Złożonej i wielopoziomowej indoktry… to znaczy edukacji świeżutkiej żywej lalki ciąg dalszy. Emiliko poznaje kolejne zasady i zwyczaje panujące w domu rodziny Shadow. Przekonuje się również, jak niebezpieczny może być nadmiar sadzy, zwłaszcza jeśli zbyt duża ilość nagromadzi się w jednym miejscu. Bałagan zawsze bowiem można posprzątać, ale uganianie się za ożywioną i krwiożerczą sadzą to zupełnie inna bajka…

Cóż, świat przedstawiony z odcinka na odcinek się rozrasta – wraz z główną bohaterką poznajemy kolejne jego zakamarki i jeśli kolejne epizody utrzymają obecne tempo, to widzowie mogą liczyć na przynajmniej zgrabne i intrygujące wprowadzenie w historię mieszkańców tej rozległej i mrocznej posiadłości. I nawet jeśli od słownych wyjaśnień, co i jak, nie uciekniemy, to nadal sporo tu mniej lub bardziej subtelnych „pokazywanek”. To naprawdę miłe, że niektórzy twórcy wiedzą, że nie wszystko trzeba widzowi mówić wprost – pokazane rzeczy nie są wprawdzie szczególnie trudne do zinterpretowania, ale obyło się bez komentowania wszystkiego na głos.

Klimat opowieści może nie każdemu będzie pasował, ale jest coś w tym połączeniu sielanki i upiorności, co sprawia, że z olbrzymim zainteresowaniem zasiadam do każdego kolejnego odcinka. Trzy, które obejrzałam, naprawdę mi się podobały i mogę mieć tylko nadzieję, że następne utrzymają ten poziom, i że odkrywane stopniowo sekrety nie będą rozczarowujące. Mocno trzymam kciuki i wszystkich miłośników odrobiny tajemnicy zapraszam do oglądania!

Sprzątanie: poziom zaawansowany

Ten serial powstał aby mnie torturować. Pierwsze minuty napełniły mnie nadzieją, że może być trochę lepiej. Podkreślam – trochę, tak do poziomu serii, która nie boli. Trwało to chwilę, po czym zrobiło się jeszcze gorzej niż w pierwszym odcinku.

Ta seria jest szaleństwem. W Bandai Namco Pictures postradali rozum. To nie jest seria CGI, to nie jest seria klasyczna, to jest seria, w której kolejne sceny są zrobione RAZ TAK, RAZ TAK. Z tymi samymi postaciami! Jeżeli jest w tym jakaś reguła, to ja jej nie widzę. Sceny walki są raz tak, raz tak. Niektóre postacie wydają się być wyłącznie 2D, inne wyłącznie 3D, ale są też postaci mieszane. Są sceny czysto 3D, są czysto 2D, ale są też sceny, w których część postaci jest tak, a druga inaczej. Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Podobno dużo wysiłku włożono w oddanie walk bokserskich i zdziwię wszystkich – wierzę. One jedne wyglądają przyzwoicie z tego wszystkiego. Niewiele to daje przy reszcie. W CGI postacie nie mają w ogóle mimiki. Animacja ich twarzy ogranicza się do ruchów oczu i ruszania szczęką w górę i w dół. To wszystko. Oddanie jakichkolwiek emocji jest tym samym całkowicie niemożliwe. Tła są nieodmiennie szmatławe, acz tym razem choć kolorowe, tym samym poprawiając się z poziomu rozpaczy do poziomu nędzy.

Pozostaje fabuła… przyznam to ona sprawiła, że nabrałem przebłysków drobnej nadziei. Na początku pojawiło się trochę rozwoju postaci. Tak trochę. Pojedynek między Cestvsem a Ruską w obecności młodego Nerona był całkiem emocjonalny i wydaje się, że ma z niego coś dalej wyniknąć dla tych postaci. Czy coś wyniknie z reszty odcinka? Chyba nie. Cestvus przenosi się do Pompei, tam trenuje, poznajemy trochę nowych postaci, czy to CGI, czy rysowanych. Brzydko. Nudy. Jeszcze tylko jeden odcinek przede mną…

Trzeci odcinek Seijo no Maryoku wa Bannou Desu to lukier w czystej postaci, otóż Albert zaprasza Sei do miasta. Coś tam mętnie tłumaczy, że ma sprawę do załatwienia i może chciałaby mu towarzyszyć, skoro ma dzień wolny, ale wiadomo, że chodzi o mniej lub bardziej oficjalną randkę. Znaczy, widz to wie, Sei nie do końca zdaje sobie sprawę. Tak więc pierwsza połowa odcinka upływa pod znakiem wspólnego spaceru po stolicy – nasze nieśmiałe gołąbeczki oglądają stragany, razem spożywają posiłek (podczas którego wychodzi na jaw, że Albert jest magiem, kontrolującym lód) i odwiedzają sklep z biżuterią. Po uroczej wycieczce, rycerz odwozi swoją wybrankę do domu (w międzyczasie ona zasypia mu na ramieniu) i w ostatniej chwili wręcza jej upominek w postaci misternie wykonanej spinki do włosów. Na drugi dzień, szef podpytuje Sei jak tam wyprawa, z zainteresowaniem ogląda biżuterię, po czym stwierdza, że randka się udała, czym wprawia Sei w zdumienie. Znaczy, bohaterka zdecydowanie czuje do Alberta miętę, ale autentycznie nie dopuszcza do siebie myśli, że mężczyzna tak bezceremonialnie zabrałby ją na randkę… Dopiero Elizabeth oświeca ją i informuje, że te śliczne kamyczki w spince nieprzypadkowo mają taki sam kolor jak oczy dzielnego rycerza, i że w Salutanii mężczyźni dają w prezencie taką biżuterię wybrankom swego serca. Poza tym, okazuje się, że ozdoba ma też właściwości magiczne, ale tylko wybrany mag może określić jakie. Szef Sei nie dość, że przedstawia jej takiego właśnie maga, to jeszcze daje możliwość zapoznania się z tego typu zaklęciami. Nie powinno nikogo dziwić, że bohaterka i tutaj wykazuje się nieprzeciętnym talentem. Efekt jest taki, że po kilku tygodniach dostaje zlecenie na zaczarowanie kilku kamieni dla oddziału rycerzy, a w ramach zapłaty postanawia odwdzięczyć się Albertowi za prezent…

Bogowie, to było tak uroczo staromodne i słodkie, że przez cały odcinek cieszyłam się jak głupia do sera. Widać, że Sei odnalazła się w nowym świecie, ale chociaż poznała już część obyczajów (nie odkrywanie zanadto ciała przy innych), wiele z nich jest dla niej nowością. Może dziwić jej zaskoczenie faktem, że ktoś mógł uznać jej wypad do stolicy z Albertem za randkę, ale z drugiej strony istnieje duża szansa, że kiedy żyła w Japonii nie wzbudzała dużego zainteresowania płci przeciwnej (te okulary zawsze tak bardzo oszpecają…) i po prostu z miejsca uznała, że ktoś taki jak Albert raczej nie pomyślałby o niej, jak o potencjalnej partnerce. Poza tym, nie dorabiałabym tutaj specjalnej filozofii – seria jest utrzymana w bajkowym, lekkim klimacie, więc i postacie zostały utrzymane w tej konwencji. Natomiast stawiam twórcom duży plus za dosyć jasne wskazanie drugiej połówki Sei, bo chociaż kręci się wokół niej całe stado przystojnych panów, chwilowo tylko Albert kreowany jest na potencjalnego ukochanego. W sensie, bohaterka co i rusz spotyka nowego bisza, i chociaż na każdym z nich robi wrażenie (vide nasz chłodny w obejściu mag od magicznych kamyczków), to jednak ich zainteresowanie w niczym nie przypomina przywiązania Alberta. Jeżeli natomiast miałabym wskazać jakąś wadę, to zdecydowanie za mało Elizabeth, którą miałam za typową, wysoko urodzoną blond plotkareczkę, a tymczasem dziewczyna ma głowę na karku…

Cóż, seria na pewno wybitna nie jest, ale mimo wszystko fabuła jest znacznie bardziej poukładana i ma więcej do zaoferowania niż przeciętny, oparty na grze, odwrócony harem. Relacje między bohaterami są znacznie bardziej naturalne i nawet idealny do bólu Albert nie działa mi jakoś specjalnie na nerwy – może dlatego, że jest jeden i zdecydowanie ma się ku Sei, podczas gdy reszta panów traktuje ją bardziej po przyjacielsku i nie próbuje za każdym razem zaimponować. Mam nadzieję, że anime utrzyma pogodny nastrój, a twórcy nie wycofają się nagle rakiem z tak mocno sugerowanego wątku romantycznego. Seijo no Maryoku wa Bannou Desu to po prostu szalenie przyjemne, nieco pstrokate patrzydełko, naiwne i słodkie niczym wata cukrowa, ale przy tym bezpretensjonalne i relaksujące. Zdecydowanie będę je śledzić jako fanka słodkich, różowych i odrealnionych historyjek.

Zostały dwa dni gry oraz czwórka graczy, czyli dwie pary, które już znamy: Neku i Shiki oraz Beat i Rhyme. Bohater i widz już wiedzą, że ludzie biorący udział w grze to ci, którzy umarli i otrzymali drugą szansę, którą jest właśnie owa gra Bogów Śmierci. Neku jednak nie pamięta, jak umarł, dlaczego ma dwie przypinki, ani co zostało mu w zamian za udział odebrane – choć tu może się domyślać, że miało to coś wspólnego ze wspomnianą amnezją. Odcinek tak samo jak poprzedni rozpoczyna się rozmową o zasadach, przyczynach gry i życiu oraz uczuciach bohaterów. Przyznam, że te obyczajowe wstawki są nawet znośne, dialogi postaci (poza głównym bohaterem) nie uwierają, ba, czasami można ich słuchać nawet z zainteresowaniem, szczególnie Shiki (jej seiyuu też jest przyjemna dla ucha), której gra pozwala zrozumieć samą siebie.

Gorzej z Neku, sporą wadą tego anime. Jest on nieinteresujący, niewiele wnosi do relacji między postaciami, to takie piąte koło u wozu, a na dokładkę stereotypowy naburmuszony nastolatek. Wygląda na to, że oszczędzono mu jakichkolwiek innych cech, które dodawałyby mu charakteru, ale możliwe, że zrobiono to po to, aby widz mógł się z nim utożsamiać. To przez tę nudną postać tyle czasu zajęło mi zorientowanie się, że anime – mimo wielu uproszczeń oraz oszczędnej i brzydkiej animacji – nie jest aż tak złe, jak mi się wydawało. Technicznie jest to seria przeznaczona dla dzieci, i o ile często utwory dziecięce czy młodzieżowe nadają się również dla starszych widzów, tak to nie jest ten przypadek. Wspomniane uproszczenia, moce działające hetta, wiśta, wio, jak scenarzystom się uwidziało oraz brak podbudowy fabularnej czy charakterologicznej sprawiają, że nie ma mowy o jakimkolwiek napięciu.

Ten odcinek starciem z Mistrzem Gry ostatniego dnia zamyka pewien etap, wprowadza nowe informacje i prowadzi do – nawet ciekawego – zwrotu fabularnego. To, co dzieje się na jego końcu, może wzbudzić zainteresowanie i chęć zobaczenia, co będzie dalej – i nie jest to zwykły cliffhanger, tylko naturalnie wynikająca z rozwoju wydarzeń komplikacja. Nadal jest to jednak prościutka historia. Jeśli ktoś jest w stanie znacząco obniżyć swoje oczekiwania względem animacji, postaci oraz złożoności fabuły, to seria będzie nadawać się do oglądania. Mnie nawet to drobne, wykrzesane we mnie przez trzeci odcinek zainteresowanie, nie zmusi do kontynuowania seansu.

Chciałbym napisać „Och! Cóż za zwrot wydarzeń”, ale niestety nie mam po temu powodów. Fragment uczuć Miyako, która została porwana przez antagonistki, musi najpierw w pełni rozkwitnąć, aby mogły go ukraść. Hiori nie zamierza czekać na ten moment i rzuca się do walki. Niestety, w pojedynkę przeciwko dwójce przeciwniczek kiepsko jej idzie. Rzecz jasna następuje to, co musiało nastąpić – Ruka pod wpływem emocji zmienia się w Reflektorkę i razem dają sobie radę z wrogiem.

Jeśli sądzicie, że wyjaśniono cokolwiek kluczowego w kwestii świata przedstawionego, to jesteście w błędzie. Potwierdza się jedynie to, co było już wiadome – uczucia dziewcząt przyjmują formę Fragmentów, a ich kradzież sprawia, że ofiara zostaje pozbawiona smutku i cierpienia. Pół odcinka w zasadzie skupia się właśnie na owym cierpieniu. Antagonistki mają okazję przedstawić swój punkt widzenia, a na dodatek poznajemy nieco wydarzeń z przeszłości Ruki. Otóż nie potrafiła się zdobyć na nawiązanie kontaktu z nieszczęśliwą uczennicę w swojej poprzedniej szkole, a później okazało się, że dziewczyna popełniła samobójstwo. Ruka obwinia się za to, a widząc Hiori w sytuacji bez wyjścia, zdała sobie sprawę z własnych słabości i gorejące uczucia pozwoliły jej stanąć do walki. Coś więcej? Ano pojawia się ważna antagonistka, która całkiem przypadkowo wygląda jak zaginiona starsza siostra Hiori.

Szczerze mówiąc, nie widzę tutaj nic, co zachęcałoby do kontynuowania seansu. Charaktery bohaterek są totalnie nijakie, typowe dla uciśnionych i pokrzywdzonych przez los nastolatek, a ich wzajemne relacje nieciekawe i drętwe. Nie ma tu ani krztyny romansu z gatunku shoujo-ai. Być może w dalszych odcinkach nieco drgnie fabuła, gdyż pojawiają się pewne zapowiedzi świadczące o tym, że wydarzenia przyspieszą. Czy jednak polecę ten tytuł komukolwiek? Zdecydowanie nie, chociaż nie ma tutaj nic, co by zdecydowanie odrzucało od ekranu. Jeśli nie szkoda Wam czasu, to jako zapychacz sezonowy można spróbować.

Chłopcy rozpoczynają przygotowania do zawodów – niestety, przyzwyczajenie do występów w niepełnym składzie daje o sobie znać i widać, że brakuje im odpowiedniego zgrania. W międzyczasie trener, co i rusz rzucający cytatami swojej żony, organizuje obóz treningowy wspólnie z drużyną z prestiżowej szkoły Hakumei, której, jak się okazuje, jednym z nowych członków jest Mashiro Tsukiyaki, zwycięzca gimnazjalnych zawodów, gdzie pokonał nawet naszego asa, Misato.

W trzecim odcinku kontynuujemy zwiedzanie okolicznych atrakcji – tym razem z bohaterami zawędrujemy do miejscowego parku i pasażu handlowego. Iwanuma w prefekturze Miyagi to naprawdę malownicze i spokojne miejsce, a organizatorzy akcji promocji Tohoku powinni być naprawdę zadowoleni z tego, komu powierzyli to zadanie; ekipa daje z siebie wszystko, aby zachęcić do wizyty, nie tylko za sprawą pokazywania miejscowej scenerii, ale również za pomocą ciekawostek o tamtejszych przysmakach, których w tych pierwszych odcinkach było całkiem sporo.

Ponadto przyszło nam poznać rywali głównych bohaterów, a więc drużynę z Hakumei, w skład w której wchodzą, podobnie jak w przypadku naszego zespołu, naprawdę ciekawe postaci. Poza Misato (w tej roli Ayumu Murase) zdecydowanie wyróżnia się ich kapitan, nieco narwany Tooru Takase, w którego wciela się Katsuyuki Konishi. Wśród nich usłyszymy także Tomokazu Sugitę, Soumę Saitou, Ken’ichiego Suzumurę i Daikiego Yamashitę; obsada jest więc nie byle jaka, pełno tu głośnych nazwisk.

Lubię projekty ambitne, a takim od samego początku jest Bakuten!!. Począwszy od aspektów technicznych, skupianiu się na realizmie, pięknych kadrach, naprawdę udanego CGI (którego miks z animacją 2D ponownie mogliśmy zobaczyć w tym tygodniu), kończąc na nienachalnym, przyjemnym humorze, dających się lubić bohaterach i takim wszechobecnym, nie do końca definiowalnym cieple. Pozycja obowiązkowa dla fanów sportówek i okruchów życia, polecałbym zdecydowanie zerknąć również tym, którzy zachwycili się Fune o Amu, bo mimo że ton serii jest nieco inny, to jednak stoi za tym ta sama utalentowana ekipa pod wodzą Toshimasy Kuroyanagiego, reżysera wciąż młodego, którego fiksację na temat realizmu i ambicję widać na każdym kroku.

Trafiła kosa na kamień! Planujący zemstę Sueaharu dowiaduje się, że sam stał się jej obiektem! Chłopak Shirokusy, niejaki Mitsuru Abe, oznajmia, że spotyka się z nią wyłącznie w celu dokuczenia głównemu bohaterowi za krzywdy wyrządzone przez niego w dzieciństwie. O co chodzi? Otóż Sueharu był w dzieciństwie aktorem, ale przed sześcioma laty zrezygnował, co wywołało szok u Mitsuru dla którego był idolem. Tak, oni tak na serio i z powagą w oczach.

Zapytacie, jak wygląda plan zemsty Sueharu? Chłopak planuje wrócić na scenę podczas szkolnego festynu kulturalnego i zagrać lepiej niż jego konkurent, a przy okazji wyznać miłość Shirokusie. Co więcej, to właśnie ona ma napisać scenariusz owego przedstawienia, jednak stawia pewne warunki – chce dowiedzieć się, czemu chłopakowi tak na tym zależy. Jeśli mało było wam ckliwych historii, to właśnie poznajemy ciąg dalszy tragicznego dzieciństwa bohatera. Podczas kręcenia serialu, którego Sueharu był gwiazdą, jego matka, także aktorka, wcieliła się w swoją rolę zbyt dobrze i rzeczywiście zginęła podczas sceny w której miał ją potrącić samochód. Z mniej lub bardziej powiązanych z tym powodów kariera Sueharu została zawieszona, a jego kontakt ze światem show biznesu zerwał się. Coś byście dołożyli do tej wzruszającej historii? Może przyjaciela z dzieciństwa, którego przez te wydarzenia porzucił bez słowa? Oczywiście! Niejaki Shiro, podobnie jak Abe, straszliwie zapragnął zemsty za fakt niewyjaśnionego zniknięcia przyjaciela i złamania jakiejś obietnicy. Dziwnym przypadkiem od „Shiro” zaczyna się imię miłości Sueharu, czyli Shirokusy. I tak, ona też planuje zemstę na bohaterze… Przypadek, nie sądzicie?

Ilość kretynizmów fabularnych w tym odcinku przekroczyła normę. Szkoda mi w ogóle komentować trójkę mścicieli, którzy inteligencją nie grzeszą, a próba wyjaśnienia sytuacji przez rozmowę żadnemu nie przyjdzie do głowy. Pomijam już sam fakt, że takie urazy wśród dzieci w wieku dziesięciu lat raczej nie utrzymują się dłużej niż kilka tygodni, a Shirokusa i Abe przez sześć lat żyli chyba wyłącznie dla żądzy zemsty. Smutne musiało być ich dzieciństwo i dojrzewanie, oj smutne. Jedynym głosem rozsądku jak zwykle okazuje się Kuroha, ale rozsądek i logika się w tym przypadku nie sprzedają. W zasadzie jedynie sceny z jej udziałem da się oglądać z przyjemnością – cała reszta grała mi na nerwach i wywoływała facepalm. Cóż, przynajmniej dość ładnie to wszystko rysowane, a za tydzień będę mógł dokonać zemsty na tym tytule i porzucić jego oglądanie.

Koguma eksploruje nowe możliwości, jakie dają jej honda, ale także znajomość z Reiko. Koleżanka jest o wiele bardziej od niej obrotna i potrafi znajdować takie rzeczy, jak oddawany za darmo bagażnik ze starego motoroweru… Jeśli dodać do tego koszyk podarowany przez nauczyciela, możliwości transportowe Super Cuba znacznie się zwiększają ku radości jego właścicielki. Nie wszystko jednak spada z nieba, zaś Koguma odkrywa nowe zapotrzebowanie. Nowy kask, a nawet osłona do obecnego, przekraczają jej możliwości finansowe, ale okazuje się, że istnieje bardziej budżetowe rozwiązanie w postaci gogli ochronnych. Nie zmienia to faktu, że nowe hobby kosztuje i zapewne dlatego tytuł następnego odcinka podpowiada, że bohaterka poszuka sobie jakiejś pracy dorywczej…

Dosłownie każdy kadr nadawałby się do złapania na zrzutkę i pokazania. Mimo dość przygaszonej w większości scen kolorystyki (acz to może być zabieg celowy, jak pokazuje sekwencja snu) seria jest prześliczna i dopracowana zarówno pod względem kompozycji, jak i tej „drobnej” animacji gestów, mimiki, detali, która może nie rzuca się tak bardzo w oczy, ale wzmacnia wrażenie realności i życia. W tym odcinku jest więcej muzyki, jednak tak jak do tej pory jest ona używana z żelazną precyzją i konsekwencją. Poza prześlicznymi kompozycjami towarzyszącymi jeździe na motorowerze moją uwagę zwróciła pogodna, niemal komiczna melodia w scenie wyprawy po bagażnik.

Właściwie nie pozostało mi nic poza powtórzeniem wcześniejszych komplementów. Mimo „słodkich dziewcząt” w obsadzie anime nie jest specjalnie przesłodzone ani przedramatyzowane. Owszem, obraz jest nieco wyidealizowany (w rzeczywistości hobby Kogumy byłoby znacznie bardziej kosztowne, poczynając od kosztów uzyskania licencji), ale te uproszczenia da się wytłumaczyć tym, że bardziej realistyczne podejście niepotrzebnie komplikowałoby serię, a nie wnosiłoby aż tyle. Podobnie obyłoby się bez czynienia bohaterki nastoletnią sierotką, gdyby anime mogło opowiadać po prostu o młodej dorosłej kobiecie… Ale nie wymagajmy zbyt wiele, a jako osoba bardzo przeczulona na punkcie sztucznego dramatu mogę z zadowoleniem zapewnić, że jego ilość tutaj mieści się w stanach znośnych i wyraźnie jest trzymana przez scenariusz pod kontrolą. Super Cub to seria urzekająca, która może spodobać się zarówno miłośnikom motoryzacji (te superszczegółowe ujęcia maszynerii!), jak i amatorom okruchów życia. Polecam!

Ginji okazuje się kiepskim doradcą – bardziej obchodzi go to, że wydając Hiro w ręce straży miejskiej, może liczyć na skromną finansową gratyfikację. W ten sposób bohater znajduje się w rękach lokalnego wymiaru sprawiedliwości i trafia do więzienia, gdzie ma oczekiwać na proces. Logiczne wyjście z sytuacji, czyli wylogowanie, okazuje się oczywiście zablokowane przez „trwający event”, pozostaje więc czekać. Oczekiwanie urozmaica odkrycie nowej fukcjonalności gry – otóż, jak się okazuje, zmarły przyjaciel będzie od tej pory nawiedzać bohatera ad infinitum, czyli (co najmniej) do momentu, gdy ten nie „przypomni” sobie swojej obietnicy sprzed lat. Ale jednak coś się zaczyna dziać – celę bohatera otwiera efektowna ruda panienka, zaprojektowana jako zdecydowanie istotny NPC. Prowadzi ona Hiro do ustronnego pomieszczenia, gdzie gra żąda od niego zgody na „stymulujące wydarzenie”… Tak, łatwo się domyślić, że panienka – Mizarisa, dla porządku – okazuje się miejscową inkwizytorką zamierzającą wypędzić z bohatera złe moce. A choć poćwiartowania udaje się uniknąć, zaś Hiro na koniec odcinka wylogowuje się i przysięga, że pizgnie tę grę w cholerę, nie mam niestety wątpliwości, że niedługo wytrwa w swoim zamiarze.

Trzeci odcinek potwierdził dotychczasowe wady i dorzucił kilka nowych, nie zostawiając przy tym zbyt wiele nadziei na poprawę poziomu. Przede wszystkim jest nudno. Chociaż opis odcinka zajął mi jakimś cudem akapit, sam seans wlókł się w takim stopniu, że zaczęłam trochę sobie pomagać przeskakiwaniem klatek. Reżyser bardzo zdecydowanie nie ma wyczucia tempa, co przy okazji sprawia, że puenta poszczególnych scen kompletnie się rozmywa i nie robi takiego wrażenia, jakie – chyba – powinna. Poza tym to, że nie pasjonuje mnie szczególnie oglądanie, jak bohater jest obijany i poniżany, to jedno i można to złożyć na moje osobiste preferencje. Gorzej jednak, że Hiro przez te trzy odcinki pozostaje kompletnie bierny i bezsilny wobec otaczających go wydarzeń. Oczywiście – tak zostały one ułożone, że nie ma wielkiego manewru, ale to nie zmienia faktu, że obserwowanie bohatera miotanego jak suchy liść na wietrze (i przejawiającego takąż inicjatywę) jest zwyczajnie nieciekawe. Nie pomaga też głupota, jaką wykazuje w sytuacji, kiedy naprawdę nie trzeba przenikliwości, żeby się domyślić, że znowu coś będzie nie tak, jak się wydaje.

Gwoździem do trumny tej serii jest natomiast oprawa wizualna, sprawiająca, że naprawdę trudno złapać choćby w miarę sensowne zrzutki. Szaro-buro-mroczna kolorystyka, puste tła, kiepskie kadrowanie i przeciąganie pojedynczych ujęć, ile tylko się da – lista zarzutów byłaby długa. Właściwie nie wiem, czy można by tę serię komuś polecić. Ona coś tam obiecuje – bohater wydaje się nie do końca sztampowy, a wyjściowy pomysł ma swój potencjał – ale jestem dziwnie pewna, że z tych obietnic nie zamierza się wywiązać. Jako że mam więcej siły woli i przekonania do swoich decyzji niż bohater, w odróżnieniu od niego z całą pewnością nie powrócę już ani do świata Kiwame Quest, ani do oglądania Full Dive.

Bogowie, jak ja się cieszę, że to już trzeci odcinek tej chały wyplatanej… Wreszcie mogę porzucić  bez żalu, na co w pełni zasłużyło. W zasadzie na tym mogłabym zakończyć zajawkę, ponieważ w trzecim odcinku nie dzieje się nic, ale takie okrąglutkie, pogrubione NIC. Mamy spotkanie sztabu, na które przełożony zabiera Maedę i ten przez trzy czwarte odcinka stoi i podpiera ścianę, słuchając wielkich planów i małych złośliwości oficerów wyższych rangą. Co gorsza, nie może nawet zapalić, więc potęguje to wrażenie nicości i nudy. Jedyny sensowny członek Code Zero, Suwa (to ten tajemniczy zamaskowany ktoś z białymi włosami) przypadkowo wpada na Deffrota i rozpoznaje w nim potężnego wampira. A panowie Yamagami i Kurusu snują się przy lokalnej świątyni, w związku z odbywającym się tam festynem oraz faktem, że miejsce to często odwiedza żona Yamagamiego.

Czy dowiadujemy się czegoś istotnego? Cóż – rodzina osoby zamienionej w wampira dostaje informację o jej śmierci (vide żona Yamagamiego), a Maeda to straszny dzban, skoro nie zainteresował się najbardziej podejrzaną osobą w mieście i nie skojarzył jej potem z opisem Suwy. Członkowie Code Zero próbują prześledzić drogę, jaką odbywa Ascra (czyli sławetny zamiennik krwi), ale najpierw łapią kuriera za wcześnie (sądząc, że jest wampirem), a potem gubią trop… Japonia prowadzi jakiś wampirzy wyścig zbrojeń z Anglią, ale chwilowo przegrywa. Niby informacji jest dużo, ale zostały podane w tak nieatrakcyjny, nudny i ospały sposób, że nie wzbudzają nawet okruszka zainteresowania. To się wszystko po prostu nie klei, anime pozbawione jest jakiegokolwiek nastroju czy chemii między postaciami. Mars Red to najbardziej płaska i mdła produkcja, jaką widziałam ostatnimi czasy. Postaci błądzą po ekranie – Maeda jest dowódcą tylko z nazwy, wampirza część oddziału działa według własnego widzimisię i traktuje śledztwo jak zabawę w piaskownicy (może poza Suwą). Kurusu, rzekomo najsilniejszy wampir jakiego widziała japońska armia, zachowuje się jak dzieciak i nie jest w stanie zatrzymać nawet zwykłego człowieka. Działania Code Zero są nieskoordynowane, chaotyczne i nie przynoszą żadnych korzyści. Aż żal patrzeć.

Poza tym trzeci odcinek jest jeszcze brzydszy od poprzednich – zauważyłam, że postaci mają przypisany konkretny repertuar min i grymasów, i w żadnym wypadku nie wychodzą poza niego. Inna sprawa, że całość jest okropnie krzywa, w omawianym odcinku anatomia naprawdę leży. Postacie kobiece wszystkie wyglądają tak samo, dlatego odróżnienie żony Yamagamiego od dowolnej kobiety widocznej na drugim planie, było trudnym zadaniem. Efekty komputerowe litościwie przemilczę. Niestety, tym razem nawet tła nie były ładne. Podsumowując, rozpacz i nędza. Omijać szerokim łukiem.