopakowi do myślenia: być może to nie szafir jest celem. A poza tym, według niego Yui kłamie…

Meh, zabrzmiało to, jakby coś ciekawego się miało wydarzyć, ale najbardziej ciekawi mnie, co myśleli sobie twórcy, lecąc z tą serią w takie kulki. Bo nie ogarniam, po trzecim odcinku, kiedy po absurdalnej akcji w pierwszym i dramatycznej reakcji w drugim zostaliśmy uraczeni ciągiem momentów w zamierzeniu chyba komediowych, tym bardziej. Braku sensu i logiki nawet nie zamierzam serii wytykać, bo emanuje ze streszczenia, ale ten „humor” naprawdę zbił mnie z tropu. I nie chodzi o to, że nie  było zabawnie, bo owszem, niektóre przekomarzania, sytuacje (stół), kontrasty są zabawne, tylko tak strasznie tu nie pasują… Być może odpowiedź na powyższe pytanie jest taka, że twórcy też nie ogarniają i nie wiedzą, co chcą osiągnąć. A chyba szkoda – bodaj po raz pierwszy szkoda mi bohatera, który w sumie mnie do siebie przekonuje (głównie spokojem i rozsądkiem) i ze swoją osobowością mógłby się na pewno sprawdzić w serii rzeczywiście detektywistycznej, choćby i nastoletniej, ale wrzucony jest w coś do niego zupełnie niepasującego, dziwacznego, jakby przypadkowo pozszywanego z kawałków innych animek, i w tym wszystkim dla mnie totalnie niewiarygodnego i wręcz irytującego. Do tego stopnia, że odczuwam niechęć do pisania o tym… na pewno większą, niż odczuwałam przed oglądaniem tego odcinka, więc cóż jeszcze mogę dodać?

 

Zastanawia mnie jak wygląda poranek dziecka z arystokratycznego domu. Czy przed wyjściem do szkoły, rodzice pytają go, czego dzisiaj mają się uczyć, a ten z wielką satysfakcją odpowiada, że będzie szlifować umiejętność poniżania pospólstwa? Czy może dostaje taki przykaz od rodziców? Diabli wiedzą, ale chyba na tym jedynie skupia się gro uczniów klasy w arystokratycznej akademii. Zdecydowaną większość dzieciaków bowiem chyba nic innego nie interesuje poza dokuczaniem i poniżaniem Rio. Chłopak to rzecz jasna dzielnie znosi, ale w końcu musi się to skończyć źle. W trakcie ćwiczeń polowych dochodzi do wypadku z udziałem księżniczki Flory, a odpowiedzialność zostaje zrzucona właśnie na nieszczęśnika, mimo że uratował jej życie (a chwilę później całej grupie). Biednemu zawsze wiatr w oczy.

 

 

Jednak wyżej wymienione wydarzenia dają okazję, aby rzucić nieco światła na postać Rio. Dowiadujemy się, że jego tajemnicze umiejętności nie będące magią, są związane z jego pochodzeniem i mocą duchów (wróżek), co sugeruje sam tytuł anime. Słowa te padają z ust wielkiego złego, czyli Reissa Vulfe, który zaplanował porwanie Flory w pierwszym odcinku. Ogólnie widać tu pewien zamysł fabularny, którego główny wątek rozpocznie się w następnym odcinku wraz z podróżą Rio w rodzinne strony. Podróż nie będzie jednak łatwa, gdyż arystokratyczna rodzina wysyła za nim zabójcę… Małą dziewczynkę ze zwierzęcymi uszkami, imieniem Latifa. Cóż z tego wyniknie, pozostaje się nam jedynie domyślać.

 

 

Seirei Gensouki niczym nie wyróżnia się na tle zalewu isekajowych anime. Ma cały zestaw wad, ale także kilka ciekawych elementów i zalet. Wygląda też na to, że wraz z podróżą Rio poznamy nową, miejmy nadzieję, ciekawą obsadę, a próba ubicia go nie stanie się zbyt dramatyczna, ani także jedynym celem fabularnym. Gdyby tytuł ten emitowany był wiosną tego roku, raczej nie poleciłbym go do dalszego oglądania – była wtedy cała masa znacznie lepszych seriali. Teraz jednak sytuacja jest nieco inna – sezon ogórkowy w pełni, więc nawet przeciętniak łapie się do tygodniowej ramówki. Wszystkim, którzy znaleźli tutaj coś ich interesującego, mogę zasugerować dalszy seans.

Bohaterowie ciężko pracowali przez zeszły tydzień, więc już na początku odcinka możemy zobaczyć rezultaty ich starań, tzn. ich fragment oraz tzw. making of, czyli reminiscencje pokazujące, jak film powstał. Udało się go ukończyć dzięki determinacji i pomysłowości Kyouyi – okazało się, że Tsurayuki wypożyczył nie kamerę, a aparat (camera!), ale Kyouya w edycji zrobił z setek zdjęć coś w rodzaju animacji-ruchomych obrazków (wybaczcie, nie znam się na tym). Pomocny okazał się jeden z poznanych dziwaków z klubu sztuk pięknych, do którego zresztą w rezultacie na koniec „Kitayama Team” dołączył, może i dobrze, bo atmosfera się dzięki temu lekko ożywiła. Ale wróćmy do projekcji studenckich zadań. Audytorium doceniło efekt, łącznie z Kawasegawą i wykładowczynią – i tak, są spokrewnione – chociaż ta druga domyśliła się, że studenci mieli jakieś problemy, stąd nie dostali najwyższej oceny, ale ważniejsze jest to, jakie emocje i nowe doświadczenia to zadanie dało naszej czwórce.

Dowiemy się też znów nieco więcej o dziewczętach, bo najpierw Nanako wyciąga Kyouyę na karaoke, gdzie okazuje się, że śpiewać to ona lubi, ale niekoniecznie umie, natomiast chce się poprawić, do czego potrzebny jej słuchacz – a ten wpada na pomysł, by jak już się poprawi, wrzucić jej nagranie do sieci; następnie chłopak ma poważną rozmowę z Aki o jej skrywanej pasji do rysowania i związanych z tym wątpliwościach; jego namiętny podziw dla niej sprawia, że dziewczyna ostatecznie postanawia uwierzyć w siebie.

I tyle właściwie. Prawdę mówiąc, niby cały czas coś się dzieje, fabuła idzie do przodu, poznajemy lepiej postaci, one się powoli zmieniają, ale mnie osobiście ta historia niezbyt porywa, raczej lekko nudzi – za każdym razem wypatruję końca odcinka i sama nie wiem na ten moment, czy mam ochotę kontynuować seans. Nie żebym specjalnie miała się czego czepiać – na pewno nie porządnej animacji czy wizualiów ogólnie, zresztą także muzyka w tle jest co najmniej interesująca, może nawet nazbyt (w sensie, próbuje dodać dynamizmu scenom, które go albo nie mają, albo nie potrzebują) – po prostu w moim przypadku nie zażarło. Niemniej jestem pewna, że wiele osób znajdzie tę animkę propozycją dla siebie – bardziej chyba okruchową niż szkolno-romansową, choć i takie elementy widać, że będą, więc kto lubi spokojne „życiowe” serie, powinien spróbować się z tą zapoznać.

Miyuki rozpoczyna tresurę kilku kolegów z klasy co do kwestii poniżania osób drugiego kursu, tzw. Weed, w jej obecności. Po mrożącym krew w żyłach (dosłownie) wytłumaczeniu, na razie chyba będzie mieć z tym spokój. W szkole rozpoczynają się także rekrutacje nowych uczniów do klubów i kół zainteresowań, co sprawia niemałe problemy. Otóż ze względu na pokazy i demonstracje umiejętności, uczniowie w tym okresie mogą nosić urządzenia pozwalające im używać magii. W tym samym czasie Miyuki rozpoczyna też pracę w samorządzie, a Tatsuya demonstruje pokaz siły jako członek organizacji porządkowej, doprowadzając do pionu zbyt gorącokrwistych kolegów, także tych starszych. Rzecz jasna nie podoba się to wielu z nich, co więcej, jego niezwykłe umiejętności przysparzają mu tajemniczego wroga.

Zgodnie z oczekiwaniami, przytoczone zostają wątki z głównej linii fabularnej tytułu. Rzecz jasna ukazane zostają z nieco innej perspektywy, ale nie uświadczycie tutaj wielu nowych informacji, które warte są uwagi. Na plan wjeżdża także postać Eimi Akechi, która nawiązuje relacje najpierw z Honoką i Shizuku, a później także z Miyuki. Co więcej, wraz z pierwszymi dwiema postanawia zawiązać współpracę detektywistyczną, która doprowadzić ma do zdemaskowania przeciwnika, który za cel obrał sobie Tatsuyę! Efekty tej współpracy muszą być piorunujące, podobnie jak działania samego zainteresowanego.

Mahouka Koukou no Yuutousei jest dokładnie tym, czego można było się spodziewać. Dostajemy stare wątki fabularne ukazane z nieco innej perspektywy. Z ową perspektywą wiąże się rzecz jasna masa fanserwisu oraz jeszcze większa ilość zachwytów wiana dziewuszek, z Miyuki na czele, nad Tatsuyą. Muszę przyznać jednak, że niektóre sceny komediowe są udane, a żaden z elementów absurdalnego zachwytu nie jest bardziej wkurzający niż poprzednio. Fani tytułu zapewne będą zadowoleni, ale cała reszta nie ma tu czego szukać.