Los rzuca przed Leo nowe wyzwanie. Tym razem ma za zadanie dopilnować Lily, która ma za zadanie ściągnąć ogromną dostawę towarów z tropikalnej okolicy zwanej Largo. Niestety, tym razem nasz bohater będzie miał mocno pod górkę – młoda jest totalnie nieokrzesana, a do tego ma pełnię władzy, więc jego wytyczne dla pracowników nie bardzo mają wśród nich posłuch. Czasu nie ma zbyt wiele, więc Leo postanawia użyć postępu aby nauczyć przełożoną wykorzystania dostępnych zasobów ludzkich i organizacji pracy. Niestety, Lily totalnie gdzieś ma przeciwności losu i brutalną siłą pokonuje wyzwania postawione przed nią w celu nauczenia się pracy zbiorowej. Czy dla królestwa demonów jest jeszcze nadzieja na dostawę tak potrzebnych surowców na czas?

Szczerze mówiąc trudno mi w ogóle znaleźć jakiekolwiek pozytywy po seansie tego odcinka. Mamy tu dosłownie niańczenie dzieciaka, któremu powierzono rolę dalece przerastającą jego obecny stan mentalny i możliwości. Leo, który wpadł na pomysł udawania śmiertelnie zatrutego po ukąszeniu węża i rzuceniu wyzwań przed Lily, która pokonując je miała nauczyć się pracy zespołowej i finalnie zdobyć dla niego jakieś lecznicze zioła, wypadł na totalnego durnia. Może to był zamysł komediowy? Skąd do diabła wiedział, gdzie rosną lecznicze zioła, skoro parę minut wcześniej opowiadał o Largo jako nieodkrytym miejscu? W jaki sposób Lily, mimo wypełnienia zadania własnym uporem i brutalną siłą nagle ogarnęła pracę zespołową pozwalającą momentalnie zorganizować transport surowców? Na te pytania odpowiedzi nie zna chyba nawet twórca oryginału. Ważne, że Leo po raz kolejny wraca w glorii i chwale, a za chwilę wpadnie w kolejne tarapaty – chce się z nim widzieć sama Echidna, rzecz jasna z jego alter ego – Black Onyxem. Czyżby odkryła mistyfikację?

Yuusha, Yamemasu jak na razie nie ma nic do zaoferowania. Mamy tu do bólu przeciętną historię pełną dziur, mieszaninę niezbyt nieciekawych postaci i zdaje mi się że totalny brak pomysłu na jakąkolwiek ciekawą fabułę. Najlepszym elementem jest chyba opening, który ma dynamiczną animację przyciągającą oko i piosenkę wpadającą w ucho. Poza tym nie widzę tutaj nic wartego kontynuowania seansu, a jeśli seria ma coś do zaproponowania to zostawiła to na później i bardzo dobrze to ukrywa.  Przekomarzania się Leo ze Steiną może i byłyby uroczym dodatkiem, gdyby nie fakt, że próbuje się z nich zrobić główną atrakcję. Czy kontynuować seans? Ja szczerze odradzam, chociaż nie ma tu też nic mocno odrzucającego – ot, do bólu przeciętny tytuł długimi momentami nużący widza

.

 

Tematyka trzeciego odcinka oscyluje wokół festiwalu i niespełnionych obietnic. Dzień przez Gion Matsuri Itsuka przypomina sobie, że miała iść kiedyś z tatą na festiwal, ale wyszło jak wyszło, z kolei Nagomu przypomina sobie, że miał na niego zabrać swoją (teraz byłą) dziewczynę, Kanoko. Jego ojciec wprawdzie sugeruje, żeby zabrał małą, ale pomysł ten nie spotyka się z entuzjazmem z jej strony.

W drodze do szkoły Itsuka widzi wsiadającego do autobusu mężczyznę, który przypomina jej ojca, i bez namysłu postanawia go śledzić. Niestety, zasypia w trakcie i dojeżdża do pętli, do Ohary. Na miejscu pyta się o niego  turystów zwiedzających świątynię, jednak bezskutecznie, budzi za to zainteresowanie kobiety, która przyjechała tu na zwiedzanie, a raczej na zajadanie się miejscowymi słodyczami, ponieważ rzucił ją chłopak, co wybrał rodzinę nad nią, a tak w ogóle to mieli iść kiedyś razem na festiwal i… Tak, łatwo się domyślić, że babka to Kanoko, ponieważ była wspomniana na początku, a scenarzyści lubią klamry. W każdym razie wyprawa Itsuki kończy się dobrze, ponieważ Nagomu, który szukał jej od początku (nic nie mówiąc rodzicom), przybywa na miejsce i cała trójka wraca do miasta.

Bohater zaprasza oczywiście Kanoko na herbatę do cukierni, i najzupełniejszym przypadkiem okazuje się, że jest ona o wiele bardziej tam przydatna niż on. Robi przy tym takie wrażenie na matce Nagomu, że ta w podzięce przebiera ją w kimono i wypycha razem z Nagomu i Itsuką na festiwal.

Tym razem mamy więcej akwarelkowych teł ilustrujących fabułę, a nawet jeśli pojawiają się na nich ludzie z pierwszego i dalszego planu, to ci z kolei są nieruchomi, albo mało wyraźni. Nie powiem, żeby mi to przeszkadzało, acz w niektórych momentach widać oszczędności, zwłaszcza, jak się ruszają bohaterowie. Fabularnie natomiast utrzymany jest  klimat okruszko-życiowy, z bohaterami wokół których powoli tworzy się sieć powiązań. Zapewne będziemy obserwować drogę Nagomu do odpowiedzialności, a Itsuki do stwierdzenia, że tak w sumie to on nie jest taki zły. Trzymam kciuki, żeby nic nie poszło w głupią stronę.

A tam grządki czekają na skopanie, o ileż więcej przyjemności i pożytku niż oglądanie tego i opisywanie…

  • Ard i Ireena otrzymują propozycję od dyrektora wzięcia udziału w magicznym evencie ku czci królowej, Ard się wzbrania, wilczyca – Olivia – dość wyraźnie sugeruje, że podejrzewa, kim może być, nawiązując do postaci „głupiego (przybranego) otouto”, który wziął i reinkarnował, bez pytania ją o zdanie. Nawiasem, dobrze się ta pani trzyma. Chłopak obiecuje, że się zastanowi, bo w grę wchodzi budżet szkoły.
  • Ginny na szkolnym korytarzu znienacka prosi Arda o randkę, po czym przyłącza się zazdrosna – nic o nim bez niej! – Ireena, co dla sukkuba nie jest żadnym problemem, bo przecież taki chłopak powinien mieć harem. Elfce trzeba wytłumaczyć znaczenie słowa, co wywołuje protest, więc rozumiem, że na razie harem pozostanie okrojony do nich dwóch. Aha, sukkub nie ma oporów przed zaproszeniem Arda na randkę, ale przejście z nim na „ty” bez żadnych dodatków ją zbytnio onieśmiela.

  • Randka obejmuje pójście do kina… tfu, teatru, gdzie akurat wystawiają sztukę o wielkim Varvatosie, co budzi mieszane uczucia bohatera, zwłaszcza że wątek z jego elficką przyjaciółką (ukochaną?) Lydią nie do końca przystaje do rzeczywistości. Potem dziewczyny dalej próbują go rozerwać, staje na wersji Ginny – podobno budzą się w niej sukkubie moce, to pewnie dlatego – po czym w drodze do celu trójka uczniów trafia na konspirujących w ciemnym zaułku zakapturzonych i zamaskowanych knujów.
  • Knuje knują zamach na życie królowej, więc Ard postanawia ich śledzić, panienki rzecz jasna lezą za nim. Chłopak nawet nie protestuje, bo przecież je ochroni. W kanałach dochodzi do konfrontacji, mającej świadczyć o tym, że nie takie durne te knuje, jak się wydawały, bo to pułapka na Arda była – ale ani wielki magiczny krąg, ani stanięcie w płomieniach, ani przemiana przywódcy w demona, ani jego ucieczka na durch przez strop na nim żadnego wrażenia nie zrobiły, uniósł się w powietrze i kontynuował bohaterskie działania.
  • Wymagało to wygłoszenia do miejscowych przemowy „Nie macie się czego lękać, jestem synem sławnego Jacka Meteora, uratuję was”, podobno aby uniknąć paniki wśród tłumu; uratowania zakładniczki z łapsk demona, do czego wystarczyła iluzja, kolejnego wielkiego kręgu i w efekcie spopielenia przeciwnika. Oraz bycia wytrzęsionym przez podrzucanie na hurra.

  • Z racji tych dokonań trójka (choć panienki palcem nie kiwnęły) znajduje się przed obliczem królowej i tu dopiero się zaczyna… Znaczy, ja dopuszczam, że to może miało być w zamyśle śmieszne, ale naprawdę? Naprawdę? Królowa jest oszałamiająco piękna, seksowna i najwyraźniej ma nie po kolei w głowie, bo nie tylko ot tak sobie obdarza wszystkich troje po kolei tytułem „penatagona” – jak mniemam, chodzi o maga wysokiej rangi – nawet jeśli dziewczyny muszą do niego dorosnąć, ale też proponuje Ardowi ślub, a przynajmniej zostanie ojcem następcy tronu. Ekhem, niby żarcik taki, a podobno na dworze panuje surowa etykieta, sądząc po szambelanie. W każdym razie Ard jest zszokowany, Ginny zachwycona (harem!), Ireena przeciwnie, chociaż jak się okazuje, jest z królową na ty, bo się przyjaźnią od dzieciństwa. Że najwyraźniej nikt na dworze o tym nie wiedział, podobnie jak jej drugi przyjaciel od co najmniej dekady, to znów nieistotne.

  • Co tam dalej… Aha, jeszcze miał ich skopać zaszczyt reprezentowania królowej na owym evencie, ale Ard – nadal przecież pragnący się nie wyróżniać, no bo latanie i anihilowanie demonów na oczach mieszczan, z wcześniejszym przedstawieniem się imieniem i nazwiskiem, się nie liczy – poprosił, by zamiast tego królowa podniosła szkole fundusze. Przypuszczam, że w evencie i tak jakimś sposobem wystąpią, ale sprawdzać tego nie mam zamiaru. A, jeszcze w kolejnym zaułku pojawiły się kolejne knuje, z ich gadki wynika, że faktycznie celem tej idiotycznej pułapki było sprawdzenie możliwości Arda Meteora. Pada wzmianka o jakimś potworze i jakiejś kobiecie. Tego też się nie dowiem i wcale nie żałuję.

Ja rozumiem, że ogrywanie schematów może być samo w sobie zabawne i sprawiać przyjemność komuś, kto takie schematy lubi – ja takich akurat nie, więc nie twierdzę, że się znam czy jestem obiektywna, ale na litość, nie wierzę, że nie da się tego zrobić lepiej! To anime nie ma ani sensu, ani uroku, przede wszystkim z racji głównego bohatera, który będąc totalnym przepakiem i podobno starając się udawać „typowego nikogo”, oczom widzów jawi się jako przygłup i nieogar osiągający efekt odwrotny od zamierzonego. Mam wrażenie, że nawet jego seiyuu to wie, bo brzmi zupełnie nieprzekonująco (albo to moja nieobiektywność). Przyboczne panienki stanowią przede wszystkim wieszaki na atrybuty, bynajmniej nie magiczne, wyjątkowo w tym odcinku eksponowane, a ich charaktery są płytkie jak kałuża w sierpniu, tylko jeszcze bardziej jednostronne. Królowa… jest walnięta, co może być plusem, ale nie musi, podobnie jak Olivia, co to niby od razu rozgryzła sekret bohatera i podejrzewam, że okaże się ową czyhającą na jego życie kobietą-knujem. Tła są pustawe, statyści tacy sobie, postaci bohaterów momentami gubią proporcje, zaklęcia żadną oryginalnością ani nawet szczególną efektownością nie grzeszą, ale powiedzmy, że wizualnie jest do przeżycia. Muzykę słyszałam głównie wtedy, kiedy zdawała się sugerować, iż powinnam czuć się rozbawiona. No co ja mogę napisać… nie polecam, chociaż pewnie fani tego rodzaju historii sami zechcą się przekonać.

W tym odcinku następuje zwrot akcji: Fushihara wychodzi z pracy w miarę o czasie. Kiedy o godzinie 2 w nocy pojawia się znajoma nam duszyczka (duchy japońskie straszą nie o północy, a między 2 a 3), początkowo cieszy się, że jej przyjaciółka w końcu poszła do domu, ale zaraz zaczyna jojczeć, ponieważ jest jej źle, jest sama, a do tego na zewnątrz szaleje burza. Na szczęście pilne poprawki sprawiają, że Fushihara pojawia się w środku nocy w biurze, potem zaś zabiera Yuurei-chan ze sobą do domu, przebrawszy ją w uroczy płaszczyk przeciwdeszczowy. Po drodze obie panie spotykają klasykę japońskiej popkultury w postaci moknącego w kartonowym pudle kotka i postanawiają go przygarnąć. To zaś oznacza, że od tej pory Yuurei-chan na stałe mieszka u Fushihary, żeby pod jej nieobecność opiekować się Myako (tak nazwała koteczkę). Zaś na sam koniec odcinka okazuje się, że Myako nie jest zwykłym kotkiem, tylko widzianym w czołówce bakeneko.

Wydawać by się mogło, że odcinek był mniej nudny i irytujący, ale to tylko pozory. Seria absurdalnie dużo czasu poświęca na pokazywanie Yuurei-chan zachowującej się słodko i uroczo, kosztem praktycznie wszystkiego innego. Paradoksalnie anime ponosi kompletną porażkę w kwestii przekonującego pokazania więzi, która powstaje między bohaterkami, i to mimo że spędzają one razem na ekranie 90% czasu. Przypuszczam, że wiem, dlaczego odbieram to w taki sposób. Yuurei-chan, jak pisałam już poprzednio, pokazywana jest jako uroczo niezdarne dziecko, czyli – przynajmniej w mojej optyce – istota z natury wymagająca jakiegoś zaopiekowania. Tymczasem, jak wynika z tytułu, to ona „opiekuje się” Fushiharą, kojąc jej nerwy, podczas gdy Fushihara reaguje na nią jak na słodką maskotkę. Jest w ich relacji jakiś nieprzyjemny posmak, który nie chce ustąpić po trzech odcinkach i tym bardziej się cieszę, że będę mogła się już rozstać z tą serią.

Wizualnie bez zmian, czyli ubogo i nieciekawie. Rozumiem, że uproszczone projekty są zamierzone (chociaż królicze uszy kota bolały), ale trudno nie zauważać, że ruch i mimika są ograniczane do minimum, podobnie jak tła. Mnóstwo czasu poświęca się za to na pokazywanie kolejnych póz i minek Yuurei-chan, koniecznie z powolnym panelowaniem. Jeśli komuś to wystarczy… Nie, nie zapraszam na seans. Polecam jednak wyrobić sobie gust na czymś trochę lepszym.

Gdzieś w królestwie pojawia się smok i sieje spustoszenie. Tymczasem w spokojnej, acz lekko zaniepokojonej wydarzeniami agencji pojawia się Miss Lily, która chce wynająć mieszkanie. Jednak nie podoba jej się to pokazane przez Kotone, tak więc umowa nie zostaje zawarta. Równocześnie z wynajmowania mieszkania w nawiedzonym domu rezygnuje kolejny lokator, z powodu nadprzyrodzonych zjawisk – nic dziwnego, cmentarz za oknem, kilka osób tam umarło, duch w szafie, latające naczynia. Ku zdziwieniu bohaterek na miejscówkę rzuca się właśnie Miss Lily, która okazuje się nekromantką i bardzo boleje, że w czasach pokoju jest tak mało dusz, z którymi można zawrzeć kontrakt. Na szczęście wszystko się dobrze kończy, Lili znajduje nowych podwładnych, a panienki wpadają do niej na herbatkę i ciasto.

Druga część odcinka rozpoczyna się sceną prysznicową i śniadankiem Rufurii i Rakiry, w trakcie którego przypominają sobie, że dostały zaproszenie do zamku. Jak się okazuje, z mnóstwem innych pracowników budżetówki, w celu oddania many, co to się tutaj nazywa levy, do wykorzystania w projekcie budowy wrót teleportacyjnych mających poprawić komunikację ze stolicą. Projekt prowadzą dwie podwładne Lady Satony, Serah i Mona, i większość odcinka spędzamy na słuchaniu albo bohaterek stojących w długaśnej kolejce, albo tych dwóch dogryzających sobie, bo Serah coś pomyliła w obliczeniach i Lady Satona ją ukaże srodze, gdy się dowie. W końcu grupka naszych bohaterek, łącznie z Fa, dociera do maszynki, oddaje energię (albo i nie), oraz rozwala terminal, napełniając zbiornik. Jak łatwo się można domyślić, robi to Fa, której pojemność magiczna wylatuje poza skalę. Właśnie to zdarzenie prowadzi do rozważań Rufurii, czy czasem mała nie jest smokiem (serio, teraz?), i czy czasem ten szalejący duży smok na rubieżach nie ma z tym czegoś wspólnego.

Najwyraźniej poziom graficzny się już ustalił na poziomie właściwym, czyli ładne dziewuszki, często wpadające w tryb super deformed, częste wykorzystywanie nieruchomego tła miasta (w tym tłumów), wykorzystanie tła w różne maziaje, kropki, ciapki (jak rastry mangowe) w rozmowach między postaciami i fanserwis wepchnięty „bo tak”.

Fabularnie spokojnie i przewidywalnie – sprawa z klientem, jakieś żarełko, jakiś fanserwis, wszyscy są mili i uśmiechnięci. Od czasu do czasu bohaterki udzielają informacji o sobie, dowiadujemy się też czegoś o świecie, pojawiły się nowe dwie postacie dalszoplanowe, także płci żeńskiej, bo nie licząc króla i jednego z właścicieli budynków (nie liczę potworów z tła), płci męskiej nie stwierdzono. Dramatów i ratowania świata też. Tak że można RPG Fudousan sobie wciągnąć na listę cotygodniowej waty cukrowej do oglądania, ale nic więcej nie oczekujcie.

Bohaterowie zaczęli kolejną grę. Jednym z jej elementów – niekoniecznych, ale oczywiście nie odpuszczą sobie – jest napisanie jakiejś nieprzyjemnej informacji o kimś. Osobnik w kostiumie czyta je na głos, a widzowie w chamski sposób komentują. Dwie pracownice obserwujące wszystko na monitorach w jakimś tajemnym pomieszczeniu również wyrażają swój pesymistyczny ogląd na ludzkość. Ciekawe, czy przy dystrybucji wersji na płycie będą dawali w zestawie żyletki?

Kolejne ujawniane fakty wywołują różne dramatyczne reakcje na twarzach bohaterów, a także równie gwałtowne efekty specjalne w przypadku animacji, mające zapewne wzmocnić uczucie wstrząsu. Nie wiem tylko u kogo, bo żadne z „oskarżeń” nie jest tak naprawdę szokujące, za to reakcje postaci odbieram jako przesadzone (acz część z nich jest pewnie udawana). Ponownie dostajemy garść retrospekcji, ale jednak nawet one nie pomagają widzowi lepiej zrozumieć bohaterów. Obie gry na razie polegały na knuciu, gadaniu, przesuwaniu się po polach „planszy” itp. Na pierwszy rzut oka najważniejsze jest zepchnięcie długu na kogoś innego, ale w trzecim odcinku okazuje się, że wśród piątki nastolatków jest ktoś, komu zależy na tym, aby zniszczyć ich przyjaźń – dowiadujemy się nawet, kto i co nim kieruje. Oględnie mówiąc, jest to raczej niezdrowa jednostka. Wszystkie stosowane w tej serii zagrania mają zapewne budować napięcie, szokować czy skłaniać do spekulacji – nie jest to jednak możliwe, gdy na ekranie mamy tak nijakie postaci, w przypadku których dodatkowo nie wiemy, co myślą, kiedy mówią prawdę, a kiedy kłamią.

Tła są proste i powtarzalne, zbliżenia na twarze bohaterów częste, a wprowadzający ich w zasady gry przebrany osobnik animowany jest komputerowo. Seria jest zwyczajnie brzydka, a kadrowanie jeszcze bardziej tę brzydotę wydobywa – częściowo jest to specjalny zabieg mający na celu wizualizację paskudnej strony ludzkiego charakteru (uśmiechy, szumy), ale w większości to tylko zwyczajnie słaba oprawa wizualna – akurat do pary z postaciami i fabułą. Być może po rewelacji z końca tego odcinka anime zaliczy jakąś jakościową zmianę, może zrobi się ciekawsze, ja już jednak tego nie zobaczę, bo długim kijem czwartego odcinka nie trącę.

Odcinek trzeci, najbardziej jak dotychczas umuzykalniony, skupia się głównie na egzaminie, który czeka bohaterki. Przez pierwszą połowę odcinka śpiewając, uczą się oraz powtarzają do egzaminu, którego wyniki na szczęście dla widza otrzymują po napisach końcowych, natomiast w drugiej części odreagowują śpiewająco stres w trakcie miejskiego festiwalu sportowego, rywalizując z poznanymi w poprzedniej części dziewczętami z Kliniki Honosaka.

Widz z odcinka przede wszystkim dowiaduje się więcej o Hibiki, która mieszka w klinice, a także o tym, że Mistress jest byłą uczennicą właścicielki Honosaki, babci Shinobu. Pojawiająca się w drugiej części Sonia jest tak samo irytująca, jak była i zdecydowania brakuje mi cierpliwości dla jej zarozumialstwa, mimo że dorosłe osoby z obu klinik uważają, że dziewczyna ma dobre serce. Zobaczymy. Przypuszczam, że o rodzinie, życiu, powodach i planach na przyszłość pozostałych dziewcząt więcej dowiemy się w kolejnych odcinkach.

Niewiele mogę dodać o grafice poza tym, co już napisałam wcześniej w poprzednich zajawkach – nie zmienia się ani poziom kreski, ani kadrowania, było więcej natomiast ruchu, ponieważ dziewczęta uczestniczyły w różnych sportowych wydarzeniach. Ale dalej drugi plan jest zwykle nieruchomy, postacie jakieś są, ale albo się nie ruszają, albo są narysowane w uproszczony sposób.

Wspomnieć natomiast należy bardzo wyraźnie o czymś, co może być zaskoczeniem dla niektórych widzów, czyli o śpiewaniu. Tak, jest to anime o leczniczych piosenkach, i będą one zapewne w każdym odcinku. Jest to jednak też anime skłaniające się w stronę musicalu, a to znaczy, że oprócz normalnych piosenek bohaterki będę także czasem (albo często) rozmawiać ze sobą, śpiewając, w melodyjnym stylu. Niektórym osobom może się to wydać powiewem świeżości, dla innych może to być irytujące, inni z tego powodu mogą po prostu rzucić Healer Girl, a innych może to wcale nie ruszyć. Seria ma wyraźnie zaznaczony charakter obyczajowo-muzyczny i tego się trzyma, jeśli komuś to odpowiada, to może co tydzień poświęcić czas na śledzenie drogi bohaterek do stania się pełnoprawną uzdrowicielką.

Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku miałem złe obawy co do tego tytułu. Zaprezentowana koncepcja nie zapowiadała bowiem nic, co może sprawdzić się na dłuższą metę jako udana komedia romantyczna. Drugi odcinek niejako potwierdza moje przypuszczenia – mamy tu jeden schemat powtarzany do bólu. Izumi, całkowita fajtłapa i ofiara losu, co rusz ląduje na glebie i wymaga opieki pięknej Shikimori. A im bardziej stara się nie być fajtłapą, tym bardziej potyka się o własne nogi nie ruszając się nawet z miejsca. Tym razem wydarzenia toczą się wokół dnia sportu, gdzie gra w piłkę nożną okazuje się być zagrożeniem życia dla bohatera, a jego piękna ukochana wyrasta na szkolną gwiazdę po tym, jak daje pokaz umiejętności w trakcie meczu siatkówki.

Naprawdę trudno doszukiwać mi się tutaj pozytywów. Strona komediowa opiera się na jednym mało śmiesznym gagu, który powtarza się co kilka minut. Za to romans to ckliwe scenki, których jedyną zaletą są miny Shikimori, na które idą chyba wszystkie wysiłki artystów. Brakuje chemii w relacji głównej pary, brakuje tu charakterów i czegokolwiek, co mogłoby mnie zaciekawić. Wieje niestety nudą na kilometr, a relacje postaci są totalnie drętwe. Co prawda sceny sugerują wprowadzenie „świeżej krwi” w postaci jednej z dziewcząt grających w siatkówkę, ale poza kilkoma mignięciami na ekranie na razie nic o niej nie wiadomo. Osobom, którym nie wystarcza wzdychanie nad wspaniałością głównej bohaterki i ślicznymi scenkami z nią w roli głównej, trudno będzie znaleźć tutaj cokolwiek wartego uwagi. Z recenzenckiego obowiązku rzucę okiem na trzeci odcinek, ale muszę niestety przyznać, że dawno nie widziałem tak nijakiego przedstawiciela gatunku.

Życie w Akademii płynie własnym trybem, czyli dziewczyny prześladują Marie, książę zarzuca napędzanie szykan Angelice i każe jej się trzymać od niego i od panny z daleka, a do Leona i kumpli nikt nie chce przyjść na herbatki zapoznawcze. Ale gdy Leona dochodzą słuchy o kolejnym „evencie” growym (czyli poważnej rozmowie księcia z narzeczoną), zaczyna się mu coś nie zgadzać z umiejscowieniem czasowym. Co więcej, nie dość, że wraz z Olivią przypadkiem przyłapuje Marie na obściskiwaniu się z jednym ze świty księciunia, to jeszcze jego własna growa siostra mu sugeruje, żeby rozważnie wybrał strony konfliktu – i raczej żeby to był przyszły władca kraju. To wszystko prowadzi decyzji, by wysłać swoją latającą zgryźliwą AI na przeszpiegi, by zgromadziła informację o wszystkich zaangażowanych stronach konfliktu.

Nadchodzi czas balu, na którym Leon wraz z kumplami zamierza poszukać odpowiedniej partii, ale jak można przewidzieć, za wysokie progi dla zubożałej szlachty. Tymczasem Angelica wywołuje scenę, oskarżając Marie o prowadzanie się z jednym z przyjaciół księcia, jednak ku jej zaskoczeniu cała piątka bez wahania przyznaje się do uczuć do panienki, zaś książę w sposób niedwuznaczny sugeruje zerwanie zaręczyn. A to prowadzi do kolejnego growego punktu zwrotnego – wyzwania Marie przez Angelicę na pojedynek. Obie mogą wybrać osoby, które będą za nie walczyć, i, co oczywiste, za Marie staje książę z przyjaciółmi. Gdy okazuje się, że za Angelicę nie chce stanąć nikt do walki, nagle zgłasza się Leon i przyjmuje wyzwanie. W trakcie ustalania warunków pojedynku uzyskuje definitywne potwierdzenie, że Marie też nie należy do tego świata – panienka po prostu cytuje tekst z gry. Odcinek kończy się prezentacją wyposażenia pojedynkowiczów na arenie, i, jak można przypuszczać, generalną niewiarą tłumów w możliwość wygranej Leona.

O grafice się rozpisywać nie będę, nie ma większych zmian, miny Leona dalej zdecydowanie trafnie komentują rzeczywistość i jego nastrój, kadrowanie od pasa w górę dalej ułatwia pokazywanie postaci, a plany dalsze są dalej mało ruchome i pustawe, a zbroje przybocznych i księcia jako żywo przypominają wiadomo-co i każdy rozpozna co.

Jak na razie nie spełniły się moje obawy co do bohatera, który swoją wiedzę o świecie będzie wykorzystywał w sposób złośliwy i uprzykrzający życie postaciom tylko dlatego że „nie lubi gier otome/nienawidzi takich postaci”. (Dobra, w przypadku księcia i jego świty nawet nieposiadający takiej wiedzy osobnik też by stracił cierpliwość). Dlatego mimo że Leon próbuje żyć swoim życiem i dopasować się do reguł świata, wychodzi mu to zdecydowanie średnio – ma jednak jakieś poczucie przyzwoitości i sprawiedliwości. Postacie drugoplanowe nie irytują za bardzo, choć na razie najwięcej dowiadujemy się o dziwo o Angelice i jej sytuacji oraz uczuciach, o Olivii trzymającej z bohaterem mniej, ale też coś. No i czeka na rozwinięcie wątek isekajowanej Marie – ale to raczej później, bo nie sądzę, by bohater ujawnił swoją wiedzę przed nią za szybko (choć się mogę mylić). Jak na razie w miarę przyjemna seria do oglądania, zwłaszcza, jeśli się podejdzie do niej bardziej na luzie i nie oczekuje bardzo typowego isekaja, a raczej żonglowanie i zabawę schematami otome.

Ashito ruszył do Tokio, aby przystąpić do testów do drużyny młodzików Tokyo City Esperion FC. Nie bardzo wie czego się spodziewać, ale łatwo na pewno nie będzie – razem z nim do prób staje osiemdziesięciu pięciu innych nastolatków. Po krótkich testach sprawnościowych gracze zostają podzieleni na drużyny i mają rozegrać między sobą krótkie mecze, co jest pierwszym etapem ich oceny. Duża część osób jest mocno zdezorientowana, gdyż dobór graczy zdecydowanie nie wygląda na taki, aby równo rozdzielić siły. O co chodzić może trenerom?

Cała sytuacja sprawia, że poznajemy cały tuzin nowych postaci. Niestety, pokazane zostają jedynie powierzchownie, chociaż te, które grać będą główne skrzypce widać na pierwszy rzut oka. Mam jedynie nadzieję, że w następnych odcinkach dowiemy się o nich coś więcej, a mimo sporów na boisku będą potrafić nawiązać jakieś rozsądne relacje międzyludzkie. Rzecz jasna zabraknąć nie mogło też pięknej bohaterki, która od razu nawiązała kontakt z Ashito. Hana Ichijou, prywatnie młodsza przyrodnia siostra Tatusyi Fukudy, pomaga drużynie przy testach kandydatów.  Jeśli chodzi o stronę sportową, to trudno na razie cokolwiek napisać – akcja skupia się na razie na pokazywaniu pojedynczych zagrań wyróżniających się zawodników i trenerów debatujących nad nimi. Rzecz jasna, nie mogło zabraknąć genialnego rozegrania pokazanego przez Ashito, który będą w słabszej drużynie potrafił wykreować sytuację i pozwolić swojej drużynie strzelić gola. Niestety, kiepski wypada oprawa graficzna – gra jest statyczna, a widok boiska do bólu biedny. Miejmy nadzieję, że element ten przynajmniej w wypadku głównych meczy wypadnie nieco lepiej, ale najpierw czeka nas ciąg dalszy selekcji w kolejnym odcinku.