Opieki nad słodkim Pochitą ciąg dalszy. Karen zabiera swojego podopiecznego na spacer, gdzie dochodzi do nieszczęśliwego wypadku z erotycznym podtekstem, zabraknąć nie mogło także sceny z zachwycaniem się właścicielki nad jej pociechą załatwiającą sprawy fizjologiczne. Następnego dnia odwiedza ją znajoma, niejaka Mike Nekotani, w celu wspólnej nauki. Sytuacja ta rzecz jasna nie mogła pozostać bez okazji do wykazania się zdolności psiego bohatera – rusza na ratunek nowej dziewoi, tym razem zaatakowanej przez stonogę! Czy mimo ograniczonych możliwości uda mu się ją wydobyć spod bluzki nieszczęśnicy?

Skłamałbym, gdybym napisał, że Karen Inukai nie ma jakichś zoofilskich skłonności. Skłamałbym, gdybym napisał, że w tym anime chodzi o cokolwiek innego niż pokazanie totalnie chorych, erotycznych scen z udziałem psa. Dawno nie widziałem takiego gniota, który odrzuca mnie od ekranu każdą jedną sceną, wypowiedzią czy zachowaniem postaci. Nie wiem też, do kogo adresowane jest to wszystko, gdyż fanserwis i podtekst erotyczny pokazany w tym tytule jest totalnie odpychający i przyprawiający o mdłości. Nie ma też szans, że będzie lepiej – dojdą jedynie kolejne obrzydliwe sceny z kolejną dziewczyną, którą widzimy w trakcie czołówki. Chciałbym napisać coś bardziej konstruktywnego, ale się po prostu nie da. Na całe szczęście kończę swoją „przygodę” z tym anime i Wam radzę zrobić to samo. Szkoda zdrowia psychicznego.

Na pokładzie pojazdu mającego zabrać ją do stolicy Touko poznaje trzy młode kobiety, które z różnych względów podróżują do innych wiosek, aby wyjść za mąż. Nie każda z nich jest pogodzona ze swoim losem, a już zwłaszcza najmłodsza z nich, czyli Kaho, której zachowanie będzie miało znaczący wpływ na dalsze losy naszej bohaterki. Z kolei pokrótce przedstawiony w poprzedniej odsłonie Koushi, czyli mieszkający w stolicy nastolatek, który po pogrzebie matki został sam z chorą siostrą, niespodziewanie otrzymuje zaproszenie od wpływowego człowieka, będącego starym znajomym zaginionego ojca chłopaka. Tenże człowiek złoży nastolatkowi pewną propozycję nie do odrzucenia…

Pierwszy odcinek zapowiadał nietuzinkową i ciekawą opowieść, toteż generalnie opisywałam go w samych superlatywach. Z kolei podczas seansu drugiego epizodu moje odczucia wobec serialu stały się mocno mieszane, więc aż strach pomyśleć, co przyniesie ze sobą część trzecia… Ale do rzeczy.

W poprzednim poście wspominałam o tym, że nie oszczędzono widzowi narracji, ale ostatecznie nie wyszło to tak źle. Narracja nadal jest i nie mam do niej zastrzeżeń, gorzej, że postanowiono użyć triku pod tytułem „jak zapewne dobrze wiesz, ale i tak wyjaśnię na potrzebę fabuły”, który oczywiście wykorzystywany jest w dialogach między bohaterami i brzmi bardzo nienaturalnie. Co gorsza w odcinku dosłownie padły słowa „jak zapewne wiesz”. Tak, wiem, że niektóre książki niełatwo zekranizować, ale myślę, że niektórych rzeczy można było uniknąć. Chyba że jest to przełożenie jeden do jednego dialogów z pierwowzoru… Tak czy siak, im mniej tego typu rozwiązań, tym lepiej. Czas pokaże.

Scenariusz dosłownie podzielono na dwie perspektywy, których zmiany obwieszczają czarne plansze z imionami bohaterów. W wersji książkowej na pewno ułatwia to zorientowanie się kto, co i gdzie, ale w wersji animowanej jest to zupełnie zbędne, wszak historia opowiadana jest za pomocą obrazu i zabieg ten wypada nieco sztucznie. Ale może się czepiam…

Nie wiem jak reszta, ale dla mnie Touko jest bohaterką wyjątkowo frustrującą. Z jednej strony można uznać to za sukces, bo wywołuje u mnie konkretne emocje, ale podejrzewam, że mimo iż pewnie miała taka być (przynajmniej z początku – oby potem się zmieniła…), to chyba chciano uzyskać też u odbiory uczucie sympatii do tego zagubionego dziecka. Cóż, ja tej sympatii jeszcze nie czuję i nie wiem, czy poczuję jeśli dziewczynka w dalszym ciągu będzie tak potwornie bierna i pozbawiona charakteru. Rozumiem uległość i zahukanie, ale z racji tego, że brak tu monologów wewnętrznych (ich nadmiar też nie pomaga, ale nie popadajmy w skrajności), to trudno stwierdzić, co w jej głowie siedzi. Tak jakby twórcy nie do końca wiedzieli, co chcą przekazać obrazem, a co za pomocą słów (a propos tego, co pisałam powyżej) i w niewłaściwych miejscach stosowali poszczególne rozwiązania. I  nie zależało im na tym, żebyśmy polubili główną bohaterką, tylko jakby była narzędziem do pokazywania świata przedstawionego. Lepiej z kolei prezentuje się główny bohater – Koushi. Młody i przynajmniej z tego, co mówią w serialu, bardzo zdolny nastolatek, który znalazł się w bardzo trudnej sytuacji i wobec propozycji nie do odrzucenia. Jakoś tak łatwiej go wyczuć i przez to sympatyzować. Nie wiem, czy to jest kwestia większej klarowności jego wątku, czy tego, że po prostu ma bardziej (nawet na pierwszy rzut oka) poukładany charakter. Jest jakiś taki bardziej konkretny. I co najważniejsze – jego wątek też służy pokazaniu świata przedstawionego, ale chłopak nie jest przezroczysty i zapowiada się na to, że będzie miał realny wpływ na fabułę.

Poprzednio pisałam też, że anime jest miłe dla oka i dla ucha. Dla ucha nadal, do oprawy graficznej też nabrałam mieszanych uczuć. Po pierwsze wszystko wygląda jakoś tak toporniej i bardziej kanciasto niż poprzednio, a momentami nawet płasko i krzywo. I te może i ładne, ale wyjątkowo nadużywane stopklatki, które raczej nie są zabiegiem artystycznym, zważywszy na ogólny spadek formy.

I jak to ocenić? Nie mam zielonego pojęcia, bo to nadal jest wprowadzenie i pewnie jeszcze trochę czasu minie zanim uzyskamy pełniejszy obraz świata, który sam w sobie zapowiada się na ciekawie i szczegółowo wykonany, tylko nie wiem, czy sposób jego prezentacji będzie w pełni udany. Tym bardziej, że jak na razie jedno z bohaterów może części widzów wydać się mało strawnym kompanem podróży… I aż strach pomyśleć, co dalej się będzie działo z oprawą graficzną, bo jeśli mamy do czynienia z narastającym trendem, to niedługo większość odcinka będą stanowiły nieruchome kadry, a tylko w kilku miejscach uraczy się widza jakąś animacją…

Oj, Touko zdecydowanie nie ma łatwo… Nie żeby z nią było łatwo.

Tła malowane przez twórców nie przestają mnie zachwycać. Czy scena będzie trwać minutę, czy tylko kilka sekund, na jej potrzeby stworzyli unikalny i dopracowany rysunek. Wspaniale oddają klimat gry, a nawet go rozwijają, dodając detale i grę światłem, jakiej w oryginalnej grafice nie dało się uzyskać. Aż mam poczucie, że się marnując, będąc widoczne na ekranie tak krótko.

Fabuła dalej blisko podąża za grą, choć intrygują mnie dostrzegalne odchylenia, z których największym jest obecność nowej postaci, Lily, lokalnej liderki ruchu oporu. Zupełnie nową postacią nie jest, co ciekawe pochodzi ze sztuki teatralnej stworzonej przez Yoko Taro. Jej akcja umieszczona była kilkaset lat przed wydarzeniami z gry i była dla niej formą prologu, opisując historię YoRHy i ruchu oporu. Yoko Taro w wywiadach wspominał, że fabuła na potrzeby anime będzie wymagała modyfikacji, więc pewnie dodanie tych elementów ma z tym związek. Mam tylko nadzieję, że choć część fabuły ze sztuki zostanie nam tutaj przybliżona, np. w postaci retrospekcji ze strony Lily, żal byłoby nie mieć dostępu do tego intrygującego materiału.

Zobaczymy, tymczasem 9S i 2B odwiedzają bazę ruchu oporu, w której otrzymujemy kilka kolejnych mrugnięć okiem do graczy w postaci kupców, u których mogli robić zakupy, wraz z leżącym obok stosem rozpoznawalnego ekwipunku, po czym fabuła rusza dalej i poznajemy kolejną postać – tym razem już z gry – Jackass, dość ekscentryczną – żeby nie powiedzieć szaloną – androidkę, z nieustającą pasją prowadzącą badania androidów i maszyn. Wraz z nią odwiedzamy kolejny z obszarów gry, pustynię, a postacie zaliczają krótką scenę walki. Animowaną funkcjonalnie, ale przyznajmy – niezbyt efektownie. Cóż, fani scen akcji chyba nie będą mieli w tym anime czego szukać, ale też nie ona była główną atrakcją oryginalnej fabuły.

Dalej trafiamy do malowniczo oddanego opuszczonego blokowiska, gdzie bohaterowie wypełniają jeden z celów swojej misji znajdując ciało wysłanej tam przed nimi agentki YoRHa. Ten opis fabuły nie brzmi jakoś szczególnie porywająco i faktycznie, po pełnym akcji odcinku pierwszym wydarzenia zdecydowanie zwolniły, ale końcówka pokazuje, że już właśnie znowu rusza z kopyta. Zaraz po znalezieniu zwłok bohaterowie trafiają bowiem do podziemnej pieczary, w której maszyny zachowują się w dziwny i niepokojący sposób, zdając się symulować ludzką prokreację. Po utworzeniu wielkiej kuli z jej środka wypada maszyna wyglądająca jak android – Adam, aby po walce z bohaterami z jego żebra wyszedł również drugi – Ewa. Para ta to będą istotni antagoniści w dalszej części. W grze ich wprowadzenie udało się przedstawić efektowniej, ta wersja wywarła na mnie emocjonalnie słabsze wrażenie. Chyba trochę za mało czasu poświęcono na tę ważną scenę, ale nie będę za dużo narzekał, i tak jest nieźle.

Przy bardziej „klasycznym” prowadzeniu fabuły odcinek wciągnął mnie mniej niż wtręt o religijno-filozoficznym przebudzeniu maszyn poprzednio, ale i tak mi się podobał. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie to godna ekranizacja wybitnej gry. Na oko przystępna i atrakcyjna dla jej nieznających, a i ja jako gracz znajduję tu coś dla siebie. Klimat wylewa się z ekranu, fabuła intryguje, postacie są świetnie zagrane przez seiyuu, seria szczerze godna polecenia!

Coś (w sensie jak wielki pocisk) rozwala mury staro wyglądającego miasta (potem wychodzi, że raczej stolicy). Młoda dziewczyna wraz ze wspólnikiem w brawurowej akcji, w którą zaangażowani są goście z bronią, mnóstwo materiałów wybuchowych i śmigłowiec, wykrada ze skarbca tajemniczą walizkę, nie udaje jej się jednak zatrzymać zawartości – znajdujące się w niej karty rozsypują się po całym królestwie.

Miesiąc później – młody złodziejaszek, Finn przywłaszcza sobie dobra innych ludzi, jednak nie udaje mu się ich sprzedać – a kasy potrzebuje, by ocalić od wysiedlenia sierociniec, który go przygarnął – kupiec mówi mu jednak, że ma coś, co może pójść za wielkie pieniądze – starą kartę, dwójkę pikową, ale zainteresowany stwierdza, że akurat ta rzecz na sprzedaż nie jest. Ciągiem myślowym jednak zasugerowany, postanawia popróbować szczęścia w kasynie… gdzie sromotnie przegrywa. Jak się szybko okazuje, ogrywa go niejaki Lucky Lunchman, gościu, który zawsze ma szczęście dzięki szczęśliwym rękawiczkom. Niestety, kolejna wygrana ściąga uwagę ochrony, która zgarnia ich obu na pogawędkę, w trakcie której okazuje się, że szczęście Lucky’ego wiąże się z posiadaniem i używaniem „Karty”. I tu Finn ma okazję na własne oczy zobaczyć, w jaki sposób te karty działają, bowiem pojawia się nagle kolejny facet, tym razem w gustownym czerwonym garniaku, i uprzejmie prosi o zwrot karty. Wychodzi na to, że on i będący już na miejscu psychopata, który groził Lucky’emu, zdecydowanie się nie lubią, zaczynają coś dziwnego wykrzykiwać i rzucają podobnymi kartami, na dodatek mającymi jakieś dziwne moce. Oraz próbują się zabić. Po ładnej walce na ręce, nogi i kolorowe kulki Finnowi udaje się zwiać ze zwiniętą szczęśliwą kartą. Na próżno jednak ucieka, ścigają go obaj żądni karty panowie – tu mamy ładny pościg zakończony wielkim wybuchem – i odcinek kończy się gdy Finn decyduje ze swoją kartą zrobić dokładnie to, co podpatrzył u przeciwników – czyli jej użyć.

Cóż, skutkiem tego zyskuje zainteresowanie gościa w czerwonym garniaku, który dostarcza go siedziby swojej organizacji. Finn budzi się, dostaje herbatkę,  po czym przychodzi tenże Chris i literalnie grozi, że go ubije, jeśli swojej karty nie odda. Bohatera ratuje telefon, po którym następuje dowiaduje się od nie-kamerdynera Bernarda, o co w tym chodzi – czym są karty, kim oni są, kim są ci drudzy, gdzie są i przede wszystkim, że król Julian daje im błogosławieństwo w odzyskaniu kart. (Tak, to jemu w pierwszym odcinku zwinęli walizkę). A przede wszystkim, że przykrywką organizacji jest superdrogi salon samochodowy, gdzie od tej pory będzie pracował za duża kasę. Należy go tylko wpakować w garniak i nauczyć manier. Potem mamy jeszcze przebitki z zamawiania garnituru, rozmowę Finna z opiekunem sierocińca oraz akcję policyjno-organizacyjną, w trakcie której Finn zarabia pierwsze punkty u Chrisa.

Cóż, do tego projektu podchodziłam jak pies do jeża – raz i dwa, że jest to autorski projekt multimedialny, w dodatku  twórców Kakegurui, którego to anime nie strawiłam. Jak na razie  jednak po dwóch odcinkach wygląda to dosyć interesująco. Oczywiście głównymi graczami będą dwie Tajne Organizacje – oficjalna i mafijna, które wszelkimi sposobami będą sobie utrudniać życia i polować na całą talię, zapewne w celu zdobycia władzy nad światem albo czegoś podobnego. Wielkich intryg (na razie) się nie uświadczy, nie ma nawet jakiejś sugestii – może będą potem. Mamy natomiast już zaprezentowany stosunek prowadzących śledztwo detektywów do dziwnych wydarzeń, zasugerowane przyszłe wtrącanie się nowicjuszki, ustalanie hierarchii przez bohatera, na razie z Chrisem i garść informacji o świecie. Oraz radosną rozwalankę, pościgi samochodowe, wybuchy i walkę wręcz, wszystko w towarzystwie muzyczki tworzącej nastrój, zwłaszcza w kasynie.

Pod względem animacji i projektu postaci pierwszy odcinek sprawiał bardziej dopracowane wrażenie, w drugim już miejscami pojawiały się krzywizny. Walka wręcz i pościgi samochodowe były ładne i dopracowane, postacie poruszają się płynnie, ale łatwo można było zauważyć puste tła w większości lokacji, gdzie kamera skupiała się na bohaterach – jednak przez szybkość wydarzeń i odpowiednie kadrowanie, a także śliczne widoczki i plany ogólne, można było nie zwrócić na to uwagi. No i nie cackają się z krwią – jak ma płynąć, to płynie. Co więcej, zważywszy na zaprezentowane dotychczas zdolności rzeczonych kart, przewiduję ich różne ciekawe (i krwiste) akcje w wykonaniu zwłaszcza dwóch rywalizujących grup. Warto się zatem zastanowić nad dalszym oglądaniem.

Po dwóch epizodach skupionych na relacji Siegwalda i Liselotte trzeci z nich przechodzi do innych wątków – jeden z nich to retrospekcja dotycząca Endou i Kobayashi, drugi zaś przybliża trzecią parę serii (to nie jest spoiler, bo już czołówka zdradza kto z kim), czyli Fiene i Baldura. I niejako z przykrością muszę stwierdzić, że omawianą tu część oglądało się znacznie lepiej niż poprzednie, bo Liselotte widziana oczami Siega w dodatku z komentarzami grających licealistów jest urocza i zabawna, ale już sama postaci tytułowej złoczyńczyni w oderwaniu od tego wszystkiego robi się już delikatnie męcząca – w sensie, ja wiem, że tu chodziło o wykreowanie skrajnego schematu (generalnie wszystko tu jest schematyczne, ale mniejsza o to), aczkolwiek momentami bywa średnio strawnie. I niestety pomimo całej mojej sympatii do głównego bohatera gry – to jednak jego wątek z antagonistką wydaje się na ten moment najmniej barwny.

Zdecydowanie bardziej do gustu przypadła mi relacja Baldura i Fiene – w tej wersji scenariusza rozgrywki postaci drugoplanowych, według których najlepszym przepisem na spędzenie udane dnia jest wspólne rozprawianie się z potworami – ot, dwoje mięśniaków na „randce”. Było to nieco absurdalne, ale naprawdę urocze. Ich wątek dodatkowo popycha fabułę do przodu, ponieważ wyraźnie zasugerowano, że oryginalna fabuła gry przenika do tej zmodyfikowanej rozgrywki i coś mi mówi, iż może się zrobić z tego niezły bałagan. I znowu jedynie w jednej krótkiej scence pokazano tajemniczego jegomościa ze świata realnego, który chyba też ma dostęp do zmodyfikowanego scenariusza. Czy na pewno to się dopiero okaże.

Wątek Endou i Kobayashi może nie popycha fabuły do przodu, ale bardzo zwięźle i zgrabnie zarysowuje początki ich przyjaźni (bo o miłości to chyba trudno w ich przypadku mówić). Przez moment było nawet dosyć dramatycznie, acz o dziwo wcale nie wyszło łzawo – widz dostał coś bardziej poważnego, ale w umiarkowanym stopniu. Najbardziej chyba spodobało mi się to, jak w jednym zdaniu pokazano charakter Shihono, która owszem pociesza Aoto, ale w bardzo spokojny i racjonalny sposób. Ładnie rozbudowuje to jej osobowość, która do tej pory ograniczała się do nadmiernego entuzjazmu skierowanego w stronę konkretnej gry otome.

Jak by to podsumować? Pomysł na fabułę fajny i jak na razie całkiem sprawnie wprowadzany w życie i mimo że zdarzają się słabsze momenty, to jako całokształt oceniam pierwsze trzy odcinki bardzo pozytywnie – można się szczerze pośmiać z tej w gruncie rzeczy bezpretensjonalnej opowiastki, która od strony technicznej urodą może nie grzeszy, bo animacja to chwilami na słowo honoru tu występuje, ale jako niezobowiązująca rozrywka sprawdza się idealnie.

Czy można bardziej romantycznie spędzić dzień?

Wisteria i Marbas przyjeżdżają do miasta, które zdaniem Marbasa jest za duże i za głośne – musimy uwierzyć mu na słowo, ponieważ narysowanie tłumów na ulicach (o animowaniu nie wspominając) okazało się dla twórców za dużym wyzwaniem. Na razie jednak, na samym wstępie, trafiają na inną osobę, która zaprzedała duszę diabłu. Partnerem Harriet, ulicznej złodziejki w wieku mniej więcej Wisterii, jest jednak pomniejszy diablik imieniem Maury, zdolny tylko pomagać jej w przestępczym procederze, ale nie dość ogarnięty, żeby rozpoznać Marbasa w ludzkiej postaci. To omal nie kończy się dla niego tragicznie, jednakże wstawiennictwo Wisterii sprawia, że Marbas darowuje cienkiemu leszczowi życie i zatrudnia go wraz z Harriet, żeby oprowadzili po mieście Wisterię.

Jak łatwo zgadnąć, gdzieś w tym wszystkim kryje się drugie (i tragiczne) dno. Maury prowadzi dziewczyny na opuszczony brzeg rzeki, gdzie zamierza porzucić Wisterię na pastwę potężniejszego demona. Z opresji zostaje uratowana… Nie przez Marbasa, tylko przez dwójkę inkwizytorów (mniejsza, jak oni się nazywają), którzy likwidują demona, a potem oczywiście zaczynają podejrzliwie przyglądać się Wisterii. Tu już interweniuje Marbas, co staje się początkiem bardzo mało dynamicznej walki, a następnie ujawnienia tragicznej prawdy na temat Harriet i Maury’ego.

Nudne, żenująco głupie, a do tego statyczne i brzydkie – to najkrótsze podsumowanie Nokemono-tachi no Yoru. Odnoszę wrażenie, że ktoś zainspirował się Mahoutsukai no Yome oraz Kuroshitsuji, tylko nie dotarło do niego, że w tego typu scenariuszu potrzeba dwóch charyzmatycznych postaci. O ile bowiem Marbas mógłby budzić pewne zainteresowanie (głos ma piękny), o tyle Wisteria ma osobowość porównywalną z chińską podróbką lalki Barbie i służy swojemu demonicznemu partnerowi za akcesorium w rodzaju breloczka do kluczy. To zaś sprawia, że także Marbas staje się nijaki, bo po prostu nie ma z kim grać – ot, snuje się po ekranie i wygłasza mniej lub bardziej drętwe gadki. Zdecydowanie nie polecam.

Tym razem bohaterowie muszą się zmierzyć z sukubem, elektrycznością, psującymi się narzędziami oraz przeziębieniem. Do tego w labiryncie jest coraz mniej skarbów, a co za tym idzie, coraz mniej poszukiwaczy przygód chce się w niego zapuszczać. Nie wygląda to różowo i to nie tylko dla naszej głównej czwórki, a przynajmniej nie wyglądałoby, gdyby nie to, że Saitou odkrywa nowe przejście w labiryncie, prowadzące do nieodkrytych jeszcze pomieszczeń. Wieść niesie się szybko i szeroko, przybywają chmary poszukiwaczy przygód, w tym ci, których przelotem widzieliśmy w poprzednich odcinkach oraz ci, którzy pokazani zostali w tym, czyli nowy starszy mag, oczywiście przepakowany poza granice absurdu, czy drużyna świeżo wybranego chutliwego Bohatera.


Znamy już sporo postaci, a teraz one wszystkie wlezą pod te same skały, zdążając w tym samym kierunku. Czas na zapoznanie ich ze sobą i kolejną dawkę niepozbawionego smaku humoru, jeśli komuś za mało, w co jednak wątpię, bo seria jest jedną z tych zabawniejszych, a przy tym mających spory dystans do siebie, nie wspominając o przewrotności i nieco krytycznym spojrzeniu twórców na pewne aspekty. Jestem szalenie ciekawa kolejnych scenek komediowych, ale również tego, czy zacznie się jakiś konkretny, dłuższy wątek. To ostatnie wydaje się prawdopodobne nie tylko dlatego, że została udostępniona nowa część labiryntu – dla nas, widzów, nie jest to nic niezwykłego – ale dlatego, że Saitou znajduje w jaskini robota sprzątającego ze swojego świata, a wcześniej zastanawia się, za pomocą czego poruszał się wielki golem. To chyba nie jest zagadka na odpowiedź jedną scenką.

Seria jest przecudowna, takoż postaci, w ogóle nie czuć klimatu z typowych isekaiów, anime raczej przypomina mroczne high fantasy dla nieco starszego odbiorcy. Bohaterowie są dorośli i tak się zachowują, nie ma tutaj fanserwisu (nawet sukub nie jest fanserwiśny, tylko zwyczajnie ładnie narysowany!), a grafika jest bardziej niż przyjemna dla oka. Co prawda świat nie jest szczególnie rozbudowany, ale nie tym stoi ta seria, a postaciami i humorem, które nie zawodzą. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że jest to jeden z ciekawszych tytułów w tym sezonie, przynoszący mnóstwo radości podczas oglądania.

 

Aż zacząłem się zastanawiać – czy ja jestem uprzedzony? Do zapowiedzi serii podchodziłem jednak z entuzjazmem i miałem otwarty umysł na duże zmiany, jakie były w nej widoczne… Cóż, trzeci raz stwierdzam dokładnie to samo – przepiękna animacja, techniczny majstersztyk, fabuła od której chce się rwać włosy z głowy.

O ile można nawet mówić w tym przypadku o spójnej historii.  Pierwsze dziesięć minut to czysty zapychacz. Znikąd pojawia się postać z mangi – E.G. Mine, próbuje porwać plant z osady, Vash rusza więc by go powstrzymać, zaczyna się długa i efektowna scena akcji, zostaje on pokonany i możemy o tym wszystkim zapomnieć. Mimo prostoty tego wątku, autorom i tak udało się tam wepchnąć motyw bez sensu. Pod koniec poprzedniego odcinka w osadzie pojawiły się przypominające wirusy roboty, które zaczęły przyczepiać się do mieszkańców. Teraz dowiedzieliśmy się, że ich źródłem jest E.G. Mine, który za ich pomocą… za ich pomocą… za ich pomocą zrobił cliffhanger poprzednim razem, nie potrafię znaleźć innego w nich sensu. Przyczepiają się do ludzi, nie da się ich odczepić, sporadycznie u niektórych robią się czerwone i wybuchają. Dlaczego tylko u niektórych, a nie u wszystkich? Czemu ma więc to służyć, skoro z reguły nic nie robi? Nie mam zielonego pojęcia. Drama dla dramy, akcja dla akcji, nic to nie znaczy, zapomnijmy o tym.

Kiedy byłem już solidnie zirytowany tym zbędnym wtrętem, pojawił się… Knives?! Jest mi w stanie ktoś wyjaśnić, co jest takiego w tej osadzie, że pod rząd zaatakowały ją trzy siły pragnące ukraść ich plant? Następna żądna krwi ekipa wpada, zanim poprzednia się na dobre nie wyprowadzi. Pada komentarz, że Vash ściąga na swoje otoczenie kłopoty, co było faktem uznawanym i w mandze, ale natężenie tam zaprezentowane blednie w porównaniu do tej jatki. Knives powolnym krokiem idąc przez pustynię niezauważony wchodzi do osady (wszyscy byli zajęci walką z E.G. Mine), po czym zaczyna solówkę fortepianową przy barze, ponieważ czemu by nie. Następnie morduje E.G Mine’a, ponownie, ponieważ czemu by nie. Następnie podobnie wolnym krokiem zbliża się w stronę centralnej wieży, morduje ludzi po drodze wprowadzając klimat rodem z horroru, zgarnia umieszczony tam plant, następnie korzystając z ostrzy, którymi zdalnie manipuluje robi wielki pokaz na niebie, a na końcu niszczy całe miasto śmiejąc się maniakalnie. Pokaz na niebie był przepiękny i majestatyczny, piszę to bez sarkazmu, tylko zmiana klimatu była tak duża, że poczułem się jakbyśmy nagle przeskoczyli do innego tytułu.

Narzekałem przy poprzednim odcinku, że twórcy nie dają nam na pół odcinka zapomnieć, jak strasznym i mrocznym zagrożeniem jest Knives, teraz pozostaje mi machnąć ręką, bo wcześniej to było nic. Odcinek ten oglądało się, jakby był to dramatyczny finał normalnie i porządnie zaprojektowanej serii, tylko tutaj pozbawiony całej podbudowy, dzięki której oglądałoby się go z wypiekami na twarzy. Nie wiem jak mamy na serio przejmować się losem osadników, skoro to statyści, którzy mieli okazję wypowiedzieć maksymalnie kilka zdań. Na więcej nie starczyło czasu, bo wypełniała go akcja, akcja, akcja.

Nie wspomniałem o Meryl i Ricardo, bo dalej nic nie znaczą. Mają krótką chwilę przydatności przy powstrzymywaniu E.G. Mine’a, ale poza tym dalej głównie zawadzają, szczególnie Meryl. Nie widać, aby twórcy mieli na nich pomysł. Na serię jako taką twórcy pomysł mają, problem w tym, że jest wybitnie nieudany. Te trzy odcinki tworzą zamkniętą całość i nie udaje im się porządnie osiągnąć nic – ani nie opowiadają wciągającej zamkniętej historii, ani nie wprowadzają dobrze wątku głównego. Patrząc jak mocno przycinany jest oryginalny materiał nie zdziwiłbym się, gdyby seria była planowana na pojedynczy dwunastoodcinkowy sezon. Samo w sobie nie jest to problemem, ale próba zmieszczenia w tym czasie wątku głównego z długiego i rozbudowanego shounena – już tak. Serię już na tym etapie uznaję za straconą.

Uszkodzony przypadkiem naszyjnik Curran staje się okazją do przybliżenia jej przeszłości. Należała do drużyny niejakiego Cariosa, który wraz z partnerami, skutecznie wzbudził jej zaufanie, tylko po to, aby wykorzystać ją jako przynętę na silnego wężowego potwora. Kiedy nasza bohaterka została sparaliżowana jego jadem, Carios wraz z drużyną wykorzystali okazję do jego ubicia i zabrania wartościowych materiałów, a Curran porzucili zostawiając na pewną śmierć. Jej zdolność przeżycia okazała się jednak na tyle silna, że odzyskała przytomność i wróciła do miasta, aby przekonać się o tym, że została okradziona ze wszystkiego, co do niej należało. Plącząc się bez celu w życiu, napotkała przypadkiem na niejakiego Fifsa, który ją zafascynował i pokazał świat smacznego jedzenia. Tak oto porzucona przez towarzyszy, znalazła nową pasję i chęć do życia.

Drugim wątkiem poruszonym w odcinku było zamartwianie się Nicka, jak powinien zrekompensować nowej towarzyszce uszkodzony naszyjnik. Nie mógł znaleźć identycznego, a na dodatek zabrakło mu też inteligencji aby zrozumieć prosty przekaz Curran, która nie chciała po prostu nic w zamian. Rzecz jasna nie wpadło mu do głowy, aby z nią porozmawiać i uzyskać więcej informacji, a fakt ten wytknęła mu dopiero idolka Agate, która szybko załapała o co chodzi. I żyli długo i szczęśliwie…

Skłamałbym, gdybym napisał, że znalazłem w Ningen Fushin no Boukensha-tachi ga Sekai o Sukuu You Desu jakiekolwiek pozytywy zachęcające do dalszego seansu. Mamy tu do czynienia z do bólu sztampową i niesamowicie nudną historią, pozbawioną czegokolwiek co przyciągałoby do ekranu lub dawało nadzieję na przyszłość. Nie ma tu też ani jednej postaci wartej uwagi, cała obsada może nie jest odpychająca, ale zdecydowanie nijaka i apatyczna. Szczerze mówiąc, odradzam wszystkim dalszy seans, chyba że nie mają co robić z wolnym czasem.

Jiro i spółka uciekają przez ludźmi Mezamiego, ale natrafiają na nieoczekiwaną przeszkodę, którą muszą przeczekać. Myaa prowadzi ich do wioski uszatego i ogoniastego ludu, który pozwala im się u nich zatrzymać. Poznajemy lepiej kilkoro z nich, w tym występującego w openingu Melana, wesołego, energicznego i niecierpliwego młodzieńca, który chciałby zostać kiedyś Paladynem, aby móc bronić wioski. W pewnym momencie w okolicach pojawiają się bestie, w tym jedna z czerwonym okiem, i Jiro – mimo że bardzo nie chce zwracać na siebie więcej uwagi, niż to konieczne – musi ponownie scalić się z Kumi i rozprawić z zagrożeniem.


W tym odcinku pojawia się niewiele innych scen, najwięcej czasu jako druga w kolejności dostaje dwójka podwładnych Mezamiego: starszy Guun i młodszy Kiris. Takie niby zwykłe mięso armatnie głównego złego, pierwsi w linii ataku i pierwsi w linii do obrywania za niekompetencję. Wystarczyło jednak kilka chwil z nimi, abym polubiła tę dwójkę zwyczajnych żołnierzy i nie nudziła się oglądając ich rozmowy o niepewnej dla nich przyszłości.


Ta seria co chwilę w taki właśnie sposób zaskakuje jakimś niezwykłym ujęciem banalnego elementu. Jej mocnymi stronami są jeszcze bogactwo i koloryt świata przedstawionego oraz zgrabne połączenie zdawałoby się kłócących ze sobą elementów, takich jak oprawa fantasy i fantastycznonaukowe pojazdy. A także niewyjaśnianie niczego na siłę, jeśli fabularnie nie ma możliwości odpowiedniego tekstu wrzucić, i nawet niewiedza uciekinierki z laboratorium nie jest wykorzystywana jako narzędzie do łopatologicznego zalewu informacji. Całościowo anime prezentuje się naprawdę dobrze, jest wciągające, intryguje niedookreśleniem, powoli budując obraz świata, pozwalając na wyłapywanie informacji i smaczków. Będę oglądać dalej i zachęcam do tego samego.