Odcinek trzeci popycha fabułę do przodu… Poniekąd. Muteki opowiada nowym znajomym z salonu gier (z którymi zdążył się zaprzyjaźnić gdzieś poza kadrem) o swojej niewidzianej od lat siostrze, obecnie reporterce w programie zajmującym się poszukiwaniem „prawdy” (czyli oczywiście zjawiskami paranormalnymi). Przy tej okazji na jaw wychodzi większa rewelacja – otóż ojcem Mutekiego jest Owen, zaginiony burmistrz Neo San Francisco. Dla bohatera to całkowite zaskoczenie, a ja powiem tak: rozumiem, że konwencja, ale serio, są granice tego, co można zwalić na konwencję. To się nazywa leniwy scenarzysta.

Następnie Muteki odwiedza nadmorski bar, aby po raz kolejny robić maślane oczy do Aidy, a później, jako że upragnionego hamburgera nadal się nie doczekał, udaje się do nowo otwartej restauracji z sushi, należącej oczywiście do korporacji OctinQ. Czy ktoś musi zgadywać, jaki jest los gości tej restauracji? Muteki unika najgorszego dzięki interwencji DJ-a, a potem, już bez specjalnych oporów, zamienia się w Mutekinga i rozprawia się z potworem. Tak oto świat udało się znowu uratować. Ale czy da się uratować tę serię?

Powtórzę: ogląda mi się ją dobrze, ponieważ do szczęścia wystarcza mi w zasadzie kolorowa i pomysłowa scenografia. Cała reszta jednak nawet nie próbuje wykorzystywać swojego potencjału. Brak spójności robi się irytujący: Muteki jest w salonie gier, potem na promenadzie, w barze i w restauracji, ale brakuje jakiejś najcieńszej nitki fabularnej, która by pokierowała jego ruchami. Dlaczego właściwie włóczy się codziennie bez celu po mieście? O burmistrzu i objawieniu pisałam wcześniej, ale podobną wygodną dziurą fabularną jest tym razem pojawienie się DJ-a tam, gdzie wcale nie miał powodu się pojawiać. Wszystko to sprawia, że nie mam wrażenia oglądania ciągłej historii, ale szeregu scen, które układają się w ciąg chronologiczny, pozbawiony jednak przyczynowości i skutkowości.

Co gorsza, rozczarowują mnie postaci. Po jakiego ciężkiego grzyba aż pięć osób w salonie gier, skoro stanowią one różnokolorową „ścianę”, służącą tylko do tego, żeby bohater mógł przekazać widzowi pewne informacje? Po co w każdym odcinku cameo Sutekinga? Jako powracające elementy epizodyczne wystarczyliby panowie z baru Aidy. Babcia bohatera nie pojawia się w ogóle i nawet DJ w gruncie rzeczy pozostaje bardziej narzędziem fabularnym niż pełnoprawnym bohaterem. Jeśli dodać do tego, że sam Muteki nie jest przesadnie charyzmatyczny, dostajemy tytuł z pięknie kolorowymi, ale zupełnie pustymi postaciami. Wbrew pozorom nie zniechęcam jednak do oglądania – mieszanka wizualno-muzyczna jest nie dla każdego, ale jeśli komuś się spodoba, to dla niej samej warto kontynuować seans.

Krótka obecność Yuzu sprawia, że Tamahiko musi przypominać sam sobie, że jest pesymistą, a to wiąże się z bardzo konkretnym sposobem bycia. I kiedy wydaje się, że już jest nieźle, światełko w tunelu wydaje się coraz jaśniejsze – zamiast upragnionej Arkadii pojawia się ekspres i z całą mocą zderza się z bohaterem… Otóż Tamahiko dostaje od ojca list, w którym informuje on latorośl, że jego starsze rodzeństwo właśnie otrzymało atrakcyjne oferty małżeńskie, ale ponieważ informacja o zesłanym w góry niepełnosprawnym bracie mogłaby zniechęcić potencjalnych partnerów, tatuś postanawia uznać go za zmarłego… Wiadomość ta wstrząsa Tamahiko do tego stopnia, że w tempie ekspresowym powraca do dawnych nawyków – zamyka się w pokoju i izoluje od całego świata, z Yuzu włącznie. Ponieważ ma problemy ze snem i nie chce jeść, ostatecznie podupada na zdrowiu. I ponownie, jak za dotknięciem magicznej różdżki, od zguby ratuje go narzeczona. Ponieważ przy okazji Tamahiko niszczy kimono dziewczyny, zabiera ją do Tokio, by kupić materiał na nowe. Młodzi ludzie spędzają przemiły dzień i chociaż demony nadal nawiedzają chłopaka, humor ma już zdecydowanie lepszy. Ale od czego jest rodzina… Ponieważ Tamahiko zostaje uznany za zmarłego, do willi z wizytą wpada jego młodsza siostra i wszystko wskazuje na to, że nie ma zamiaru podnieść na duchu brata…

Mimo szczypty konkretnego dramatu, anime nadal wydziela sporą dawkę ciepła. Przynajmniej do czasu gdy człowiek nie pomyśli o rodzinie głównego bohatera – serio, co za stado podłych, pozbawionych uczuć kreatur. Tatuś bije wszelkie rekordy podłości, a i siostrzyczka zapowiada się na osóbkę, która również świetnie radzi sobie z wyprowadzaniem ludzi z równowagi. Oczywiście, jak znam życie i gatunek, koniec końców okaże się, że wcale nie jest taka zła i w sumie kocha braciszka i ceni Yuzu, ale na razie mam ochotę spuścić ją na dno rzeki z kamieniem młyńskim u szyi. O dziwo, rodzina bohatera sprawiła, że ostoja infantylności, optymizmu i ganbaryzmu, czyli Yuzuki, przestała działać mi na nerwy tak bardzo. Gdyby nie jej puchate i różowiutkie (acz często zupełnie sensowne) podejście do wielu spraw, ta seria byłaby nieoglądalna.

Szczerze mówiąc, jestem nieco zaskoczona mocnymi akcentami i emocjonalnymi kontrastami, jakie serwują nam twórcy. Spodziewałam się jednak dużo bardziej „ułożonej” i milusiej produkcji. A tu niespodzianka. Może to i lepiej, za dużo cukru szkodzi, a tak coś się dzieje i jednak człowiek czeka na jakiś tryumf głównego bohatera i jego narzeczonej – mam nadzieję, że jednak utrą, w ten lub inny sposób, nosa tatusiowi bohatera. Zobaczymy jakie piekiełko zafunduje naszej parze niespodziewany gość, w sumie jestem wyjątkowo ciekawa trzeciego odcinka.

Tym razem zaczynamy od dwóch przyjaciółek, które w poprzednim odcinku dołączyły do głównej bohaterki i jej grupy podczas treningu. Riko chciałabym wrócić do hokeja, ale Nao nie jest entuzjastycznie nastawiona do pomysłu, ta pierwsza jednak nie ustaje w namowach, chcąc zaciągnąć tę drugą na kolejną lekcję. W tym czasie w klubie hafciarskim Manaka zamiast wyszywać z zapałem dokształca się z jakiegoś podręcznika do hokeja, zaniedbując pracę klubową, ku niezadowoleniu swojej młodszej siostry.

Do domu Manaki i Ayaki przybywa zapowiedziana w poprzednim odcinku ekipa telewizyjna z Tokyo, by nakręcić materiał o ryokanie i innych ciekawych miejscach w okolicy. Oczywiście dowiadują się o tym, że dziewczęta, które pozują im do zdjęć, zaczęły uczęszczać na treningi hokeja, i uznają to za interesujące na tyle, aby zrobić materiał o takiej lekcji. Wiadomość o tym rozpala entuzjazm trenerki do czerwoności, na szczęście komediowy aspekt jej zapału nie przekracza granicy dobrego smaku, acz nie wiem, czy wywody na temat niesamowitości danego sportu to jest to, co do niego zachęca.

Dobre sportowe serie samym treningiem oraz starciami potrafią rozbudzić w widzu zainteresowanie daną dziedziną, a nawet zachęcić do rozpoczęcia treningu. Tutaj na razie podejście jest inne – dużo się o hokeju mówi, zachwyty latają się gęsto, dziewczęta dużo o nim rozmawiają, szczególnie Manaka i Riko, ale samego hokeju jest tutaj jakoś tak… mało. Ruchu na lodzie tak naprawdę jest niewiele, do tego najczęściej widzimy jedynie część sylwetek zawodniczek, a całe postaci tylko w krótkich ujęciach. Jak na razie to najwięcej dynamiki ma tutaj opening. Nie pachnie to serią sportową, a raczej obyczajówką promocyjną regionu Nikkou, z zapowiedzią odrobiny dramatu – i to już w kolejnym odcinku.

Powiedziałabym, że odcinek był minimalnie lepszy, ale przypuszczam, że należy zastosować odpowiednią skalę – w porównaniu do poprzednich nie był aż tak śmiertelnie nudny. Nie znaczy to, że nie zawierał dłużyzn. W otwierającej go scenie dziewczęta jedzą wspólnie śniadanie i wpadają na pomysł, żeby się sobie nawzajem przedstawić. Właściwie całkiem zrozumiały i naturalny, skoro mają teraz razem mieszkać i ćwiczyć, tyle że widz te wszystkie informacje słyszał już najpierw w pierwszym, a potem w drugim odcinku… Poza tym utwierdzamy się w przeświadczeniu, że Rena Hananoi ma focha na cały świat ze szczególnym uwzględnieniem Suzune. Tak się jednak składa, że do pierwszej rundy finału dziewczęta mają wybrać z trzech opcji – zespół muzyczny, grupa taneczna, śpiew – to, w czym czują się najmocniejsze. Potem okazuje się, że wraz z koleżankami, które wybrały to samo, mają stworzyć „zespół” i wspólnie wystąpić, a grupa, która nie zdoła przebić bariery 100 tysięcy polubień, odpadnie. Jak łatwo zgadnąć, zarówno Suzune, jak Rena wybierają śpiew. Jak trudniej zgadnąć – jako jedyne, co oznacza, że muszą współpracować, jeśli nie chcą zostać wyeliminowane. Występ za dziesięć dni… Ale zaraz: dlaczego ich licznik polubień bije jak szalony, mimo że nie opublikowano jeszcze nawet nagrania z ich prób? Szybkie poszukiwania w internecie przynoszą odpowiedź. Otóż wyciekła informacja, że Rena jest młodszą siostrą superidolki Akari Amasawy. Tak, tej samej, która stanowiła inspirację dla Suzune.

Tu następuje stosowna porcja retrospekcji oraz dłuższa rozmowa pomiędzy Reną a Suzune (więcej statycznych ujęć, w dodatku po ciemku), z której wychodzi coś w rodzaju przymierza. Nie jako przyjaciółki, a jako rywalki przygotowują się do występu i – ku zaskoczeniu koleżanek – postanawiają stanąć na scenie na kilka dni przed terminem. W dodatku bez żadnych wspólnych prób. Nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że występ, pokazany w CGI, wypada olśniewająco. Teraz zaś pozostała siódemka dziewcząt czuje potężną presję: czy uda im się zainteresować widownię na tyle, by pozostać w finale?

Jest jak było, to znaczy słodko, ckliwie, mdło i nieszkodliwie. Seria stara się zapracować na miano cukierka dla oka dzięki ładnie kadrowanym zbliżeniom pokazującym dziewczęta w różnych konfiguracjach – na zrzutkach wygląda to nieźle, ale zwracam uwagę, że prawie się nie rusza. Na uwagę amatorów gatunku zasługuje nieco większe niż zwykle zróżnicowanie wizualne dziewczyn oraz ogólnie przyjemne projekty, sprawiające, że na anime patrzy się całkiem miło. Niemniej, w dalszym ciągu, to seria dla amatorów – fanów gatunku lub osób, które mają podejrzenia, że może im się spodobać. W sumie „na początek” byłaby nawet niezła, ot takie patrzydło, wykorzystujące schematy, ale pozbawione poważniejszych wpadek.

Do nowo otwartej apteki Reda trafia w końcu tajemnicza Poszukiwaczka Przygód z poprzedniego odcinka. Okazuje się, że na imię ma Rit (znaczy Rizlet z Loggervii), jest księżniczką tejże i jednocześnie stoi dosyć wysoko w rankingu. A poza tym już się kiedyś z Gideonem poznała i nawet wspólnie walczyli przeciwko demonom.

 

Tu następuje część wspominkowa, w trakcie której przypominają sobie przy herbatce, jak się spotkali, jak wspólnie walczyli z demonem, oraz jak Gideon wyciągnął ją z poczucia winy za śmierć współtowarzyszy. I oczywiście w trakcie wszelkich tych wspominek rzucane są grube sugestie, że Rit czuje do Gideona/Reda miętę…

 

No, większość odcinka powspominali, więc Poszukiwaczka kuje żelazo póki gorące, czyli proponuje zaskoczonemu Redowi, że będzie sklepu pilnować i pracować u niego. Po małej prezentacji swoich wynalazków i rozebraniu ich dostosowania do rzeczywistości przez Rit, Red dochodzi do wniosku, że to niegłupi pomysł by był. Po czym się okazuje, że dziewczyna miała na myśli dosłowne wprowadzenie się – łącznie z zakupami dodatkowych mebli…

 

 

Tymczasem gdzieś na pustkowiach byli Towarzysze witają przyprowadzony przez Aresa nowy nabytek w postaci Zabójczyni, która ma zastąpić Gideona. A następnie widz (i panienka) zostają poinformowani przez całkowicie pozbawioną jakichkolwiek emocji Ruti, że będą teraz szukać broni zostawionej przez poprzedniego Władcę Demonów.

 

Graficznie nie zmienia się dużo – w sumie mogłabym przekleić wszystko, co było pod pierwszym odcinkiem, bohaterowie siedzą i stoją w statycznych dekoracjach, walka też jest bardzo statyczna, plus mamy  kilka SD-czkowatych scenek. Fabularnie natomiast mamy całą historię potrzebną do wprowadzenia nowej postaci, przyszłej wybranki Reda, pokazanie, w jaki sposób Gideon wykonywał swoją powinność (motywacja i umiejętne posługiwanie się słowem), dalsze prezentowanie Bohaterki jako nieokazującej żadnych emocji maszynki do zabijania i rzucanie aluzjami, że Ares to knuj. Czyli nic nowego.

(Typowy bohater po komunikacie „To ja się wprowadzam”)

Bojji, jako pierworodny syn Bosse, siódmego władcy w rankingu królów, ma pierwszeństwo w kolejce do tronu. Niestety, wszyscy poddani jego ojca, łącznie z mieszkańcami zamku, nie wierzą w młodego księcia, uważając go za głupiego i nieudolnego, głównie za sprawą tego, że natura nie obdarzyła go słuchem, chłopiec jest także niemy; nie pomaga też fakt, że paraduje po mieście w samej bieliźnie. Nie dzieje się tak jednak bez powodu – podczas jednej ze swoich eskapad Bojji natrafia na Kage, ocalałego przedstawiciela klanu cieniowych zabójców, który z niejasnych nawet dla niego przyczyn doskonale rozumie, co chłopiec przekazuje poprzez swoje pojękiwania. Trudniący się kradzieżami jegomość każe Bojjiemu oddawać ubrania, a ten, jako że nigdy nie spotkał nikogo, z kim mógłby porozmawiać, każdego kolejnego dnia przynosi następne, stając się tym samym pośmiewiskiem dla innych ludzi, którzy z zaciekawieniem przyglądają się jego powrotom do zamku.

Nie umyka to uwadze innych członków rodziny królewskiej, w tym królowej Hiling, drugiej żony króla, ślepo zapatrzonej w swojego syna, Daidę. Ponadto nieco bliżej poznajemy także dwóch nauczycieli szermierki – Domasa, który uczy Bojjiego, oraz Bebina, zajmującego się szkoleniem Daidy. Interesujących postaci wydaje się być jednak więcej, ale o nich zapewne w kolejnych tygodniach.

W zeszłym sezonie zachwycałem się Sonny Boyem Shingo Natsume i trudno nie wspomnieć o nim i przy tej okazji, kiedy Yousuke Hatta, niegdyś w zasadzie jego prawa ręka, później również asystent przy Boogiepop wa Warawanai, zalicza w końcu swój długo oczekiwany debiut w roli reżysera serii; odpowiedzialny był także za scenorys i reżyserię pierwszego odcinka. Hatta po raz kolejny udowadnia, że na taką szansę absolutnie zasłużył i że ci wszyscy, którzy opowiadali o jego talencie i wróżyli mu wielką przyszłość, mieli po prostu rację. O pochwały byłoby jednak odrobinę trudniej, gdyby nie Atsuko Nozaki, projektantka postaci, która zajęła się nadzorem animacji w pierwszym odcinku i której dizajny, ich prostota i jednocześnie wielowymiarowość, dały animatorom ogromne pole do popisu. Na liście płac znalazły się takie nazwiska jak Shin Ogasawara, Toshiyuki Satou, Kenichi Fujisawa czy asystent Hatty, Arifumi Imai, który zajął się absolutnie genialną sceną pojedynku Domasa z Daidą. Naprawdę wiele dobrego można by było także powiedzieć o tłach, ale chyba nie ma takiej potrzeby, bo ich wysoka jakość była kwestią w zasadzie oczywistą od samego początku – nie mogło być inaczej, kiedy za dyrekcję artystyczną odpowiada Yuuji Kaneko.

Fantastyczna to była premiera, zwiastująca naprawdę dużo dobrego. Już na samym początku mamy wiele interesujących postaci, świat, o którym chcemy wiedzieć więcej, no i protagonistę, któremu z całego serca pragniemy kibicować. Nie wiem jak długo seria utrzyma tak wysoki poziom, bo zza kulis dochodzą do nas nieco niepokojące informacje, natomiast życzę i twórcom, i sobie, i wam wszystkim, żeby mimo problemów udało się dotrwać do końca bez jakichś szczególnych spadków jakości, bo po pierwszym odcinku myślę, że czeka nas naprawdę ciekawa, pełna ciepła produkcja.

A, no i opening jest świetny. Nie jestem przekonany, czy utwór King Gnu do końca zgrywa się z animacją, natomiast wydaje się doskonale oddawać klimat serii, poza tym to po prostu dobra, niesamowicie wpadająca w ucho piosenka.

Jeśli pierwszy odcinek Muv-Luv Alternative miał wyprowadzić widzów nie znających oryginału w pole, to mu się to zdecydowanie udało. Zapomnijcie (przynajmniej na razie) o Sayoko Komaki, nastąpiła bowiem całkowita zmiana obsady i miejsca akcji. Zgadza się jedynie fakt, że BETA zaatakowała Ziemię, a ludzkość w roku 2001 dalej nie ma skutecznego sposobu walki z wrogiem. Po krótkim wstępie, który pokazuje walkę Takeru Shirogane z kosmicznymi robalami i podczas której ten niechybnie ginie, chłopak ni stąd ni zowąd budzi się we własnym łóżku. Zdezorientowany całą sytuacją oraz brakami w pamięci, początkowo nie może dojść o co chodzi. Chwilę później orientuje się, że cofnął się o dwa miesiące w czasie! Zamiast ubolewać nad swoim losem, zaczyna działać – chce wykorzystać wiedzę z przyszłości, aby nie dopuścić do uruchomienia planu Alternative V – wysłania kilkuset tysięcy ludzi w kosmos w poszukiwaniu nowej planety do życia oraz pozostawienia całej reszty na niechybną śmierć z rąk (macek? odnóży?) BETA.

Wiedza pozwala mu dostać się do bazy wojskowej, gdzie naukowiec Yuuko Kouzuki prowadzi prace nad planem Alternative IV, który ma umożliwić przetrwanie ludzkości na Ziemi. Nic na razie o nim nie wiemy, jednak Takeru wprost pali się do pomocy przy jego realizacji. Wstępuje do wojska oraz rozpoczyna trening wraz z całą grupką dziewcząt, którą zna z poprzednich światów. Tak, światów. Otóż okazuje się, że cała ferajna uczniów pochodziła oryginalnie ze świata, gdzie nie doszło do ataku BETA, a z nieznanych przyczyn zostali wrzuceni wprost do piekła. Zapewne całą grupkę poznamy bliżej w kolejnych odcinkach, no chyba, że twórcy przygotowują kolejny reset świata przedstawionego…

Szczerze mówiąc, mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony nowa obsada i wątek (linia?) fabularny wydają mi się znacznie ciekawsze niż to, co zobaczyliśmy przed tygodniem. Z drugiej kompletnie nie rozumiem takiego zabiegu i mam nadzieję, że jakkolwiek zostanie to wyjaśnione. W każdym razie ze znacznie większą ochotą sięgnę po kolejny odcinek, gdyż potencjał jest tutaj dość spory.

 

Okej, mogę przestać się dziwić, co w sumie nie jest dziwne, tylko odrobinę mi żal, że musieli, no po prostu musieli… Kontynuujemy rozmowę w międzyczasie/międzyświecie, Bogini wyjaśnia, o co chodzi z Bohaterem – otóż doprowadzi on do zagłady świata 18 lat po ewentualnych narodzinach protaga w tymże, ale na zgładzenie go jest okienko dwóch lat, bo najpierw (16 lat po wspomnianych narodzinach) musi on (znaczy Bohater, nie bohater) ukatrupić Maou, gdyż w przeciwnym wypadku ten doprowadzi do zagłady świata…

Protag po namyśle decyduje się na deal. Kluczowe są w tym następujące elementy: chce wreszcie pożyć jak człowiek, a nie narzędzie do zabijania, jak poprzednio, a po zabiciu Bohatera będzie miał na to szansę; w ramach wyprawki odrodzi się w rodzinie zawodowo trudniącej się zabójstwami i może sobie sam wybrać pięć skilli, które uzna za przydatne. A że Bohater ma ich 30, więc trzeba się dobrze zastanowić, co mu chyba wychodzi, znaczy na swój sposób też zostaje niezłym przypakiem – chociaż szczegółów już nie pamiętam, poza tym, że piąty skill jest na razie jego słodką tajemnicą, oraz jak wyglądał sam proces. Otóż Bogini najpierw magicznym sposobem wlała mu w głowę całą wiedzę o nowym świecie, a następnie wybierał sobie owe skille niczym karty z wirującej wokół niego olbrzymiej talii. No co poradzę, brzmi głupio i jest głupie, chociaż nie na tyle, żeby trzeba było od razu lecieć i to oglądać. Największym plusem w tej całej rozmowie było przytomne pytanie protaga: czy Bogini zależy na zabiciu Bohatera, czy na ocaleniu świata. Facet myśli, to mu trzeba przyznać.

Po narodzinach – widzimy je z jego perspektywy, prócz tego jesteśmy świadkami nadania mu imienia Lugh i dostajemy informację, że pierworodny jego rodziców nie żyje – nadal myśli, chociaż dość jednokierunkowo, mianowicie wszystko wkłada w to, żeby się jak najlepiej rozwijać fizycznie i trenować, a ma dopiero siedem lat. Przy tym cieszy się w miarę normalnymi stosunkami rodzinnymi – w miarę, bo mamusia robi za słodką idiotkę/fanserwisowy element komediowy (najoględniej mówiąc, bo nie wiem, jak inaczej określić propozycję nakarmienia piersią siedmiolatka tudzież przebieranie go za dziewczynkę, bo tak), a tatuś ma drugą mroczną stronę: jako oficjalny nieoficjalny zabójca królestwa także pilnuje rozwoju syna-asasyna, uchodzącego zresztą (dzięki wybranym skillom) za małego geniusza. Bonusem jest to, że rodzina Tuatha De całkiem oficjalnie para się medycyną i zna sekret magicznej chirurgii, pozwalający jej członkom zyskać po operacji oczy łączące zalety wysokiej klasy lornetki, noktowizora i aparatu wykrywającego magiczną aurę. Idealne dla zabójców. Lugh też dostaje takie oczy i wkrótce po tym spełnia się kolejne jego marzenie: przybywa jego nauczyciel magii. Tylko że jest niedorosłą dziewczynką o butnym sposobie bycia… oraz szerokim polu rażenia.

No cóż, mam wrażenie, że opis wydarzeń mówi sam za siebie, ale OK, to dalej jest wprowadzenie, więc jeszcze nie wydaję ostatecznego wyroku. Jeśli chodzi o stronę techniczną, to też nie mam już za bardzo czego pochwalić – powiedzmy, że jest w miarę poprawnie, bo i szczególnych kiksów nie wyłapałam. Kolorowo i świetliście jest tam, gdzie w grę wchodzi magia, gdzie indziej nieco pustawo i oszczędnościowo, ale do przeżycia. No, ciekawy był bordowy kontur w międzyświecie, ale to tyle. W każdym razie, nie spodziewam się już niczego innego niż typowy haremowy isekaj na przeciętnym poziomie technicznym…

Kwiecień 2029 roku, panika na ulicach, ludzie uciekają przed psokszałtnymi robotami, powstrzymać je próbuje człekokształtny robocik, wyglądający, jakby był w trybie permanentnego SD.

 

Kilka godzin wcześniej. Do pracy w host clubie wędruje Hosomichi Kudou, głośniki ogłaszają godzinę policyjną dla osób bez przepustek, służby na ulicy zgarniają gościa sprzedającego pokątnie płytki z grą eroge oraz jakieś breloczki, a przechodzący ludzie komentują, że jak można się takim obrzydlistwem zajmować.

 

Nasz bohater rozpoczyna pracę w klubie, gdzie świetnie się wciela w rolę „zabawiacza” klientek, w przerwie odbiera telefon od gościa, co mu kasę wisi za czynsz, i całkowicie omija jedną z najważniejszych wiadomości w telewizji, przez którą się w sumie zaczęło zamieszanie. Otóż komandor Akatsuki Shinome, jeden z dowodzących Prawdziwą Armią (True Army) z Prawdziwej Japonii ogłasza maluczkim z Kraju Fantazji (znaczy, tej normalnej Japonii), że przez dziesięć lat pracowali nad nimi, żeby dorośli do ich standardów i wyplenili wszystko, co jest przeciwne ich doktrynie (znaczy, cały ten obrzydliwy eskapizm), ale jak widać mają w Kabukicho rebeliantów, co ten eskapizm szerzą, więc czas radykalnie ich wyplenić. Ogniem. Po czym następuje nalot psokształtnych robocików, zaczynających robić rozwałkę w mieście.

 

Kudou, początkowo nieświadomy całego zamieszania, jakimś cudem (znaczy, mocą scenariusza) dostaje się w jego sam środek i jest świadkiem nagłego pojawienia się człekokształtnego SD-czkowatego robocika, który wygłasza linijkę z jego ulubionego anime superbohaterskiego z dzieciństwa… po czym zostaje znokautowany przez psowatego. (Tu widz dowiaduje się, jak się nazywają robociki – Garanndoll)  Kudou widzi swoją szansę na ocalenie/ukrycie się i włazi do środka robota, wchodzi w kontakt z jego baterią (okrągła SD-czka, twierdząca, że to dzięki niej się robot rusza), po czym łapie kontroler i przywala psowatemu.

Od tego momentu jednocześnie zaczyna się dziać dużo. Rebelianci (przypuszczam, że to są oni) zmierzają w stronę swojego Garanndolla, dowódcy Prawdziwych szykują się do walki, bohater przeprowadza „poważną” rozmowę z Bateryjką, facetem od długu (który też tam wlazł) oraz jakimś gościem, co się podaje za Balzaca i chce, by Kudou w sobie odkrył wewnętrznego chłopca, bowiem Garanndolle są napędzane marzeniami. I zgadnijcie: Kudou (oczywiście niechętnie), ku zachwytowi małej, zgadza się zrobić z siebie (jak sam twierdzi) głupka i po wygłoszeniu lekko zmodyfikowanej frazy unieszkodliwia generałowego robocika i zwiewa z Rebeliantami.

Pod względem graficznym podobało mi się – postacie ładnie narysowane, tła znośne, robociki… hm… nad tym aspektem muszę się zastanowić, mocno. Ale wizualnie całość sprawiała dobre wrażenie

Sama fabuła prosta – zwykły bohater przypadkiem zostaje wplątany w wydarzenia, dzięki którym to właśnie on będzie mógł ocalić świat. Chyba. Plus roboty w wersji SD. (Będziemy sprzedawać robociki, zrobimy franczyzę, żeby sprzedawać robociki, zarobimy mnóstwo kasy!). Plus trochę elementów komediowych. Ale jeśli się przyjrzeć, to mamy zestawianie dwóch radykalnych postaw: eskapizmu i realizmu, walczących ze sobą. Mamy  świat, gdzie wszelka rozrywka jest zakazana, bo jest zakazana jakakolwiek ucieczka od rzeczywistości, ponieważ tylko rzeczywistość daje władzę, mamy bohatera, który średnio daje się lubić, bo jedynym, co robi, jest dostosowanie się do realiów i zapomnienie o wszelkich pasjach, które kiedyś miał. Zastanawia mnie natomiast funkcja dziewczyn-bateryjek i w którą stronę to pójdzie – bo jeśli taka, jak w jednym niesławnym animcu z robotami, to jednak pas.

Anime takt op.Destiny rozpoczęło się z wielkim przytupem, zachęcając szybką akcją i nieprzeciętnym wykonaniem do nerwowego oczekiwania na więcej. Tymczasem już w drugim odcinku seria znacznie zwalnia, ba, historia cofa się w przeszłość, aby pokazać nam, w jaki sposób Takt i Cosette zostali odpowiednio Dyrygentem i Muzykantką. Przez większość czasu oglądamy spokojne sceny z ich normalnego życia (i Anny). No, nie do końca normalnego – wiemy bądź co bądź, że świat opanowały groźne D2; te zresztą zabiły ojca Takta, uznanego Maestra, który wpoił synowi miłość do muzyki. Mimo tragedii i wciąż grożącego niebezpieczeństwa ze strony potworów chłopak dalej oddawał się grze na pianinie, grał jednak jedynie w zamkniętym pomieszczeniu. Cosette, lubiąca słuchać jego gry i uważająca, że mógłby uprzyjemnić nią również życie innych ludzi, starała się wyciągnąć go na zewnątrz. Okazja nadarzyła się wraz z przyjezdnym festynem muzycznym Symphonica Party mającym na celu wnieść w serca mieszkańców trochę otuchy (od zawieszenia broni przez Maestra Sagana minęły cztery lata i strach przed D2 znacznie osłabł). Po długim wahaniu Takt przekonał się do wyjścia i dał świetny popis swoich umiejętności – najpierw sam, potem z Cosette – przed publicznością. I wtedy muzyka przyciągnęła potwora… Atak monstrum poważnie zranił bohatera, zwłaszcza dziewczynę; gdy już się wydawało, że to koniec, tajemnicza siła zmieniła ich w Dyrygenta i Muzykantkę.

Nie jestem przekonana, czy rzucanie retrospekcjami już w drugim odcinku było dobrym pomysłem – wyszło nieco ni z gruchy, ni z pietruchy, nie mówiąc o tym, że nie były zbyt interesujące. Z drugiej strony jeśli nie teraz, to kiedy? Mamy zatem za sobą przeszłość bohaterów (przynajmniej częściową, bo może coś jeszcze ważnego zobaczymy), dowiedzieliśmy się też, jacy byli, zanim los wybrał ich na obrońców ludzkości. O ile Takt niespecjalnie się zmienił, o tyle towarzyskość i optymizm Cosette ustąpiły miejsca emocjonalnemu chłodowi, acz na szczęście zachowała swoją zgryźliwość. Z nowych postaci widzimy jedynie niejakiego Sagana, ważną osobistość, przy którym kręci się blondwłosy jegomość (Schindler, jeśli ktoś ciekawy) – przeczucie podpowiada, że przynajmniej jeden, jak nie obaj, dużo namieszają, niekoniecznie dobrego.

Pierwszy odcinek chwaliłam za oprawę graficzną, drugi z kolei… Nie żeby poziom nagle spadł na łeb, na szyję, nie, dalej wrażenia są pozytywne, z tym że ze względu na charakter odcinka animatorzy nie mieli bardzo okazji się popisać, poza ostatnimi minutami i ujęciami gry na pianinie (ponownie sięgnięto po przyzwoite CGI). Ale może to i dobrze, że „mniej ruchliwy” epizod fabuły przypadł do realizacji Mappie, podchodzącej do projektu, mówiąc delikatnie, z większą nonszalancją niż Madhouse – boję się, że gdy przyjdzie oglądać większą akcję w ich wykonaniu, zgrzyt będzie murowany. A czy muzyka może się podobać? Cóż, zależy, czy lubimy klasyczne kompozycje. Ale nawet jeśli nie, trzeba przyznać, że ten typ utworów idealnie pasuje do konwencji (choć Takt dyrygujący w rytm hip-hopu czy disco byłby pewnie ciekawszy…). Seria ponadto ma ładny opening i dobrze dobranych seiyuu; cieszy zwłaszcza możliwość posłuchania Koukiego Uchiyamy, który w swojej roli czuje się jak ryba w wodzie.