Początek drugiego odcinka zastaje widza dokładnie tam, gdzie skończył się pierwszy – czyli Peter leży w łóżku z rozanielonymi Ogrzycami, a do drzwi puka jego ukochana Luvellia. Spanikowany bohater wpycha panienki do szafy i dowiaduje się od narzeczonej, iż czas oznajmić jej ojcu (szefowi Gildii), że zamierzają się pobrać.

 

Na miejscu okazuje się, że tatuś ma zgoła odmienne zdanie i oczekiwania. Albowiem małym dziecięciem będąc, Luvellia przynosiła tatusiowi kwiatki i obiecała, że kiedyś za niego wyjdzie, więc ma on skłonności mordercze wobec każdego, kto się do córeczki ośmieli zbliżyć. Jednakże Luvellia nie pozwala ubić Petera na miejscu, tatuś (nie)przyjmuje do wiadomości fakt zaręczyn, a w Gildii rozpoczyna się wielka uczta i zabawa z tej okazji, oraz z okazji wygranej bohatera w turnieju.

 

Na zabawie pojawiają się też Ogrzyce, które gratulują Peterowi oficjalnych zaręczyn, ale też oznajmiają, że nie zrezygnują ze starania się z nim o potomka. Co uświadamiają bohaterowi nadzwyczaj wymownie (cenzura). Potem następuje część dotycząca obmacywania, panikowania, postawienia się szefowi Gildii i deklaracji miłości do Luvelli. A na koniec Peter i tak ląduje z Ogrzycami w łóżku.

 

Fabularnie nie posunęliśmy się w drugim odcinku ani o jotę, pominąwszy niezdrowe ciągoty… Przepraszam, nadopiekuńczość tatusia Lovelli i furiacki temperament. Sama panienka nadal jest czysta i dziewicza jako ta lelija, i wykazuje pewne oznaki kompleksu Elektry, choć tatusiowi umie się postawić. Ogrzyce są nadal elementem komediowo-seksualnym, napalonym na bohatera i jego nasienie, wbrew jego bardzo wyraźnym protestom. Natomiast sam bohater ma wyrzuty  sumienia, że zdradził ukochaną, wyraźnie nie chce powtórki, nawet protestuje, ale robi to po raz kolejny, „bo fizjologia” i generalnie Ogrzyce go zmusiły. A potem jest bardzo zadowolony z rezultatów… plus ma oczywiście lekkie poczucie winy, że znów zawalił. Od razu mówię, nie podoba mi się to przemycane chyłkiem jako element komediowy „protestował, ale skoro fizjologia przemówiła, to mu się podobało, więc pewno tego chciał”.  Głównie dlatego, że konkluzja sugeruje, że „protest” to takie gadanie na pokaz, a potem i tak są wszyscy zadowoleni.

Pod względem graficznym odcinek zaczyna wykazywać tendencje spadkowe, jest jak zwykle cenzura punktowa na cyckach, statyczne kadry z postaciami (tatuś w furii, ludzie na przyjęciu), ruchome elementy fanserwisu (podskakujące cycki i bioderka różnych panienek) oraz takie kadrowanie, żeby nie było widać większego kawałka postaci.

Drugi odcinek rozpoczynamy retrospekcją pokazującą spotkanie Sapphe i doktora Glenna, jeszcze w czasach wojny ludzi i potworów… Co oznacza, że czegoś mocno nie rozumiem, skoro, jak wynika ze wstępu w odcinku pierwszym (tak, celowo go powtórzyłam), po wojnie ludzie i potwory dopiero „uczyli się” koegzystencji i w międzyczasie zdążyli jeszcze walnąć gigantyczną metropolię z architekturą przyjazną dla wszelkich stworzeń latających, pływających i łażących po świecie. Ale w sumie, co to ma za znaczenie? Wstęp jest ni przypiął, ni przyłatał, bez specjalnego związku z treścią odcinka.

Tym razem udajemy się do dzielnicy(?) zamieszkanej przede wszystkim przez syreny, z domami o nadwodnych i podwodnych kondygnacjach. Doktor Glenn i Sapphe spędzają przyjemny dzień na mniej i bardziej niezbędnych zakupach, zaś w drodze powrotnej zatrzymuje ich syrenka będąca uliczną (kanałową?) śpiewaczką. Doktor Glenn zgadza się zapłacić za występ wokalny, ale bystrym i fachowym okiem w lot dostrzega, że z płetwiastym dziewczęciem coś jest nie tak. Przekonuje ją do przyjęcia darmowej porady lekarskiej (jak się okazuje, wsadzanie syrenkom palców w skrzela powoduje orgazm albo przynajmniej bardzo podobne objawy), potem zaś następuje ciąg wydarzeń niemających specjalnie sensu, za to dramatycznych i kończących się tym, że syrenka ma u doktora dodatkowy dług wdzięczności, zaś Sapphe kolejną panią, na którą będzie łypać podejrzliwie.

Tak jak poprzednio, odcinek był nudny, ale jeszcze mocniej niż w historii z centaurzycą daje się odczuć sztuczność wyreżyserowanej sytuacji – liczbę zdumiewających zbiegów okoliczności potrzebnych do uzyskania mało zresztą interesującej puenty. Zaskakuje mnie też na swój sposób, jakim cudem miasto pełne zróżnicowanych pod względem wyglądu i sposobu życia ras może wyglądać tak potwornie nieciekawie. W tym odcinku widzimy coś w rodzaju podróbki Wenecji (łącznie ze szklanymi pamiątkami), składającej się z identycznych domów i kanałów, po której bohaterowie poruszają się topornie narysowaną gondolą. Pieśń syreny… Byłaby ładna, gdyby nie brzmiała tak okropnie sztucznie. Nie tylko w niczym nie przypomina głosu seiyuu grającej syrenkę, ale nawet swoim niewyrobionym uchem mogłam złapać, że brzmi jak przeciętne nagranie studyjne, z wyczyszczonym do imentu tłem, tak jakby nikomu nie chciało się tego podrasować, żeby brzmiało ciut bardziej naturalnie.

Czekam na odcinek trzeci i chciałabym móc napisać, że tę serię przynajmniej lekko się ogląda, ale nie mogę otrząsnąć się z przekonania, że okropnie zmarnowałam dwadzieścia kilka minut mojego czasu (nie licząc czasu na napisanie zajawki). Oraz że posortowanie prześcieradeł w szafie byłoby bardziej pożyteczne i interesujące.

Trzeci odcinek skupia się na tematach szkolnych. Specjalną lekcję ma poprowadzić jeden z Siedmiu Starszych Demonów Cesarzy – Ivis Necron. Anos zostaje poproszony o odpowiednie zachowanie, jednakże wszystkim opadają kopary, gdy do niemal półboga demonicznego świata zwraca się niczym do starego kumpla. Co gorsza, chwyta go za twarz i próbuje przywrócić wspomnienia sprzed dwóch tysięcy lat. W tym momencie dowiadujemy się, dlaczego nikt nie zna Anosa Voldigoada – ktoś usunął cesarzom pamięć, a samego Króla Demonów przemianował na Anosa Dilhevię. Kto to zrobił? Nie wiadomo, ale wreszcie odkryto przed nami odrobinę tajemnic świata przedstawionego.

Nadchodzi też czas pierwszego z egzaminów. Tym razem uczniowie podzieleni na grupy mają szukać skarbów w lochach, a za każdy z nich otrzymają punkty. Mimo zniecierpliwienia Sashy, główny bohater nie przejmuje się niczym – ma zamiar wyruszyć na najniższy poziom, gdzie znajduje się magiczne berło premiowane maksymalną liczbą punktów. Cóż, wśród jego towarzyszek nie wywołuje to już zdziwienia. Na samym dole znajduje się też komnata z innymi magicznymi skarbami, a jeden z nich – płaszcz feniksa, Misha wybiera jako prezent urodzinowy dla swojej siostry. Niestety, sytuacja się komplikuje – wykorzystując nieuwagę Anosa, Sasha rani Mishę sztyletem, próbuje także z nieznanego powodu uciec z berłem. Widać, że się gdzieś spieszy, mimo że w pojedynku z Anosem nie ma większych szans. Ucieczkę umożliwia jej wyleczona tymczasem przez głównego bohatera młodsza siostra, która postanawia zdradzić tajemnicę dotyczącą swojej osoby. Poznamy ją jednak dopiero w przyszłym odcinku…

Zawiązanie fabuły wypada dość przeciętnie – poznajemy garść faktów, ale ciągle wiemy bardzo niewiele o świecie i bohaterach. Nadal nie został też zarysowany główny wątek fabularny, a historia pozostaje epizodyczna. Nie przekonało mnie również zachowanie Sashy, które wzbudziło moje podejrzenia już w poprzednim odcinku. Obawiam się, że zakończenie tego wątku nie będzie szczególnie emocjonujące – jasno widać, co się kroi. Czy jest to jednak złe anime? Na pewno nie. Udaje mu się sztuka dość trudna – nie zrazić widza wszechmocnym bohaterem. Jest to głównie zasługa charakteru Anosa i jego stosunku do otoczenia, a także dość swobodnego podejścia do życia – jest wiarygodny w tym, co robi. Na pewno swojego potencjału nie wykorzystują bohaterki, z których jedna zachowuje się wyraźnie niekonsekwentnie, a druga tylko plącze się po ekranie i rzadko wykazuje jakieś przejawy charakteru czy motywacji. W bardzo dobrym sezonie, pełnym ciekawych serii, pewnie bym ten tytuł porzucić, ale ogórkowy sezon letni roku 2020 nie grzeszy bogactwem – stąd też będę kontynuował seans. Nie ma tu nic, co mogłoby zachwycać, ale ogląda się to przyjemnie, a wątki są dość zróżnicowane i nie nudzą.

Odcinek otwiera wspomnienie z przeszłości – mała dziewczynka omal nie wpada pod koła samochodu, ale w ostatniej chwili z opresji ratuje ją chłopiec w podobnym wieku. Kiedy sen się kończy, widz dowiaduje się, że owa mała dziewczynka jest już dorosła i bardzo spóźniona, szefuje także niedużemu studiu produkcyjnemu, któremu ostatnio się nie wiedzie. Ich jedyny rozpoznawalny program, poświęcony niewyjaśnionym fenomenom, traci widzów. Kiedy próba zaprezentowania w nim popularnej youtuberki kończy się katastrofą, co może skutkować utratą ostatniego sponsora, bohaterka postanawia chwycić się ostatniej deski ratunku.

W mieście krąży legenda o tajemniczych zniknięciach ludzi, którzy przeniesieni trafiają w zupełnie inną część miasta. Już zmarły ojciec bohaterki prowadził reporterskie śledztwo w tej sprawie, a ona postanawia je kontynuować. W tym celu umawia się na spotkanie ze znanym profesorem. Jednak w drodze na spotkanie ktoś wpycha ją pod pędzący samochód – oczywiście w ostatniej chwili na ratunek przychodzi jej tajemniczy przystojniak, który wydaje się manipulować czasem (i przy okazji wcale nie jest podobny do chłopca, który to samo zrobił wiele lat temu). Jednak oczy w kolorze burzowej chmury skutecznie odciągają uwagę bohaterki od tego faktu. Dociera ona w końcu na spotkanie, gdzie czeka na nią jeszcze jeden przystojny pan, który z zapałem tłumaczy jej hipotezy, dotyczące zniknięć. Zapomniałabym o popularnym idolu, którego bohaterka spotyka w sklepie, oraz wiszącym w powietrzu czwartym przystojniaku, obserwującym cały ten bałagan z góry. Gdzieś w tle plączą się jacyś źli ludzie, a w ogóle cała historia kręcić się będzie wokół ludzi, którzy w wyniku ewolucji zyskali supermoce…

Opis sugeruje, że działo się dużo, ale nie czarujcie się, nuda w sumie. Główna heroina jest mdła i nijaka, i w zasadzie cały odcinek spędza wpatrując się w kolejnych biszy. Zresztą panowie też nie wyróżniają się z morza innych bohaterów haremów – to te same dobrze znane typy, obdarzone dwiema na krzyż cechami determinującymi cały ich przystojny żywot. No męski harem pełną gębą, przewidywalny i głupiutki – można oglądać bez dźwięku i nic się nie straci. Taki klasyczny animowany mózgotrzep dla spragnionych ładnych narysowanych buź (i niczego więcej). To nie jest żaden zarzut, tylko stwierdzenie, ponieważ nie jest seria, którą ogląda się dla fabuły. Inna sprawa, że przynajmniej na razie twórcy sugerują, że opowiedzą jakąś historię, chwilami zapewne pełną taniego dramatyzmu i kiczu, ale jednak. Po prostu jeszcze jeden przeciętniak na półce z anime na podstawie gier randkowych, do bólu tendencyjny, ale oglądalny.

W przetrwaniu seansu (i niezaśnięciu) pomaga niezła grafika – projekty postaci są ładne i dopracowane, i nawet da się rozróżnić biszy (niekoniecznie po kolorze włosów). Podobała mi się kolorystyka oraz chwilami bardzo dopracowane tła z dużą liczbą detali (ładny pokój bohaterki, nie tak sterylny i pusty jak to zwykle bywa). Muzycznie jest słabiej – czołówka wykonywana przez seiyuu jest pozbawiona wyrazu i zupełnie nie zapada w pamięć. Nieco lepiej wypada ending, ale to też nie jest coś, co widz będzie nucił cały dzień.

Cóż, na razie taka trójeczka z plusem (za grafikę).

No cóż, dziewczętom w tym tygodniu emocji nie zabrakło, czego ja o sobie raczej nie powiem, bo właśnie ziewam serdecznie, skończywszy odcinek. Niemniej są nowości – i nadal nie ma klasycznego idolkowania, co może być istotną informacją dla fanów gatunku. Albo i nie, trudno mi orzec. W każdym razie nie jest to takie, jak się spodziewałam (może i dobrze), raczej podpada pod kategorię „mniej lub bardziej słodkie dziewczęta robią różne rzeczy, by zacieśnić przyjaźń i osiągnąć mniej lub bardziej doraźne cele, trochę wspierając się przy tym magią”. Tak, wiem, mało zgrabne i na akronim się nie nadaje…

Dzisiejszym doraźnym celem naszej kolorowej piątki jest zdobycie odpowiedniej liczby punktów w turnieju czegoś, co przypomina wspomaganego magicznie skutego. Nie do końca się połapałam w zasadach – choć wydają się proste jak budowa cepa: skuć kogoś z przeciwnej drużyny, a samemu uniknąć skucia lub złapać piłkę; stosować można tylko jeden wybrany rodzaj zaklęcia – albo dziewczęta je trochę naginały, razem z prawami natury, przyspieszając swoje reakcje, zwiększając chwilowo siłę, łapiąc i rzucając piłkę włosami, wznosząc ściany z trawy… Ewentualnie samym twórcom się pomerdało lub nie chciało dopilnować. A najprawdopodobniej graczek było po prostu za dużo, za dużo gadały i dlatego się pogubiłam. W sumie nieważne, a raczej nudne.

Przy okazji okładania się piłką i wymiany standardowych w takich sytuacjach przechwałek oraz gambarycznych okrzyków, plus demonstrowania owych dziwacznych pomysłów na magię, poznajemy nieco bliżej kolejne panienki, głównie z grupy Niebieskich, w tym dwie, których imiona zapamiętałam od strzała, bo trudno nie – Angelica i Lucifer. Przy czym obie mają równie ogniste temperamenty, o czym świadczy nie tylko entuzjazm przy piłce, ale i pokłócenie się ze sobą w trakcie gry bądź co bądź zespołowej. Potem była jeszcze Alfa (ta od rzutu włosami), kocia Salsa i jakaś trzecia; wielkie szychy, bo należące do Czarnych, a poza tym mające niesamowite umiejętności. I kilka innych, ale serio, nawet patrząc na portrety całej dwudziestki na AniDB, nie jestem pewna, które to były (właściwie to pomyliłam tę trzecią Czarną z inną grupą i połapałam się dopiero przy robieniu zrzutek). To tyle w temacie liczby bohaterek, grubo za dużej, żeby je choć próbować zapamiętać*. Aha, nasza piątka omal turnieju nie wygrała, dzięki Tiarze i jej ścianie trawy, ale zasady punktacji były przeciwko nim. Przy okazji, to trochę niesprawiedliwe, że można kogoś walnąć od tyłu i zdobyć punkty, kiedy już mu się wydaje, że mecz skończony.

Ponadto pierwszą część odcinka urozmaiciły dąsy Lavie, że Ashley zapomniała o jej urodzinach i obiecanym prezencie. Fakt, że blondi zachowywała się jak dziecko w wieku przedszkolnym i kładła z tego powodu grę, nikogo nie dziwił ani nie obruszał, za to uświadomiona wreszcie Ashley się pokajała i obiecała jej uszyć kawaii strój, albowiem jest uzdolniona w dziedzinie robótek ręcznych, zwłaszcza szycia. Bez magii, zaznaczam. Pogodzenie się tych dwóch wydatnie pomogło w prawie zdobyciu zwycięstwa, ale Lyn też się przyczyniła, jak zwykle zaklęciem z książki. Co więcej, podczas poturniejowego grupowego moczenia się w ichnim jaccuzi do panienek Niebieskich dołączyły Czarne zwyciężczynie w celu pogłębienia nawiązanej właśnie znajomości, co pozwala mi sądzić, że przesłaniem odcinka rzeczywiście było „miłość i zgoda to domu ozdoba”. Czy tam szkoły z internatem. Aha, naście nagich dziewcząt w wodzie po piersi to chyba fanserwis, ale bardzo umiarkowany.

Taka też jest moja opinia o serii – niby nie mam się za bardzo do czego przyczepić, bo żadne grube błędy czy wypaczenia (także rysunku) mi się w oczy i inne zmysły, w tym rozum, nie rzuciły, ale co właściwie mam pochwalić i zachwalić? – też nie wiem. No, jest miło, kolorowo, panienki ze sobą rozmawiają, okazują emocje, coś tam robią i nawet nie jest to bardzo powtarzalne, coś tam planują osiągnąć, jakoś tam rozwijają swoje relacje, czegoś tam dowiadujemy się o świecie przedstawionym, humor jakiś tam to delikatnie okrasza i wszystko to mniej więcej trzyma się kupy oraz nie boli za bardzo przy oglądaniu… Marshmallow, o, pełna miska – kto pomyśli o zjedzeniu jej całej? Pastelowo kolorowe, jednakowo słodkie, ciągnące się, puste kalorie; podobno zyskują na przypieczeniu, ale nie wiem, nie próbowałam i nie zamierzam. Dla tych, co takie rzeczy lubią, dawka raz na tydzień może będzie w sam raz, ja się bez złych uczuć pożegnam, wolę batony muesli.

* Po prawdzie, mam też problem z zapamiętaniem, jak dokładnie brzmi tytuł serii, co chyba najlepiej podsumowuje mój stosunek do niej.

Przypadki chodzą po ludziach. Najpierw spotykasz swoją wynajętą dziewczynę na uczelni, po czym obydwoje zauważacie, że mieszkacie po sąsiedzku. I to w momencie, kiedy najchętniej nie chcielibyście widywać się w ogóle. Czy może być więcej nieszczęśliwych zbiegów okoliczności? Oczywiście! Zanim zdążyłeś wszystko wyjaśnić, twoja babcia dzwoni ze szpitala i prosi, abyś ściągnął na spotkanie swoją wynajętą dziewczynę. A tej znowu regulamin zabrania takich imprez, zwłaszcza w domu klienta…

Kiedy dość przytomna staruszka zaczyna się orientować, co jest grane i wnioskować, że musiało dojść do rozstania wywołanego charakterem wnuczka, do mieszkania ni stąd ni zowąd wparowuje dziewczyna z gorącą kolacją. Nieco nielogiczne to zachowanie z jej strony, zwłaszcza że sprawa wychodziła na prostą i mogła zostać zakończona raz na zawsze. Oj, czekają bohatera wydatki, zwłaszcza że co środę mają odwiedzać babcię…



Po takiej właśnie wizycie, w drodze powrotnej, natykają się na kumpli Kazuyi ze studiów. Chłopak jak zwykle komplikuje sytuację i godzi się wraz ze „swoją dziewczyną” iść na imprezkę. Na miejscu wszystkim opada kopara, gdyż wśród gości znajduje się Mami, była dziewczyna bohatera. Robi się mocno nieprzyjemnie, a emocje wybuchają, gdy Mami zaczyna szydzić z Kazuyi. Takiego festiwalu pogardy nie wytrzymuje Chizuru, która w oczywisty sposób sympatyzuje z chłopakiem. Wychodzi z imprezy, ale pytanie brzmi, czy zrobiła to ze względu na opłacone godziny pracy, czy może jednak z innych powodów? Każdy zdrowy na umyśle mężczyzna poleciałby w takich okolicznościach za Chizuru, ale Kazuya, w swoim stylu, zostaje i siedzi ze spuszczoną głową. Nieco później mocno podpity wychodzi z Mami, a ona zaprasza go do siebie do mieszkania…

Drugi odcinek Kanojo, Okarishimasu pokazuje wyjątkowe niezdecydowanie bohaterów. Dotyczy to zarówno dwójki głównych postaci, jak i samej Mami. Wszyscy zachowują się nielogicznie, a Kazuya za swoje występki powinien skończyć sam jak palec. Jeśli chodzi o rozwój fabuły, mamy do czynienia z miksem popularnych zagrań z tego gatunku. No, może poza powtarzającymi się scenami mającymi insynuować, że główny bohater dość regularnie się masturbuje. Boki zrywać. Szczerze mówiąc, jestem nieco zawiedziony po seansie – można było wykrzesać znacznie więcej z tego pomysłu, zwłaszcza z wątku wynajmowanych dziewczyn. Na razie mamy dość przeciętne patrzydło, które w ubogim sezonie kwalifikuje się jako zapychacz czasu w piątkowe wieczory.

Niewielka kawiarnia, gdzie panuje spokój – idealne miejsce pracy dla Shin’ichiego. Właściciel, pan Asai, też chwali sobie zaangażowanie chłopaka. Wtedy jednak przybywa Uzaki i opanowanie Sakuraia mija jak sen; nie chce obsłużyć dziewczyny. Zmienia zdanie za namową pracodawcy, początkowo z ukrycia przysłuchującego się rozmowie bohaterów – dlatego też pan Asai uznaje Hanę za uczennicę, ale gdy tylko widzi jej biust, od razu rozumie, że się pomylił. Uzaki zarzuca znajomemu, że nie traktuje jej jak poważnego gościa. Ten odpowiada, że wtedy by się z niego nabijała. Cóż, ma rację – gdy w końcu serio zaczyna podchodzić do obowiązków, dziewczyna wybucha śmiechem. Natychmiast zostaje wyrzucona – błagania i przekonywanie, że już nie będzie, nie działają. Pan Asai ma wyraźny ubaw ze scenki, co z trudem udaje mu się ukryć.

Kolejnego dnia Sakurai na drodze widzi kota. Bezskutecznie próbuje go pogłaskać, czego świadkiem jest Hana. Jej, ponieważ w domu trzyma dwa koty, ta sztuka udaje się bez problemu. Niestety, na dźwięk roweru zwierzę ucieka. Widząc zawiedzioną minę Shin’ichiego, Hana postanawia złapać kota, zamiast tego jednak ląduje w krzakach i nie może się wydostać. Na domiar złego – dla Sakuraia oczywiście! – podwija się jej spódnica. Chłopak przyzwoitym uderzeniem (ale nie gołą ręką) naprawia sytuację. Ale trzeba też wyciągnąć biedną dziewczynę. Chwyt za biodra i… no tak, ktoś musiał przechodzić obok…

Jeszcze następnego dnia bohaterowie spotykają się w stołówce. Sakurai dalej czuje się skrępowany z powodu ostatnich wydarzeń. Uzaki z kolei jest mocno zaskoczona, że jego obiekt drwin ma znajomych. Podczas posiłku, siedząc z koleżanką, wysyła mu dziwne znaki. W końcu wymieniają się paroma SMS-ami. Zachowanie dziewczyny powoduje, że jedzenie chłopaka stygnie; z drugiej strony także jej posiłek nie nadaje się do spożycia, więc koniec końców i ona cierpi na tej sytuacji.

Ponownie widzimy studenta w pracy i ponownie jego dobry nastrój niweczy przybycie Hany, zwłaszcza że prosi go ona o pomoc przy eseju. Sakurai zgadza się rzecz jasna dopiero po wtrąceniu się pana Asaia. Przy stoliku pilnuje, by Uzaki napisała dobry tekst. W pewnym momencie studentka pyta, czy może go odwiedzić. Ba, chce nawet u niego przenocować. Shin’ichi jest zawstydzony, bo jak to, dziewczyna w domu chłopaka?… Okazuje się jednak, że Uzaki zamierza z nim przetestować grę, którą niedawno kupił. Sakurai wyżywa się na nieświadomej Hanie, a ciało pana Asaia znów drga ze śmiechu.

Drugi odcinek irytującej stalkerki… znaczy się, Uzaki-chan wa Asobitai! nie był, na szczęście, już tak odrzucający jak pierwszy, choć do „miłej komedii, w trakcie której nie ma się ochoty strzelić bohaterki w twarz” jeszcze daleko. Hana znów śmieje się z byle powodu (a jej śmiech jest naprawdę okropny), znów zachowuje się jak dzieciak (bynajmniej nie słodki) i znów nie liczy się ze zdaniem innym. Do tego oczywiście nie mogło zabraknąć sceny prezentującej jej walory – nie, nie cycki, tym razem postawiono na pośladki. Za tydzień może będzie przednia część majtek albo nogi – w takim tempie do połowy sezonu twórcy wszystko odkryją, przynajmniej u Uzaki, bo nie wiem, czy coś planują z chłopakiem. I tak, żarty wciąż są niskich lotów, a dialogi nijakie. Na plus: powoli poznajemy nowe postaci, na razie tylko pana Asaia, kolejne jednak powinni pojawić się wkrótce. Grafika dalej bidna, animacja oszczędza gdzie się da (ktoś wychodzi z kawiarni? pokażmy górną część drzwi!). Za to normalnie narysowany kot się pojawił! Choć paskuda z pierwszego odcinka pewnie jeszcze wróci…

Po kilku rodzajach robaków nadszedł czas na zmianę wizerunku przeciwnika – tym razem atakują wróżki kradnące bieliznę! Chociaż wróg nie grzeszy potencjałem bojowym, pierwszy pojedynek nie układa się dobrze dla głównych bohaterów. Co prawda Momoce udaje się pokonać jednego z nich, ale Kirara zamiast dobić jego wspólnika, funduje mu cios bez naładowanej energii eros, co kończy się utratą majteczek…

Odcinek skupia się na dwóch wątkach. Pierwszym z nich jest naładowanie przez Kirarę energii eros, co umożliwi jej powrót do walki. Podsuwane są jej pod nos pisemka erotyczne, a także pomysły na akcję z Retto. Na sam koniec odcinka decyduje się położyć z nim do łóżka w nowo zakupionej seksownej bieliźnie, nie liczcie jednak na emocje – ocenzurowane zostało wszystko, co się dało. Efekt w każdym razie jest piorunujący…

Drugim wątkiem są kompleksy Momoki na punkcie jej biustu. Po próbach masażu a także wcierania mleczka sojowego, dziewczyna poddaje się i stwierdza, że nie ma to sensu. Zwłaszcza, że najważniejszy organ Retto zdawał się bardzo mocno reagować na jej ciało. Przynajmniej tutaj rozwiązanie ma chociaż odrobinę sensu… Ach, no tak! Kiseichuu kradnące bieliznę zostaje pokonane przez głównego bohatera w szkole, gdy zwija z damskiej szatni majtki jednej z koleżanki Kirary. Wynika z tego nieco krępująca dla Retto sytuacja, jednak (o dziwo!) obecna na miejscu przyjaciółka z dzieciństwa szybko wyjaśnia sprawę.

Trzeci odcinek nie wniósł nic nowego. Dalej mamy do czynienia z nudnym do bólu anime, które nie oferuje zupełnie nic poza fanserwisem, który zobaczycie najwcześniej po wydaniu wersji na płytach Blu-ray. Nie jest to jednak całkowita chała – ma swoje niewielkie plusy, da się to też oglądać bez próby popełnienia samobójstwa. Czy polecam? Zdecydowanie nie, ale fani takich klimatów zapewne wytrwają do końca.

Panie i panowie, nagroda za największy zwrot akcji wędruje do Deca-Dence! Co prawda już pierwszy odcinek, szczególnie końcówka, sugerował, że anime nie będzie do końca tym, na co się zapowiadało, jednak spodziewano się raczej stopniowego odkrywania jego tajemnic. Tymczasem już w drugim tygodniu dostajemy bombę informacyjną, która zupełnie zmienia obraz świata przedstawionego. Początek odcinka jeszcze przebiega normalnie – walka z wielkim gilandem kończy się, a Natsume może zobaczyć najgorsze oblicze wojny, czyli trupy i płacz tych, którzy żegnają braci czy ojców. Później jednak odzywa się pewien głos, opowiadając o prawdziwym znaczeniu Deca-Dence. I pojawiają się takie obrazki jak niżej:

Klasyk powiedziałby, że „mózg rozwalony”, ja powiem z rozbrajającą szczerością, że nawet po dokładnym obejrzeniu odcinka i przeczytaniu komentarzy innych osób nie wiem, o co tu chodzi, a muszę pokrótce streścić fabułę. Ech, postaram się niczego nie pomylić… Otóż, jak się okazuje, forteca Deca-Dence tak naprawdę pełni funkcję parku rozrywki zarządzanego przez korporację Solid Quake, my zaś śledzimy… zmagania graczy rywalizujących między sobą o jak najlepsze miejsce w rankingu. Gra jest prosta – wyrusz przeciw gadollom, pokonaj ich i zdobądź ich oksyon, który pozwoli funkcjonować twierdzy, a tobie żyć. Chwila, ale po co człowiekowi oksyon? No, nie człowiekowi – „panującą” (piszę w cudzysłowie, bo jeszcze wiele może się okazać) rasą są jacyś kosmici/roboty żyjący w swoim wirtualnym świecie, którzy po dołączeniu do Gearsów i stworzeniu swoich awatarów mogą przeżywać przygody na kontynencie Eurazji (całkowicie realnym). Zgadza się, walka z potworami z poprzedniego odcinka była właśnie jedną z rozgrywek Obcych. Mianem ludzi, oczywiście niczego nieświadomych, określa się tu zaś Tankersów żyjących na najniższych poziomach fortecy. Następne sceny prezentują więcej rewelacji, podążmy więc za akcją.

Ta cofa się o siedem lat. Kaburagi-Gears wraz z trójką towarzyszy, Donatellem, Mikeyem i Turkeyem, wyrusza zabijać kolejne gadolle – czytaj: Obcy znów się bawią. Podczas jazdy Mikey wyraża zainteresowanie tzw. zwalniaczem limitu, z którego skorzystanie oznacza dla Gearsa z jednej strony, jak nazwa wskazuje, przełamanie wszelkich ograniczeń, z drugiej – zwiększenie mocy. Kaburagi z Donatellem zgodnie twierdzą, że używanie zwalniacza jest formą oszustwa i że Mikey powinien o nim zapomnieć. Wkrótce rozpoczyna się walka z potworami, w której świetnie radzi sobie Kaburagi, podziwiany przez Mikeya.

W Solid Quake Kaburagi-Obcy rozmawia ze znajomym, Maxem, o Mikeyu, którego pozycja w rankingu jest coraz wyższa. Z kolei Kaburagi musi się zmierzyć z krytycznymi komentarzami. Mimo to to właśnie do niego przychodzi Mikey z prośbą o pomoc, czuje bowiem, że ostatnimi czasy niezbyt radzi sobie w rozgrywkach (choć klasyfikacja graczy mówi co innego). Po usilnych błaganiach, Kaburagi, widząc, jak koledze zależy, przedstawia mu metodę zwalniacza limitu, zaznaczając jednak, by Mikey nigdy nie przekroczył jego 20%.

Szczęście Mikeya cieszącego się większymi możliwościami nie trwa długo – szybko zostaje złapany i zezłomowany, jego drużyna zaś zostaje rozwiązana. Dla Kaburagiego-Obcego oznacza jednak to coś jeszcze. Tajemniczy Hugin, którego głos słyszeliśmy w poprzednim odcinku, gdy Kaburagi zajmował się podejrzanymi sprawami, oznajmia, że od tej pory Kaburagi będzie dla niego pracował w fortecy. Udając zwykłego mechanika, ma pozyskiwać od kłopotliwych dla systemu ludzi chipy, tak aby system mógł eliminować błędy.

Wracamy do czasu głównej akcji. Natsume bezskutecznie próbuje namówić Kaburagiego, by nauczył ją walczyć. Wieczorem, podczas robienia zakupów, zauważa go podążającego w ciemną uliczkę. Jest świadkiem, jak mężczyzna pobiera chip od człowieka, sądzi jednak, że Kaburagi dopuścił się kradzieży i każe mu zaprzestać takich praktyk, oferując nawet własne pieniądze. Zachowanie dziewczyny dziwi Kaburagiego, sprawdza więc później jej profil. Okazuje się, że nie jest widziana przez system, innymi słowy: jest błędem. Mężczyzna zmienia zdanie i postanawia ją szkolić, tym samym sprzeciwiając się wielkiej korporacji.

Tyle pytań, tyle wątpliwości… Zaintrygowanie zmieszane z powątpiewaniem… Że twórcy zaskoczyli, nie trzeba przekonywać, ale czy zaskoczyli pozytywnie? Czy w ogóle dobrze, że zaskakiwali? Z tego, co widzę, zdania są podzielone. Ja sama trochę kręcę nosem, bo mimo wszystko szykowałam się na niezobowiązującą przygodówkę w postapokaliptycznym świecie, a tak duża zmiana, jaka nastąpiła w drugim odcinku, nie do końca mnie przekonuje. Znaczy, chcę wiedzieć, jak to się rozwinie, będę więc oglądała dalej, ale z drugiej strony potrafię zrozumieć zawód innych osób.

Pomijając jednak wszelkie rewelacje, inne światy, stwory itp., fabularnie odcinek prezentował się tak sobie. Zobaczyliśmy nieprzyjemną przyszłość Kaburagiego, którego pochopna decyzja zniszczyła życie jego kolegom (Mikey zginął, Donatello i Turkey trafili do zakładu poprawczego), jego zaś zamieniła w pomagiera korporacji. Końcówka oczywiście ukazuje go jako buntownika. Nie dziwi też, że Natsume okazała się nie do końca „zwyczajna” – możliwe, że ma to związek z wypadkiem sprzed kilku lat, w którym straciła rękę (i ojca?). Schematyczny przebieg fabuły jeszcze nie jest taki zły, gorzej, że momentami twórcy w nieudolny sposób popychają ją do przodu. Przykładem niech będzie rozmowa Kaburagiego z Mikeyem, kiedy ni stąd, ni zowąd Kaburagi pokazuje znajomemu metodę zwalniacza limitu, choć przecież wcześniej negatywnie się o niej wypowiadał. To już mniej sztucznie by wyglądało, gdyby Mikey sam coś przypadkiem nacisnął i ukazałaby się przed nim informacje o upragnionej technice. Odcinek skupia się na Kaburagim-Obcym, o Natsume dowiadujemy się niewiele więcej niż dotychczas, poza rewelacją na końcu. Do akcji wkracza natomiast już w pełni, nie tylko głosowo, tajemniczy Hugin zapowiadający się na antagonistę serii – pytanie jednak, czy głównego? Coś mi się nie wydaje…

Kwestią, która najprawdopodobniej najmocniej odrzuca wielu widzów od anime, jest oprawa graficzna. Kreskówkowy styl użyty do przedstawienia świata Obcych wyraźnie różni się od tego z rzeczywistego świata, który od miesięcy pokazywały materiały promocyjne. Zapowiedzi oczywiście niczego nie zdradzały, efekt więc zaskoczenia i zdezorientowania był niemały. Nie sądzę, by każdy miał ochotę oglądać kreskówkowe stworki niczym z bajki dla dzieci – mnie samej trudno się zaangażować w seans, gdy mam przed sobą Kaburagiego-Obcego, a nie Kaburagiego-człowieka. No nie czuję emocji za grosz. Liczę zatem, że akcja będzie się toczyć przede wszystkim w normalnym świecie, zwłaszcza że Kaburagiego i jego podopieczną zdążyłam już polubić i najbardziej czekam na rozwój ich relacji. Jeśli chodzi o muzykę, to na tę w tle w ogóle nie zwróciłam uwagi. Opening, Theater of Life, wykonywany przez Konomi Suzuki, brzmi kompletnie przeciętnie, ot, pasowałby do każdej innej serii akcji/przygodowej. Ending (Kioku no Hakobune, które śpiewa Kashitarou Itou) natomiast mnie urzekł – tak, też by pasował do innych serii, ale przynajmniej wpada w ucho i jest ładnie zaśpiewany.

W dobie pandemii już zapowiedź tego tytułu pisało się dziwnie… Opis wrażeń z pierwszego odcinka pisze mi się jeszcze dziwniej, bo to, co stworzono tutaj tak bardzo (o tryliony lat świetlnych wręcz) rozbiega się z rzeczywistością. Ja wiem, że to udaje, że jest fantastyką naukową, ale no… bez przesady. Tak czy siak, w 2028 roku w Wenecji pojawił się pierwszy przypadek tytułowej choroby niewiadomego pochodzenia, która objawia się tym, że w ekspresowym tempie przekształca strukturę ludzkiego DNA i zmienia nosicieli w różnorakie monstra – od pseudotriceratopsów po wielkie pająki (do wyboru do koloru). Świat nie jest w stanie poradzić sobie z tałatajstwem i szybko popada w chaos oraz ruinę. Czy jakiekolwiek rządy przetrwały, trudno stwierdzić, bo w zniszczonym i opustoszałym Tokio jest chyba tylko jeden obóz ocalałych z garstką amerykańskich żołnierzy, szemranym lekarzem i nastoletnią panienką, co ma więcej zapału do działania niż rozumu…

O Matulu Kochana i Jeżu Wszechkolczasty… Zacznę może od oceny najbardziej… przyziemnych (?) elementów anime. Sytuacji geopolitycznej w pierwszym odcinku znać nie musimy, wszak nie na sztucznie przedstawionej i przydługiej ekspozycji wprowadzanie widza w świat przedstawiony polega… Znaczy, twórcy tej serii wyraźnie o tym zapomnieli, bo bohaterowie przez pół odcinka nawijają o samej chorobie (ta na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od setek jej podobnych z innych produkcji o zbliżonej tematyce), żeby widz wiedział na czym stoi fabuła. Chociaż „stoi” to chyba za dużo powiedziane, bo podstawy tej historii są tak słabe, że scenariusz z kolan się raczej nie podniesie… Wydaje mi się, że może już być tylko gorzej.

Potwory, w które zmieniają się zarażeni ludzie, nieraz przybierają skrzydlatą postać i poruszają się niezwykle szybko. Dlatego też miejsce szumnie zwane obozem stanowi kilka namiotów ustawionych na zielonym terenie ogrodzonym płotem kolczastym… W teorii monstra nie lubią światła i niby ustawiono kilka mocno świecących reflektorów, ale nie wiadomo, jak są zasilane i na sto procent NIE obejmują całego terenu. Dlaczego nikt nie wpadł na to, żeby ukryć się pod ziemią albo w jakichś opuszczonych bunkrach czy budynkach… Z namiotami potwory sobie w mig poradzą. Ale jak widać ci ocaleni długo żywi pozostać nie chcą…

Nie chodziło jednak o odwzorowanie rzeczywistych procedur w dekoracjach science-fiction, bo już na wstępie dostajemy element nadnaturalny w postaci niewyjaśnionej (a jakże!) podróży w czasie, której doświadcza dwóch wygnańców z czasów bitwy pod Sekigaharą na krótko przed początkiem supremacji siogunów z rodu Tokugawa (okres Edo). Młody samuraj i towarzyszący mu shinobi w czasie nagłego sztormu zostają wyrzuceni z łodzi i budzą się w zgliszczach Tokio, gdzie atakuje ich świeżo zainfekowany tubylec, a przed pewną śmiercią ratuje ich wyżej wspomniana nastolatka, Kathleen, która po zrujnowanym świecie popyla w modnej minispódniczce. I która, o zgrozo, bez wahania przyjmuje do wiadomości, że ma do czynienia z gośćmi z odległej przeszłości (dobrze, że chociaż jedna osoba wykazała się resztkami zdrowego rozsądku… nie żeby miała pożyć jakoś szczególnie długo… Tak mi się przynajmniej wydaje, bo jest to gburowaty wojskowy i chyba przywódca lemingowatych ocalałych). Jeszcze lepsza jednak od półmózgiej dziewczyny jest jednak rzekoma nadzieja ludzkości, czyli ten wspomniany wyżej lekarz, który również wierzy dwóm dziwnym przybyszom i… zaczyna im wyjaśniać, co wiadomo na temat choroby… I mówi o zmianach, jakie zachodzą w ludzkim DNA. Jakby panowie mieli cokolwiek z tego zrozumieć… Nie no, ja wiem, że to była próba wyjaśnienia widzowi tego i owego, ale była ona wybitnie nieudolna. Cóż, o inteligencję bohaterów tej serii raczej nie ma co podejrzewać.

Panowie lądują w postapokaliptycznym Tokio, walczą z potworem, zostają uratowani przez małolatę z paralizatorem i trafiają do „obozu” – tak można podsumować pierwszy odcinek tego potworka. Potworka nie tylko fabularnego, ale jednak przede wszystkim wizualnego. Ja jestem w stanie zrozumieć, że pandemia, że kryzys, że cięcia budżetowe, ale Jeżu, jak to fatalnie wygląda – tła jeszcze jak Was mogę, ale projekty postaci są strasznie kanciaste, a ich animacja jest mniej niż oszczędna… Sceny walk to w znacznej większości albo wielkie zbliżenia, albo trzęsące się stopklatki. Wisienką na tym zakalcu są wyjątkowo odrażającej urody potwory. I nie mam tu na myśli tylko kiczowatych projektów. Użyte do ich stworzenia efekty 3D są bardzo, ale to bardzo słabej jakości i co wrażliwszym mogą powypalać oczy. Piosenka towarzysząca serii jest w porządku, ale nic poza tym. Reszta muzyki to raczej niezauważalny dodatek.

Też jestem przerażona na myśl o kolejnych odcinkach.

Dobrze, że przynajmniej moja facjata nie jest taka krzywa…

Tag Cloud