Gdy jesteś zwykłą szeregową czerwoną krwinką, twoje zadanie wydaje się proste – masz razem z innymi krwinkami roznosić tlen po całym organizmie, sprawnie i szybko, przy okazji zwiedzając takie cudowne miejsca jak żołądek, płuca, czy też serce. Na szkoleniu pokazują ci filmy ukazujące te wspaniałe miejsca i twoich przyszłych współpracowników i sempajów, którzy będą cię prowadzić, i wkładają do głowy, że od twojej pracy zależy przyszłość organizmu, w którym się znajdujesz, a także twoja. Jako krwinka AA2153 wraz z towarzyszami ruszasz by wypełnić misję… i zderzasz się z rzeczywistością.

 

Sempaje nie mają czasu na zajmowanie się szczypiorkami, bo brakuje rąk do pracy, spotkani współpracownicy wcale nie wyglądają i nie zachowują się jak ci na filmie, komórki, do których dostarczasz tlen, wcale nie są radosne i uśmiechnięte, i szybko zostaje ci uświadomione, że propaganda nijak nie ma się do rzeczywistości. Jesteś w miejscu, które popada w ruinę i zmierza ku upadkowi, ponieważ jego właściciel już od dłuższego czasu nie dba o swoje zdrowie. A ty, jako czerwona krwinka, masz poświęcić wszystkie swoje siły, żeby tę ruinę utrzymać jeszcze przy życiu.

 

Hataraku Saibou Black nie jest kontynuacją serii Hataraku Saibou (ta ma własną kontynuację), ale tworem, można to ująć, alternatywnym. O ile w pierwowzorze nasza bohaterka, czerwona krwinka, pędziła w miarę bezpieczne i radosne życie w zdrowym organizmie, tutaj będziemy mieli (nie)przyjemność zderzyć się z rzeczywistością zupełnie odmienną. Organizm, w którym rozgrywa się fabuła, jest zdecydowanie na wykończeniu – pije, pali, źle się odżywia, żyje w ciągłym stresie – a to, jak mieliśmy i będziemy mieli okazję zaobserwować w pierwszym odcinku, wpływa na jego mieszkańców. Zaś nasz bohater (bo tym razem jest to krwinek) szybko pozbywa się złudzeń co do swojego losu i przeznaczenia (na szczęście jest główną postacią, więc chyba pożyje przynajmniej te kilkanaście odcinków).

 

Można zauważyć, że całe towarzystwo krwinkowo-komórkowe jest, jakby to ująć, poważniejsze i mniej radosne, niż w serii-matce, co w sumie nie dziwi, zważywszy warunki, w jakich żyją. Pozatykane tętnice, trujące gazy, krwinki-zombi, inwazje drobnoustrojów, brak tlenu i składników odżywczych – to zdecydowanie nie wpływa pozytywnie na otoczenie. Co do wyglądu postaci – oczywiście zachowane zostały podstawowe cechy charakterystyczne – płytki krwi nadal są dzieciakowate, makrofagi nadal wymachują śmiercionośną bronią, komórki T nadal wyglądają jak przepakowana ochrona. Najwyraźniejsza zmiana nastąpiła za to w populacji czerwonych krwinek, które tutaj są w przeważającej większości płci męskiej – jak i nasz bohater, oraz białych krwinek, które są białe, mordercze i zdecydowanie mają czym oddychać. Znaczy, babki to są. Biuściaste bardzo. Stawiam na zabieg artystyczny mający wizualnie sugerować, że seria będzie poważniejsza. Choć nadal erytrocyt i tak musi być ratowany przez leukocyta – to się nie zmieniło.

 

Generalnie moje oczekiwania co do Black są spore – bo będzie tu balansowanie ciężkimi tematami i walenie widza po głowie „Patrz co się dzieje, jak źle się odżywiasz, palisz i pijesz!”. Mam nadzieję, że nie wyłoży się właśnie na tej dydaktycznej części, która niezbalansowana innymi wątkami, może okazać się dla niektórych osób nie do przejścia.

Trójka komediantów: „Paskowa Księżniczka” Selen, zielonowłosa łowczyni pien… przygód oraz pułkownik Merthohan nie są w stanie skupić swojej uwagi na niczym innym poza nieobecnością wśród tych, którzy zdali egzamin do akademii wojskowej, Lloyda Belladonny. Nie są w stanie uwierzyć, jak ktoś taki mógł nie zdać, i wspólnie z pułkownik Choline – która głupotę i niekompetencję innych (właściwie tylko Merthohana) smaga jednym z najstarszych animowanych narzędzi zagłady – próbują dojść do przyczyn takiego stany rzeczy. Krótkie śledztwo prowadzi ich do zaskakujących odkryć, a jednocześnie utwierdza w przekonaniu, że głównego bohatera koniecznie trzeba pozyskać. Światełkiem w tunelu są poszukiwania zaginionej dawno temu księżniczki, za której odnalezienie wyznaczono nagrodę – w tym spełnienie jednego życzenia. Grupa dzieli się więc obowiązkami i przystępuje do realizacji planu.

Tymczasem główny temat rozmów powyższej czwórki lekko podłamany, ale nie zrezygnowany zachodzi do zapyziałej restauracji w poszukiwaniu pracy. Chce bowiem zostać w mieście i spróbować swoich sił za rok. Przybytek okazuje się należeć do byłego gwardzisty zaginionej księżniczki, Chroma Molybdenuma (zapewniam, że jak sobie poszukacie imion postaci, to znajdziecie różne dziwne rzeczy), który oczywiście od razu wyczuwa aurę Lloyda, z czego wnika ciąg nieporozumień, kompletnie niezarejestrowanych przez głównego bohatera. Cały odcinek, chyba jeszcze gęściej niż poprzedni, napakowany jest scenkami komediowymi, czy raczej gagami – bowiem znajdzie się tu mnóstwo starych, klasycznych zagrywek i reakcji postaci, jakich już zbyt często nie uświadczymy we współcześnie produkowanych anime. Co za dużo, to jednak niezdrowo, zamiast mnie więc bawić, owe sceny raczej zaskakiwały, wyskakując dosłownie z każdego kadru, czasami niczym nie zapowiadane, niestopniowane i niepodbudowane. Nawet klasyk nad klasykami, czyli duet tsukkomi i boke, których wariacją są w tej samej kolejności Choline i Merthohan, może zmęczyć, bowiem zwyczajnie ich natężenie na jeden odcinek jest zbyt duże. Nie, żeby Merthohana było za dużo, on czasami nawet potrafi rozbawić, chociażby dzięki kontrastowi między pierwszym wrażeniem, jakie pan robi, a tym, co się mu dzieje i jak na to reaguje. Choline również jest interesującą osóbką, na początku myślałam, że najbardziej kompetentną z tej bandy, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że to tylko złudzenie powodowane tym, jak prezentuje się na tle pozostałych.

Drugi odcinek nie był już tak bolesny w odbiorze, jak poprzedni – wiedziałam, czego się spodziewać, miałam odpowiednie nastawienie – i to okazało się bardzo ważne przy seansie tego tytułu. To komedia – głupiutka, parodiująca trochę nieporadnie pewne schematy i używająca do tego – tutaj może się komuś zakręcić łezka w oku – zabiegów często-gęsto używanych w starszych seriach. Najważniejsze są tutaj postaci, nieporozumienia między nimi oraz rozbrajany schemat przepakowanego bohatera, który na tle innych postaci ma akurat najmniej do powiedzenia – to nie on jest motorem wydarzeń, tylko ta kolorowa banda, która wokół niego skacze. Gdzieś tam w tle zapowiada się większy wątek z wojną między naszym królestwem Azami a imperium Jiou, jakimś niemilcem manipulującym królem, aby do niej doprowadzić oraz Marie, u której zamieszkuje bohater, chcącą temu zapobiec.

Co prawda buc, ale i tak szkoda mi Alana…

Ileż krwi i zgrozy leży na dnie wszystkich „dobrych rzeczy”!

Friedrich Nietzsche

Ex-Arm jest anime, które istnieje. Oznacza to, że istnieją również ludzie, którzy jest stworzyli. Co więcej – jak możemy zasadnie podejrzewać, ci właśnie ludzie nie tylko je stworzyli, ale więcej – chcieli je stworzyć, i musieli nawet przewidywać, że będziemy mogli je obejrzeć! Ich wolą musiało być, abyśmy je obejrzeli. Wola ta musiała być zaiste potężną siłą, tak wielką, że anime to nie dość, że powstało, otrzymało zwiastuny, zapowiedzi, to nawet zostało obejrzane (co najmniej przeze mnie). Nie wszystko jednak stracone – i my mamy własną wolę, którą możemy wykorzystać, aby przeciwstawić się temu szaleństwu i Ex-Arm zignorować. Czy jednak powinniśmy?

Potęga tej Woli po raz pierwszy objawiła się nam w postaci zwiastuna Ex-Arm. Robienie w 2021 scen akcji z grafiką komputerową wyglądającą na czasy Playstation 2 jest niewątpliwie godne odnotowania, ale samo w sobie mało wykwintne; to fakt, że twórcy właśnie takie ujęcia uznali za treść mogącą skłonić nas do sensu, nadał całej sprawie intelektualnego wyuzdania. Jaka więc była moja radość, kiedy okazało się, że czołówka tej serii jest właśnie tym, minimalnie rozbudowanym, zwiastunem! Oto konsekwencja, oto stanowczość – ta seria jest niewzruszona niczym prostopadłościany, z których składa się sceneria, niczym sprite’y ognia doklejone do scen akcji, niczym filtr robiący za mgłę nakładany na kadry niezależnie czy akcja toczy się na zewnątrz, czy też w pomieszczeniu!

Wyobraźcie sobie moją radość, kiedy w pierwszej minucie odcinka protagonista rozmawia ze swoim bratem i on jest w 3D, natomiast brat jest 2D. I tak sobie stoją, rozmawiają, każdy w swoim świecie. Wyobraźcie sobie moją radość, kiedy dostrzegłem, że animatorzy dodali do scen akcji końską dawkę rozmycia ruchu. Dlaczego? Bo tak, bo mogli! Bo taka była ich WOLA. Ten wybór uniemożliwił mi pokazani kadrów z większości tego odcinka, ale pomyślałem sobie „jeżeli i moja wola jest dość potężna, nie ma nic niemożliwego!”, więc daję je mimo to, popatrzcie, ulegnijcie Wizji twórców!

Zaintrygowany byłem pytaniem, czy Wola wyrażać się będzie tylko w grafice, czy też przenikać będzie całokształt tej serii. Byłbym rozczarowany, gdyby nie przenikała, ale przenika, przenika jak najbardziej! Scena dzieje się, i ciach, nowe ujęcie – postacie już są zupełnie gdzie indziej! Co się dzieje? Jak z A wynika B, gdzie tu ciągłość akcji? Jak wyżej – to kwestia woli, którą należy wykorzystać, żeby sobie w głowie poskładać ten ciąg luźnych scen do kupy.

Są jeszcze dialogi i fabuła. Jedno i drugie można rozpoznać po tym, że postaciom rusza się twarz – robią takie „a a a”, trochę jak ryby. Z ich ust padają wtedy różne stwierdzenia, protagonista na przykład dużo pokrzykuje, że nic nie rozumie. Ja rozumiem nieco więcej – w pierwszych minutach dostaje on motywacyjną przemowę od brata (a my, widzowie, wraz z nim). Sekundy później dostaje w głowie retrospekcję tej przemowy (a my, widzowie, ponownie wraz z nim), w wyniku czego ginie pod kołami ciężarówki. 16 lat później już jako mózg w tytanowej obudowie ponownie ponownie dostaje retrospekcję tej samej przemowy (a my, widzowie, ponownie ponownie wraz nim), ale tym razem nie ginie, tylko cybernetycznie przejmuje kontrolę nad statkiem oraz sojuszniczą policjantką-androidką, uczy się kung-fu oraz pokonuje złego człowieka z cyber-magiczną ręką. Na końcu dowiaduje się, że mimo całej tej motywacji jest teraz superbronią i wrogiem ludzkości. Czego tu nie rozumieć?!

Przyznam wprost – liczę na więcej i trudno mi wręcz wytrwać tydzień oczekiwania. Czy twórcy wytrwają w Wizji, czy okażą się miękiszonami? Utrzymać ten poziom będzie trudno, ale kto jak nie oni miałby tego dokonać!

Zastanawiało mnie, jak w praniu wypadnie fabuła adaptacji shounena skierowanego do rówieśników protagonisty, czyli trzynastolatków. Serię promowano jako mieszaninę akcji, fantastyki (youkai) oraz horroru, co w wersji light mogłoby być trochę zbyt pozbawione zębów, aby być skuteczne. No i faktycznie – jest to seria przystępna dla młodzieży, ale jeżeli reszta miałaby wyglądać jak pierwszy odcinek, to i młodsi, i starsi będą przy niej mieli sporo zabawy!

Jest też szczególnie miłe, że pierwszy odcinek sprawdza się jako zamknięta historia. Nęci rzecz jasna tym, co będzie dalej, ale ma sensowny początek, rozwinięcie oraz finał, i nawet gdybym miał nigdy więcej nie zaglądać do tego tytułu, to mam poczucie, że nie zmarnowałbym tych 20 minut, tylko poświęcił je na przyjemną miniaturkę. Zbyt skomplikowanej historii w tak krótkim czasie zmieścić się nie da, ale jest prosto, sensownie i z wciągającymi zwrotami akcji. Prywatny detektyw/rozwiązywacz problemów nadnaturalnych wszelakich Inugami zostaje wezwany do górskiej wioski w związku z ginącymi zwierzętami gospodarskimi. Na miejscu spotyka gnębioną tymi wydarzeniami rodzinę Kusaka, która poza tym wydaje się traktować należącego do niej nastoletniego Kabane w podejrzanie oschły sposób…

Ingumami jak co chwila demonstruje swój luzacki styl bycia.

„Oschły sposób” można też ująć tak, że traktują go jak śmiecia. Większość odcinka to interakcje między Inugamim a Kabane. Inugami wydaje się pierwszą osobą, który traktuje Kabane jak człowieka, i to od wielu lat, o ile nie w całym życiu. Widać to po tym drugim – Kabane wydaje się zdziwiony, że ktoś w ogóle może chcieć z nim rozmawiać i nie za bardzo wie, jak się za to zabrać…

Momentami odcinek to trochę zaskakująca mieszanina różnych stylów.

Interakcje te śledziło się miło. Mimo że fabuła jest bardzo prosta (sama sprawa zabitych zwierząt to okazuje się takie – ot, był w lesie potwór, to je mordował), to dzieje się sporo, zarówno między postaciami, jak i w świecie przedstawionym. Przez cały czas nie byłem pewien, jak się to wszystko wyklaruje, i kiedy na końcu się okazało, że rodzina wynajęła Inugumiego, aby Kabane zabić, musiałem spojrzeć na wcześniejsze wydarzenia z nowej perspektywy. Oceniając pod kątem, co da się zdziałać w jednym odcinku, to naprawdę świetny scenariusz.

Poziom detalu pozytywnie zaskakuje!

Dodając do tego, że seria jest śliczna, tytuł urósł u mnie do poziomu jednej z nadziei sezonu. Po kadrach chyba widać, że jest zgrabnie (w niektórych tłach z przyrodą wręcz wybitnie), a i w ruchu daje to wszystko radę. Nie było tu jakichś scen, które uznałbym za efektowne, jest tylko jedna krótka scena walki, ale animatorzy wiedzą, co robią, bo choć bez fajerwerków, to jest czytelnie i dynamicznie, a to ważniejsze. Dużo dobrej zabawy, zobaczymy, co będzie  dalej!

Projekty potworów są trochę sztampowe, ale na potrzeby sceny wystarczyły.

Początek przypomina dziesiątki innych isekajów (acz warto zauważyć, że Mushoku Tensei to pozycja stosunkowo starsza – oryginał zaczął wychodzić w 2012 roku): bohater, ponadtrzydziestoletni bezrobotny i hikikomori, ginie tragicznie w zderzeniu z usłużną ciężarówką. „Odpływa” na szpitalnym stole, budzi się natomiast w kompletnie innym miejscu, w towarzystwie młodej szczęśliwej pary, i po krótkiej chwili uświadamia sobie, że jest ich nowo narodzonym synem. W odróżnieniu od innych bohaterów light novel nie dorasta w jeden miesiąc, a chociaż dysponuje swoimi dawnymi wspomnieniami i możliwościami umysłowymi dorosłego człowieka, jego aparat mowy i chodzenia musi się dopiero rozwinąć na tyle, żeby mógł zacząć robić z tego użytek. Kolejne migawki pokazują, jak na przestrzeni kilku lat uczy się chodzić, mówić, a przede wszystkim czytać, przy czym rodzice – byli poszukiwacze przygód – niefrasobliwie pozwalają mu na lekturę księgi poświęconej nauce magii. Bohater, nazywający się teraz Rudeus, oczywiście próbuje swoich sił i odkrywa, że ma pewien talent w tym kierunku. I to na tyle interesujący, że gdy rodzice odkrywają jego próby, zatrudniają niezwłocznie nauczycielkę magii. Czy to oznacza, że w nowym świecie nawet dawny nieudacznik zdoła pokonać swoje dawne słabości i, jak to się mówi, wyjdzie na ludzi?

Tym, co zwróciło moją uwagę, jest staranność prowadzenia fabuły połączona z kameralną na razie skalą wydarzeń. W tym odcinku praktycznie obserwujemy Rudeusa dosłownie stawiającego pierwsze kroki, zarówno w nowym życiu, jak i nauce magii. Nie dzieje się nic wielkiego, ale to dobrze, że scenarzyści nie postanowili tego wyciąć na rzecz zapewne bardziej efektownych wydarzeń czekających w przyszłości. Interesujące jest także to, że bohater po przeniesieniu do nowego świata nie pozbył się w jednej chwili (jak to zwykle bywa) dawnych obciążeń, z których najpoważniejszym na razie są wyraźne lęki związane z wychodzeniem z domu. Nadaje to historii potrzebnej spójności i trochę rozbudowuje postać Rudeusa, chociaż nadal pozostaje on jeszcze dość enigmatyczny.

Nie jest jednak całkiem różowo. Trochę rzucają się w oczy dziury związane z rzeczami, nad którymi książka mogła się prześlizgnąć w bardziej naturalny sposób. Rozumiem, że rodzice Rudeusa to osoby pozbawione uprzedzeń i zdaje się – jak na swój świat – trochę niekonwencjonalne, więc nie wpadają w panikę, gdy się okazuje, że ich dziecko jest trochę dziwne. Mimo to trudno nie zauważyć, że przez te kilka lat, jakie upływają w tym odcinku, rodzice najwyraźniej nie dostrzegają najbardziej podstawowych rzeczy, jeśli chodzi o ich jedynego potomka, zaczynając od jego potajemnej nauki magii, a na problemach z wychodzeniem na dwór kończąc. Nie wydały mi się także potrzebne komentarze bohatera dotyczące otaczających go pań – rozumiem, że mogły pokazywać, jakim był człowiekiem, ale umówmy się, ich głównym celem nie było pokazanie jego wad, ale mrugnięcie do odbiorców okiem: patrzcie, to swój chłop.

Pod względem wizualnym jest dobrze, acz ten odcinek z konieczności prezentował bardzo ograniczone lokalizacje i wprowadził zaledwie kilka postaci na krzyż. Nie zachwyca mnie wyraźnie widoczne użycie komputera do wizualizacji efektów magicznych, ale pewnie trudno coś na to poradzić. Ładne było za to oświetlenie, szczególnie ciepła paleta w scenach we wnętrzu domu, w pokojach oświetlonych blaskiem ognia.

Nastoletniemu Rekiemu największe szczęście daje jazda na deskorolce, zwłaszcza regularne uczestniczenie w niebezpiecznych wyścigach rangi „S” odbywających się w opuszczonej kopalni. Jednym z jego przeciwników jest Shadow, nie bez powodu zwany „antybohaterem”, za nic bowiem ma walkę fair play i gdy zachodzi taka potrzeba – czytaj: gdy zwycięstwo wymyka mu się z rąk – wspomaga się swoimi sztuczkami. Ich zastosowanie kończy się dla Rekiego urazem ręki; gorzej jednak, że po przegranej musi patrzeć, jak mężczyzna niszczy jego deskę (jedna z zasad – zwycięzca może zrobić rywalowi co zechce). Także praca w sklepie ze sprzętem do skateboardingu przez kontuzję staje się nieco kłopotliwa.

W tym samym czasie nowe życie w Japonii zaczyna Langa, pół-Kanadyjczyk, pół-Japończyk, który dołącza do klasy Rekiego. Chłopak szuka zatrudnienia – swoich sił próbuje m.in. u różowowłosego pana, ale przez młody wiek zostaje odesłany z kwitkiem. Po nieudanej rozmowie natyka się na Rekiego, któremu pomaga zatrzymać rozpędzoną deskę. Reki, widząc, z jakim zainteresowaniem Langa jej się przygląda, zachęca go do jazdy, co skutkuje praktycznie natychmiastowym zaliczeniem upadku. Przyjezdny nie wierzy, że da się na czymś takim bezpiecznie śmigać, nowy znajomy szybko go jednak wyprowadza z błędu, prezentując próbkę swoich umiejętności. Spotkanie ze skaterem ma dla Langi jeszcze jeden pozytywny rezultat, dzięki niemu bowiem znajduje pracę we wspomnianym sklepie.

Langa może oczywiście liczyć na pomoc Rekiego, który przy okazji stara się go zainteresować swoją pasją. Początkowo niezbyt zaintrygowany, z czasem zaczyna przychylniejszym okiem patrzeć na nieznaną mu dotąd dyscyplinę sportu. Gdy przychodzi pora na wykonanie pierwszego zadania – dostarczenie klientowi deskorolki na wyścig – dochodzi do poważnej w skutkach pomyłki – Reki, który jedzie do kopalni z kolegą, zamiast specjalnie przygotowanego sprzętu bierze ten gorszej jakości. Zawodnik dyszy z wściekłości, tym bardziej że ma zmierzyć się z Shadowem, który aż się pali, by zabawić się z kolejną osobą. Kto to będzie, czy wytypowany przeciwnik, czy Reki, któremu klient każe wziąć odpowiedzialność za niedopatrzenie, niewiele go obchodzi, z pewnością jednak nie spodziewa się, że na konfrontację zdecyduje się taki nowicjusz, jakim jest Langa. Ten przywiązuje sobie nogi do deskorolki i staje na linii startu, jego śmiałość zaś aprobuje, jak się wydaje, jedna z gwiazd rywalizacji, Cherry Blossom, w którym bohater rozpoznaje wcześniej spotkanego różowowłosego pana.

Wyścig się zaczyna – dla Langi ze sporymi trudnościami, niełatwo w końcu ruszyć z obydwiema stopami przytwierdzonymi do deski. Shadow pędzi przed siebie, pewny, że tym razem nie będzie musiał uciekać się do nieczystych praktyk… Cóż to? Langa go dogania! No tak, może i na skateboardingu się nie zna, ale zupełnym amatorem w sporcie nie jest. W Kanadzie też jeździł na desce, tyle że snowboardowej, a to w sumie niewielka różnica, prawda? Przynajmniej dla chłopaka, który stopniowo coraz pewniej czuje się na trasie, tak że Shadow z coraz większym niepokojem spogląda do tyłu. Po wejściu na ostatni etap wyścigu wie, że nie może ryzykować, i korzysta ze swoich małych bomb. Tylko czy w przypadku Langi, popisującego się niebywałą zręcznością i na ziemi, i w powietrzu, coś one dadzą?

Ach, przepiękne uczucie widzieć, jak seria, po której najwięcej się oczekiwało, nie zawodzi na starcie. Odcinek oglądałam z niesłabnącą przyjemnością. Jest w nim lekkość, dobre tempo akcji, świetny, umiejętnie wpleciony humor, przede wszystkim zaś ciekawi bohaterowie. Na Rekiego i Langę, chłopców całkowicie różnych, nie da się nie patrzeć z uśmiechem. Ich interakcje od pierwszych chwil prezentują się uroczo i już się nie mogę doczekać następnego spotkania z nimi, podobnie jak poznania reszty najważniejszych postaci. Na razie swoje „pięć minut” otrzymał Shadow, typ szalony i wzbudzający niewiele sympatii, w tle zaś mignęli pozostali panowie, m.in. Joe czy Miya. Moim ulubieńcem jednak stał się Cherry, któremu bezapelacyjnie nadaję tytuł bishounena sezonu! I wcale nie ironizuję.

Złego słowa nie powiem też o oprawie audiowizualnej. Wszystko, co trzeba, się świetnie rusza i/lub świetnie wygląda, chociażby tła, które nie straszą pustką, albo ładne projekty postaci. Animacja od czasu do czasu ucieka do deformacji, ale bez przesady (kropko-oczy chyba staną się wizytówką serii), potęgując wspomniany komizm. Obrazowi towarzyszy odpowiednio dobrana muzyka – zarówno opening, jak i ending to bardzo fajnie brzmiące, choć oczywiście różniące się klimatem kawałki. Podoba mi się też praca seiyuu. Rolami we wcześniejszych sportówkach (Hoshiai no Sora, Battery) Tasuku Hatanaka niespecjalnie mnie zachwycił, tu jednak ma ogromne pole do popisu, z którego z chęcią korzysta. Chiaki Kobayashi z kolei, znany mi głównie jako pełen temperamentu Makoto z Great Pretender, tym razem musiał zagrać znacznie spokojniejszą postać i też sobie dobrze poradził.

Jak wiadomo, organizmu osłabionego stresem, przemęczeniem czy niezdrowym stylem życia łatwiej imają się wszelkie bakterie i wirusy (a kto nie wie, w tym sezonie ma nawet szansę zobaczyć na własne oczy, jak to wygląda od środka). Tak samo osłabionego negatywnymi emocjami serca i umysłu łatwo imają się „tajemnicze” choroby powodowane przez nadprzyrodzone „coś”. Leczeniem ich zajmuje się specjalista dr Ramune, z pomocą swego nastoletniego asystenta. Oprócz zarysu charakterów niewiele się o nich dowiemy, bo odcinek w całości poświęcony jest pacjentce, małej aktorce imieniem Koto. Otóż dziewczynka płacze… majonezem, sosem sojowym, keczupem i innymi tego rodzaju kuchennymi dodatkami. Normalni lekarze nie tylko nie mogą jej pomóc, ale zwyczajnie jej nie wierzą, jednak szczęśliwym przypadkiem trafia do Ramune. Ten obdarza ją środkiem wywołującym prawdomówność, a na czarną godzinę specjalnymi szkłami kontaktowymi, które powstrzymają łzy, ale ze skutkiem ubocznym. Ramune wie bowiem równie dobrze jak widz, że problemem są uczucia Koto, która nie chce dłużej pracować jako aktorka, a chce odzyskać normalne stosunki z matką, zafiksowaną nawet nie tyle na jej karierze, ile na związanej z nią kasie; lecz dziewczynka wszystko to tłumi, a te uczucia wypływają dziwacznymi łzami.

„Leczenie” przynosi pewien skutek, a konkretnie uboczny – ponieważ wyrażanie swoich pragnień na głos w niczym Koto nie pomogło, a tylko rozjuszyło matkę, dziewczynka założyła kontakty. W efekcie jej uczucia nie mogły znaleźć żadnego ujścia i doprowadziły ją na skraj zapaści oraz postępującej od rąk i stóp martwicy – i to pod okiem kamery, bo akurat do młodej aktorki przyszli dziennikarze po wywiad. Na szczęście z daleka czuwał i Ramune, wparował (przez okno) we właściwej chwili i postawił matce Koto ultimatum. Kobieta ostatecznie zdecydowała się ratować córkę, a ceną okazały się wszystkie jej skarby, ubrania, biżuteria i galanteria, zamienione w pył zamiast ciała Koto. Pomimo tych dramatycznych i niesamowitych wydarzeń na końcu odcinka cała czwórka usiadła zgodnie pod kwitnącą sakurą, nad „homemade” jedzeniem – czyli mamy happy end jak należy.

Hm. Śmieszna rzecz, nie mam problemu z majonezem czy sosem sojowym w kanalikach łzowych (znaczy, mam, na samą myśl chce mi się płakać, ale nie o to chodzi), to znaczy kupuję koncept zarówno tajemniczych chorób nadprzyrodzonej proweniencji, jak i specjalisty od nich, raczej niekonwencjonalnego jak na lekarza, oględnie mówiąc. Co więcej, mam nadzieję, że pojawią się klasyczne japońskie ayakashi i japoński folklor, a przynajmniej coś na nim wzorowanego (opening sugeruje, że tak). Nie mam absolutnie problemu ze stereotypowym zestawieniem pary głównych bohaterów na zasadzie przeciwieństw – od kolorystyki, przez mimikę, po zachowanie: wcielenie spokoju i niezważający na konwenanse ekstrawertyk zawsze ze sobą jakoś zagrają, nawet jeśli nie ma w tym nic oryginalnego. Nie budzi moich oporów miszmasz scen komediowych, w tym gagów w rodzaju nabijania guza na głowie, z poważniejszymi wątkami, w tym wypadku problemami dziecka, które w prawdziwym życiu mogłyby się skończyć poważnymi zaburzeniami osobowości albo i gorzej. Zresztą podobnie skonstruowana jest postać Ramune, łatwo przeskakującego od błazenady do śmiertelnej powagi. To wszystko umiejętnie zbalansowane jest całkiem do przyjęcia. Jednak moje zastrzeżenia budzi kreacja matki Koto – zbyt przerysowana nawet na przyjętą konwencję, gdyż widzimy jej błyskawiczną ewolucję od normalnej matki do egoistycznej harpii, która nawet nie dba o porządny posiłek dla dziecka przynoszącego jej majątek, a wręcz je maltretuje psychicznie i fizycznie, a następnie przeskakuje z powrotem do roli miłej i sympatycznej pani domu, z pieśnią na ustach gotującej cudowne obiadki. Jedyne, co by to moim zdaniem sensownie wyjaśniało, to inne „coś”, które ją opanowało, ale takowe tłumaczenie nie pada. Cóż. Zobaczymy, co będzie dalej, bo zapowiedź „choroby” następnego odcinka trochę mnie niepokoi…

Żeby zakończyć temat, wizualnie jest całkiem przyzwoicie, ale zachwycać się raczej nie ma czym – tyle, że ten styl rysunku pasuje moim zdaniem do historii, kolorystyka jest żywa, ale bez przesady, i dość przyjemna, a animacja daje radę bez większych wstrząsów. Opening i ending są do wysłuchania, a seiyuu dobrze wykonują swoją robotę, oddając charaktery postaci i ich emocje. Na razie wydaje się zapowiadać nie najgorzej.

Seria zapowiada się na klasyczną szkolną komedię romantyczną, z tym, że nie wiadomo, który z trzech elementów przeważy. W szkole więc, niedługo przed wakacjami, poznajemy grupkę zaprzyjaźnionych ze sobą uczniów: na pierwszym planie jest popularna i ładna dziewczyna nazwiskiem Hori, która jednak nigdy nie spędza czasu po lekcjach ze swoją paczką. Hori pędzi do domu, by… zajmować się domem (w zastępstwie zapracowanej matki) oraz młodszym bratem w wieku przedszkolnym. Czemuś robi z tego tajemnicę, nie chcąc, by inni widzieli ją przy odkurzaczu, garnkach i w niedbałym stroju czy fryzurze. Pewnego dnia jej brata, który się zranił, przyprowadza do domu nieznajomy chłopak, wyglądający dość specyficznie, z wielokrotnie przekłutymi uszami oraz wargą. Mimo to Hori nie ma problemu z zaproponowaniem mu kawy w podzięce – a przy tej okazji odkrywa, że jest to kolega z jej własnej klasy, ponury okularnik Miyamura, podejrzewany powszechnie o bycie otaku! Oboje mają więc ukrytą stronę, której nie chcą ujawniać przed innymi (przy czym Miyamura ma ku temu znacznie lepsze powody), i tak się zaczyna ta znajomość.

Wkrótce Miyamura staje się częstym gościem u Hori, zabawiając jej brata i zjadając obiady, które ona lubi gotować, a w zamian przynosząc desery, bo jego rodzina prowadzi cukiernię. A nawet pędząc dla niej po jajka na promocji, co było źródłem cudnej, pełnej dynamiki i zabawnej sceny. Okazuje się, że nie tylko pierwsze, ale i drugie wrażenie co do niego było mylne – chłopak nie jest ani zamkniętym w sobie otaku, ani buntującym się chuliganem, lecz zwykłym, dobrze wychowanym i miłym, a nawet lekko naiwnym nastolatkiem, który pod wpływem impulsu nie tylko podziurawił sobie uszy, ale i wytatuował pół tułowia wraz z ręką, przez co jak rok długi musi w szkole nosić zimowy mundurek i unikać pewnych ćwiczeń na wuefie. A Hori podoba się to, że tylko ona zna go od tej strony, i wzajemnie – zresztą żadne nie ma problemu z powiedzeniem tego na głos. Mimo to Miyamura nie spodziewa się romantycznego rozwoju sytuacji, co wyznaje koledze Hori, który się w niej durzy i chce ją poprosić o chodzenie. Przy tej okazji zresztą obaj się zakumplują, a Miyamura zdradzi Ishikawie swój sekret (zawsze to jeden sprzymierzeniec więcej). Jednak Hori odrzuca kolegę i robi Miyamurze awanturę o to, że bez konsultacji uznał, iż do niej nie pasuje. Czyżby…?

No cóż, oglądało się miło, choć mam wrażenie – może niesłuszne i myli mnie pamięć – że oryginał był zabawniejszy albo było w nim więcej energii. Co nie znaczy, że jest źle – jest właśnie miło, przyjemnie, ładnie, zabawnie i poprawnie, jeśli chodzi o technikalia, ale nie czuję się porwana. Wydaje mi się zresztą, że odcinek, mimo niby powolnego tempa, a za przyczyną przeskoków czasowych i króciutkich scen, był wręcz zbyt skrótowy – zdarzały się takie romanse szkolne, gdzie jego końcówka mogłaby być końcówką sezonu… Niemniej postaci są sympatyczne i zachowują się dość naturalnie – to pod adresem Miyamury zwłaszcza, bo Hori miewa wyskoki pasujące do tsundere, co z kolei wraz z klasycznymi esdeczkami ma robić za część komediową. Kilka razy rzeczywiście parsknęłam śmiechem. Rysunki i pastelowa kolorystyka są przyjemne dla oka, animacja nie kuleje, ale wyraźnie się oszczędza – wiele razy widzimy wszystko, tylko nie twarze mówiących postaci. À propos – głos Miyamury jest interesujący i nadal się zastanawiam, czy mi do niego pasuje, czy nie. Generalnie jest nieźle – chociaż chyba spodziewałam się lepiej.

A pamięć sobie sprawdzę.

Noir Starga to młody szlachcic, niestety z samego dołu arystokratycznej drabiny. Ma rozpocząć pracę na ciepłej posadce w bibliotece, jednakże życie płata mu figla – odbiera mu ją osobnik lepiej usytuowany społecznie. Młodsza siostra proponuje bohaterowi podejście do egzaminu do Akademii Bohaterów, której ukończenie pozwoli mu zostać poszukiwaczem przygód. Niestety, chłopak nie wierzy w powodzenie tego planu – nie ma niemal żadnych umiejętności, które predysponowałyby go do takiej roli. Nic jednak straconego! Przyjaciółka z dzieciństwa, niejaka Emma Brightness, odnajduje w starych księgach wskazówkę, która być może pozwoli mu używać jego jedynej umiejętności – Wiedzy Mędrca. Dotychczas korzystanie z tego daru wiązało się z tak silnym bólem głowy, że był on niemal totalnie bezużyteczny. Zapytacie się, jaka to metoda? Otóż ból głowy łagodzić mają pocałunki. Emma od razu proponuje, aby spróbować…

Jak postanowili, tak i uczynili. Noir postanawia wykorzystać okazję i zapytać wewnętrznego mędrca, jak zdobyć umiejętności niezbędne do przejścia egzaminu. Mędrzec podpowiada, że musi wybrać się do ukrytego lochu, a Emma gorącymi pocałunkami ratuje przyjaciela od bólu głowy. Na miejscu, czyli w owym lochu, Noir spotyka uwięzioną tam od 200 lat poszukiwaczkę przygód, Olivię Servant. Co prawda bohater proponuje jej uwolnienie z łańcuchów, jednak ta powstrzymuje jego zapędy – ich magia utrzymuje ją przy życiu. Proponuje jednak, że przekaże mu swoje umiejętności, a do tego zostanie jego mistrzynią. I puff, tak oto Noir zdobywa umiejętności, które pozwolą mu stawić czoło przeciwnościom losu. Sięgnięcie po nie jednak ma swoje koszta – zużywają tzw. punkty życia, które uzupełnić można, oddając się cielesnym przyjemnościom. Jedząc do syta, wydając pieniądze, zaspokajając potrzeby seksualne – do wyboru do koloru! Z dwoma pierwszymi może być problem ze względu na brak pieniędzy, ale ostatnia opcja wydaje się łatwiejsza w realizacji…

Nadchodzi dzień egzaminu. Na miejscu okazuje się, że kandydaci muszą dobrać się w grupy, a ich celem będzie zdobycie artefaktów, których wartość zostanie oceniona przez prowadzącego. Noir szybko przekonuje się, że stojący wyżej w hierarchii arystokraci mają go głęboko w poważaniu. Gdy już zdaje się, że nie uda mu się zdobyć towarzyszy, na miejscu zjawia się Emma, która rzuciła pracę w bibliotece, aby być razem z przyjacielem. Na jej widok do tej pary dołącza również szlachcianka Lenore Bludon. Kiedy wszyscy bogacze postanawiają wybrać się na targ, aby zakupić jak najlepsze przedmioty (nikt przecież nie powiedział, że mają je zdobyć w walce z potworami), Noir wpada na pomysł, aby wyruszyć samotnie do ukrytego lochu, gdzie przecież muszą być silni przeciwnicy. Oczywiście napotyka tam Ponurego Żniwiarza o poziomie znacznie przewyższającego jego własny, ale chociaż w zwykłych okolicznościach zginąłby w mgnieniu oka, jasne jest, że przecież musi go jakoś pokonać. Nazajutrz okazuje się, że artefakty pozyskane z owego przeciwnika wystarczają, aby zająć w rankingu pierwsze miejsce, i to z ogromną przewagą. Czy to jednak koniec zmartwień bohatera? Oczywiście nie. Przebrnięcie egzaminu to oczywiście duży sukces, ale trzeba jeszcze opłacić ogromne czesne…

Zarys fabularny jest sztampowy dla gatunku. Niedawno widzieliśmy zresztą anime o niemal identycznych założeniach, czyli Hachi-nan tte, Sore wa Nai deshou. Tutaj odcinek został zdominowany przez fanserwis, który próbuje chyba odhaczyć wszelkie fetysze popularne ostatnio wśród japońskich widzów anime. Głównego bohatera można zakwalifikować jako niczym nie wyróżniającego się przeciętniaka, natomiast postaci żeńskie niestety wypadają raczej marnie. Już teraz trzy z nich wieszają się Noirowi na szyi (z młodszą siostrą włącznie), co niestety nie zwiastuje nic dobrego. Co gorsza, widać, że pań będzie więcej i zapewne wszystkie prędzej czy później zaczną uwielbiać bohatera. Mam jedynie nadzieję, że chociaż niektóre z nich będą miały po temu jakieś sensowne powody. Czy to anime jest warte uwagi? Na razie moim zdaniem nie, ale jeśli ograniczy trochę nachalność fanserwisu, ma szansę dobić do rangi zapychacza sezonu.

Oprawa wizualna, jak widać, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Projekty postaci są standardowe dla gatunku, a w trakcie przechodzenia na dalszy plan często pojawiają się deformacje. Ze względu na fanserwiśną naturę tytułu trudno nie zwrócić uwagi na anatomię pań, która momentami wypada całkiem nieźle (jak chociażby w przypadku Olivii), ale momentami bywa nieco przesadzone. Końcówka odcinka nieco uciekła od fanserwisu, ale nie ma się co oszukiwać, doładowywanie punktów życia kontaktem cielesnym może zwiastować tylko jedno. Scen walk wielu nie zobaczyliśmy, chociaż pojedynek Noira ze Żniwiarzem można uznać za przyzwoicie zrobiony – nieco statyczny, ale też z odrobiną przyzwoitej animacji umiejętności magicznych. Blado wypada udźwiękowienie, które totalnie nie radzi sobie z podkreślaniem akcji na ekranie.

Erm, czy ja nie wyrażałam w zapowiedziach jakichś nadziei w związku z tą serią? Na przykład, że powinno się na to chociaż przyjemnie patrzeć? Chyba bezpieczniej będzie na przyszłość na nic nie liczyć… Bo jeśli chodzi o doświadczenie czysto estetyczne, odczucia mam raczej mieszane; jeśli zaś chodzi o opowieść jako taką, jest więcej niż słabo. Zacznijmy od tego drugiego.

Jak wiadomo już od zapowiedzi, rzecz się dzieje w wydzielonym kawałku Tokio, porzuconym przez rząd po jakichś wydarzeniach, o których na razie nic nie wiemy  (ponoć rewolucja to była), i niby bezprawnym, co czyni go łakomym kąskiem dla różnych mafii. Stąd mieszkańców (których choćby cienia na ulicy ani w oknie, ani nigdzie nie uświadczyłam, ale kij z tym) samozwańczo bronią przed nimi tzw. Scard, zebrani w kilka grup, z których bliżej (tzn. z imion) poznajemy Heliosa. Tworzą go „bohater” owej rewolucji Eiji Arashima, jego brat Kazuma i długowłosy Kagami, ponoć nieumiejący walczyć, co mu walczyć nie przeszkadza. Rezydują w jakiejś kawiarni/knajpce, co to wygląda na zdecydowanie zbyt dobrze zaopatrzoną jak na przybytek, którego ewidentnie nikt nie odwiedza, a tym bardziej nie zostawia w nim pieniędzy. Wszyscy noszą „boski tatuaż”, magicznym sposobem pozwalający im odbijać pociski i ciosy tępym bądź ostrym narzędziem (ale nie wszystkie i nie zawsze; dużo kul naraz powoduje też ból). Migawkowo pojawiają się przedstawiciele dwóch innych grup Scardów: Artemis i Biura Porządku Publicznego, odziani w zdecydowanie przestylizowane jak na opisywane okoliczności mundury. Poza rzuceniem kilku tajemniczych zdań niewiele z tego na razie wynika.

Prócz Heliosa po opustoszałych ulicach pęta się niejaki Kai Yamato, również samozwańczo z rewolwerem w ręku broniący owych mitycznych mieszkańców dzielnicy przed wszelakim złem (chciałam przy okazji zauważyć, że mafiom na ogół nie opłaca się wybijać ludzi, z których planują czerpać zyski, i chyba rzadko występują przebrani za negatyw żołnierzy Imperium z Gwiezdnych wojen), chociaż boskiego tatuażu nie posiada. Ma za to przyszywanego i ogólnie smętnego młodszego brata, zajmującego się kuchnią (panują ponoć trudności aprowizacyjne). Otóż ratując przypadkowo spotkanego dzieciaka przed owymi mafijno-imperialnymi napastnikami, Kai wpada na Eijiego, zajmującego się mniej więcej tym samym. Po czym Kai (na razie niedoinformowany co do zamiarów podziwianego przez siebie herosa) angażuje Eijiego w walkę, by dzieciak mógł uciec. Co Eiji, z wdziękiem drewnianego kołka pozujący na miejscową superstar, po pokonaniu go nawet chwali i zaprasza Kaia wraz z bratem do swej knajpy. Miło jest, tyle że totalnie bez sensu i zupełnie nieprzekonująco.

Kolejne spotkanie ma miejsce, kiedy Eiji zostaje znów zaatakowany przez siły zła, szukając owego dzieciaka – jak się okazuje, nie był to przypadkowy sierota, lecz dziecko kogoś ważnego i Helios zgadza się go odnaleźć; zresztą jest to wszystko trochę mętne. Kai znów się wtrąca, niby na pomoc, i zostaje ciężko ranny – zasłaniając sobą gościa, który wyszedłby cało nawet spod ostrzału ciężkiej artylerii. Z kolei Eiji, zapewne z wdzięczności, tak po prostu przekazuje mu swój tatuaż, wzywając przy tym niejakiego Kerberosa (vel Cerbera, pod tym imieniem jest pewnie bardziej rozpoznawalny, ale o sens tego greckiego nazewnictwa na razie nie pytam; tym bardziej o nordyckiego Fenrira, który się tylko w odcinku zaanonsował). Po czym już bez magicznej ochrony, za to w stylu ostatniego sprawiedliwego z jakiegoś westernu, stawia czoło żołnierzom. Kończy zgodnie z przewidywaniami, lecz z papierosem w ustach i wsparciem ozdrowiałego Kaia, któremu niniejszym przekazał pałeczkę miejscowego bohatera. Scena jest niezmiernie wzruszająca… no nie, nie jest, bo jest głupia, nieumotywowana i zwyczajnie bez sensu, a jedyna jej zaleta to wolne skojarzenie z pewnym starym klasykiem gatunku yaoi, gdzie pod koniec pojawia się podobna. Tyle że tam nie myślałam o tym, czy jakby tak zastosować ucisk rany i powstrzymać krwawienie, zamiast odstawiać malownicze pozy, wydarzenia nie potoczyłyby się inaczej, a tu owszem.

 

Zresztą ze wspomnianym gatunkiem już wcześniej trochę kojarzyły mi się wielkie – jak na mężczyzn – oczy postaci i ich styl ubierania się, całkiem-całkiem, tyle że niepasujący do biednych slumsów, jakimi teoretycznie powinna być dzielnica Akatsuki. Już prędzej do magazynu z modą. O mundurach pozostałych Scardów już pisałam… te z kolei pasowałyby do jakiegoś militarystycznego fantasy. Poza tym z twarzami tych niby biszy coś jest dziwnie nie tak. Może to kwestia proporcji, może małego zindywidualizowania rysów, może drewnianej mimiki – co ciekawe, Eiji przez większość czasu jest uśmiechnięty, nawet z papierosem w ustach, ale sprawia to denerwujące wrażenie. Podobnie jak jego dogadywanie podczas walki – nie wiem, w czym rzecz, chyba nie w pracy seiyuu, ale wypadło to strasznie nieprzekonująco. Rozumiem, że miał być cool, ale jest po prostu sztuczny (pardon, był). Poza tym animacja ruchu i walk, łącznie z nadludzkimi ruchami, jest zupełnie dobra i to był ten element odcinka, na który najlepiej mi się patrzyło. Szkoda, że psuł go brak sensu tego, co pomiędzy walkami…

Wreszcie tła. Po zwiastunie było mniej więcej wiadomo, czego się spodziewać (no dobra, bisze wydawały mi się tam ładniejsze), więc nie byłam zaskoczona tymi przekształconymi czy „przefiltrowanymi” zdjęciami, w które moim zdaniem całkiem nieźle wpisują się klasycznie rysowane postaci (to IMO znacznie lepsza opcja niż odwrotnie). No ale to jest kwestia gustu (i pewnie też przyzwyczajenia), czy to komuś pasuje, czy nie, natomiast raz jeszcze muszę zauważyć, że tak bogate i realistyczne tła, zwłaszcza w knajpie Heliosa, po prostu nie pasowały do sytuacji, z którą podobno mamy do czynienia w świecie przedstawionym. Gorzej wypadały elementy 3D w rodzaju ognia, ale też do przeżycia. Tyle, że mimo braku statystów mocno to wszystko angażuje zmysł wzroku i go zwyczajnie męczy. Summa summarum, na razie nie zapowiada się to-to na nic dobrego.

Tag Cloud