Kyouka ma problem. Na naszych oczach rozegra się straszliwy dramat. Z retrospekcji dowiadujemy się, że dziewczynie zdarzyło się raz zapomnieć tekstu – akurat, kiedy śpiewała „swoją” piosenkę, czyli zajmowała środkowe miejsce w grupie. W trzecim odcinku nagle od tego posmutniała i menedżer stwierdził, że to kolejny problem, z którym muszą sobie poradzić. Zanim wyjaśniło się, o co chodzi; myślałam, że ktoś kogoś rzucił albo co najmniej szantażuje, takie napięcie było odmalowywane między Kyouką a jej najwierniejszą fanką. Okazało się jednak, że to tylko nadmierna wiara tejże fanki oraz jej oczekiwania wobec idolki były tak przytłaczające. Kyouka nie chce już występować jako główna piosenkarka, choć kiedy to wykrzykuje, to oczywiście zaczyna świecić. Menedżer uznaje, że najlepszym rozwiązaniem będzie po prostu zmusić ją do tego i już.

To główny wątek tego odcinka, ale cały czas obserwujemy także postępy w popularności TiNgS, których ostatni występ był – jak na ich możliwości – olbrzymim sukcesem. Więcej interakcji z głównymi bohaterkami mają również ich dwie koleżanki z tego samego studia, o których wiemy, że w przyszłości dołączą do TiNgS. Tym razem oglądało mi się odcinek jednak gorzej, nie lubię takich sztucznie nadmuchanych dramatów ani postaci, które chcą pomocy, ale krzyczą, żeby je zostawić w spokoju, bo ich sprawa nie jest przecież ważna – a jednocześnie smęcą na całego, niepokojąc wszystkich zainteresowanych dobrem zespołu. Mniej tutaj także ruchu, jest tylko jeden krótki fragment występu w retrospekcji, a bohaterki głównie rozmawiają – można najwyżej zauważyć, że mają bogatą mimikę.

Cóż, seria zapowiada się na w miarę interesującą w swojej tematyce i nawet ładną, ale ma trochę elementów, które mogą irytować: nijakiego menedżera powtarzającego wciąż, że już wszystko widzi, hiperaktywną bohaterkę, gambaryzm czy idolki w ramach budowy swojej „postaci” eksploatujące do znudzenia jeden schemat zachowania. Na tym etapie historii nie do końca jestem w stanie powiedzieć, na co zostanie położony nacisk, mam wrażenie, że fabuła jeszcze się nie rozkręciła i cały czas oglądam tylko wstęp do czegoś większego. Jeśli każdy kolejny wątek będzie polegał na zauważeniu przez menadżera „problemu” i jego rozwiązywaniu (następna w kolejce jest Rio?), to wrażenie to będzie mi towarzyszyło zapewne do końca serii. Trzeci odcinek pokazał, że taka budowa w tym konkretnym przypadku źle wpływa na dynamizm i płynność fabuły.

Oj, stawka rośnie z odcinka na odcinek… Wcześniej, co prawda Farma przestraszył swoją nauczycielkę, ale ostatecznie doszli do porozumienia i chłopak w zaciszu swojego małego gabinetu tworzył najróżniejsze leki na bolączki trapiące ludzi z jego najbliższego otoczenia. Niespodziewanie jednak ojciec głównego bohatera zostaje wezwany do pałacu, ponieważ stan zdrowia głowy państwa nie jest najlepszy… I oczywiście Farma mu towarzyszy.

Tego, co Farma ma w swoim magicznym oku, nawet aparatem rentgenowskim nazwać nie można, bo jego moc nie tyle pokazuje, co człowiek ma w środku, a precyzyjnie wskazuje chore miejsce. W przypadku Jej Wysokości są to płuca, a chorobą jest gruźlica, na którą leku obecnie nie ma, a całe leczenie polega na uśmierzaniu bólu i dbaniu o komfort pacjenta. Tak właśnie robi głowa rodu de Medicis i głośno protestuje, kiedy zdeterminowany Farma oznajmia monarchini, że jest istnieje szansa na jej uratowanie. Zdesperowana kobieta zgadza się na eksperymentalną terapię chłopaka, ponieważ jej dar potwierdza, że Farma mówi prawdę, a przynajmniej coś, co uważa za prawdę. I w sumie co jej szkodzi, przecież i tak umiera.

No, to ciąg dalszy „cudotworzenia” przez głównego bohatera, który na podstawie wzorów chemicznych wytwarza czteroskładnikowy lek na gruźlicę… Przynajmniej z góry zapowiada, że leczenie nie będzie natychmiastowe i trochę potrwa. Plus za postawę protagonisty, który obserwując ojca, zdaje sobie sprawę, że wiedza to nie wszystko i liczy się również to, jak z pacjentem się rozmawia. Plus za postawę ojca, który słusznie dzieciakowi nie dowierza, a nawet jeśli już akceptuje jego inność, to daje mu jasno do zrozumienia, że skoro ryzykuje, to sam musi być odpowiedzialny za swoje czyny i za ich ewentualne skutki. Minus za ogólne wykonanie i wszechobecną nudę spowodowaną przepakowaniem głównego bohatera. Żadnego napięcia tu nie uświadczymy, bo z góry wiadomo, że Farma sobie poradzi. Znaczy, może się to w przyszłości zmieni, ale na razie wystarczy kilka chwil na zastanowienie się i już bohater zaczyna działać. Pewnie, że nie musi to być tak dramatyczne, jak niektóre seriale medyczne, ale kiedy wszystko idzie, jak po maśle, to trudno wytworzyć jakąkolwiek atmosferę. Wiedza medyczna wiedzą medyczną, ale no właśnie… podejście do pacjenta i sposób leczenia też są ważne.

Tak zwana magia chemii…

Po powrocie do Gildii na Kelvina czeka jej szef – Leo, który prosto z mostu pyta, czy bohater czasem nie przybył z innego świata i czy jest przywoływaczem. Bohater, nie mając innego wyjścia, przyznaje mu rację, po czym dowiaduje się, z niejakim zaskoczeniem, że w tym świecie już się pojawili isekajowicze. Grupa bohaterów z innego państwa, która została przyzwana przez ichnią kapłankę ze względu na przepowiednię, że obudzi się Król Demonów. Leo stwierdza, że jakieś przesłanki wskazują, że jest to prawda – więcej mocniejszych potworów, trudniejsze walki z nimi itp.  – i proponuje Kelvinowi układ. Nie zdradzi jego sekretu, awansuje go w Gildii i pomoże wspiąć się na szczyt, a w zamian bohater (i jego przyszła drużyna) będzie prywatną ochroną miasta i okolic – bo tak serio, na ochronę tych „bohaterów” raczej nie można liczyć, skoro wojna z Królem Demonów wisi w powietrzu. I, jak można przewidzieć, Kelvin się zgadza.

Kolejnym krokiem bohatera jest powrót do handlarza niewolników i zakup wcześniej wypatrzonej półelfki. Wbrew pozorom Kelvin robi to w celu przyłączenia jej do drużyny, wiec potrzebuje takiej z całym, nieruszonym zestawem punktów, żeby mogła mieć dobre umiejętności. Okazuje się, że panienka ma jedną wadę – ciąży nad nią dość nieprzyjemna klątwa, ale wiadomo, co to dla bohatera. Po skutecznym „odczarowaniu” Kelvin zabiera Efil do gospody, w której mieszka, gdzie właścicielka zdecydowanie priorytetyzuje zadania dotyczące kolacji i doprowadzenia panienki do porządku, po czym  następuje szybka sekwencja uczenia Efil o tym, co się robi z umiejętnościami.

W tym odcinku walk nie ma, nie ma też dłuższych fragmentów w których należałoby coś animować w ruchu. Większość rozmów i ekspozycji jest statyczna, nie znaczy to jednak, że pominięto mimikę i małe detale – jak wcześniej pisałam, tu się dużo rusza. Z rozmowy z Leo dowiadujemy się minimalnie więcej o budowie świata i, w końcu, o tym jakimś zagrożeniu. Widać jednak, że bohater nie rwie się szczególnie do wyskakiwania przed szereg, a raczej do kontynuowania tego, co zaplanował – stworzenia zaufanej drużyny, (Cóż, chyba kolejna chętna wisiała w jakichś lochach pilnowana przez potwora… ) i pięcia się na szczyt.

Bohater na pewno będzie miał jakiś harem, na pewno będzie walczył z jakimiś potworami i na pewno się ruszy poza granice miasta (choć szef Gildii raczej by wolał go na miejscu). Jak na razie seria nie obraża inteligencji widza, mimo przeciągania pewnych sytuacji.  I choć niektóre motywy i rozwiązania budzą wątpliwości, nie przekraczają jednak granicy obleśności, na której wyłożyło się kilka innych tytułów. Mam świadomość, że może to się zmienić (patrząc po czołówce i endingu), ale jak na razie Czarny Przywoływacz kwalifikuje się jako tytuł do dalszego obłypania – ale ze względu na wolną ekspozycję zdecydowanie nie dla tych, co wymagają wszystkiego na już, teraz, zaraz.

Moje przewidywania okazały się mylne i przynajmniej na razie scenariusz rozminął się z historyczną prawdą. Ostatecznie Kawakami Gensai nie zabija Shozana, ale sam ginie w pojedynku z Sakuyą, który tym samym ratuje życie Ichibanboshiego. Niestety, chłopak zamiast okazać wdzięczność, całkowicie odcina się od towarzysza, słysząc że zabił swojego ojca. Kiedy na drugi dzień Toudou informuje grupę o nowej misji, Ichibanboshi odmawia wypełnienia rozkazu z Sakuyą u boku. Ostatecznie dowódca Shinsengumi zmienia nieco plany – podczas gdy Akira i Ichibanboshi trafiają do domu uciech jako szpiedzy, reszta grupy wyrusza w miasto w poszukiwaniu informacji o Katsurze Kogorou.

Przebrana za gejszę Akira o mały włos nie kończy tragicznie, gdy próbuje podsłuchać podejrzaną grupę samurajów. Na szczęście z opresji ratuje ją inna gejsza, zabawiająca Katsurę i jego towarzyszy, Ikuchiyo. Dzięki niej Akira ma okazję spędzić z podejrzanymi trochę czasu. Tymczasem reszta grupy rozdziela się, po raz kolejny mając w nosie wytyczne Toudou. Jednak przechadzka po mieście okazuje się kształcąca, ponieważ w ostatecznym rozrachunku wszyscy trafiają do domu uciech i to w ostatniej chwili, by pomóc Ichibanboshiemu i Akirze, którzy zostają zdemaskowani. Dochodzi do pojedynku między Shinsengumi a grupą Katsury – niemałą rolę odgrywa w nim także Ikuchiyo, która gejszą wcale nie jest…

Trzeci odcinek był zdecydowanie bardziej dynamiczny, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że całość jest okrutnie niemądra. Shinsengumi nie ma szans funkcjonować jak trzeba, skoro jego członkowie w ogóle ze sobą nie rozmawiają, mają w nosie polecenia przełożonych i popełniają proste błędy. Sytuacja z Sakuyą rozbroiła mnie, bo rozumiem, że Ichibanboshi nie należy do najbystrzejszych protagonistów, ale on się nawet nie zainteresował, dlaczego Sakuya zrobił coś tak strasznego, jak zabójstwo ojca. Nie zapytał, nie zaproponował rozmowy – po prostu uznał, że nie chce mieć z towarzyszem (który właśnie ocalił mu życie) nic wspólnego… Do tego dochodzi reszta grupy, która robi, co jej się żywnie podoba. To już kolejny raz, gdy Toudou prosi ich, by poinformowali go, czego się dowiedzieli, a oni tego nie robią. Na razie ich zachowanie uchodzi, bo koniec końców i tak trafiają we właściwe miejsce, o właściwym czasie, ale zawsze zostaje „co by było, gdyby”. W sensie, nie robi to dobrego wrażenia, sprawia za to, że fabuła wydaje się niedopracowana i szyta grubymi nićmi. Działania bohaterów są pozbawione logiki – gdyby nie cudowne zbiegi okoliczności wymuszone przez twórców, większość grupy byłaby już martwa. Do tego dochodzą okazjonalnie wrzucane migawki z przeszłości poszczególnych postaci, prezentujące, jak cierpią. Takie łzawe usprawiedliwienie tego, że zostali przestępcami, bo życie ich skrzywdziło.

Cóż, nadal ogląda się to przyjemnie, ale te wszystkie idiotyzmy jednak dają po oczach. Szczerze mówiąc, po pierwszym odcinku wydawało mi się, że seria wzniesie się ponad przeciętność, tymczasem z odcinka na odcinek poziom fabularny leci coraz niżej. Całość ratują głupie, ale mimo wszystko sympatyczne postaci. Można rzucić okiem, pod warunkiem, że nie ma się na liście do obejrzenia nic lepszego, nawet w kategorii oklepany shounen.

Pierwsza połowa odcinka do mecz między drużyną naszych trzech bohaterek (i dwóch robotów) o nazwie RISE a jakąś inną grupą idolek-sportsmenek w finałach Kanagawy. Ogląda się to jak pokaz slajdów z minimalną ilością ruchu oraz komentatorem w tle, którego słyszymy, ale ani razu nie widzimy. Co ciekawe – i typowe dla tej serii – czas ekranowy podzielony jest tak, aby również pokazać plany i emocje drużyny przeciwnej. Nie na tyle, aby ją jakoś dobrze poznać, ale zauważalnie i jakoś tak… naturalnie? Zresztą, wszystko tu wypada nadzwyczaj naturalnie, jakby to nie było anime z odlotowymi butami i androidami ładowanymi na stanowisku przez noc jak odkurzacze, ale dokument z życia zwyczajnych ludzi.

Najzwyczajniejsza jest tu zaś główna bohaterka, tak zrównoważona i spokojna, że ze świecą szukać podobnej w innych seriach. Wydaje się mało atrakcyjną opcją jak na centralną postać, ale w momencie, kiedy cała seria jest taka jak ona, to ogląda się zaskakująco dobrze. Tym razem dodatkowo udaje jej się pokazać, na co ją stać: po wielu dniach intensywnych treningów (mało edukacyjnych – powinna paść trupem z przepracowania) w końcu znajduje swoją rolę w drużynie, oczywiście związaną z szybkością – biedaczka z przeciwnej drużyny, która została wyznaczona do krycia Hiyori, ledwo zipała.

Druga połowa anime przede wszystkim zaskakuje ruchem, okazuje się bowiem, że twórcy oszczędzali środki, aby zanimować króciutki występ RISE – Hiyori, Saki i Sumi na scenie to jak na razie najlepiej się prezentujący fragment tej serii. Dwie ostatnie stresują się przed występem, ale mając obok siebie dojrzałą i spokojną Hiyori, nie muszą się tak naprawdę obawiać. To nie są postaci do pokochania, to nie są postaci fanserwiśne, nawet nie za bardzo ciekawe, bo poza związkiem ze sportem i muzyką, niewiele o nich wiemy – nic o ich codziennym życiu czy relacjach z innymi ludźmi, ale z jakiegoś powodu – być może przez swobodny, niewymuszony realizm, z jakim przedstawiany jest aktualny wycinek z ich życia – przyjemnie ogląda się ich poczynania.

Mam wrażenie, że twórcy wiedzą co robią i się na tym znają – temu tytułowi naprawdę wiele brakuje, jak na dłoni widać oszczędności na ludziach i czasie, ale te braki są stale równoważone innymi sposobami, aktywnie maskowane, do tego przemyślano, co jest priorytetem, i na tym się skupiono. Dziwna seria, niby słaba, ale jednak walczy o siebie – i to z powodzeniem. Trudno nie docenić.

Yuuhi jedzie do domu dziadka, w którym teraz mieszka także ciotka z rodziną. Na miejscu opowiada Crezantowi, jak stracił rodziców i jak przez te dziesięć lat mieszkania z dziadkiem ten go traktował. Okazuje się, że tatuś bohatera był detektywem policyjnym, który został zabity, mamusia zniknęła po załamaniu  nerwowym, a pieczę przejął dziadek, który zaczął pranie mózgu i stosowanie łańcuchów na dzieciaku, który nie zawsze przyjmował jego „nauki” o paskudnej ludzkości. Ku zaskoczeniu Yuu leżący w szpitalu dziadek prosi go o wybaczenie, ponieważ przez dziesięć miesięcy, które spędził z rodziną ciotki i młodszą kuzynka Yuuhiego, zrozumiał (sic!), że źle postępował. W tym momencie nie dziwię się, że chłopak ucieka, wykrzykując w trakcie biegu (raczej przez korytarze szpitalne, bo gdzie indziej) wszystkie zarzuty, jakie do niego miał, i wytykając wszystkie przewinienia i złe traktowanie ze strony dziadka. Tylko szkoda, że nie powiedział mu tego, zanim uciekł. Na zewnątrz czeka na niego kolejny golem, za to brak jest Samidare, która by go znów uratowała. Yuuhi ucieka przed nim w góry i udaje się mu go pokonać, w międzyczasie odkrywając miejsce, gdzie może się skontaktować z Księżniczką – we śnie. Krótka radość ze zniszczenia golema zostaje przerwana przez telefon ze szpitala – dziadek właśnie umiera, ale po krótkiej walce ze sobą Yuuhi prosi Crezanta o spełnienie życzenia – tym samym dopełniając formalnego zawarcia paktu z jaszczurem.

Po powrocie do domu bohater jest bardziej pewny siebie, lepiej mu się też trenuje z Samidare. Wtedy także pojawia się nowa postać – Rycerz Sprawiedliwości, Superbohater Shinonome Hangetsu – z efektownym (specjalnie) wejściem z powietrza, i jego Rycerz Pies – Ludo Chevalier (w skrócie Saw), ale po krótkim przestawieniu się, szybko zmywa się do pracy. Pojawia się ponownie gdy bohaterowie wracają do domu, wkurza Samidare, podwiewając jej spódniczkę, i robi pokazówkę, gdy dziewczyna nie może go dorwać. Okazuje się, że jak mistrz starożytnych sztuk walki chciał ocenić, jaką ma siłę, po czym razem z Ludo podsumowują, że skoro polega na sile (i Yuuhi też) to raczej im się nie uda pokonać Złego. Co bohaterów prowadzi do dwóch wniosków – Samidare chce być silniejsza, a Yuuhi stwierdza, że chyba nie powinien im mówić o zamiarach Księżniczki w stosunku do Ziemi.

Animacja dalej koncentruje się na nieruchomych zbliżeniach twarzy/pyska bohaterów, statycznych dalekich planach, statycznych bliskich planach, nielicznych postaciach i pustych tłach. Dodatkowo pojawia się też przestrzeń „senna”, gdzie kontaktują się Yuuhi i Samidare, składająca się z ziemi, kamienia i ściany z płaskorzeźbą, wszystko ekspresyjnie rozmazane na krawędziach i niewyraźne. Przynajmniej nowa postać wygląda na dorosłą, niestety z kolei pies miejscami wygląda jak zezowaty krokodyl.

Wyjaśniono w końcu, co stało się z rodzicami bohatera i czemu dziadek się tak zachowywał, pozostaje jednak pytanie, czemu dzieciak nie wylądował u ciotki, tylko na dziesięć lat u psychopaty, który najwidoczniej dopiero na łożu śmierci i po kilku miesiącach kontaktu z innym dzieckiem pod okiem jego rodziców doszedł do oszałamiających wniosków, że źle robił. Ach, zapomniałam, prawa anime. Zrozumiała jest natomiast reakcja i niechęć bohatera do podejmowania własnych decyzji, na plus, że samodzielnie (no dobrze, z małą zachętą Samidare) decyduje się też coś z tym zrobić.  Pojawienie się kolejnego „Rycerza” też jest miłym zaskoczeniem, bo w końcu na ekranie jest ktoś inny niż dwójka bohaterów. Co nie zmienia, że ich relacje są nadal dosyć grubymi nićmi szyte i jakoś nie mogę uwierzyć w tę miłość od pierwszego wejrzenia. Niestety, tytuł nadal nie zachwyca wykonaniem i rozłożeniem akcentów – wszystko jest drętwe i nijakie, bohaterowie nie wzbudzają żadnych większych emocji, fabuła i zagrożenie – jak na razie tylko w postaci jeden golem na odcinek. Podobno pierwowzór lepszy – no, jeśli twórcy chcą go wepchnąć w 12 odcinków, to naprawdę, życzę powodzenia im, a reszcie sugeruję jednak rzucić anime i sięgnąć po niego.

Tym razem bohaterką odcinka jest Houkiboshi, automata, która z niewyjaśnionych przyczyn straciła głos. Wprawdzie jest sposób, by to naprawić, ale reset spowoduje utratę wszystkich dotychczasowych wspomnień. W trakcie jej rozmowy z Haizakurą widz dowiaduje się, jaka była jej rola w trakcie wojny – koordynowała ostrzał oraz podtrzymywała morale żołnierzy ze swojego 525 pułku, śpiewając. Z pamiętnika, który Houkiboshi daje bohaterce dowiadujemy się też, że miała to zrobić przed jedną z decydujących bitew, której nikt nie przeżył. Dlatego Houkiboshi przeżyła załamanie, a gdy się obudziła u Nagiego, jej głos już nie działał.

Oczywiście Haizakura próbuje pomóc koleżance – najpierw ćwicząc z nią śpiewanie (znaczy ona śpiewa, a Houki próbuje), a następnie, widząc w gazecie ogłoszenie, że „żołnierze 525 pułku wracają do domu”, ciągnie ją na nadbrzeże, gdzie okazuje się, że faktycznie, wracają, ale nie w taki sposób, jak się bohaterka by spodziewała.

Po powrocie do kawiarni Haizakura zastanawia się, jak może pomóc przygnębionej Houkiboshi i, pod wpływem słów Karasuby, udaje się w miejsce, gdzie może się dowiedzieć, czy może jednak ktoś przeżył. Nie znajduje tam odpowiedzi (idzie w sumie w nocy), za to spotyka młodszą siostrę jednego z oficerów, która przekazuje jej list od niego do Houkiboshi. I właśnie ten list powoduje, że automata odzyskuje głos i jest w stanie zaśpiewać piosenkę, którą śpiewała zwykle przed bitwą, na spotkaniu pożegnalnym dla rodzin żołnierzy zorganizowanym w kafejce.

Wizualnie najwyraźniej już ustabilizowało się na mniej więcej na stałym poziomie, czyli przyjemne dla oka panienki, mało postaci drugoplanowych w tła (z wyjątkiem dwóch czy trzech scen jest w sumie pusto), plus statyczne widoczki miasta, kafejki i pola bitwy. Fabularnie tym razem jest mniej ciapowatej Haizakury, za to więcej „chcącej pomóc” Haizakury, mamy też więcej też epizodów wojennych i generalnie obyczajówki. Nie ma tym razem ani słowa o Złej Organizacji, ani o niechęci ludzi do automat/robotów ani o skutkach wojny i zawieszenia broni, nie pętają się też żadni szpiedzy. I dlatego dalej mam trudność z uchwyceniem, o co tak naprawdę w tej serii chodzi. Czy to ma być opowieść o tym, że „ktoś” się nie chce pogodzić z faktem, iż wojna się skończyła, czy historia o miłych panienkach, które przy okazji są robotami i mają traumę z czasów wojny, a teraz muszą żyć po wojnie, czy może o tym, że nawet roboty mogą mieć uczucia, wspomnienia, traumy i są samoświadome, i traktowanie ich tylko jako maszyn nie jest właściwe? Albo o to, że Haizakura jest „specjalna” i przez swoje działania i naiwność ma zdolność „naprawiania” świata wokół (i zapewne jakieś moce pierwotnej automaty, ale ciiii). Jeśli ma być to część większego obrazu, to dalej widzę problem w zbalansowaniu poszczególnych wątków oraz w bardzo nachalnie wbijanym przekazie – „nawet roboty mają uczucia”. Obejrzę jeszcze kilka odcinków z ciekawości, czy może coś zostanie wyjaśnione, ale na razie Prima Doll raczej przypomina ładną wydmuszkę.

Akira Asai – czyżby wbrew imieniu mroczne widmo na horyzoncie relacji rozwijającej się między Kou a Nazuną? Może. Niewykluczone. Znaczy, wampirzyca zapewne wyczuwa jakieś zagrożenie, ponieważ po, nazwijmy to, konfrontacji strzela focha i znika. Ale może zacznijmy od początku.

Po jednej ze schadzek z Nazuną Kou wpada na swoją dawną znajomą/przyjaciółkę z dzieciństwa (sam w sumie nie jest pewien, jak określić ich związek). Dziewczyna co prawda nie ma aż takich problemów ze snem jak Kou, ale wstaje barbarzyńsko wcześnie i nadmiar wolnego czasu przed rozpoczęciem szkoły spędza na samotnych spacerach po okolicy. Od tej pory jednak zaczyna potajemnie spotykać się ze swoim dawnym przyjacielem, który dzieli teraz swój czas między dwie dziewczyny. I żadna (przynajmniej na razie) nie wie o tej drugi. Brzmi jak trójkąt romantyczny? Tak, to miało tak brzmieć, bo na niedopowiedzeniach i najróżniejszych skojarzeniach opiera się praktycznie cała relacja między Kou i Nazuną, a wynikłe z tego nieporozumienia napędzają humor tej produkcji. Może się to pewnie po jakimś czasie znudzić, ale na razie jeszcze bawi. Bawi, bo w parze idą całkiem trafne obserwacje, choć scenariusz nie zagłębia się w nie aż tak bardzo – wystarczająco jednak, żeby skłonić widza do zastanowienia. A to w sumie dobrze, bo to serial z cyklu „siedzimy i gadamy”, więc rozmowa musi być odpowiednio zajmująca, żeby nie uśpić odbiorcy.

O ile martwiłam się w poprzedniej zajawce, że pojawienie się kolejnej osoby w zestawieniu popsuje relacje między głównymi bohaterami, tak teraz mogę odetchnąć z ulgą, bo na razie nowy element, którym jest ewentualna relacja Kou i Akiry, stanowi dobrą przeciwwagę dla tej z wampirzycą. Dziewczyny wyraźnie stworzono na zasadzie kontrastu, ale różnice są (przynajmniej na razie) na tyle nienachalnie zarysowane, że z przyjemnością się ich wspólne rozmowy ogląda. Ja wiem, że grono panienek wokół głównego bohatera się powiększy, ale może autor miał pomysł również i na te relacje. Przynajmniej taką mam nadzieję.

To już trzeci odcinek, więc o ile fabularnie można to podsumować jedynie wstępnie, to o technicznej stronie już można pisać z większą pewnością. Tym bardziej, że serial ma mieć naście odcinków, więc niewiele się pod tym względem może zmienić. Zdecydowanie przeważają tu ujęcia statyczne, ale te nieliczne dynamiczne sceny wyglądają całkiem nieźle, a wszelkie możliwe braki wręcz z nawiązką rekompensują odrealnione (jak na miejsce warunki) i utrzymane w różnych odcieniach nocne krajobrazy. W dużej mierze to właśnie one są odpowiedzialne za klimat produkcji. Wisienką na torcie są natomiast naprawdę wpadające w ucho piosenki towarzyszące serii. Jest w całej tej układance coś magnetycznego i magicznego, co mimo jawnych schematów przyciąga do tego serialu. Nie wiem, jak Wy, ale ja mimo pewnych obaw zostaję.

  Tę zajawkę sponsorowało słowo „przynajmniej”…

Trzeci odcinek rozpoczyna krótka retrospekcja ukazująca urywek z życia Yume. Jak się dowiadujemy, dziewczyna w przeszłości miała w zwyczaju przechowywać w szkatułce bezcenne skarby, które otrzymała od Mizuto. O ile dobrze pamiętam, w pierwszym odcinku chłopakowi udało się powstrzymać „siostrę” przed zajrzeniem do jego szuflady. Ciekawe, co tam miał schowane.

Akcja przenosi się do teraźniejszości. Yume, która przed chwilą trzymała w rękach bokserki Mizuto, zaczyna je obwąchiwać. To mogłoby złamać zasady gry pomiędzy przyrodnim rodzeństwem, w której przegrany ma się stać młodszym bratem bądź siostrą, aczkolwiek jak pokazał pierwszy odcinek, w którym prawie doszło do pocałunku, te zasady bywają mniej lub bardziej naruszane. Jako że cudzą własność należy zwrócić, Yume czeka na idealny moment, ale na korytarzu trafia na Mizuto trzymającego biustonosz, który zapewne zamierzał podrzucić z podobnymi intencjami. Pomiędzy rodzeństwem wywiązuje się rozmowa na temat bielizny.

Przed paroma dniami pisałem, że Akatsuki (lub ktoś inny) może trochę namieszać. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że Akatsuki pragnie raczej zostać siostrzyczką bohaterki. Ma na jej punkcie obsesję i chce, aby Mizuto się z nią ożenił, żeby mogłaby być blisko Yume. W przebraniu (wyglądem przypomina mi dawną Yume) podbija do chłopca, ale po chwili przestaje udawać i wyjawia mu swoje wymiary. Potem nie odstępuje chłopaka na krok. Yume widzi ich razem w restauracji, ale kamuflaż zdaje egzamin, więc Yume nie poznaje „obcej” dziewczyny. Postanawia się zwierzyć z tego odkrycia samej Akatsuki, która udaje, że o niczym nie wie. Wiemy, że podążając za chłopakiem znalazła się przed domem rodzeństwa, ale czyżby nawet bez wiedzy kogokolwiek weszła do środka? Świadczyć o tym mogą buty należące do obcej dziewczyny, na które natrafia Yume po powrocie do domu. Buty szybko znikają w czasie, gdy Yume rozmawia z Mizuto, co oznacza, że Akatsuki mogła się ukradkiem wymknąć. Yume na razie ma mętlik w głowie i nie jest pewna, co się wokół niej dzieje, zaś Mizuto zwierza się z ostatnich wydarzeń Kogure. Możemy się domyślać, że Akatsuki i Kogure byli niegdyś parą. Moim zdaniem dziewczynie bliżej do bycia stalkerką aniżeli yandere w typie znanym z innych serii.

Fanserwisu jako takiego w tym odcinku go nie uświadczymy. Były zbliżenia na bieliznę, ale tylko trzymaną przez bohaterów, leżącą na podłodze, tudzież na stole podczas rozmowy rodzeństwa. Pojawiły się też nieprzyzwoite myśli Yume. Humor nie trafił tym razem do mnie, natomiast moje zdanie na temat strony audiowizualnej prawdopodobnie się nie zmieni.

Ten odcinek był dziwny. Jeszcze w całości go nie przetrawiłem. Dopiero napisałem, że seria coraz bardziej mi się podoba, a teraz się zastanawiam nad dalszym śledzeniem losów bohaterów – jak długo będę to robić i czy w ogóle. Dla jasności: nikogo nie zachęcam ani nie zniechęcam.

Urushi decyduje się na niesamowitą metamorfozę: związuje włosy w koński ogon (czyli fryzurę od lat uchodzącą za najskuteczniejszą w podbijaniu męskich serc w anime). Wprawdzie początkowo jest rozczarowana reakcją Ayumu, szybko jednak wychodzi na jaw, że chłopak nowy wygląd docenia, tylko jak to on, nie wokalizuje tego od razu. Urushi nie ma jednak okazji w pełni wykorzystać sytuacji, ponieważ pojawia się Takeru, który uznał, że jednak bycie wiecznie nieobecnym członkiem klubu jest niehonorowe. Urushi jest zachwycona, Takeru jest zachwycony, Ayumu jest w rozterce – cieszy się, że obiekt jego westchnień jest szczęśliwy, ale jednocześnie skręca się z zazdrości. Na szczęście interwencja Sakurako szybko przywraca status quo: Urushi i Ayumu w (nieoficjalnym) klubie shogi, Takeru i Sakurako w bibliotece.

Po krótkim przerywniku z udziałem ww. pary drugoplanowej wracamy do głównych bohaterów oraz odfajkowujemy następny żelazny punkt serii szkolnych: festiwal kulturowy. Urushi i Ayumu nie mogą oficjalnie zaprezentować swojego klubu, co pozostawia im sporo czasu – oczywiście gdy dziewczyna sprzeda już yakisobę wyrabianą przez jej klasę. Potem jednak dostajemy główny punkt programu czyli randkę polegającą na zwiedzaniu festiwalu. Tak, to oficjalnie randka, pierwsza dla obojga, i jak na standardy anime okazuje się bardzo udana. Kończy się – oczywiście – partyjką shogi na zacisznej ławce gdzieś na uboczu oraz mnóstwem deklaracji i całkowitym brakiem konkretów z obu stron.

Ta seria nie jest tak niedobra, żeby wzbudzać we mnie gwałtowniejsze negatywne, ale rozstaję się z nią ze zdecydowaną ulgą. Trudno by mi nawet było wskazać, co w niej jest nieudane, ale zdecydowanie coś nie gra, ponieważ Soredemo Ayumu wa Yosetekuru przez te trzy odcinki jest konsekwentnie nijakie i nieciekawe. Myślę, że można to przypisać paru czynnikom, ale przede wszystkim brakowi jakiejkolwiek chemii pomiędzy parą głównych bohaterów. Owszem, młodzieńcze zauroczenia nie muszą być głębokie, ale powierzchowność relacji Urushi i Ayumu rzuca się w oczy. Oni nic o sobie nie wiedzą, ich rozmowy obracają się wyłącznie wokół shogi i powierzchownych prób flirtu – z tym też dałoby się coś zrobić, ale tutaj to zdecydowanie nie działa. Wydaje mi się, że autor nie miał pomysłu ani na ich relacje z innymi postaciami (błyskawiczne ucinanie scen, w których na scenę wkracza ktoś poza główną dwójką), ani na wydarzenia z ich udziałem. Widać to choćby po epizodzie festiwalowym, który generalnie polega na tym, że bohaterowie chodzą (częściej są pokazywani na nieruchomych planszach) i jedzą różne rzeczy. W połączeniu ze statyczną animacją i pustymi tłami składa się to na wrażenie ogólnej pustki i miałkości. Nie wiem, może komuś do szczęścia wystarczą zakłopotane minki Urushi? Jeśli tak, może próbować; pozostałym odradzam nawet jako letni zapychacz, chyba że szukają czegoś, co może działać jak naturalny środek nasenny.