Nie trudno się domyślić, że Aoi przeszedł do końcowego etapu selekcji kandydatów do młodzików Tokyo City Esperion. Teraz, wraz z dziesiątką innych graczy, czeka go główna próba – mecz przeciwko tej drużynie. Co więcej, połowa z kandydatów średnio chce współpracować, odmawiając początkowo uczestnictwa w rozmowie o umiejętnościach, preferowanym stylu gry i planach na przyszłość. Mecz początkowo wydaje się aż zbyt łatwy dla nowicjuszy, którzy bez większego problemu doprowadzają do sytuacji podbramkowych. Później nagle sytuacja zmienia się, a Aoi wraz z resztą dostają solidny oklep. Na boisku pojawił się też pierwszak, który rok temu przeszedł testy. Powiedzieć, że jest mało przyjemnym gościem to nic nie powiedzieć, ponieważ za cel obiera sobie głównego bohatera i rzuca przytykami od braku pieniędzy na nowe buty aż po brak talentu…

Wydarzenia z trzeciego odcinka są niestety przewidywalne do bólu. Trener ustawia drużynę regularnych graczy mieszając ich pozycje i role na boisku, a kandydaci robią się zbyt pewni siebie, szybko się męczą i po chwili nie mają szans przeciwko doświadczonym zawodnikom. Żeby dorzucić trochę dramatu, pojawia się też podły charakterem osobnik, który nie może zdzierżyć pozytywnego nastawienia Aoiego względem meczu. Oprócz słownej przemocy, stosuje też taką fizyczną, w pewnym momencie celowo uderzając w brzuch obiekt agresji. Normalnie wyleciałby z boiska, ale byłoby zbyt nudno, nie? Nieścisłości sportowych jest tu zresztą więcej, wraz z rozgrywaniem na jeden kontakt przez zawodników stojących na nieswoich pozycjach. Nie, tego nie da się zrobić po kilku minutach dostosowania się. Rzecz jasna widać tu fascynacje piłką hiszpańską, zwłaszcza prezentowaną przez FC Barcelonę w latach świetności, ale u każdego mającego chociaż odrobinę wiedzy i tym sporcie wywoła to szyderczy uśmiech. Są też elementy pozytywne – zbieranina kandydatów, kiedy już wszyscy postanowili przeprowadzić jakąkolwiek naradę na temat gry, zaczyna być skuteczniejsza na boisku, chociaż to tak naprawdę oczywista oczywistość w grach zespołowych. Widać też, że postaci nie grzeszą charakterami, a tym którzy będą grać w dalszej części ważniejsze role, przeznaczono znacznie więcej czasu. Podobnie zresztą jak ślicznej Hanie, której rodzące się zainteresowanie głównym bohaterem widać jak na dłoni.

Ao Ashi zapowiada się na przeciętną serię sportową. Mamy tu niemal podstawowy elementarz gatunku, chociaż pozbawiony głównej wady – rozmaitych supermocy czy jeszcze większych bzdur pozwalających bohaterowi dokonywać cudów. Aoi łatwo mieć nie będzie, a jedynie jego instynkt boiskowy będzie sprzymierzeńcem w trudnej karierze piłkarza. Osoby lubiące serie sportowe na pewno znajdą tutaj coś dla siebie, ale wszystkim innym odradzam – tytuł skupia się na wydarzeniach boiskowych, a wątek romantyczny czy okruchy życia będą tutaj zdecydowanie drugo- albo i trzecioplanowe.

Izumi dostaje od Inuzuki dwa bilety na film. Po chwili namysłu postanawia zabrać ze sobą swoją dziewczynę, i tak oto mamy pierwszą randkę naszej wspaniałej parki! Chłopak postanawia dzień wcześniej przygotować się do wyprawy, biorąc pod uwagę wcześniejsze rozmaite wypadki. Plan z plecakiem pełnym niezbędnych rzeczy upada ze względu na jego wagę, ale plan przywiązania portfela musi tym razem zapobiec jego zgubieniu, prawda? Sama Shikimori także się szykuje, tylko w jej wypadku dotyczą stroju. Młodość, miłość, ach to Ty!

Izumi nalegający na to, aby obejrzeć film wybrany przez ukochaną, pakuje się jednak w pierwsze tarapaty tego dnia. Plany zgrywania męskiego i wspierającego spalają na panewce, gdy film okazuje się być straszniejszy niż wytrzymałość bohatera. Z pomocą przychodzi więc Shikimori, która po raz kolejny staje się ostoją związku i ratuje swoją obecnością niezdarnego wybranka serca. Im dalej w las, niestety też nie jest lepiej – portfel mimo przywiązania postanawia mimo wszystko się zgubić, więc z romantycznego posiłku nic nie wychodzi. Na całe szczęście sytuacje ratują rodzice Yuu, którzy napotykają na randkującego syna podczas zakupów. Cała czwórka zmierza na rodzinny posiłek, gdzie po raz kolejny śliczna bohaterka wyciągnie ukochanego z zagrożenia życia stworzonego przez widelec, a także wyjaśni się po kim odziedziczył swojego wielkiego pecha.

Powiedzieć, że mamy tu do czynienia z nieudaną komedią romantyczną, to nic nie powiedzieć. Powtarzany jest na okrągło jeden gag i jeden schemat wydarzeń, który doprowadza w pewnym momencie nie tyle do znudzenia, co do irytacji i szewskiej pasji. Niezdarność głównego bohatera i jego zachowania podpada pod kwestię dla specjalisty, który zdecydowanie powinien przebadać czy z głową Izumiego jest na pewno wszystko w porządku. Sama Shikimori ma mentalność ścierki do podłogi, która poza pięknie narysowanymi scenami nie oferuje nic więcej w kwestii charakteru. Relacja tej dwójki jest tak absurdalnie patologiczna i nieprzekonująca, że już po trzech odcinkach mam ich obydwojga dość. Postaci drugoplanowych jak na razie niemal brak, czegokolwiek ciekawego także. Na całe szczęście nie muszę już dalej ciągnąć tej irytującej przygody z tym tytułem, a zakończenie seansu zalecam wszystkim, którzy do tej pory także nie znaleźli tutaj nic wartego oglądania. Szanse na poprawę są naprawdę marne, a negatywne emocje wywoływane przez wydarzenia i bohaterów są dla mnie wystarczającym powodem, aby nie marnować dalej swojego czasu.

Kiedy Junpei usłyszał, że sukces w ukochanym balecie może osiągnąć tylko, jeśli porzuci inne zajęcia, zaczął mieć poważne wątpliwości. Z jednej strony chciałby rozwijać zapomnianą pasję, a z drugiej nie chce zawieść pamięci ojca i boi się, co jego koledzy powiedzą. Przede wszystkim to ostatnie, bo od momentu, kiedy kuzyn Miyako, baletowy geniusz, zaczyna nagle chodzić do szkoły, Junpei myśli tylko o tym, że wszyscy odkryją jego sekretne hobby. A że Luou Mori zwraca na siebie uwagę nie tylko z powodu zagranicznego imienia, ale przede wszystkim emocjonalnego wycofania, to Junpei czuje się jeszcze bardziej zagrożony…

W trzecim odcinku dużo się dzieje i nie jest to komplement, ponieważ fabuła sprintem biegnie przez ważne i trudne tematy byleby tylko dotrzeć do odpowiedniego punktu scenariusza. Mam mieszane odczucia; z jednej strony można było ten wątek nieco rozwinąć, a nie po macoszemu traktować naprawdę wymagające zagadnienia. Z drugiej jednak przeciągnięcie go mogłoby doprowadzić do przesunięcia środka ciężkości historii, co nie wyszłoby tej serii na dobre. W końcu to opowieść o balecie, a nie o zjawisku znęcania się w szkole…

Trudno mi jednoznacznie napisać, czy warto to oglądać, czy nie, ale potencjał mają zarówno fabuła jak i postaci, a w sumie wiarygodna konkluzja wydarzeń z omawianego epizodu, to niewątpliwy plus. Daje to szansę na dobry rozwój opowieści. Podobnie zresztą, jak płynna animacja tańca, która wygląda naprawdę dobrze. Oby tak dalej.

Hiyori optymistycznie zakładała, że uda jej się pogodzić wszystkie obowiązki i przyjemności dnia codziennego, jednak rzeczywistość nie wygląda tak różowo. Dziewczyna do tytanów intelektu nie należy, ale nie musi, bo ma inne talenty. (Nie)stety, nastolatce ambicji nie brakuje i marzy jej się występ na krajowych zawodach, a żeby w tychże wystartować, musi ona zaliczyć wszystkie egzaminy. Łatwo nie będzie, ale chyba zdolni koledzy jej pomogą, prawda?

Hmm… Gdzieś chyba coś wycięto ze scenariusza, a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie, oglądając ten odcinek, który zdaje się zaczynać jakiś czas po tym poprzednim i nie za bardzo upływ tego czasu czuć.  Jeszcze odcinek temu panowie do Hiyori nastawieni byli jak pies do jeża, a tu nagle ich podejście można podsumować dobrze znanym hasłem: „swojemu dokuczać mogę, ale jak obcy się do mojego przyczepi, to będę zaciekle bronić”. Miło widzieć taką zmianę nastawienia, ale niestety nie można jej nazwać procesem, który byłby znacznie bardziej na miejscu niż nagły przeskok pozbawiony odpowiedniej podbudowy. W tym przypadku możliwości są dwie. Twórcy mają jeszcze tyle zaplanowane w scenariuszu, że trzeba było szybko dotrzeć do tego punktu fabularnego – i to jest ta lepsza opcja. Druga zakłada, że nie potrafią zaplanować prostego ciągu zdarzeń i wskazuje na to, że niedługo kompozycja może się rozwalić. Trzymam kciuki, żeby to była ta pierwsza opcja, bo odcinek niebezpiecznie balansuje na krawędzi sztampy, ale ostatecznie wychodzi całkiem zgrabnie i nadal miło się to ogląda… Chociaż w sumie dużym plusem jest drastyczny spadek bucerozy w wykonaniu chłopaków.

Cóż, ani to oryginalne, ani ambitne, ale za to lekkie i przyjemne, a przy tym nie takie głupie, jak można by zakładać. Wizualnie i muzycznie nie olśniewa, ale w trakcie seansu człowiek nie chce sobie oczu wydłubać ani uszu zatkać, więc nie jest źle. Napisałabym, że jest wręcz nieźle, przede wszystkim dzięki sympatycznej głównej bohaterce, która jak na nie do końca rozgarniętą i naiwną heroinę okazuje się zadziwiająco sympatyczna. Tylko no… do jej głosu trzeba się przyzwyczaić.

W tym odcinku dwójka bohaterów przez ponad szesnaście minut stoi w jednym miejscu i gada ze sobą oraz z grzybem. Przez resztę odcinka cała trójka siedzi w jaskini i jak wyżej. Ogląda się to mniej więcej tak pasjonująco, jak możecie sobie wyobrazić. Tematy rozmowy obracają się wokół tego, że a) Carla nie zachowuje się jak uzdrowicielka; b) Alvin to ostatni patałach a nie bohater; c) Alvin powątpiewa w umiejętności i przydatność Carli; d) Carla powątpiewa w umiejętności i przydatność Alvina. Potwór natomiast trochę grozi, ale w sumie bardziej pomaga. Innymi słowy, jest to dokładnie ten sam zestaw, co w dwóch wcześniejszych odcinkach, niewzbogacony absolutnie niczym nowym.

Przyznam, że pod pewnymi względami ta seria mnie zaskoczyła. Spodziewałam się, że nie będzie mi się podobać, ponieważ jej humor będzie się opierać na tym, że jedno z bohaterów bezustannie dokucza drugiemu. To jednak okazało się naprawdę najmniejszym problemem Kono Healer, Mendokusai. Trudno oddać przekonująco, jak śmiertelnie nudna i powtarzalna jest ta seria. Bohaterowie zostali zdefiniowani w pierwszej połowie pierwszego odcinka i od tej pory ich zachowanie nie podlega żadnym modyfikacjom. Piłują tylko w kółko tematy omówione w punktach a-d powyżej i prawdę mówiąc, w tym momencie bardziej by mnie zaskoczyło, gdyby któreś z nich nagle wykazało się choćby śladową kompetencją. W dodatku rzeczone rozmowy toczą w kompletnie statycznym otoczeniu, w towarzystwie kolejnego potwora, który też stoi jak kołek i czasem tylko się wtrąca do pogawędki. Nawet gdyby uznać któryś z żartów za zabawny (a wymagałoby to absolutnego maksimum dobrej woli), to na pewno nie na tyle, żeby go powtarzać w koło Macieju.

Gdyby tę zajawkę pisał jeden z moich najlepszych recenzentów, zapewne potrafiłby machnąć porywający elaborat o tym, że Kono Healer, Mendokusai to zabawa na poziomie metakontekstu. Można się doszukać wyrafinowanej paraleli pomiędzy Carlą przeświadczoną o tym, że jest doskonałą i uroczą uzdrowicielką, a omawianą serią anime, przeświadczoną o tym, że jest błyskotliwą komedią. Niestety, ja nie mam podobnego talentu, więc ograniczę się tylko do powtórzenia apelu, żeby nie marnować czasu i nie sprawdzać, czy tym razem miałam rację ze swoją krytyką. A w każdym razie nie mieć potem do mnie pretensji.

Ten odcinek także podzielony jest na dwie części. Pierwsza z nich zaczyna się od kolejnej popołudniowej lekcji z podziałem na drużyny. Główna trójka miała zdobywać jedzenie, ale w związku z tym, że Asagao i Sazanka nie są w stanie kroku zrobić bez brania się za łby, lekcja zamienia się w naukę współpracy. Tsubaki, korzystając z pomocy bliźniaczek z Drużyny Węża, które doskonale się dogadują, nakłania (obiecując odpowiednie nagrody, jeśli się uda) swoje podopieczne do odebrania bliźniaczkom pewnego zwoju. Druga część odcinka wraca do tematyki mężczyzn. Klasa Tsubaki stroi sobie żarty z tego, jacy podobno nieporadni są mężczyźni, zaśmiewając się do rozpuku – do momentu, gdy pojawia się nauczycielka. Chcąc przypomnieć dziewczynkom, jak płeć męska jest „niebezpieczna”, postanawia zorganizować chowanego berka (onigokko), samej stając się oni-mężczyzną.

O ile pierwsza połowa odcinka ponownie pokazuje Tsubaki jako dojrzałą, odpowiedzialną i mądrą starszą koleżankę Asagao i Sazanki, tak druga niestety wydobywa z niej rumieniącą się i niemyślącą logicznie panikarę, przy której intelekt jej dwóch podopiecznych wręcz błyszczy. Na szczęście sceny z tak zachowującą się Tsubaki nie są przeciągane, a kunoichi w końcu nawet bierze się na tyle w garść, aby wprowadzić w życie plan zwyciężenia nauczycielki. Udaje jej się nawet oszukać tą ostatnią, przeze co słyszy to, czego nigdy nie powinna…

Przyznam, że mimo mojego początkowego niepokoju, seria na razie jest niewinna, słodziutka słodkością małych rzeczy z wodogłowiem, pozbawiona fanserwisu i przyjemna w odbiorze. Ogląda się to jak obyczajówkę, wszelkie sceny walk są tutaj na dalszym planie, za główny temat zaś robią relacje między dziewczynkami (do tej pory najlepszą historyjką była ta z Benisumomo z poprzedniego odcinka) oraz – tu niestety – reakcje Tsubaki na rozmowy o mężczyznach. Co za to ciekawe, za straszeniem dziewczynek mężczyznami coś się kryje, jak wskazują na to słowa nauczycielki z tego odcinka.

Animacja jest w porządku, można nawet powiedzieć, że ładna i staranna – a do zanimowania jest sporo ruszających się postaci. Openingu słucha się przyjemnie, interesujące są też endingi – co odcinek inny, choć w tym samym stylu, śpiewany przez seiyuu wyróżnionych postaci. Jeśli ktoś szuka czegoś słodkiego (ale bez przesady), relaksującego i niewymagającego, to na razie ten tytuł daje radę. Myślę, że będę kontynuować jego oglądanie.

No co ja mogę dodać do zeszłotygodniowego „Jest cudnie, oglądajcie!”? Jest naprawdę cudnie, poczynając od bogatej i ślicznej oprawy graficznej ze znakomitą animacją, przez klimatyczną muzyczkę i świetnie dobranych seiyuu, a kończąc na przesympatycznych postaciach, ich przeuroczych relacjach i niepodrabialnym humorze sytuacyjnym. Oraz cudnym openingu i tylko trochę mniej fajnym endingu. Dzisiejszy odcinek przyniósł mi bonus, dodatkowe w stosunku do oryginału sceny pokazujące wprowadzenie się Yor do domu Forgerów, gdzie Anya wita ją z radością, od razu tytułuje mamą i oprowadza po mieszkaniu. Bardzo dobra decyzja, było uroczo i super pasowało.

Po ulokowaniu Yor i jej skromnego dobytku (w tym narzędzi zabójczyni w dyskretnym pudełku) w jej nowym pokoju oraz poczęstunku – Loid świetnie radzi sobie w kuchni – głowa rodziny próbuje przygotować swoje dwie panie na rozmowę kwalifikacyjną w Akademii Eden. Efekt jest mizerny, zatem by podnieść im poziom obycia, przeciąga je przez operę, muzeum, restaurację i wiec polityczny, z przystankiem u krawcowej, żeby zamówić Yor odpowiednią kreację, oraz u fotografa, by zrobić rodzinne zdjęcie. Efekty są… rozmaite i zdecydowanie trzeba to zobaczyć, zamiast czytać opis (dlatego go nie będzie). Kiedy Loid znów popada w czarnowidztwo co do tego, jak Forgerowie zaprezentują się w prestiżowej szkole, Yor dla rozluźnienia zabiera ich do parku na wzgórzu, skąd jest piękny widok na miasto.

Obserwując tłum w dole, Forgerowie są świadkami napaści złodzieja torebek na staruszkę. Yor natychmiast rusza w pościg, ale gubi trop, natomiast Loid – dzięki telepatii Anyi, która się z nią bynajmniej nie zdradza, ale sprytnie nakierowuje jego uwagę we właściwe miejsce – spada na bandytę jak tona cegieł. Wdzięczna staruszka podsumowuje ich jako wspaniałą rodzinę i chyba rzeczywiście ta mała przygoda pozwoliła im nawiązać nici prawdziwej wzajemnej sympatii. A także przyczyniła się do tego, że ćwiczone na wywiad w szkole odpowiedzi Anyi zdecydowanie zyskały na barwności… Jaki ojciec, taka córka! A i mama dołoży swoje, dajcie jej tylko szansę. To naprawdę będzie najtrudniejsza misja w dotychczasowej karierze Zmierzcha i mam zamiar cieszyć się jej każdą sekundą :D

Warto dodać, że w tym odcinku więcej czasu przypadło narratorowi z offu, który wypada nawet dobrze, z wielką powagą przedstawiając sytuację, ale mam nadzieję, że nie będzie stałym elementem, najwyżej gościnnym – szkoda na niego czasu po prostu. Zwłaszcza że znamy – dzięki Anyi? – myśli, cele i fiksacje całej głównej trójki. Poza tym ich interakcje są przeurocze; pomijając lekko absurdalny komizm (sam w sobie także oczywiście stanowiący ogromny plus serii), oglądanie tej rodzinki z przypadku to czysta rozkosz – jest tak milutko i cieplutko, ale ani o gram nie za słodko, niesamowicie naturalnie to wypada. „Kakałko” idealne!

Po wyciągnięciu Kudda z tarapatów, dołącza on do grupy przewodzonej przez Roux i rusza w dalszą drogę do wioski będącej celem szkolnej wyprawy. Okazuje się też, że atak na niego nie był przypadkowy – został sprzedany przez dwóch współtowarzyszy, którzy przekazali informacje łowcy czarownic. Po dość dramatycznych momentach następuje niemal sielankowa część podróży. Dzięki nieograniczonym zasobom magicznej mocy Sable, udaje się też wyleczyć poniesione przez niego rany, czyli przywrócić jego dłonie (pazury?) oraz ogon. Sielanka nie trwa jednak wiecznie – w pewnym momencie natrafiają na dziecko uciekające przed wielkim niedźwiedzim wojownikiem, którego osoby znające Zero kara Hajimeru Mahou no Shou od razu poznają.

Większa część odcinka upływa na relacji ze spokojnej i radosnej podróży czworga kompanów. Bliżej przedstawiona zostaje Holt, której relacja z Sable powoli wkracza w nieco bardziej romantyczne klimaty. Między tą dwójką obserwujemy rodzącą się szczerą, przekonującą relacje, jakich nie ma w anime zbyt wiele. Nie zabrakło także nowych informacji na temat świata przedstawionego, a także porządnej dawki fanserwisu, która zaspokoić ma chyba wszystkie gusta potencjalnych widzów… Taki klimat zdecydowanie sprzyja odbiorowi tego tytułu, równoważąc dość traumatyczne wydarzenia z poprzedniego odcinka. Mimo braku wartkiej akcji odcinek wypadł naprawdę ciekawie, a końcówka rozpoczyna kolejny wątek który zachęca do kontynuowania seansu.

Mahou Tsukai Reimeki wypada dobrze na chyba wszystkich frontach. Mamy tu trzymającą w napięciu akcję, przyjemne, komediowe momenty z podróży i co najważniejsze ciekawe postaci, których relacje wypadają naturalnie i przekonująco. Odcinki upływają w mgnieniu oka, a bogaty świat i dobrze prowadzone wątki zachęcają do sięgnięcia po ciąg dalszy. Wszystkim fanom gatunku ten tytuł powinien przypaść do gustu i dostarczyć sporą porcję dobrej cotygodniowej rozrywki.

Wygodnie dla fabuły dwa incydenty z poprzednich odcinków: uratowanie arystokratki ze służącą oraz zabicie bazyliszków okazują się ze sobą powiązane osobą księcia Dakaresa, który uwziął się na krainę Luvierte i za pomocą jakiegoś arystokraty przypuszcza na nią różnego rodzaju ataki. Dzięki rozmowie tegoż arystokraty z jego służącym (służący pyta, arystokrata grzecznie odpowiada…) dowiadujemy się, które królestwo czego chce i z kim przestaje, a także tego, że wypadki z początku tego odcinka – czyli pokonanie przez Arca bandytów będących jednocześnie handlarzami niewolników – również jest związane z powyższym.

Arc nie zdążył jeszcze dobrze nacieszyć się (bo on się cieszy cały czas i ze wszystkiego – bardzo optymistyczny pan) pokonaniem bandytów i zebraniem sporego łupu, gdy zaatakowała go pewna zgorzkniała, ale zdeterminowana elfka, myląc go z oprychami. Zatrzymuje się jednak natychmiast po zauważeniu Ponty, po czym uprzejmie tłumaczy wszystkim (Arcowi oraz widzom), czym jest Ponta. Następuje całkowita zmiana nastawienia pani do głównego bohatera, choć ostatecznie odrzuca jego ofertę pomocy. Arc postanawia sam udać się do lasu elfów, ciesząc na samą myśl o nowej przygodzie, czyli ratowaniu elfiątek.

Dalsza akcja to oczywiście znowu walka, ratowanie elfich dzieci oraz zadzierzganie się znajomości między kościotrupem a elfią wojowniczką opartej na obopólnej korzyści. Nic nowego, nic zaskakującego, za to sporo szpetnej animacji, szczególnie podczas starć – krzywych twarzy i zdeformowanych komputerowych sylwetek. Tylko Arc wygląda cały czas tak samo w obu rodzajach animacji. Za to elfka, poza powyższymi problemami, ma jeszcze jedne z najpaskudniej rysowanych piersi, jakie widziałam, wyglądających jak dwa doczepione do klatki piersiowej balony. Oprawa graficzna, projekty postaci, muzyka: nie ma tu nic, co utrzymałoby uwagę widza w miejsce generycznej, nieciekawej fabuły. Wszystko to już wielokrotnie było i często w lepszej formie. W przypadku opisywanego anime znalazłam sporo elementów, które mi przeszkadzają, np. nachalna i sztucznie poprowadzona ekspozycja, schematyczne postaci i fabuła czy brzydka animacja, a prawie żadnych, które zatrzymałyby mnie przy tytule (chyba tylko podejście głównego bohatera). Ani jedna sekunda tej serii nie jest w stanie czymkolwiek zaskoczyć czy choćby zainteresować, więc nie widzę powodu, aby kontynuować seans.

Cisza i spokój to coś, o czym marzą superbohaterowie walczący na co dzień ze złem wszelakim… W każdym razie większość bohaterów. Dwutygodniowa przerwa w aktywności Gekko sprawia, że Fudou ćwiczy mięśnie i tęskni, a Desumi snuje się po złowieszczo oświetlonej bazie i też tęskni. Gdy więc okazuje się, że Gekko w tajemnicy stworzyło nową superbroń, zaś jej zniszczenie wymaga piekielnie niebezpiecznej misji polegającej na infiltracji bazy głównej, Fudou bohatersko zgłasza się na ochotnika i wyrusza niezwłocznie w drogę. Dzięki temu ma okazję odwiedzić Desumi w jej miejscu pracy i wziąć udział w klasycznym slapstiku typu „chowamy pospiesznie gacha w szafie”. Może wymieniliby się w końcu numerami telefonu, hę?

Druga część odcinka jest tym razem oddzielną historią o tym, jak i dlaczego Gekko postanowiło zaatakować wesołe miasteczko – oczywiście ten diaboliczny plan Shinigami Oujo miał na celu wyciągnięcie Fudou na randkę w miejscu ciekawszym niż jakieś kamieniołomy czy opuszczone fabryki. Innymi słowy, biznes jak zwykle i widać już, że takiego rytmu i charakteru wydarzeń seria będzie się trzymać jeszcze długo, o ile nie do końca. To zaś sprawia, że jej ocena bardzo mocno zależy od tego, na ile uroczy i zabawni wydają nam się główni bohaterowie. Nie da się ukryć, że ich perypetie są do pewnego stopnia powtarzalne, ale ja nie miałam uczucia przesytu. Może dlatego, że nie brakuje tutaj pomniejszych detali, takich jak perypetie z telefonem czy torebką, które wnoszą pewien element radosnej nieprzewidywalności.

Nasuwają się oczywiście porównania z emitowanym w poprzednim sezonie Kaijin Kaihatsubu no Kuroitsu-san. Tamta seria była liścikiem miłosnym do gatunku sentai, upychającym w każdym odcinku odwołania do konkretnych serii oraz „prawdziwych” superbohaterów z różnych regionów Japonii. W porównaniu z tym może się wydawać, że Koi wa Sekai Seifuku no Ato de koncentruje się na komedii romantycznej i superbohaterstwo traktuje jak nietypową scenografię. W rzeczywistości jednak nie brakuje tutaj całego mnóstwa odwołań, może mniej do określonych tytułów, a bardziej do schematów podobnych produkcji (np. to, że ulubionym miejscem walk są kamieniołomy). Na pewno nie jest to seria przełomowa, ale podtrzymuję opinię, że jest urocza i zabawna – ma tylko pecha, że w swoim sezonie musi bezpośrednio rywalizować z kilkoma innymi komediami romantycznymi, w których fani mogą wiosną 2022 roku przebierać jak w ulęgałkach.