Aniołek (Ravel), który zaskakuje Miraia w szkole okazuje się opiekunem Saki, przyjaciółki z dzieciństwa bohatera, i rozkazuje jej użyć Czerwonej Strzałki. Po czym wysyła zabujanego po uszy do jej mieszkania, gdzie wkrótce pojawia się wraz z nią. Okazuje się, że Saki nie ma skrzydeł, więc chce, by Mirai się nią zaopiekował, użyczył jej swoich skrzydeł i generalnie bronił przed Metropolimanem. Po czym informuje, że kandydat powinien być obadany ze wszystkich stron, a nie jak by chciał Metro – robimy battle royale do ostatniego żywego, więc Saki jest w niebezpieczeństwie. Oczywiście Kakehashi (pod wpływem strzałki) rzuca się, by od razu „pogadać” i „załatwić” sprawę z Metropolimanem, ale tu na szczęście wkracza Nasse. Anielica wyjaśnia jaki plan miał Ravel oraz kilka innych rzeczy, ale w końcu wychodzi na to, że lepiej by było nawiązać współpracę i (sugestia Ravela) żeby Mirai się wprowadził do Saki.

Tymczasem nasz złol się popisuje, łapiąc przestępców i czekając na innych kandydatów, żeby przyszli go zabić, jednak raczej nikt się do tego nie kwapi, w związku z tym zaprasza pozostałych na „rozmowy”, które odbędą się na odkrytym stadionie (stacje telewizyjne mają zaciesz). W międzyczasie ku zdumieniu Ravela okazuje się, że Mirai nawet po zejściu zaklęcia nie zamierza utłuc swojej miłości od czasów dzieciństwa, co więcej, deklaruje, że nadal ją będzie chronił. Po czym, wiedząc, że to pułapka, oboje udają się na stadion poobserwować na żywo to, co reszta kraju będzie widziała w transmisji, i wybadać, czy mogą się czegoś nowego dowiedzieć. Cóż, po pojawieniu się dwóch innych gości w zbrojach wychodzi na jaw, co na Metropolimana nie będzie działać…

Bohaterowie są bezbarwni, nie mają osobowości, potrafią tylko rzucać albo ogólnikami, albo rozważać sens istnienia. Jedyną ciekawą rzeczą w odcinku było zdemaskowanie planu Ravela przez Nasse, pozostałe wydarzenia natomiast były naciągane, bez polotu, bez logiki, na zasadzie „masz widzu, tak ma być, bo ma być w scenariuszu”. Mamy kolejny przeskok czasowy pozbawiony wpływu na postacie, które są takie same przed i po, plus tylko taki, że Mirai zyskuje „cel życia”. Informacje o procesie zastępowania boga – znów podawane „przy okazji”, tak przy okazji jest też podane wyjaśnienie, czemu wszyscy kandydaci są w Japonii. (Auć.) Jeśli to ma być battle royale,  to na razie smętne, jeśli ma pokazywać podstępy w dążeniu do władzy to na razie słabo, jeśli ma być jakaś tragiczna historia miłosna – takoż. Obejrzę jeszcze kolejny odcinek, bo ten się skończył nagle, ale zdecydowanie mam na tę serię za mało cierpliwości, a sam Ravel wiosny nie czyni.

Trzeci odcinek nie przynosi żadnych przełomowych informacji. Co prawda poznajemy nową postać – Kasumi Yashiro, która jest częścią planu zwanego Alternative IV oraz informację, że towarzyszy jej wielki słoik z ludzkim mózgiem. Niestety nic poza tym. Takeru prowadzi codzienne życie rekruta – treningi, wspólne obiady i więcej treningów, które przygotować mają całą piątkę do zbliżającego się testu na pilota. Piątkę? Tak, piątkę, gdyż do towarzystwa dołącza hospitalizowana wcześniej członkini, Mikoto Yoroi.

Jednak wspólne przygotowania do zostania pilotem, to nie jedyne zmartwienie bohatera. Po raz kolejny musi udowodnić, że faktycznie jest przybyszem z przyszłości. Tym razem ostrzega Yuuko Kouzuki przed zbliżającym się atakiem BETA, ale nie tak łatwo przekonać wojskowych do tego, żeby zmienili pozycje obronne w oparciu o słowa jakiegoś nastolatka. Gdyby to był realny świat, to wzięliby go po prostu za wariata, ale tym razem Yuuko daje za wygraną, a przewidywania Takeru ratują Japonię przed poważnymi stratami w ludziach oraz terenie…

Powiedzmy sobie szczerze – obrót wydarzeń jest na razie przewidywalny, a decyzje i zachowania postaci naciągane tak, że wszystko trzeszczy. Co więcej, teoretycznie ważne akcje, jak chociażby egzamin na pilota, zostały pokazane tak skrótowo, że równie dobrze mogliby ogłosić wyniki bez tych kilku statycznych scen. Śmiem twierdzić, ze dłużej i bardziej szczegółowo pokazywano scenę Yuuko w bikini oraz inne ujęcia mające przykuć uwagę męskiej części widowni, niż te, teoretycznie, ważne dla fabuły wydarzenia. Tytuł na razie wypada dość przeciętnie – co prawda potrafi zainteresować pewnymi aspektami fabularnymi, ale chwilę później rozczarowuje, a ekran przejmują damskie wdzięki i przekomarzania bohaterów. Czy oglądać dalej? Na to każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Ja rzucę okiem na jeszcze jeden lub dwa odcinki, ale raczej bez dużego entuzjazmu.

Najważniejsze, co muszą zrobić Red i Rit następnego dnia, to koniecznie kupić porządne łóżko dla tejże oraz zarejestrować nowo wymyślony przez bohatera środek przeciwbólowy. W tym celu idą do miasta, gdzie udaje im się załatwić jedno i drugie. W tak zwanym międzyczasie Red ratuje znajomego dzieciaka, a widz otrzymuje wykład na temat Błogosławieństw i tego w jaki sposób można je sobie podbić. Podpowiem, że w sposób krwawy i definitywny.

 

 

Po powrocie do apteki okazuje się, że nowy lek należy jakoś wprowadzić do obrotu, a także zacząć jakąś akcję promocyjną. I tu w sukurs przychodzi geniusz bohatera –  wymyśla lecznicze ciasteczka z wkładką, które zaczynają schodzić na pniu. A to sprawia, iż Red i Rit są bardzo, bardzo zadowoleni – oczywiście każde z innych powodów.

 

 

Tymczasem gdzieś daleko, w obozie Bohaterki, Danan (duży wojownik) wyrzuca Aresowi, że jest dennym strategiem (no jest, jest Mędrcem), jest o wiele mniej skuteczny od Gideona, a w ogóle jego wygnanie przez Aresa było błędem. Po czym rzuca, że w takim razie powinien go poszukać, i, o dziwo, dostaje zezwolenie od samej Ruti (na widok i słowa której jakoś wszyscy dziwnie się trzęsą).

Podsumowując, o dziwo na razie graficznie seria trzyma się kupy i w miarę stałego, poziomu animacji, wykorzystania zbliżeń i odpowiednich kątów, z odrobiną fanserwisu. Fabularnie widać, że coś zaczyna się kluć średnio sympatycznego, ale jak na razie większość czasu zajmują scenki obyczajowe Red/Rit, co bardzo poważnie w wątpliwość poddaje informację, że jest to przygodówka fantasy. Ten powolny rozwój fabuły może odrzucić od serii osoby, które już od pierwszego odcinka wymagają akcji, machania mieczem i ratowania świata, bo nie wiem, czy w tym tempie dojdą do czegoś bardziej żywego – mają w końcu tylko trzynaście odcinków. Ja się zastanowię.

Jeśli w zeszłym tygodniu poczuliście, że chcecie kibicować Bojjiemu, to po tym odcinku jestem przekonany, że zapragniecie kibicować także Kage.

Pierwszą połowę odcinka stanowi bowiem retrospekcja, która ujawnia, jak trudną drogę przeszedł zanim poznał dobrodusznego chłopca. Najpierw wybito cały jego klan, a jemu udało się przeżyć jedynie dzięki pomocy małej hrabiny, Poise; następnie los połączył go z pewnym mężczyzną, który choć dawał mu dach nad głową i pożywienie (niekoniecznie świeże niestety), to wykorzystywał go przede wszystkim do kradzieży dużych ilości pieniędzy, nie będąc jednocześnie zbyt skłonnym do dzielenia się zdobyczami. Mały Kage jednak, podobnie jak Bojji, obdarzony jest wyjątkowo dobrym sercem, co udowodnił najpierw, kiedy drogi jego i bezimiennego mężczyzny się rozeszły, a także później, gdy obiecał wierność małemu księciu, w którym najwyraźniej zauważył cząstkę samego siebie.

Drugi odcinek to jeszcze raz scenorys Yousuke Hatty, tym razem jednak wyreżyserowany przez Makoto Fuchigamiego. Hatta ponownie niesamowicie oddaje skalę, tym razem pokazując świat nie z perspektywy małego Bojjiego, lecz z jeszcze mniejszego Kage, przy którym wszystkie inne postaci jak i lokacje wydają się wręcz ogromne. Hatta doskonale rozumie o czym opowiada i od początku niesamowicie czuje swoich bohaterów, którzy mimo wielu przeciwności muszą stawiać temu wielkiemu światu czoła, a my dzięki umiejętnie zbudowanym kadrom doskonale wiemy, jakie wyzwania przed nimi stoją.

I choć oczywiście ponownie mógłbym zachwycać się projektami postaci czy fantastycznymi ręcznie malowanymi tłami, to tym razem oddać szacunek muszę naprawdę dobrze poprowadzonemu scenariuszowi. W ciągu zaledwie czterdziestu kilku minut twórcom udało się przekonać mnie, że warto naszym dwóm małym bohaterom nie tyle się przyglądać, co wręcz z zapałem oczekiwać ich poczynań, wierząc, że w końcu, mimo trudności, pokażą tym wszystkim niedowiarkom wokół ile tak naprawdę są warci. Niesamowicie polubiłem i Bojjiego, i Kage, z kolei do innych postaci jak na razie czuję głównie niechęć po tym, jak potraktowali niedoszłego króla, chociaż i to zapewne ulegnie zmianie wraz z kolejnymi odcinkami, a przynajmniej taką mam nadzieję – nadzieję, że w tym świecie jest jednak więcej dobrych duszyczek, niż tylko nasi dwaj główni bohaterowie.

Dziewczęta rozmawiają na ważne tematy dotyczące ich relacji czy wydarzeń z przeszłości. Grupka Manaki trawi szokującą dla niej informację o planowanej przeprowadzce jednej z nich, Mami, i dochodzi do wniosku, że muszą zrobić wszystko, aby czas, który im pozostał razem, był czasem jak najlepiej spędzonym i pełnym wrażeń. Naomi i Riko zaś wyjaśniają sobie swoje motywy sprzed lat, gdy obie, jedna po drugiej, zrezygnowały z hokeja, w którego kiedyś już grały. Riko nie ma ochoty robić niczego bez swojej koleżanki, co – chyba niechcący – w tym momencie również przeradza się szantaż emocjonalny.

Ostatecznie dziewczęta postanawiają przed końcem semestru, po którym Mami ma się wyprowadzić, rozegrać mecz. Oczywiście uradowana Yoko zgadza się im pomóc i znaleźć jakąś drużynę, więc wszyscy zabierają się z entuzjazmem do planowania i trenowania. Również widzom zostanie podana nieduża dawka zasad gry i pozycji graczy w hokeju. Czas pędzie nieubłaganie, mija kilka miesięcy i bohaterki stają w szranki ze znalezioną przez trenerkę drużyną. Co więcej, mecz również kończy się w tymże odcinku.

Seria jest letnia. Ani zła, ani dobra. Oglądalna, ale bez większego przekonania. Lepiej wypadają fragmenty obyczajowe, gorzej sama gra, ale co tu ukrywać, mimo że anime stanowi reklamę hokeja, jest on tutaj traktowany po macoszemu. Większość odcinka poświęcona jest relacjom między postaciami i scenkom rodzajowym, wtedy czas płynie wolno i pozwala delektować się obrazkami, jeśli ktoś potrzebuje. Te momenty – takie słodkie dziewczęta robiące słodkie rzeczy – są zrealizowane ze sporą pieczołowitością a, tak jak już pisałam, same postaci są nieźle nakreślone i potrafią wzbudzić zainteresowanie. Gdy jednak bohaterki wychodzą na lodowisko, to nagle wszystko przyspiesza, cięcia stają się częstsze, czas skacze do przodu, tak że ma się wrażenie oglądania streszczenia. Również z emocjami postaci twórcy lepiej radzą sobie przy codziennych czynnościach, bo podczas gry ulegają one mocnym schematycznym uproszczeniom. Tak jakby twórcy jak najszybciej chcieli mieć tę część już za sobą…

Za serię spokojnie mogą się zabrać fani niewinnych animacji o dziewczęcych przyjaźniach, jeśli nie będzie im przeszkadzać nieudany, na siłę prowadzony wątek sportowy, a w przypadku fanek i fanów sportówek – odradzam. To nie taka seria. A, zapomniałabym, dla cierpliwych amatorów idolek też pewnie się coś znajdzie, acz w późniejszych odcinkach.

Po niespodziewanej i tragicznej stracie dwójki przyjaciół Memempu i Gagumber próbują swoich sił w walce z wielkimi potworami przy pomocy tatusiowego robota, którego po bardzo spektakularnej, ale wyjątkowo wybuchowej akcji dziewczynka postanawia nazwać Big Tony. Cóż, potwory unicestwione, miasto zniszczone, straty w ludziach minimalne, acz odnotowane, ale duet ojcowsko-córeczny postanawia jednak wyruszyć w drogę. Toteż zrzekają się obywatelstwa Pinyinu i opuszczają ową ludzką kolonię… Żeby jeszcze tylko potrafili się dogadać co do trasy to byłoby dobrze.

Podobnie jak w pierwszym odcinku, także w dwóch kolejnych dzieje się sporo i nie bardzo jest czas na refleksję, ale może ta seria już tak ma. Widzowie raczej nie będą się nudzić, a urwana końcówka trzeciej odsłony sprawia, że od razu chce się obejrzeć kolejny epizod. Na ten przyjdzie trochę poczekać, ale w międzyczasie można spróbować przetrawić charakter głównej bohaterki. Cóż, może nie każdy będzie miał takie same odczucia jak ja, ale jak w poprzedniej zajawce pisałam, że Memempu z gracją balansuje na cienkiej linii między bycie uroczo wyszczekanym dzieckiem a irytującym bachorem, tak im dalej w las tym bardziej jej zachowanie przechyla się w tym drugim kierunku. Pewność siebie pewnością siebie i jak najbardziej – młodość ma swoje prawa, ale z bolesnych lekcji trzeba wyciągać wnioski i odrobina pokory temu dziecku zdecydowanie by się przydała. Jak na razie się na to nie zanosi, ale może następne odcinki naprawią ten błąd.

Pomijając ten detal, jest ciekawie, a i bohaterowie dają się lubić, choć jak na razie pozostałym postaciom poświęcono niewiele miejsca. Gagumber to dobra przeciwwaga dla Memempu, ale mam nadzieję, że ktoś jeszcze z drugiego planu stanie w pierwszym rzędzie. Technicznie jest dobrze (jeśli pominiemy wygląd potworów), więc jest na co popatrzeć, a i muzycznie jest zacnie.

Trudno napisać, żebym była zachwycona, ale mam nadzieję, że seria okaże się fajna i warta obejrzenia. Czego zarówno Wam jak i sobie życzę.

I znów się dzieje… Pierwsze dwie minuty to kawałek znakomitej akcji podkreślonej wyborną muzyką (i co równie ważne – nie psutej zbędnymi dialogami), w której Takt i Cosette po raz pierwszy mogą przetestować swoje nowe zdolności. Gdy Cosette pada ze zmęczenia, a potworów dalej przybywa, w ostatniej chwili na ratunek przychodzi dwójka nieznajomych i dokańcza robotę.

Takt budzi się po długim odpoczynku. Nie bardzo rozumie, co się dzieje, w przeciwieństwie do przyjaciółki gotowej do ciągłego działania; także osobowościowo znacznie się zmieniła. Oświadcza chłopakowi, że narodziła się w symfonii nr 5 o nazwie „Przeznaczenie” i że jest jego Muzykantką, on zaś kierującym nią Dyrygentem. Wymianę zdań przerywa Anna i zaprasza na posiłek, przygotowany wspólnie z niedawnymi wybawicielami Takta i Cosette o imionach Lenny i Titan, również tworzącymi duet Dyrygent-Muzykantka. Od Lenny’ego dowiadujemy się nieco więcej o D2 – potwory narodziły się z mocy ciemnego syderytu, do walki zaś z nimi, gdy wszystkie inne sposoby okazały się nieskuteczne, Symfoniki powołała do życia Muzykantki biorące swoją siłę z tzw. Kruszcu Harmonii reagującego na muzykę. Właśnie dzięki takiemu krokowi możliwa stała się hibernacja D2 w państwie i ogłoszenie zawieszenia broni. Dalej Lenny wyjaśnia, że do zostania Muzykantką potrzeba kompatybilności i postępowania zgodnie z programem Symfoniki, czego jednak nie wykazała Cosette. Do tego dziewczyna nie potrafi w pełni kontrolować nowo nabytej mocy, przez co rodzą się obawy, że długo nie pożyje. Dlatego też bohaterowie decydują się wyruszyć do Nowego Jorku, aby ją „naprawić”.

Anna, Takt i Lenny wspólnie zastanawiają się nad wyborem najlepszego sposobu dotarcia do Symfoniki. Anna cieszy się, gdy Lenny oferuje pomoc w skontaktowaniu się z jej rodzicami i starszą siostrą, Lotte. Obiecuje także Taktowi, że nauczy go bycia Dyrygentem. Niedaleko pojawiają się D2 i Destiny rusza z nimi walczyć. Wkrótce dołączają do niej Takt, Lenny i Titan; Lenny zauważa, że Cosette podczas starcia najprawdopodobniej wysysa energię życiową ze swojego Dyrygenta. Titan robi porządek ze stworami, oprócz jednym, który kieruje się w stronę Anny; dzięki interwencji siostry zostaje uratowana, ale niestety strzał dziewczyny niszczy też doszczętnie dom Takta. Na koniec, ponownie za sprawą spostrzegawczego Lenny’ego, twórcy sugerują, że wznowione ataki D2 wynikają z celowego działania… no właśnie, kogo? Trochę się już podejrzanych typów przez serię przewinęło…

Trzeci odcinek takt op.Destiny kontynuuje retrospekcje z drugiego, z tym, że tym razem nie można narzekać na nudę, pojawiają się nowe postaci plus otrzymujemy sporo potrzebnych informacji wyjaśniających, dlaczego w ogóle bohaterowie muszą trafić do Nowego Jorku. Zdecydowanie wolę anime w takiej przepełnionej wartką akcją wersji niż w spokojnym wydaniu, zwłaszcza że twórcy się postarali i jest na co patrzeć; z kolei próby uderzenia w emocjonalne tony nie do końca wychodzą (choć też nie są tak nieudane, by przewracać oczami z zażenowania). Ponadto twórcy nęcą paroma tajemnicami – a pewnie z czasem pojawi się ich więcej – czekającymi na swoje, mam nadzieję, że nie oczywiste rozwiązanie, co jeszcze bardziej zachęca do śledzenia historii „zepsutej” Muzykantki i jej bliskich. Jeśli poziom drastycznie się nie pogorszy, anime będzie przynajmniej cotygodniową ucztą dla oczu i uszu, acz myślę, że pod względem fabularnym też nie da nam specjalnych powodów do niezadowolenia.

No muszę przyznać, że pewne zaskoczenie jednak było, i to chyba na plus, chociaż taki trochę ambiwalentny. Ale to na końcu odcinka, tymczasem mała – ale jednak starsza od Lugha o trzy lata – Dia uczy naszego bohatera posługiwania się magią. W pierwszym rzędzie skutkuje to niemalże atomowym wybuchem tzw. kamienia Fahr, służącego do gromadzenia many; wynik pomiaru zasobu chłopka: DUUUŻO (a to przez te przemyślnie dobrane skille). Rodzice mimo utraty wszystkich szyb w domu są zachwyceni. Kolejne zaskoczenie dziewczynka przeżywa, gdy próbuje ustalić, jaki żywioł jest jej podopiecznemu najbliższy. Otóż – wszystkie! Tymczasem niezwykłą rzadkością jest mieć choćby dwa (ona ma). Kolejny krok to coś w rodzaju przebudzenia magii, wizualnie „zabarwienia” jej, co Dia nazywa „pierwszym razem”, obiecując Lughowi, że będzie mu dobrze – i jest… W głowie pojawiają mu się przy tym symbole zaklęć, ponoć wlewane ludziom przez bogów (im więcej się czaruje, tym więcej zaklęć z czasem przybywa), i po chwili udaje mu się wyczarować kawałek miedzi. Potem sobie ćwiczą te kreacje, aż chłopak prosi nauczycielkę, by zapisała znane jej zaklęcia, i porównują ze sobą zapis stworzenia miedzi oraz żelaza. Różnice w zapisie to liczby i bohater – a moim zdaniem to dopiero jest skill! – rozpoznaje w nich liczby określające fizyczne właściwości tych metali, konkretnie ciężar właściwy, temperaturę topnienia i masę atomową. Co pozwala mu opracować własne zaklęcie i stworzyć sztabkę złota (podaje właściwe parametry z pomięci, no wow), po czym sztuka udaje się też Dii, chociaż najpierw zaklęcie musiało zostać zapisane przez Lugha (to najwyraźniej kolejny skill – naprawdę dobrze je wybrał). I tak, ich też zastanawia, dlaczego nikt do tej pory na to nie wpadł, a wszyscy bazują na boskich objawieniach…

Następnie radośnie, a w tajemnicy przed publiką, dzieci tworzą sobie magiczną broń palną, od strzelb po coś w rodzaju samobieżnego działa, ale to wciąż zdaniem Lugha za mało, żeby w przyszłości załatwić Bohatera – albowiem wszystkie te zabawy mają w tle ten właśnie cel. Tymczasem nadchodzi czas rozstania z Dią i oboje wymieniają prezenty: młoda dostaje magicznie stworzony nóż ze stopu beta tytanu, a młody kamień Fahr, na którym mu bardzo zależało, ale są one mocno reglamentowane. Obiecuje też przybyć na wezwanie Dii, a ona zapowiada, że jeszcze się zobaczą, co jest dość oczywiste po pierwszym odcinku. I spaniu w jednym łóżku, na razie zupełnie niewinnym.

Dzięki niesamowitym efektom tego przyspieszonego kursu magii ojciec Lugha postanawia odkryć przed nim „prawdę” o ich rodzie i zabiera go do więzienia dla skazanych na śmierć. Chłopak szybko się domyśla, że stanowią oni dla Tuatha De obiekty medyczno-magicznych eksperymentów oraz… ćwiczeń w zabijaniu. I właśnie to ma zrobić: po raz pierwszy zabić człowieka, konkretnie młodą morderczynię, która rozpaczliwie błaga o życie. No i cóż – Lugh jednym błyskawicznym ruchem odcina jej dłoń swoim super nożem, obiecując, że umrze bez bólu, kiedy upływ krwi pozbawi ją przytomności, ale zanim to się stanie, a widz ochłonie z wrażenia, dziewczyna wybucha wyzwiskami, z których wynika, że miała obiecaną wolność, jeśli zmiękczy młodego zabójcę in spe łzami. Znaczy Lugh zdał kolejny test tatusia, bo dziewczyna ginie, czego jednak nie pokazano i chyba dobrze. W każdym razie tutaj właśnie ogarnęły mnie nieco ambiwalentne odczucia… No ale mamy w tytule asasyna, nie? Więc będzie zabijał, z zimną krwią i nie tylko z odległości. Przy czym ciekawy jest wątek z kolejnym pytaniem bohatera, skierowanym do ojca: dlaczego nie wychował go na pozbawione emocji narzędzie do zabijania (pamiętamy, że takie było jego doświadczenie z poprzedniego życia). Starszy Tuatha De odpowiada, że człowieczeństwo jest ważną bronią w tym fachu i że nie mogą być bezmyślnymi narzędziami wykonującymi rozkazy, lecz muszą umieć je oceniać, mając czyste serce i umysł. Lugh częściowo rozumie, a częściowo nie i ja też tak mam, ale po tych trzech odcinkach jestem jednak skłonna dać animce szansę, by mi swoje racje wyłożyła jaśniej i obszerniej. Zobaczymy, czy jej się to uda.

Jeśli chodzi o technikalia, to jest po prostu okej – nie widzę powodu się czepiać ani rozwodzić na temat, chociaż tła są raczej z generatora, ale animacja jest dość płynna, oszczędności sensowne i bez przesady, a  okazjonalnie robi się nawet ciekawie wizualnie. Podobnie muzycznie, zwłaszcza podoba mi się opening i skrzypcowe crescendo w dramatycznych momentach. Cóż, na ten moment jestem na tak.

Po widowiskowej ucieczce sprzed nosa okupanta Amou Shiiba i jego nowy przyjaciel, Gai próbują przedostać się w bardziej spokojne i niedostępne miejsce. Po drodze głodny nastolatek wpada jednak w kłopoty i w zamian za soczystego pomidorka pomaga mrukliwemu staruszkowi na ukrytym w górach polu. A że akurat miał szczęście i trafił na dobrych ludzi, to jeszcze załapał się na kolację i nocleg, mimo że w pewnym momencie życzliwi gospodarze odkrywają, że chłopak jest poszukiwany przez władze. Nie chcąc narażać niewinnych na niebezpieczeństwo Amou szybko się ulatnia, ale w trakcie próby przedostania się na inną wyspę zostaje odkryty przez wojsko i niewiele brakuje, żeby stracił życie. Niespodziewanie pojawia się jednak pomoc w postaci mechatego snajpera, który bez większego wysiłku likwiduje wrogi oddział i ułatwia Shiibie ucieczkę. Tak oto nastolatek poznaje pierwszego członka japońskiego ruchu oporu, Gashina Tezukę.

Grupa ta o wdzięcznej nazwie Yatagarasu nie tylko okazuje się być zgromadzeniem ludzi miło do Amou nastawionych, ale przede wszystkim jest właścicielem robota, którego chłopak pozbierał do kupy. Takoż bohater staje przed dylematem. Oddać mecha i wrócić do życia cywila czy przyłączyć się do grupy i walczyć o Japonię? Podpowiem, że ta pierwsza opcja raczej nie pozwoliłaby na wiadomy rozwój fabuły, więc odpowiedź jest raczej oczywista.

Ech, Kyoukai Senki, Kyoukai Senki. Z jednej strony masz dobre strony i małe odświeżające elementy, ale z drugiej strony jedziesz na dobrze znanych schematach i bywasz momentami upiornie naiwna. Trudno na ten moment stwierdzić, co też z tego wyrośnie, bo ogólne wrażenie jest średnie z przebłyskami dobrych pomysłów i okazjonalnymi potknięciami, które odwracają uwagę od wspomnianych przebłysków. Generalnie jest w porządku i jeśli ktoś ma ochotę na coś, co już zna i co go raczej nie zaskoczy (acz mogę się mylić), to w sumie można spróbować. Źle nie jest, tym bardziej, że główny bohater jakiś taki mało narwany i nawet dający się lubić, a i od strony technicznej też jest ok. Cóż, hitu z tego raczej nie będzie, ale można dać serii szansę.

I coś takiego czai się na końcu…

Po kolejnym zleceniu (tym razem był to duch ukazujący się w przydomowym stawie), Mikado i Rihito jak zwykle udają się do restauracji. Niespodziewanie pojawia się sama Erika Hiura i prosi bohaterów o rozmowę. Dziewczyna mniej więcej wyjaśnia im co robi i prosi, by porzucili tę sprawę. Próbuje też ponownie opętać Mikado – bardziej dla zabawy niż w konkretnym celu, ale dzięki kontraktowi mężczyzny z Hiyakawą, nie udaje jej się to. Zaskakująco szczera i spokojna rozmowa dobiega końca, gdy zjawia się tajemniczy mężczyzna i rozkazuje Erice powrót do domu. Jest wyraźnie niezadowolony, że dziewczyna oddaliła się gdzieś sama. Tymczasem bohaterowie otrzymują zlecenie od znajomego Mikado ze szkoły – ponieważ narzeczona mężczyzny dziwnie się zachowuje, prosi on Mikado o pomoc. Panowie nie są i nigdy nie byli przyjaciółmi czy nawet dobrymi kolegami, przy okazji sprawy dowiadujemy się, że szkolne lata głównego bohatera nie należały do najszczęśliwszych. Uważano go albo za dziwaka, albo za kłamcę, który próbuje zwrócić na siebie uwagę. Sposób, w jaki znajomy z klasy „dziękuje” Mikado za przysługę, wiele mówi o jego relacjach z rówieśnikami… Wspomnienia z lat szkolnych i rozmowa z Rihito motywują głównego bohatera do zadania matce kilku pytań na temat ojca, który odszedł gdy Mikado był mały…

W zasadzie trudno jest mi napisać coś nowego, bo chociaż atmosfera zagęszcza się, a fabuła komplikuje, seria nadal pełna jest drobiazgów, które mnie irytują. Na plus zaliczam wątek Eriki, nie tak oczywisty jak mogło się wydawać na początku, ponieważ wiele wskazuje na to, że dziewczyna jest po prostu wykorzystywana i nie do końca dobrowolnie używa swoich mocy. Druga interesująca sprawa to prawdopodobnie tatuś Mikado, stojący za wyczynami naszej mrocznej nastolatki, a trzecia dziwne i upiorne eksperymenty Rihito na duszy Mikado. Naprawdę zaczynam współczuć bohaterowi – wychodzi na to, że otaczają go tylko i wyłącznie świry, próbujące wykorzystać jego umiejętności w jakimś tylko sobie znanym celu. I tak, Hiyakawa stoi na czele tej grupy…

Trzeci odcinek znowu zawierał elementy bardzo dobre i intrygujące, i gdyby nie te przeskoki z miejsca na miejsce, pourywane rozmowy i telegraficzne skróty z kolejnych zleceń, anime byłoby naprawdę miodne. Za każdym razem mam poczucie, że twórcy bardzo kompresują cały materiał i bez litości tną go tasakiem na części ważne i te, które można wywalić. Problem polega na tym, że bez tych wywalonych, seria przypomina skrót informacji dnia, oglądany od połowy, na telewizorze, który okazjonalnie śnieży i gubi sygnał. Tu nawet nie chodzi o chronologię wydarzeń, ale jakieś spoiwo, łączące je w logiczną całość. Bo póki co, nie widzę ani jednego powodu, dla którego Mikado tapla się w tym mrocznym bagienku zamiast uciec gdzie pieprz rośnie. Zapewne dotrwam do końca anime, ale żal mi zmarnowanego potencjału fabularnego i fajnych bohaterów, bo nie wierzę, że będzie lepiej.