Opowieści o dalekowschodniej, ale niejapońskiej arystokracji (albo takie, które się nią inspirują) pojawiają się od czasu do czasu w medium manga/anime, ale w dobie pseudoeuropejskich isekai stanowią zdecydowaną rzadkość. Tym bardziej ciekawa byłam, co też takiego kryje się za ślicznymi okładkami kolejnych tomów powieści, która od czasu do czasu pojawiała mi się w proponowanych zakupach na japońskim Amazonie.

Koukyuu no Karasu wygląda na opowieść po części detektywistyczną i po części okruchowożyciową, a wszystko to w pseudochińskich (w co na pewno można by się wgłębić, bo zapożyczeń tu od groma, ale to zadanie dla chętnych) dekoracjach podlanych odrobiną sosu z niesamowitości. Z pierwowzorem styczności nie miałam, ale to, co zaprezentował pierwszy odcinek zostawiło mnie z mocno mieszanymi odczuciami. Zacznijmy jednak od początku.

W głębi cesarskiego kompleksu pałacowego kryje się tajemnicza postać zwana Kruczą Damą (bardzo luźne tłumaczenie), która nijak nie wpasowuje się w sztywne struktury haremu władcy, ponieważ nie spełnia podstawowego obowiązku przebywających w nim kobiet. Ta owiana legendą nietykalna kobieta posiada bowiem magiczne moce, przy pomocy których rozwiązuje najróżniejsze problemy mieszkańców pałacu. Najpierw jednak muszą ją oni przekonać, żeby w ogóle zechciała ich wysłuchać, o czym przekonuje się obecnie urzędujący cesarz Xia Gaojun, który chce poznać tajemnicę kryjącą się za pewnym kolczykiem…

Nie do końca wiem, jak to ugryźć, bo z jednej strony widać, że opowieść na pewno ma potencjał, szczególnie jeśli chodzi o pokazanie codziennego życia ludzi zasiedlających cesarski pałac, z drugiej jednak chce głównie chyba polegać na rozwiązywaniu zagadek kryjących się w jego zakamarkach. A przy takiej ilości ambitnych mieszkańców, którzy w najgorszym razie knują, spiskują i mordują, „spraw” dla Kruczej Damy tu brakować nie powinno. Problem w tym, że dla mnie nie ma tu ani okrucha tajemniczej atmosfery, która chyba powinna być tu obecna, tym bardziej, że serial próbuje być magiczny, a wizerunki tytułowej bohaterki na plakatach promocyjnych czy ilustracjach obiecują tajemnice, magię, ulotne piękno i przede wszystkim subtelność. Tymczasem zarówno tego pierwszego, jak i ostatniego za dużo na razie nie ma, dominuje tu bowiem zasada „mów, a nie pokazuj”. A powinno być chyba odwrotnie. Rozumiem ograniczenia zarówno czasowe (tym bardziej, jeśli twórcy postanowią zekranizować całość materiału źródłowego), jak i niemożliwość sprawnego przełożenia niektórych rzeczy z książki na język animacji, ale jak na razie wszystko jest przedstawiane bardzo bezpośrednio – zarówno fakty dotyczące zagadki tygodnia (chyba taka będzie przynajmniej struktura początkowa struktura tej historii) oraz samej Liu Shouxie (imię tytułowej bohaterki). A to rujnuje trochę hipotetyczny klimat niesamowitości. Przynajmniej dla mnie. Chyba że jednak nie do końca o to w tej historii chodzi… Co jest mocno prawdopodobne, jeśli brać po uwagę chociażby złotego kuraka pałętającego się po pawilonie Kruczej Damy. Aczkolwiek jedno trzeba przyznać – w takim natłoku informacji człowiek się raczej nie zacznie nudzić.

Bohaterowie są też jak na razie mocno spolaryzowani – tzn. cesarz jest do bólu sprawiedliwy, a będąca jego przeciwniczką dawna cesarzowa matka to zło wcielone. Nie wiem, jak będzie z resztą obsady, ale tego typu opowieści zdecydowanie zyskują, jeśli ich bohaterowie malowani są w odcieniach szarości. Muszę jednak przyznać, że w oderwaniu od tego sama Shouxie jest całkiem urocza. Oby to nie była jej jedyna główna cecha…

Technicznie jest… dobrze (?) – tzn. strona graficzna może nie olśniewa, ale wygląda ładnie, miewa też pomysłowo animowane momenty, co jest zawsze na plus. Ścieżka dźwiękowa też niczego sobie (oczywiście stylizowana), chociaż nie powiem, żebym była zachwycona piosenką towarzyszącą czołówce – w oderwaniu od anime pewnie by tak nie raziło, ale to „myyyysteriaaaaaas” zabija dla mnie klimat. Podkreślam słowa „dla mnie”, bo inni mogą mieć na ten temat zupełnie odmienne zdanie. Kwestia gustu.

Czy warto to zacząć oglądać? Myślę, że chyba tak, bo jest to produkcja o tematyce stosunkowo niespotykanej aktualnie w anime (mang się kilka znajdzie) i niegłupia, choć nie wiem, czy wystarczająco wciągająca i jak na mój gust nazbyt bezpośrednia, by na dłuższy czas przykuć uwagę. Ale może się mylę i ciąg dalszy mnie czymś zaskoczy…

Jak dla mnie serial za szybko odkrywa niektóre ze swoich kart…

Rein jest w drużynie Bohatera Ariosa od zaledwie sześciu miesięcy, a jako zaklinacz zwierząt przydaje się głównie przy rekonesansie i logistyce, ale wydaje mu się, że radzi sobie nieźle… Aż do dnia, kiedy nieoczekiwanie zostaje wyrzucony na pysk przez dotychczasowych towarzyszy, z wyglądu i zachowania przypominających złe siostry Kopciuszka. Nasz Kopciuszek… Rein, znaczy, dochodzi do wniosku, że trzeba znaleźć jakąś inną ścieżkę kariery, zaś najbardziej oczywistą wydaje się zostanie poszukiwaczem przygód. Jako że gildia wymaga od kandydatów do tego fachu egzaminu praktycznego, Rein udaje się w dzicz, żeby zaszlachtować kilka goblinów i zebrać zioła. W pewnym momencie słyszy jednak wołanie o pomoc, a chociaż okazuje się, że monstrum, zagrażające uroczej panience, przerasta możliwości bohatera, Rein postanawia bohatersko poświęcić życie, aby pomóc niedoszłej ofierze uciec…

Tyle że zaraz potem urocza panienka załatwia potwora dosłownie z kopa i okazuje się, że nie jest wcale taka bezbronna, tylko głodna. Co więcej, Kanade (bo tak ma na imię) należy do jednej z tak zwanych „wyższych ras” – jest nekoreizoku, czyli kotoludziem (i oczywiście ma stosowne do tego uszka, ogon i nawyki). Po wysłuchaniu historii Reina proponuje mu, żeby zawarł z nią kontrakt zaklinacza, co podobno nie każdemu mogłoby się udać… Odcinek kończy jeszcze kilka aluzji na temat niezwykłych mocy bohatera, który – sądząc po czołówce – zamiast walczyć z Władcą Demonów, będzie teraz kolekcjonować kolejne przedstawicielki wyższych ras.

Wsystko razem składa się na nieszkodliwą i miałką serię z gatunku „jestem wspaniały i zbieram harem”. Rein jest miły, życzliwy i bez pazura; typowy grzeczny chłopiec, którego wyróżnia chyba tylko to, że nie ma ciemnych włosów i oczu, czyli najczęstszego umaszczenia podobnych protagonistów. Kanade jest słodka i energiczna, acz na razie trudno coś o niej więcej powiedzieć. Na plus (poprzeczka jest naprawdę nisko…) zaliczam to, że scena kontraktu nie była fanserwiśna ani nie sugerowała podległości de facto niewolniczej, zaś Kanade (jeszcze?) nie zaczęła flirtować z Reinem. Na minus… Poza dość niewielką ilością ruchu i pustką w tłach chyba najgorsze wrażenie zrobiła na mnie scena zabijania goblinów „na zaliczenie”, tym bardziej że nie wydawały się szczególnie groźne i zajmowały się tylko zżeraniem płodów rolnych. No, ale to moje prywatne wątpliwości. Poza tym, jak pisałam – dzieje się niewiele, odcinek niczym mnie nie zraził, ale też nie porwał. Jeśli kogoś wynudzi, to pewnie nie ma sensu próbować dalej, ale jako sezonowa pasza może się nadać do oglądania.

Era Taishou, czyli druga dekada i lata 20. dwudziestego wieku. Okres, w którym kultura zachodnia (wraz z postępem technicznym) zyskiwała coraz większe wpływy w Japonii, ale tradycja nadal się trzymała nieźle. Niemniej istoty nadprzyrodzone – różnej maści youkai – zdawały już sobie sprawę z tego, że postęp cywilizacji ludzkiej oznacza koniec ich świata i rozsądnie starały się nie wchodzić ludziom w drogę. Dlatego też tanuki z wyspy Awaji przestrzegały bohaterkę niniejszej serii, nazywaną po prostu Mameda (co jest traktowanym tu jako imię określeniem młodego tanuki), żeby jak najszybciej załatwiła swoje sprawy w Osace i wracała do domu. Jak łatwo zgadnąć, słuchanie starszych jest dla mięczaków. Mameda wychowywała się na opowieściach tatusia o nabieraniu ludzi i płataniu im różnych figli, więc uważa, że teraz na nią kolej. Nie docenia jednak detali takich jak znaki wodne na banknotach czy uliczne latarnie poważnie utrudniające sztuczki z liśćmi i błędnymi ognikami. Mówiąc krótko: nic nie idzie tak jak powinno.

Przypadkowe spotkanie z tajemniczą kobietą, która wyraźnie rozpoznaje przynależność gatunkową Mamedy i każe jej wracać, skąd przyszła, wydaje się tylko krótkim epizodem. Jakiś czas później jednak Mameda trafia na spektakl rakugo, tradycyjnej sztuki opowiadania historii, którego gwiazdą jest właśnie poznana wcześniej Bunko. To dla młodej jenocicy okazuje się szokiem większym chyba od wszystkich wcześniejszych: wystarczą słowa, aby oczarować, otumanić i dokumentnie omotać słuchaczy. Kto by pomyślał, że to możliwe? Bunko pojawia się później w idealnym momencie, żeby uratować jenocie futro (bo sztuczki Mamedy są nieudane, ale kto sieje wiatr, zbiera burzę) i odstawić ją na prom na Awaji. Jednakże młoda znajduje nowy cel w życiu: nauczyć się rakugo!

Prawdę mówiąc, obawiałam się kolejnej serii, w której tanuki, rakugo i era Taisho będą dość przypadkowymi wymówkami do pokazania uroczych dziewcząt robiących cokolwiek (na ciebie patrzę, Urara Meirochou), ale zapowiadają się całkiem solidne i sympatyczne okruchy życia, rzeczywiście osadzone głęboko w japońskim folklorze. Fabuła rozwija się bez pośpiechu i nie wydaje się szarpana, chociaż przeskakuje pomiędzy wydarzeniami. Jest też poukładana i logiczna – rozmowy Mamedy ze starszyzną jej klanu, ojcem i Bunko pozwalają ułożyć całkiem spójny obraz świata, a co więcej, seria umie odróżnić momenty komediowe od poważniejszych i nie mieszać klimatów, tylko przeplatać je zgrabnie ze sobą.

W odcinku mamy przegląd klasycznych sztuczek stosowanych przez tanuki, a także paru innych zjawisk z dawnych legend, jak latające łodzie czy Hyakki Yagyou (parada demonów); dowiadujemy się także, że Bunko jest w rzeczywistości kitsune, czyli także przedstawicielką rasy specjalizującej się w przemianach i oszukiwaniu ludzi. Zaskakująco dużo miejsca poświęcono pokazowi rakugo, co świadczy o solidnym potraktowaniu tematu. Aż za solidnym – w segmencie po napisach końcowych Mameda tłumaczy widzom pokazywaną wcześniej historię, Yosanbune. Rozumiem, że jest to przydatne dla młodszych japońskich odbiorców, którzy mogą nie zrozumieć archaicznych sformułowań, ale osoby oglądające serię z napisami nie będą miały problemu ze zorientowaniem się w tej opowieści już za pierwszym razem. Niemniej – nie narzekam, tylko polecam!

Czemu akurat ta seria zyskała zaszczyt wystartowania w przedbiegach, trudno powiedzieć, ważniejsze, że ów zaszczyt kopnął mnie osobiście znienacka i oto niniejszym z pewnym poślizgiem otwieramy jesienny sezon razem z panną… yyy, sprawdźmy w sieci… Aileen Lauren Dautriche! No, bywało gorzej… Pannę poznajemy w prawdopodobnie najgorszym dla niej momencie, kiedy w środku balu (= publicznie!) rzuca ją narzeczony, następca tronu Cedric – sprawdźmy znowu – Jeanne Elmir. Bo woli inną, która jest mniej pyskata i złośliwa, czego dowodem prawdopodobnie malinowego koloru włosy. Osobiście uważam, że okoliczności zerwania zaręczyn świadczą raczej jak najgorzej o księciu, natomiast była już narzeczona zachowuje najwyższą klasę, z uśmiechem życząc mu szczęścia. Chociaż w tym samym momencie spada na nią świadomość, że to przedziwne, oszałamiające uczucie nagłego dejà vu to wspomnienia z poprzedniego życia – oto ocknęła się jako negatywna bohaterka gry otome, w którą grała przed tragicznie młodą śmiercią, i w tym świecie również przeznaczone jej jest zginąć. A dokonać tego ma przebudzony jako demoniczny smok miejscowy maou, zresztą starszy przyrodni brat Cedrica, obecnie na wygnaniu (niedaleko) z racji skażonej krwi.

Nie wiem, czy Aileen jest podła i złośliwa, jak twierdzą zgodnie wszyscy z otoczenia Cedrica – właściwie nic na to nie wskazuje, a sama powód swojego znielubienia widzi raczej w tym, że wyróżniała się wśród rówieśników zdolnościami i pilnością w nauce – ale na pewno jest przebojowa, zdecydowana, inteligentna i odważna. Błyskawicznie dochodzi bowiem do wniosku, że sposobem na uniknięcie pisanego jej w scenariuszu gry losu jest rozkochać w sobie – pardon, oswoić – maou i nie dopuścić do jego przebudzenia w postaci ziejącego ogniem „finałowego bossa”. Drobiazg.

Dziewczyna wybiera się więc do zamku niesławnego półdemona i spotkawszy go w bramie, z miejsca się oświadcza. Wrażenie wywołuje… piorunujące, zresztą z wzajemnością – najwyraźniej Claude Jeanne Elmir uzewnętrznia emocje za pomocą zjawisk powiedzmy że pogodowych. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się oazą spokoju. Potem maou i jego dwaj doradcy (ci ostatni tłumiąc chichot) już bardziej oficjalnie odrzucają propozycję, ale przynajmniej Aileen zostaje odesłana do domu magicznie szybko i z naprawioną odzieżą. Oczywiście się nie poddaje, zmierza do zamku ponownie, po drodze biorąc na jeńca gadającego kruka, a kiedy Claude zjawia mu się na ratunek, traktuje go zaprawionym miłosnym napojem ciasteczkiem. Chyba bez większego rezultatu, ale przynajmniej zyskuje kolejną szansę na rozmowę; w jej trakcie okazuje się, że szczenię fenrira – małą, bo to gatunek, chyba – znalazło się na ludzkich terenach i trzeba je uratować, nie powodując międzyrasowego zamieszania. Aileen zgłasza się więc na ochotnika i do pewnego momentu dobrze jej idzie w starciu z czterema młodymi dworzanami (po szczeniaka zgłasza się zresztą matka), ale potem pojawia się Cedric z narzeczoną i Aileen traci przewagę psychologiczną. Wtedy z niebios w glorii zstępuje Claude, wyraża – publicznie, a miało być bez zamieszania! – wdzięczność za uratowanie poddanego i z tej wdzięczności zabiera dziewczynę na przejażdżkę latającą karocą; na koniec płata jej paskudnego psikusa, by zobaczyć, czy się rozpłacze – ale ona jest twarda – zgadza się iść z nią na bal i uśmiecha tak olśniewająco, że to raczej ona zostanie przez niego ujarzmiona i rozkochana, i to pewnie przed trzecim odcinkiem. No, może piątym.

No więc sympatyczne to jest, nawet momentami zabawne, zresztą przy niewyszukanych środkach komediowych, główna bohaterka ma jak dla mnie same zalety i naprawdę nie rozumiem, czemu scenariusz każe innym traktować ją jak jędzę, skoro nią ewidentnie nie jest, ale kij z tym, taki scenariusz. Maou też chyba jako tako rokuje, bo pod posągowo-wampiryczną urodą dostrzegam przebłyski czegoś… znaczy, trudno powiedzieć czego, chodzi mi o to, że nie jest z czystego marmuru i wyniosłego dostojeństwa, tylko coś myśli i czuje. Cedric i jego klika zaprezentowali się raczej antypatycznie, doradcy Claude’a muszą pokazać coś więcej, ale pewnie wyjdą lepiej. Moim faworytem zostaje natomiast gadający kruk. Najgorzej wypada chyba warstwa technikaliów, a konkretnie wizualna – mówiąc krótko, ubogie to jest strasznie, jak na bandę arystokracji, dwa zamki i straszny lasTM między nimi. Naprawdę bieda! No, zbliżenia dość ładne, chyba że Aileen akurat przesadzi z tuszem do rzęs… Generalnie, jeśli to oglądać, to zdecydowanie nie dla ładnych widoków, ale jakoś mi to nie przeszkadza i nawet chętnie zobaczę, co się dalej będzie działo. Aczkolwiek z racji życiowych kolejną zajawkę popełnię z jeszcze większym poślizgiem, więc nie wstrzymujcie oddechu w oczekiwaniu; już lepiej poświęcić te 20 minut i samemu sobie wyrobić opinię.

Kyouka ma problem. Na naszych oczach rozegra się straszliwy dramat. Z retrospekcji dowiadujemy się, że dziewczynie zdarzyło się raz zapomnieć tekstu – akurat, kiedy śpiewała „swoją” piosenkę, czyli zajmowała środkowe miejsce w grupie. W trzecim odcinku nagle od tego posmutniała i menedżer stwierdził, że to kolejny problem, z którym muszą sobie poradzić. Zanim wyjaśniło się, o co chodzi; myślałam, że ktoś kogoś rzucił albo co najmniej szantażuje, takie napięcie było odmalowywane między Kyouką a jej najwierniejszą fanką. Okazało się jednak, że to tylko nadmierna wiara tejże fanki oraz jej oczekiwania wobec idolki były tak przytłaczające. Kyouka nie chce już występować jako główna piosenkarka, choć kiedy to wykrzykuje, to oczywiście zaczyna świecić. Menedżer uznaje, że najlepszym rozwiązaniem będzie po prostu zmusić ją do tego i już.

To główny wątek tego odcinka, ale cały czas obserwujemy także postępy w popularności TiNgS, których ostatni występ był – jak na ich możliwości – olbrzymim sukcesem. Więcej interakcji z głównymi bohaterkami mają również ich dwie koleżanki z tego samego studia, o których wiemy, że w przyszłości dołączą do TiNgS. Tym razem oglądało mi się odcinek jednak gorzej, nie lubię takich sztucznie nadmuchanych dramatów ani postaci, które chcą pomocy, ale krzyczą, żeby je zostawić w spokoju, bo ich sprawa nie jest przecież ważna – a jednocześnie smęcą na całego, niepokojąc wszystkich zainteresowanych dobrem zespołu. Mniej tutaj także ruchu, jest tylko jeden krótki fragment występu w retrospekcji, a bohaterki głównie rozmawiają – można najwyżej zauważyć, że mają bogatą mimikę.

Cóż, seria zapowiada się na w miarę interesującą w swojej tematyce i nawet ładną, ale ma trochę elementów, które mogą irytować: nijakiego menedżera powtarzającego wciąż, że już wszystko widzi, hiperaktywną bohaterkę, gambaryzm czy idolki w ramach budowy swojej „postaci” eksploatujące do znudzenia jeden schemat zachowania. Na tym etapie historii nie do końca jestem w stanie powiedzieć, na co zostanie położony nacisk, mam wrażenie, że fabuła jeszcze się nie rozkręciła i cały czas oglądam tylko wstęp do czegoś większego. Jeśli każdy kolejny wątek będzie polegał na zauważeniu przez menadżera „problemu” i jego rozwiązywaniu (następna w kolejce jest Rio?), to wrażenie to będzie mi towarzyszyło zapewne do końca serii. Trzeci odcinek pokazał, że taka budowa w tym konkretnym przypadku źle wpływa na dynamizm i płynność fabuły.

Oj, stawka rośnie z odcinka na odcinek… Wcześniej, co prawda Farma przestraszył swoją nauczycielkę, ale ostatecznie doszli do porozumienia i chłopak w zaciszu swojego małego gabinetu tworzył najróżniejsze leki na bolączki trapiące ludzi z jego najbliższego otoczenia. Niespodziewanie jednak ojciec głównego bohatera zostaje wezwany do pałacu, ponieważ stan zdrowia głowy państwa nie jest najlepszy… I oczywiście Farma mu towarzyszy.

Tego, co Farma ma w swoim magicznym oku, nawet aparatem rentgenowskim nazwać nie można, bo jego moc nie tyle pokazuje, co człowiek ma w środku, a precyzyjnie wskazuje chore miejsce. W przypadku Jej Wysokości są to płuca, a chorobą jest gruźlica, na którą leku obecnie nie ma, a całe leczenie polega na uśmierzaniu bólu i dbaniu o komfort pacjenta. Tak właśnie robi głowa rodu de Medicis i głośno protestuje, kiedy zdeterminowany Farma oznajmia monarchini, że jest istnieje szansa na jej uratowanie. Zdesperowana kobieta zgadza się na eksperymentalną terapię chłopaka, ponieważ jej dar potwierdza, że Farma mówi prawdę, a przynajmniej coś, co uważa za prawdę. I w sumie co jej szkodzi, przecież i tak umiera.

No, to ciąg dalszy „cudotworzenia” przez głównego bohatera, który na podstawie wzorów chemicznych wytwarza czteroskładnikowy lek na gruźlicę… Przynajmniej z góry zapowiada, że leczenie nie będzie natychmiastowe i trochę potrwa. Plus za postawę protagonisty, który obserwując ojca, zdaje sobie sprawę, że wiedza to nie wszystko i liczy się również to, jak z pacjentem się rozmawia. Plus za postawę ojca, który słusznie dzieciakowi nie dowierza, a nawet jeśli już akceptuje jego inność, to daje mu jasno do zrozumienia, że skoro ryzykuje, to sam musi być odpowiedzialny za swoje czyny i za ich ewentualne skutki. Minus za ogólne wykonanie i wszechobecną nudę spowodowaną przepakowaniem głównego bohatera. Żadnego napięcia tu nie uświadczymy, bo z góry wiadomo, że Farma sobie poradzi. Znaczy, może się to w przyszłości zmieni, ale na razie wystarczy kilka chwil na zastanowienie się i już bohater zaczyna działać. Pewnie, że nie musi to być tak dramatyczne, jak niektóre seriale medyczne, ale kiedy wszystko idzie, jak po maśle, to trudno wytworzyć jakąkolwiek atmosferę. Wiedza medyczna wiedzą medyczną, ale no właśnie… podejście do pacjenta i sposób leczenia też są ważne.

Tak zwana magia chemii…

Po powrocie do Gildii na Kelvina czeka jej szef – Leo, który prosto z mostu pyta, czy bohater czasem nie przybył z innego świata i czy jest przywoływaczem. Bohater, nie mając innego wyjścia, przyznaje mu rację, po czym dowiaduje się, z niejakim zaskoczeniem, że w tym świecie już się pojawili isekajowicze. Grupa bohaterów z innego państwa, która została przyzwana przez ichnią kapłankę ze względu na przepowiednię, że obudzi się Król Demonów. Leo stwierdza, że jakieś przesłanki wskazują, że jest to prawda – więcej mocniejszych potworów, trudniejsze walki z nimi itp.  – i proponuje Kelvinowi układ. Nie zdradzi jego sekretu, awansuje go w Gildii i pomoże wspiąć się na szczyt, a w zamian bohater (i jego przyszła drużyna) będzie prywatną ochroną miasta i okolic – bo tak serio, na ochronę tych „bohaterów” raczej nie można liczyć, skoro wojna z Królem Demonów wisi w powietrzu. I, jak można przewidzieć, Kelvin się zgadza.

Kolejnym krokiem bohatera jest powrót do handlarza niewolników i zakup wcześniej wypatrzonej półelfki. Wbrew pozorom Kelvin robi to w celu przyłączenia jej do drużyny, wiec potrzebuje takiej z całym, nieruszonym zestawem punktów, żeby mogła mieć dobre umiejętności. Okazuje się, że panienka ma jedną wadę – ciąży nad nią dość nieprzyjemna klątwa, ale wiadomo, co to dla bohatera. Po skutecznym „odczarowaniu” Kelvin zabiera Efil do gospody, w której mieszka, gdzie właścicielka zdecydowanie priorytetyzuje zadania dotyczące kolacji i doprowadzenia panienki do porządku, po czym  następuje szybka sekwencja uczenia Efil o tym, co się robi z umiejętnościami.

W tym odcinku walk nie ma, nie ma też dłuższych fragmentów w których należałoby coś animować w ruchu. Większość rozmów i ekspozycji jest statyczna, nie znaczy to jednak, że pominięto mimikę i małe detale – jak wcześniej pisałam, tu się dużo rusza. Z rozmowy z Leo dowiadujemy się minimalnie więcej o budowie świata i, w końcu, o tym jakimś zagrożeniu. Widać jednak, że bohater nie rwie się szczególnie do wyskakiwania przed szereg, a raczej do kontynuowania tego, co zaplanował – stworzenia zaufanej drużyny, (Cóż, chyba kolejna chętna wisiała w jakichś lochach pilnowana przez potwora… ) i pięcia się na szczyt.

Bohater na pewno będzie miał jakiś harem, na pewno będzie walczył z jakimiś potworami i na pewno się ruszy poza granice miasta (choć szef Gildii raczej by wolał go na miejscu). Jak na razie seria nie obraża inteligencji widza, mimo przeciągania pewnych sytuacji.  I choć niektóre motywy i rozwiązania budzą wątpliwości, nie przekraczają jednak granicy obleśności, na której wyłożyło się kilka innych tytułów. Mam świadomość, że może to się zmienić (patrząc po czołówce i endingu), ale jak na razie Czarny Przywoływacz kwalifikuje się jako tytuł do dalszego obłypania – ale ze względu na wolną ekspozycję zdecydowanie nie dla tych, co wymagają wszystkiego na już, teraz, zaraz.

Moje przewidywania okazały się mylne i przynajmniej na razie scenariusz rozminął się z historyczną prawdą. Ostatecznie Kawakami Gensai nie zabija Shozana, ale sam ginie w pojedynku z Sakuyą, który tym samym ratuje życie Ichibanboshiego. Niestety, chłopak zamiast okazać wdzięczność, całkowicie odcina się od towarzysza, słysząc że zabił swojego ojca. Kiedy na drugi dzień Toudou informuje grupę o nowej misji, Ichibanboshi odmawia wypełnienia rozkazu z Sakuyą u boku. Ostatecznie dowódca Shinsengumi zmienia nieco plany – podczas gdy Akira i Ichibanboshi trafiają do domu uciech jako szpiedzy, reszta grupy wyrusza w miasto w poszukiwaniu informacji o Katsurze Kogorou.

Przebrana za gejszę Akira o mały włos nie kończy tragicznie, gdy próbuje podsłuchać podejrzaną grupę samurajów. Na szczęście z opresji ratuje ją inna gejsza, zabawiająca Katsurę i jego towarzyszy, Ikuchiyo. Dzięki niej Akira ma okazję spędzić z podejrzanymi trochę czasu. Tymczasem reszta grupy rozdziela się, po raz kolejny mając w nosie wytyczne Toudou. Jednak przechadzka po mieście okazuje się kształcąca, ponieważ w ostatecznym rozrachunku wszyscy trafiają do domu uciech i to w ostatniej chwili, by pomóc Ichibanboshiemu i Akirze, którzy zostają zdemaskowani. Dochodzi do pojedynku między Shinsengumi a grupą Katsury – niemałą rolę odgrywa w nim także Ikuchiyo, która gejszą wcale nie jest…

Trzeci odcinek był zdecydowanie bardziej dynamiczny, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że całość jest okrutnie niemądra. Shinsengumi nie ma szans funkcjonować jak trzeba, skoro jego członkowie w ogóle ze sobą nie rozmawiają, mają w nosie polecenia przełożonych i popełniają proste błędy. Sytuacja z Sakuyą rozbroiła mnie, bo rozumiem, że Ichibanboshi nie należy do najbystrzejszych protagonistów, ale on się nawet nie zainteresował, dlaczego Sakuya zrobił coś tak strasznego, jak zabójstwo ojca. Nie zapytał, nie zaproponował rozmowy – po prostu uznał, że nie chce mieć z towarzyszem (który właśnie ocalił mu życie) nic wspólnego… Do tego dochodzi reszta grupy, która robi, co jej się żywnie podoba. To już kolejny raz, gdy Toudou prosi ich, by poinformowali go, czego się dowiedzieli, a oni tego nie robią. Na razie ich zachowanie uchodzi, bo koniec końców i tak trafiają we właściwe miejsce, o właściwym czasie, ale zawsze zostaje „co by było, gdyby”. W sensie, nie robi to dobrego wrażenia, sprawia za to, że fabuła wydaje się niedopracowana i szyta grubymi nićmi. Działania bohaterów są pozbawione logiki – gdyby nie cudowne zbiegi okoliczności wymuszone przez twórców, większość grupy byłaby już martwa. Do tego dochodzą okazjonalnie wrzucane migawki z przeszłości poszczególnych postaci, prezentujące, jak cierpią. Takie łzawe usprawiedliwienie tego, że zostali przestępcami, bo życie ich skrzywdziło.

Cóż, nadal ogląda się to przyjemnie, ale te wszystkie idiotyzmy jednak dają po oczach. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku wydawało mi się, że seria wzniesie się ponad przeciętność, tymczasem z odcinka na odcinek poziom fabularny leci coraz niżej. Całość ratują głupie, ale mimo wszystko sympatyczne postaci. Można rzucić okiem, pod warunkiem, że nie ma się na liście do obejrzenia nic lepszego, nawet w kategorii oklepany shounen.

Pierwsza połowa odcinka do mecz między drużyną naszych trzech bohaterek (i dwóch robotów) o nazwie RISE a jakąś inną grupą idolek-sportsmenek w finałach Kanagawy. Ogląda się to jak pokaz slajdów z minimalną ilością ruchu oraz komentatorem w tle, którego słyszymy, ale ani razu nie widzimy. Co ciekawe – i typowe dla tej serii – czas ekranowy podzielony jest tak, aby również pokazać plany i emocje drużyny przeciwnej. Nie na tyle, aby ją jakoś dobrze poznać, ale zauważalnie i jakoś tak… naturalnie? Zresztą, wszystko tu wypada nadzwyczaj naturalnie, jakby to nie było anime z odlotowymi butami i androidami ładowanymi na stanowisku przez noc jak odkurzacze, ale dokument z życia zwyczajnych ludzi.

Najzwyczajniejsza jest tu zaś główna bohaterka, tak zrównoważona i spokojna, że ze świecą szukać podobnej w innych seriach. Wydaje się mało atrakcyjną opcją jak na centralną postać, ale w momencie, kiedy cała seria jest taka jak ona, to ogląda się zaskakująco dobrze. Tym razem dodatkowo udaje jej się pokazać, na co ją stać: po wielu dniach intensywnych treningów (mało edukacyjnych – powinna paść trupem z przepracowania) w końcu znajduje swoją rolę w drużynie, oczywiście związaną z szybkością – biedaczka z przeciwnej drużyny, która została wyznaczona do krycia Hiyori, ledwo zipała.

Druga połowa anime przede wszystkim zaskakuje ruchem, okazuje się bowiem, że twórcy oszczędzali środki, aby zanimować króciutki występ RISE – Hiyori, Saki i Sumi na scenie to jak na razie najlepiej się prezentujący fragment tej serii. Dwie ostatnie stresują się przed występem, ale mając obok siebie dojrzałą i spokojną Hiyori, nie muszą się tak naprawdę obawiać. To nie są postaci do pokochania, to nie są postaci fanserwiśne, nawet nie za bardzo ciekawe, bo poza związkiem ze sportem i muzyką, niewiele o nich wiemy – nic o ich codziennym życiu czy relacjach z innymi ludźmi, ale z jakiegoś powodu – być może przez swobodny, niewymuszony realizm, z jakim przedstawiany jest aktualny wycinek z ich życia – przyjemnie ogląda się ich poczynania.

Mam wrażenie, że twórcy wiedzą co robią i się na tym znają – temu tytułowi naprawdę wiele brakuje, jak na dłoni widać oszczędności na ludziach i czasie, ale te braki są stale równoważone innymi sposobami, aktywnie maskowane, do tego przemyślano, co jest priorytetem, i na tym się skupiono. Dziwna seria, niby słaba, ale jednak walczy o siebie – i to z powodzeniem. Trudno nie docenić.

Yuuhi jedzie do domu dziadka, w którym teraz mieszka także ciotka z rodziną. Na miejscu opowiada Crezantowi, jak stracił rodziców i jak przez te dziesięć lat mieszkania z dziadkiem ten go traktował. Okazuje się, że tatuś bohatera był detektywem policyjnym, który został zabity, mamusia zniknęła po załamaniu  nerwowym, a pieczę przejął dziadek, który zaczął pranie mózgu i stosowanie łańcuchów na dzieciaku, który nie zawsze przyjmował jego „nauki” o paskudnej ludzkości. Ku zaskoczeniu Yuu leżący w szpitalu dziadek prosi go o wybaczenie, ponieważ przez dziesięć miesięcy, które spędził z rodziną ciotki i młodszą kuzynka Yuuhiego, zrozumiał (sic!), że źle postępował. W tym momencie nie dziwię się, że chłopak ucieka, wykrzykując w trakcie biegu (raczej przez korytarze szpitalne, bo gdzie indziej) wszystkie zarzuty, jakie do niego miał, i wytykając wszystkie przewinienia i złe traktowanie ze strony dziadka. Tylko szkoda, że nie powiedział mu tego, zanim uciekł. Na zewnątrz czeka na niego kolejny golem, za to brak jest Samidare, która by go znów uratowała. Yuuhi ucieka przed nim w góry i udaje się mu go pokonać, w międzyczasie odkrywając miejsce, gdzie może się skontaktować z Księżniczką – we śnie. Krótka radość ze zniszczenia golema zostaje przerwana przez telefon ze szpitala – dziadek właśnie umiera, ale po krótkiej walce ze sobą Yuuhi prosi Crezanta o spełnienie życzenia – tym samym dopełniając formalnego zawarcia paktu z jaszczurem.

Po powrocie do domu bohater jest bardziej pewny siebie, lepiej mu się też trenuje z Samidare. Wtedy także pojawia się nowa postać – Rycerz Sprawiedliwości, Superbohater Shinonome Hangetsu – z efektownym (specjalnie) wejściem z powietrza, i jego Rycerz Pies – Ludo Chevalier (w skrócie Saw), ale po krótkim przestawieniu się, szybko zmywa się do pracy. Pojawia się ponownie gdy bohaterowie wracają do domu, wkurza Samidare, podwiewając jej spódniczkę, i robi pokazówkę, gdy dziewczyna nie może go dorwać. Okazuje się, że jak mistrz starożytnych sztuk walki chciał ocenić, jaką ma siłę, po czym razem z Ludo podsumowują, że skoro polega na sile (i Yuuhi też) to raczej im się nie uda pokonać Złego. Co bohaterów prowadzi do dwóch wniosków – Samidare chce być silniejsza, a Yuuhi stwierdza, że chyba nie powinien im mówić o zamiarach Księżniczki w stosunku do Ziemi.

Animacja dalej koncentruje się na nieruchomych zbliżeniach twarzy/pyska bohaterów, statycznych dalekich planach, statycznych bliskich planach, nielicznych postaciach i pustych tłach. Dodatkowo pojawia się też przestrzeń „senna”, gdzie kontaktują się Yuuhi i Samidare, składająca się z ziemi, kamienia i ściany z płaskorzeźbą, wszystko ekspresyjnie rozmazane na krawędziach i niewyraźne. Przynajmniej nowa postać wygląda na dorosłą, niestety z kolei pies miejscami wygląda jak zezowaty krokodyl.

Wyjaśniono w końcu, co stało się z rodzicami bohatera i czemu dziadek się tak zachowywał, pozostaje jednak pytanie, czemu dzieciak nie wylądował u ciotki, tylko na dziesięć lat u psychopaty, który najwidoczniej dopiero na łożu śmierci i po kilku miesiącach kontaktu z innym dzieckiem pod okiem jego rodziców doszedł do oszałamiających wniosków, że źle robił. Ach, zapomniałam, prawa anime. Zrozumiała jest natomiast reakcja i niechęć bohatera do podejmowania własnych decyzji, na plus, że samodzielnie (no dobrze, z małą zachętą Samidare) decyduje się też coś z tym zrobić.  Pojawienie się kolejnego „Rycerza” też jest miłym zaskoczeniem, bo w końcu na ekranie jest ktoś inny niż dwójka bohaterów. Co nie zmienia, że ich relacje są nadal dosyć grubymi nićmi szyte i jakoś nie mogę uwierzyć w tę miłość od pierwszego wejrzenia. Niestety, tytuł nadal nie zachwyca wykonaniem i rozłożeniem akcentów – wszystko jest drętwe i nijakie, bohaterowie nie wzbudzają żadnych większych emocji, fabuła i zagrożenie – jak na razie tylko w postaci jeden golem na odcinek. Podobno pierwowzór lepszy – no, jeśli twórcy chcą go wepchnąć w 12 odcinków, to naprawdę, życzę powodzenia im, a reszcie sugeruję jednak rzucić anime i sięgnąć po niego.