Trzeci odcinek z głowy, tak więc yay or nay? Na pewno nowy Shaman King nie udaje niczego, czym nie jest. To staroszkolny, prostolinijny shounen, który w dużym stopniu (na razie ściśle) podąża za schematem „przeciwnik odcinka”. Narracyjnie jest to ograniczające, dla mnie osobiście zbyt „prosto między oczy”, ale… działa!

W trzecim odcinku widać to najlepiej. Pojawia się Anna, będąca ulubienicą wielu narzeczona You, która jako jedyna z bohaterów zdradza objawy kompetencji (a przydadzą się). Biedny You zostaje natychmiast zmuszony do trenowania zamiast obijania się (co też się przyda), po czym akcja przechodzi do całkiem przyjemnej scenki obyczajowej w kinie. W tymże momencie przechodzimy do rzeczonego przeciwnika odcinka w postaci siostry Rena, Jun, wraz jej nieumarłym wojownikiem, okazującym się aktorem ze starego filmu, który You i spółka właśnie widzieli (co za zbieg okoliczności!). Jeżeli chodzi o konstrukcję to wypada to wszystko bardzo, baaardzo elementarnie. Spotykamy nową postać, wszyscy idą do kina, wychodząc z kina spotykają nowego złego, no to się bijemy. Dużo w tym wszystkim też oczywiście górnolotnych deklaracji o potędze przyjaźni, itepe itede.

Pamiętam nawet ten wątek z czasów, gdy byłem w wieku grupy docelowej tej serii i wtedy fabuła robiła na mnie większe wrażenie, ale jakoś… dalej to działa? Historyjka jest prościutka, bohaterowie są prościutcy, ale też wszystko ma sens, jasne jest, kto co chce osiągnąć i co w tym celu robi. Jest to wszystko dobrze skonstruowane, innymi słowy (podobnie zresztą jak stara seria). Jest to też seria oszczędna, widać, że animacja walk jest często dość minimalistyczna (bądźmy mili), tła są, byleby były, z proporcjami bohaterów chwilami dzieją się dziwne rzeczy, przypomnijmy też o Mancie brzmiącym jak staruszka w każdej scenie… Podsumowując, bywa dość chropowato. Ale też mimo ograniczonych środków w wielu scenach widać autentyczne emocje i nie sposób nie poczuć sympatii do bohaterów. Masowej popularności pewnie ta seria nie zdobędzie, ale swoich amatorów powinna znaleźć.

Pirwszoroczniacy w ramach ćwiczeń ścierają się z drugoroczniakami, podczas gdy wszystko obserwuje Iura, próbujący im zwrócić uwagę na popełniane błędy oraz zmobilizować do popracowania nad nimi. Robi to na tyle subtelnie, że z dwójki tylko główny bohater się orientuje, co utwierdza mnie w przekonaniu, że głupi on nie jest, tylko ma sporo rzeczy, których nie lubi, nie chce robić oraz silne przekonania, których nie ma ochoty zmieniać, nawet jeśli rozumie, jak go ograniczają. To ostatnie jest zaskakujące. Nie trzeba mu wyczerpująco tłumaczyć, co robi źle, wystarczy drobna sugestia, żeby się zorientował i – ze zgrzytaniem zębów, ale jednak – spróbował coś z tym zrobić. Pan wiele rzeczy w swoim podejściu musi poprawić, głównie związanych ze współpracą z innymi graczami, jest bowiem skrajnie egoistycznym graczem, zamiast kooperacji preferującym rozkazywanie. Na szczęście Azemichi nie jest takim popychadłem, jakim czasami się wydaje, i Yoigoshi – jeśli chce coś osiągnąć i nauczyć się czegoś nowego – zdecydowanie musi zmienić swoje podejście – i o tym właśnie jest trzeci odcinek.

Yoigoshi wraz z Azemichim ćwiczą, aby w końcu pokonać parę drugoklasistów, uczą się działać razem i idzie im to zastraszająco szybko. Ścierają się albo trenują i tak przez cały odcinek, który w takiej formie – bez żadnych urozmaiceń – staje się zwyczajnie nużący. Oglądamy wciąż i wciąż to samo, z taką samą dynamiką, skupiając się na Yoigoshim, i nawet małe zaskoczenia jego zachowaniem nie ratują tego odcinka. Poprzedni był bardziej zróżnicowany, miał lepiej rozłożone akcenty, sceny sportowe poprzetykane innymi, do tego dołożone sporo humoru, a co za tym idzie, jego oglądanie aż tak nie męczyło. Nie ratuje tego również zależące od jakichś tajemniczych czynników lepsze lub gorsze prowadzenie postaci – czasami widać, że gdzieś tam głęboko tkwi jakiś potencjał, który momentami jakby się przebijał, ale bardzo szybko wszystko wraca do nudnej normy. Można od biedy powiedzieć, że bohaterowie są sympatyczni, ale poza tym nie interesują mnie ich losy, rozwój czy relacje, a bez tego trudno zaangażować się w to, co dzieje się na ekranie.

Niestety wygląda na to, że to będzie nierówna, mocno przeciętna sportówka z jedynie lepszymi momentami (lub odcinkami), czasami bawiącym humorem, nieratującymi jednak widza przed ziewaniem przy oglądaniu całości. Tak przynajmniej obstawiam, ale może się w połowie serii okazać, że wychodzi ona na równą (aha, na pewno). Ja kontynuować tego nie zamierzam.

Zostały jeszcze cztery dni gry z Bogami Śmierci, w odcinku mijają tym razem dwa. Główny bohater od poprzedniego odcinka jest sfoszonym na świat i ludzi nastolatkiem, któremu się wydaje, że wszyscy poza nim są płytcy, egoistyczni i zajęci sobą. Otwierającą odcinek dyskusję towarzyszących mu postaci o samotności i marzeniach konkluduje stwierdzeniem, że rozmawianie z ludźmi jest bezsensowne. Tym razem postanowiono jednak coś z tym zrobić i odcinek z grubsza ma dwie ramy, z których jedną stanowi błyskawiczne dojrzewanie emocjonalne Neku, które następuje dzięki charakterowi i zachowaniu jego partnerki, Shiki. Zresztą oboje sobie nawzajem pomagają, bowiem drugie ramy, w które został wciśnięty odcinek, to wątek dotyczący właśnie czerwonowłosej dziewczyny oraz jej przyjaciółki, z którą ma wspólne marzenie, i która w pewnym momencie pojawia się jako wyszarzony przechodzień, wyglądający dokładnie jak Shiki… Jej pojawienie się wzbudza w tej ostatniej silne emocje, wpływa znacząco na jej zdolności bojowe i wymaga od Neku konkretnych działań, a także słów pocieszenia.

Jednocześnie Bogowie Śmierci mieszający się z ludźmi kombinują coś, wciągając w to postać, której przejście z epizodycznej do drugoplanowej mnie zaskoczyło – być może nie ma to znaczenia, a twórcy zwyczajnie oszczędzają na czym tylko się da, w tym na projekcie. Drugi odcinek wprowadza nieco komplikacji fabularnych, dowiadujemy się, dlaczego i na jakich warunkach bohaterowie znaleźli się w tej dziwnej sytuacji, pod jego koniec zaś pojawia się misja inna niż do tej pory. Duży nacisk położono tym razem na przyjrzenie się głównej parze, ale… Cóż, dla mnie przypadkowy przechodzień wydaje się ciekawszą postacią z większą głębią charakteru niż Neku, przeraźliwie nijaki, schematyczny i nieinteresujący, i nawet owiana smrodkiem dydaktycznym zmiana jego podejścia do życia nie pomaga.

Opening rani uszy nijakim czymś, co dla mojego niewprawionego ucha brzmi jak rap, ending jest znośniejszy – nawet ilustracje są lepsze niż w samym anime. Animacja jest mizerna i oszczędna, postaci podporządkowane prostym dialogom, pozbawione jakiegokolwiek życia, a fabuła schematyczna. To jest dopiero drugi odcinek, a ja już mam dosyć. Nie sądzę, aby trzeci miał coś zmienić pod tym względem, jedyne, czego się spodziewam, to wytłumaczenie kolejnych elementów wyjaśniających, jak postaci znalazły się tu, gdzie są – patrząc na końcówkę tego odcinka, być może dowiemy się czegoś więcej o przeszłości głównego bohatera. Nie czekam.

Momo Tanabe próbuje wytłumaczyć Ruce i Hiori kim są Reflektorzy (Reflectors). Otóż chodzi tu o osoby (i wygląda na to, że wyłącznie płci żeńskiej), które potrafią przemienić własne uczucia w siłę, by chronić tajemnicze obiekty (też powstające z uczuć) zwane fragmentami. Niestety, sama do końca nie rozumie sytuacji, gdyż dopiero co otrzymała pierścionek od tajemniczej organizacji AASA, a jej zadaniem jest odszukanie nowych Reflektorów i tychże fragmentów.

Hiori niemal od razu decyduje się zostać Reflektorem i zaczyna współpracę z Momo. Ruka, rzecz jasna, ma do tego inne podejście. Na domiar złego w szkole śledzi ją Miyako, która na rozmaite sposoby daje jej znać o swojej obecności. Czemu po prostu nie podejdzie i nie zagada wiedząc o wyobcowaniu Hiori, nie wiadomo. Po całym dniu „przekomarzania się”, panie w końcu siadają do rozmowy. Temat jest dość oczywisty: Miyako chce wiedzieć co wydarzyło się poprzedniego dnia, gdyż nie pamięta zdarzeń. Niestety, nie uzyskuje odpowiedzi, ponieważ druga strona też nie rozumie do końca co się dokładnie wydarzyło. Szybko okazuje się jednak, że to nie koniec zagrożeń dla nieświadomej niczego bohaterki. Po powrocie do domu wychodzi na jaw, że jej matka wyrzuciła ważne dla bohaterki zdjęcie, a kumulacja negatywnych uczuć po raz kolejny powoduje dziwny stan, który alarmuje Reflektorki. Bohaterka zostaje pojmana, a fragment związany z tymi uczuciami staje się obiektem pożądania antagonistek. Wywiązuje się walka pomiędzy dwiema strona, której przebieg i wynik poznamy zapewne w następnym odcinku.

Powiedzieć, że zagmatwane to wszystko, to nic nie powiedzieć. Odcinek rzuca nieco światła na kwestię nadprzyrodzonych elementów występujących w świecie, jednak ciągle nie wiemy o co toczy się gra i po co to wszystko komuś potrzebne. Poznajemy też nieco wydarzeń z przeszłości Hiori, niestety dalej bez kluczowych szczegółów. Na pewno duże znaczenie odegrała tu jej siostra, ale znowu, brakuje bliższych informacji. Sam rozwój wydarzeń jak na razie jest mocno schematyczny dla gatunku i niczym nie zaskakuje, brakuje mi tutaj czegoś, co potrafiłoby zaciekawić widza i kazać mu z niecierpliwością oczekiwać na kolejny odcinek. Za taką sytuację po części odpowiedzialne są całkowicie nieciekawe bohaterki i brak odpowiedniego dozowania informacji względem wydarzeń. Fani yuri na razie także chwilowo nie znajdą tu nic dla siebie. Na domiar złego, przez większość czasu seans uprzykrza fatalna oprawa graficzna: deformujące się twarze oraz sylwetki postaci, a także fatalna animacja ruchów, jedynie w krótkich momentach sceny wyglądają znośnie, ale ogólny odbiór oprawy wizualnej jest zdecydowanie negatywny.

Nieszczęsny, co ja na siebie sprowadziłem? Czasami zabieram się za jakąś serię, ponieważ wiem, że będzie tragiczna i chcę tego tragizmu doświadczyć. W przypadku Cestvsa wiedziałem, że seria może być tragiczna, ale jednak głównie byłem zaintrygowany nietypową epoką jak na anime. Skończyło się na tym, że już po pierwszych 2 minutach zacząłem się martwić, jak wytrzymam pozostałą godzinę (trzeba mi opisać pierwsze trzy odcinki…).

Powód był taki, że zobaczyłem wtedy CGI i natychmiast nabrałem ochoty, żeby sobie oczy wydrapać. Walka bokserska, w której obie postacie ruszają się jak roboty… Nie, po prostu NIE. Modele poruszają się okropnie, przynajmniej nieruchomo wyglądają sensownej, ale i tła to kompletna porażka. To porażka i to głupota, bo… reszta odcinka jest w animacji tradycyjnej. Nic z tego nie rozumiem – drogie studio, dlaczego to robicie, po co to wszystko? Parszywego CGI nie popieram, ale rozumiem (możliwości produkcyjne), tak samo  z bólem rozumiem parszywą animację tradycyjną. Nie rozumiem dwóch minut pierwszego, aby przejść w drugie. To nie ma krzty sensu finansowego, marketingowego, jakiegokolwiek.

Jak już zdradziłem, reszta odcinka wygląda równie obrzydliwie jak początek, tylko w inny sposób. Animacji ledwo co tutaj jest, to głównie nieruchome kadry, w których od święta ktoś porusza ustami. Tła są straszne, kolorystyka jest straszna (ależ brązowy był ten starożytny Rzym), postacie momentami wyglądają na nieźle zdeformowane. Za co to wszystko…

Zerkałem na oryginalną mangę i jest ona bardzo staroszkolna, dość głupia, ale ma swój campowy urok. Wszyscy podniecają się jakim wspaniałym sportem jest boks i trochę, ale nie za bardzo, przejmują tym, że walki są na śmierć i życie. O osobowości protagonisty wiemy głównie tyle, że ma dobre serce i łatwo się rumieni. Jak mówię – to się da rozrywkowo czytać jako mało rozumną historyjkę o boksie i tych dziwnych Rzymianach, bo jest dostatecznie efektowne. Z kolei w przypadku anime wolałbym chyba estetykę zakładu przemysłowego, który widzę przez okno.

Reżyseria odcinka: Yuuichi Shimodaira
Nadzór animacji: Tetsuya Hasegawa, Mayumi Nakamura
Scenorys: Ken Ootsuka

Pojawienie się kaijuu eugeników rodzi w naszych bohaterach wątpliwości co do Gaumy, kiedy dowiadują się, że nie tyle ich zna, co pięć tysięcy lat wcześniej z nimi współpracował; z jakiegoś powodu jednak zdradził swoich towarzyszy i wraz z nimi, po śmierci, odrodził się w teraźniejszości. Gdy po raz kolejny miasto atakuje potwór, tym razem kontrolowany przez Oniję, Gauma będzie musiał wyjawić swoje motywacje innym pilotom Dynazenona, by ci mogli mu w pełni zaufać i wykrzesać pełnię umiejętności robota.

Na jaw wychodzi coraz więcej faktów, paradoksalnie jednak pojawia się coraz więcej pytań. Podobnie jak w Gridmanie, Amemiya z Hasegawą bardzo umiejętnie piszą intrygę i wygląda na to, że pewnie do samego końca będziemy czekać na rozwiązanie pewnych kwestii. Interesująca jest relacja Gaumy z eugenikami, jego przeszłość (wspomina o kobiecie, która podarowała mu Dynazenona), ale nie tylko, bo dostaliśmy także więcej informacji na temat Koyomiego, w tym bardzo krótką retrospekcję i jak się okazuje, od gimnazjum zna on Inamoto, koleżankę z pracy Yomogiego. W międzyczasie Yume próbuje się dowiedzieć nieco więcej o swojej zmarłej siostrze.

W tym tygodniu po raz pierwszy zabrakło scenorysu Akiry Amemiyi. Tym razem odpowiadał za niego Ken Ootsuka, uznany animator specjalizujący się w mechach (w ostatnich latach słynący jednak głównie ze swoich rasistowskich komentarzy na Twitterze), który zanimował także sekwencję łączenia się mniejszych robotów w Dynazenona. Nadal dużo tu naprawdę ładnych kadrów, ale nie tyle co u Amemiyi. Przy okazji pojawia się coraz więcej lokacji z Gridmana, czujni widzowie wychwycą między innymi sklep 721.

Od Dynazenona dostaję dokładnie to, czego się spodziewałem. Akira Amemiya ponownie świetnie buduje atmosferę i klimat, choć tym razem skupia się na większej liczbie bohaterów i czuję, że ostatecznie tu może leżeć przewaga tej odsłony nad Gridmanem. Wiele rzeczy podoba mi się bardziej, jest też kilka aspektów, których na razie nie potrafię ocenić, natomiast przyznać trzeba, że mimo wielu podobieństw, Dynazenon ma swój własny charakter – podobnie zresztą jak Amemiya jako reżyser, którego w przeszłości wielokrotnie porównywano do Hiroyukiego Imaishiego.

No a poza tym, jeśli już w trzecim odcinku lądujemy w kosmosie, to chyba musi być dobrze, prawda? Ja myślę, że może być tylko lepiej. Dynazenon! Battle, Go!

Shou dostaje od trenera propozycję przeniesienia się do bursy, którą po konsultacji z rodzicami przyjmuje. Od teraz będzie mieszkać ze swoimi kolegami z drużyny; wyjątkiem jest drugi z pierwszorocznych, Misato, który wieczorami z niewyjaśnionych jeszcze powodów musi wracać do domu. Nasz nowicjusz jednocześnie dostaje zadanie – w tydzień musi nauczyć się pokonywać długość kilkumetrowej maty saltami w tył, inaczej nie wystartuje w zawodach, a co za tym idzie, chłopcy ponownie będą musieli wystąpić w niepełnym składzie. Do pomocy w opanowaniu tej w zasadzie podstawowej w gimnastyce techniki wyznaczony zostaje, a jakże, Misato.

Zachwyca mnie ta seria swoim nienachalnym humorem i dobrze skonstruowanymi postaciami, wśród których naprawdę każdy się wyróżnia. Do tego dochodzą wszelkie interakcje między bohaterami, za każdym razem udowadniające, że jest pomiędzy nimi dużo tej tak zwanej chemii. Niezbyt często zdarza mi się zwracać uwagę na grę seiyuu, ale tym razem muszę pochwalić panów wcielających się w główne role, bo robią robotę i naprawdę nadają swoim postaciom dużo charakteru. Szczególnie jestem fanem kreacji Daisuke Ono, który wciela się w kapitana zespołu, Shichigahamę. Z kolei jako postać w tym tygodniu kupił mnie Watari za sprawą plakatów z filmów o yakuzie (tzw. yakuza eiga).

Oprawa graficzna pozostaje na tak samo wyśmienitym poziomie jak tydzień temu. Tym razem dodatkowo przyjdzie nam pozwiedzać okolicę liceum i przyznać trzeba, że jest to naprawdę klimatyczne i niesamowicie urokliwe miejsce – seria zdecydowanie spełnia zadanie promowania regionu Tohoku. Nie zabrakło oczywiście świetnego scenorysu i animacji postaci. Kuroyanagi uwielbia realizm, czego efektem jest między innymi scena z krojeniem warzyw, idealnie oddająca podejście jego i całej ekipy, za którym stoją niezmierzone pokłady ambicji.

Po szalonym i równie ambitnym SK8 przyszedł czas na bardziej przyziemne Bakuten!!, które mimo że zupełnie inne, kładzie nacisk na wiele tych samych aspektów. Fani serii sportowych w tym roku naprawdę mogą być zadowoleni.

Ona i on… A tak, jeszcze ta trzecia. Sueharu Maru zakochuje się w idolce swojej klasy, Shirokusie Kachi. Dobrze im się rozmawia, mają wspólny temat, jakim jest jej twórczość pisarska. Niestety, tuż zanim bohater zdecyduje się wyznać jej miłość, dowiaduje się że ma ona już chłopaka, w dodatku dorównującego jej osiągnięciami i popularnością. Biedaczysko nie widzi dla siebie szans, jednak pomocną dłoń wyciąga do niego koleżanka z dzieciństwa, zakochana w nim po uszy (zdążył już wcześniej odrzucić jej propozycję zostania parą). Teraz planują zemstę. Jaką? Nie wiem, ale ma sprawić, że Shirokusa będzie smutna, a on zadowolony…

Pierwszy odcinek wykłada chyba wszystkie karty na stół, zapewne dlatego, że zbyt wielu ich nie ma. Mamy tu do czynienia z trójkątem romantycznym w realiach komedii szkolnej. Ten drugi, komediowy aspekt, nie został w tym odcinku szczególnie wykorzystany, ale uznajmy, że na razie miało być bardziej dramatycznie niż śmiesznie. Postaci nie grzeszą wyrazistością ani oryginalnością charakterów – należałoby wprost powiedzieć, że są zwyczajnie nieciekawe. Najlepiej wypada chyba Kuroha, czyli przyjaciółka z dzieciństwa, która nie boi się przejąć inicjatywy i demonstrować całemu światu swoich uczuć. Zastanawia mnie Mitsuru Abe, chłopak Kachi, który wydaje się wiedzieć więcej od innych na temat przeszłości Sueharu. Czy coś z tego wyniknie? Wątpię, ale na rozwój wydarzeń musimy zaczekać do kolejnego odcinka. Swoją drogą trudno powiedzieć, co Sueharu widzi w swojej wybrance – względem koleżanek w klasie zachowuje się paskudnie. Ja rozumiem japońską mentalność ceniącą wkładanie własnego wysiłku zamiast szukania łatwej drogi przez wykorzystanie pracy innych, ale podarcie własnych notatek tylko dlatego, żeby nie dać ich innej uczennicy to spore przegięcie. No wiecie, ludzie kulturalni i inteligentni potrafiliby to załatwić w sposób znacznie bardziej taktowny. Nie powiem, żeby tytuł i dotychczasowa akcja jakkolwiek mnie zainteresowały – wiało nudą na kilometr, a w trakcie seansu miałem wrażenie, że odcinek trwa ponad godzinę.

Niewątpliwą zaletą serii jest oprawa graficzna. Znajdziemy tutaj śliczne, szczegółowe tła w pastelowych kolorach, bardzo ponętnie narysowane sylwetki żeńskiej części obsady, a także naturalną animację ruchu postaci. Podobnie ma się kwestia oprawy dźwiękowej – muzyka jest przyjemna dla ucha i dobrze kreuje nastrój. Mam wrażenie, że będzie to główny atut tego tytułu, a może i jedyny. Na razie pozostaje czekać na kolejny odcinek i zobaczyć, czy trafi się tu jakiś pomysł ciut głębszy niż kałuża po porannej mżawce.

Mam problem z drugim odcinkiem i bynajmniej nie dlatego, że okazał się słaby – po prostu bardzo mało się w nim wydarzyło. Seans wspominam miło, ale nie obraziłabym się za trochę fabularnych konkretów. Tymczasem Sei zadomowiła się w nowym świecie i powoli zaczyna zyskiwać rozgłos. Okazuje się, że pomoc rycerzom po ataku Salamandry odbiła się głośnym echem i w związku z tym instytut dostał ekstra pieniążki. A że dyrektor jest człowiekiem uczciwym i docenia pracowników, informuje Sei, że w ramach premii może poprosić o co zechce. Bohaterka zaskakuje, bo zamiast wyszukanego prezentu, po prostu prosi o kuchnię! Jest to również kolejny dowód na to, jak praktyczną i pozbieraną osobą jest Sei. Nie smakuje jej jedzenie serwowane przez instytutowych kucharzy, więc postanawia sama przygotowywać sobie posiłki. Co ciekawe, dyrektor przyznaje, że w Salutanii nie używa się ziół jako przypraw – nie powinno więc dziwić, dlaczego od razu prosi Sei o próbkę umiejętności kulinarnych. Ale nie tylko on jest ciekawy odrzuconej „świętej”. Podczas wypełniania obowiązków Sei spotyka Alberta Hawke, czyli dowódcy oddziału, któremu uratowała życie w poprzednim odcinku. A ponieważ Albert chce się zrewanżować, zgadza się ochraniać bohaterkę i kilku innych pracowników instytutu podczas wyprawy po zioła lecznicze. Daruję Wam opis zachwytów Sei nowym znajomym, są naprawdę urocze, ale warto zobaczyć je na własne oczy. W drugiej części odcinka protagonistka dostaje dzień wolny, który postanawia spędzić w bibliotece, gdzie wpada na dobrze urodzoną młodą damę, Elizabeth, nie wiedząc, że dzięki temu spotkaniu zostanie lokalną guru kosmetyki…

Słodkie to było i puchate, i nawet jakiś zalążek romansu nam się pojawił, bo chociaż Albert nie pokazał nic poza cudnymi błękitnoszarymi oczętami, to wydaje się niezłą partią dla Sei. Znaczy, rozumiem zachwyt urodą pana, ale osobowości ma na razie tyle, co majowa kałuża. Mam nadzieję, że szybko się to zmieni, bo reszta panów ma znacznie więcej do zaoferowania. No ale dobra, przystojny jest i mówi głosem Takahiro Sakuraia. Ale wracając do Sei – pani nadal punktuje zdrowym rozsądkiem i ogólnie byciem fajnym człowiekiem. Bohaterka wyraźnie docenia zmianę położenia i w sumie chyba za bardzo nie tęskni za samotnym życiem w Tokio i marnowaniem najlepszych lat na pracę od rana do nocy, z której na dodatek nie ma żadnej satysfakcji. Podobają mi się jej porównania obydwu miejsc, tym bardziej, że zarówno Japonii, jak i Salutanii Sei nie traktuje bezkrytycznie.

Pod względem graficzno-muzycznym nic się nie zmieniło, jest ładnie, ale bez fajerwerków. Ot, kolorowe patrzydełko z wyjątkowo sympatyczną obsadą i przynajmniej chwilowo senno-optymistycznym klimatem. Oby tak dalej!

Opisywanie treści odcinka jest zadaniem karkołomnym – dzieje się niewiele, ale mimo to nie nudziłam się ani przez chwilę. Koguma nadal uczy się nowego środka transportu, natykając się na drobne problemy techniczne w rodzaju „co z robić z kaskiem”. Nie potrafi krzyknąć na cały głos, że ma nowy motorower, ale w pewnym momencie w ramach wyjaśnienia informuje o tym kolegów. Wiadomość wzbudza zainteresowanie umiarkowane i przelotne, zwraca też jednak na Kogumę uwagę innej uczennicy. W ten sposób na scenę wkracza zapowiedziana w tytule odcinka Reiko, właścicielka czerwonej hondy Super Cub – modelu pocztowego. W odróżnieniu od Kogumy wie o swoim motorowerze wszystko i nawet tu i tam go podrasowała. Wygląda na to, że miałaby się ochotę zaprzyjaźnić, pytanie jednak brzmi, czy nie zniechęci jej introwertyczna i małomówna koleżanka. Tym niemniej Koguma powoli odkrywa możliwości, jakie daje jej nowa łatwość przemieszczania się (niechby i z prędkością 20 km/h). Zakupy w nowym supermarkecie to niby drobiazg, ale także coś, co pozwala choć odrobinę złamać codzienną rutynę i zaostrza apetyt na dalszą eksplorację.

Super Cub w dalszym ciągu zachwyca przemyślaną reżyserią. Bardzo mi się podoba, że wreszcie dostałam serię, która nie traktuje mnie jak idiotki i nie tłumaczy z offu każdej decyzji bohaterki. Zamiast tego to jej mowa ciała i mimika przekazują mnóstwo informacji – od sytuacji, w których czuje się niekomfortowo, po drobne ukłucia irytacji na coś, o czym zapomniała. Kamera ułatwia widzowi zorientowanie się w świecie z punktu widzenia bohaterki – zgrabnym zabiegiem jest na przykład to, że początkowo nie widzimy twarzy Reiko w całkiem naturalny sposób, dlatego, że wyobcowana Koguma nie wpatruje się w twarze swoich kolegów. Kilka kwestii wymienionych podczas lekcji pokazuje jej miejsce w klasie – może nie wyrzutka, ale osoby znajdującej się na marginesie i traktowanej w najlepszym razie z lekkim politowaniem, o ile nie lekceważąco. Najbardziej udane było jednak zaprezentowanie początków znajomości Reiko i Kogumy – bez chodzenia na skróty, bez machnięcia czarodziejską różdżką zamieniającą je w szczebioczące psiapsiółki, za to z całą niezręcznością i skrępowaniem, które towarzyszą nawiązywaniu pożądanej, ale nie takiej łatwej relacji.

Ta seria na pewno nie znajduje się w czołówce pod względem animacji – widać to szczególnie w szkole, gdzie w dużej części ujęć wszyscy lub prawie wszyscy statyści są po prostu nieruchomi. Nadrabia to jednak nie tylko starannością wspomnianej wyżej mimiki (acz warto podkreślić, że jest to mimika żywa, ale ciut umowna), lecz przede wszystkim doskonałym kadrowaniem i oświetleniem poszczególnych scen. Ktokolwiek za to odpowiada, ma prawdziwe wyczucie artystyczne. Nie zdawało mi się także, że osoba zajmująca się podkładaniem ścieżki dźwiękowej pod poszczególne sceny wie, co robi. Tak jak poprzednio muzyka towarzyszy motorowerowi i związanym z nim nowym emocjom Kogumy. Warto też jednak zwrócić uwagę na przytłumione tło dźwiękowe w szkole – myślę, że to nie jest przypadek, ale dodatkowy zabieg podkreślający oddalenie bohaterki od szkolnej społeczności. Wbrew pozorom nieczęsto zdarzają się serie, które tak potrafią wykorzystać możliwości medium, jakim jest animacja, polegające na panowaniu nad każdym aspektem obrazu i dźwięku.