Mam to już za sobą – jak miło. Po przekonaniu się, jak toto jest animowane, czyli od pierwszych minut pierwszego odcinka, nie było już nadziei na nic, zaś wszystkie obawy się potwierdziły. Przyznam, że w krótkich przebłyskach odcinek trzeci był rozrywkowo głupi. Przeważająco był jednak nudno głupi.

Kiedy się nad tym zastanowić, to wydarzyło się w nim bardzo niewiele, a z rzeczy potencjalnie ciekawych w ogóle nic. Na początku dostajemy walkę między grupą pijaków a zawodowcami uprawiającymi sztuki walki i mającymi przewagę liczebną. Nic tylko drżeć o wynik pojedynku! Dalej… dzieje się dużo niczego. Cestvs dostaje propozycję zostania lokajem arystokratki Sabiny, odmawia, za karę zostaje wmanewrowany w niebezpieczny pojedynek. A, tak, dostajemy jeszcze przedziwne retrospekcje z jego przeszłości, zbitkę nieruchomych kadrów z wątku, który może nawet byłby ciekawy, gdyby dać mu więcej czasu niż streszczenie w minutę.

Nie pomaga, że postacie osobowością przypominają kukiełki. Sabina jest arogancka i na tym jej charakter się kończy, podobnie jest praktycznie ze wszystkimi. Każdego można podsumować w jednym zdaniu i każdy każdym ruchem realizuje to jedno zdanie. Niewolnik Emdem dąży do perfekcji w walce, aby udowodnić swoją wartość Sabinie. Już. Koniec, wszystko. Tak prościutkie postacie mogłyby działać gdyby chodziło tu głównie o akcję. Niemniej powtarzam – cała akcja tutaj to burda z pijakami trwająca minutę. Reszta to gadanie, bardziej drętwe nawet od animacji.

Tym razem dostaliśmy wyjątkowo dużo CGI, nie pytajcie dlaczego, już nie mam sił się zastanawiać. Otoczenie to płaskie tła (brzydkie) lub prostopadłościany i inne najprostsze bryły (jeszcze brzydsze). Jego oświetlenie zazwyczaj kompletnie nie pasuje do tego na modelach postaci. Mimiki nadal niemal całkowity brak, najlepsze na co można liczyć, to że poza ruszaniem ustami jak ryba ktoś ledwo skrzywi brwi. Aż mnie dziwi, że mimo to chwilami postawą ciała udawało się animatorom oddać jakieś emocje. Podziwiam, że niektórzy z twórców walczyli do końca.

To nie jest tak, że animacja klasyczna jest tu dużo lepsza. Ruchomość tego rodzaju scen jest tu najczęściej minimalna, ale twórcy przynajmniej rysują postacie od nowa dla każdej i choć minimalnie oddają ich nastrój. Gram akurat w visual novel, w której każda postać ma po kilkanaście obrazków na różne emocje, animacji nie ma żadnej i przysięgam – efekt jest lepszy. Na szczęście to wszystko już za mną!

Nadszedł dzień długo planowanej zemsty! Jednak nie wszystko od razu… Na początku Sueharu dowiaduje się, kim był Shirou, a chwilę później zrywa z nim Kuroha. Swoją drogą, dzieją się rzeczy nieoczekiwane – cała trójka postanowiła wreszcie zacząć rozmawiać i wyjaśnić sobie nawzajem parę rzeczy. Niebywałe.

Zdawać by się mogło, że nic nie może pójść źle. Shirokusa swoim wyznaniem w zasadzie utwierdziła Sueharu w przekonaniu, że może wygrać potyczkę z Mitsuru, a Kuroha wycofała się na dalszy plan. Nic jednak bardziej mylnego! Po wspólnym występie panów, który ranił słuch i wzrok, następuje kolejna niespodzianka. Osobą, której Sueharu wyznaje miłość, okazuje się Kuroha, ale ku jego zaskoczeniu odrzuca ona propozycję związku. Potem wszyscy żyli długo i nieszczęśliwie. Na koniec Mitsuru wyjaśnia jeszcze swój chytry plan uszczęśliwienia swojego idola z dzieciństwa (och, ach, okazuje się, że dobry z niego człowiek). Przynajmniej sam ma powody do zadowolenia, bo jego ulubieniec wrócił na scenę.

Opary absurdu spowijały cały odcinek. Po dość przyzwoitym jak na ten tytuł wstępie fabuła odleciała w kosmos. Kulminacyjnym punktem odcinka był żenujący występ dwóch rywali, fatalnie zrealizowany pod każdym aspektem. Równie żenujące okazały się wyznania miłosne oraz związane z nimi decyzje bohaterów. Na sam koniec pojawiła się jeszcze kolejna niewiasta nazywająca Sueharu onii-chan. Przepraszam bardzo, ale ja z tej beczki śmiechu wysiadam, a komu się spodobało – tego zapewne kolejne odcinki nie zawiodą.

March dalej próbuje nauczyć dziwnego chłopca normalnie jeść, ale bezskutecznie. Nadaje mu za to imię, Fushi, nawiązujące do jego umiejętności odradzania się (jap. 不死 – nieśmiertelność, nieumarły). Ich wspólne chwile dobiegają końca, gdy dziewczynkę odnajduje Hayase i zabiera na górę, gdzie, po uprzednim uśpieniu, składa ją na ołtarzu ofiarnym, w oczekiwaniu na przybycie boga Oniguma.

W tym samym czasie okolicę terroryzuje ogromny niedźwiedź z kolcami. Pilnowanej przez pomocników Hayase Paronie ledwo udaje się uciec przed pożarciem. Poszukując March, wpada na Fushiego, który kręci się bez celu. W głowie chłopca zaczynają pojawiać się pierwsze emocje, które obudziła w nim jego przyszywana „matka”. Z tego też powodu, gdy na górę, na której spoczywa March, wdziera się potwór z kolcami, i gdy pomoc przybyłej w ostatniej chwili Parony okazuje się niewystarczająca, Fushi, przybrawszy postać wilka, atakuje stwora. Po ciężkiej i krwawej walce, w której bohater raz po raz ginie i odradza się, potwór zostaje pokonany, a March uratowana. Hayase daje jej i Paronie wybór – albo umrą tutaj (do wioski nie mogą wrócić, gdyż kobieta zamierza udawać, że rytuał doszedł do skutku), albo pojadą z nią do jej krainy, Yanome. Wojowniczka chce także zabrać ze sobą niedźwiedzia i Fushiego. Ten, wciąż w formie wilka, wypowiada swoje pierwsze słowo – „dziękuję”.

Trzeci odcinek Fumetsu no Anata e za nami, a z nim kolejna zmiana tonu. Po poruszających i lekko komediowych scenach przyszła pora na trochę akcji i to od razu dość brutalnej, dokładnie obrazującej, z czym musi się mierzyć protagonista w starciu z potworem. Co wrażliwsi widzowie powinni czuć się ostrzeżeni, bo nie wątpię, że i później kamera nie zawsze będzie uciekać od nieprzyjemnych widoków. Druga sprawa, że pod względem animacji, nie tylko w scenie walki, anime naprawdę może się podobać. Szczególnie cieszy nieuciekanie się do CGI przy wielkim potworze. Liczę, że i w kolejnych odcinkach twórcy postawią jedynie na normalny rysunek, a przynajmniej, że komputerowe wstawki będą pojawiać się jak najrzadziej.

A bohaterowie? Uwielbiam. Oczywiście działa tu znajomość mangi, sprawiająca, że zdążyłam polubić ich już wcześniej, nie zmienia to jednak faktu, że również w wersji animowanej świetnie się prezentują i zachęcają do lepszego poznania ich i śledzenia dalszych ich losów. A będzie co śledzić, oj będzie, do czego gorąco wszystkich zachęcam. Fumetsu no Anata e to jeden z mocniejszych kandydatów na anime sezonu (śmiem nawet twierdzić, że również roku), w przeciwieństwie do np. Odd Taxi mogący liczyć na szczęście na należytą popularność. Dotychczasowy seans udowodnił, że zasługuje na nią nie tylko ze względu na znakomity pierwowzór, ale i ogólną realizację. Od początku czuć, że twórcy z sercem i pomyślunkiem podeszli do materiału wyjściowego, dzięki czemu miłośnicy Fushiego nie muszą się obawiać zepsucia historii w nowej odsłonie, ci zaś, którzy pierwszy raz stykają się z nieśmiertelnym bytem, mogą spodziewać się fascynującej przygody z gronem ciekawych, rozwijających się (!) postaci. Niespróbowanie uznaję za wielki błąd.

Mayumi i Manabu zostają porwani przez tajemniczą kobietę, która wcześniej wydawała się ich wybawicielką. Rei, bo tak ma na imię, przewodzi grupie o nazwie Twenties, od dawna obserwującej Doujimę jako jedynego świadka zniszczenia wojskowego satelity sprzed dziesięciu lat. Tylko ona mogła to zobaczyć ze względu na wyjątkowe oczy pozwalające jej widzieć nawet przez ściany. Gdy już się wydaje, że bohaterowie są na straconej pozycji, Soutouin wygłasza czwartą zasadę Klubu Detektywów – bądź drużyną. Wkrótce do limuzyny, która wiezie Mayumi i Manabu, wsiada Hyouta i przekazuje informację o porwaniu przez klub kilku ludzi Rei. Na wymianę zakładników umawiają się w szkole.

Wiedząc o świetnym wzroku Mayumi, Rei chce ją wykorzystać do wypatrzenia ewentualnych pułapek. Dziewczyna nie dostrzega jednak niczego podejrzanego i w czwórkę (Soutouin niesie na plecach zmęczonego ściganiem rowerem limuzyny Hyoutę) wychodzą na dach szkoły, gdzie wita ich helikopter i policja. Grupa Twenties zostaje zgarnięta, a klub może świętować kolejną rozwiązaną sprawę.

Rei długo na zabawia w więzieniu – ucieka i spotyka się z Mayumi, aby przekazać dziewczynie wiadomość od przełożonych: jeśli przestanie interesować się tym, co widziała dziesięć lat temu, pomogą jej w planowaniu przyszłości. Bohaterka odmawia, a kobieta odchodzi. Na spotkaniu z chłopakami wychodzi na jaw, że Manabu uczęszcza jeszcze do podstawówki. Mimo wątpliwości członków klubu i tego, że Doujima chłopcem nie jest, Sotouin zgadza się przyjąć nowego członka. Tym samym przygoda Mayumi z Klubem Pięknych Detektywów rozpoczyna się na dobre.

Trzeci odcinek Bishounen Tanteidan nie zmęczył mnie jak poprzedni, ale też nie przekonał do serii. Swojego zdania nie zmieniam – seria jest ciężka, przegadana, zbyt wymuskana i ogólnie panuje w niej przerost formy nad treścią. Ładni chłopcy i całkiem ogarnięta główna bohaterka nie ratują seansu. Jedynie z nudów i by zobaczyć, w jakim kierunku pójdzie dalsza akcja – czy wątek oczu Mayumi będzie kontynuowany, czy pojawi się motyw „sprawy tygodnia”, czy jedno i drugie – zerknę na kolejne odcinki. Nie przestrzegam jednak innych przed sprawdzeniem anime. Patrząc na popularność innych tytułów tego reżysera oraz autora mangi, łatwo zauważyć, że nie brakuje osób, którzy ich dzieła lubią, zatem docenią też i nową produkcję. Ja fanką nie zostałam i raczej nie zostanę.

Trzeci odcinek wprowadza kolejne postaci, na razie skrótowo, i zawiązuje główny quest; jako że Shiki nie zna pojęcia „ograniczenia” (może prócz wszelkiej maści insektów, których się irracjonalnie i straszliwie boi), będzie nim odszukanie samej Matki. Ale po kolei.

Najpierw trzeba dokończyć proces rejestracji Shikiego w gildii poszukiwaczy przygód; przy okazji poznamy koleżankę Rebecki, łatwo wzruszającą się recepcjonistkę Clarissę (sądząc z openigu, postać raczej trzecio- niż drugoplanową), oraz vlogową rywalkę naszej blondi, Labilię, miejscową celebrytkę i obiekt uwielbienia tłumów, niezbyt przyjemną z charakteru, ale wygląda na to, że rasową poszukiwaczkę dobrych tematów do nakręcenia programu. To, że Shiki w obronie postponowanej złośliwie Rebecki zamiótł dziewczyną podłogę, sprawiło jedynie, że jej zainteresowanie nim gwałtownie wzrosło.

Siedząc w knajpie nad ichnim kurczakiem z niebieską polewą, podczas gdy Rebecca prezentuje mu oficjalną kartę poszukiwacza przygód (najniższy level oczywiście), wydrukowaną metodą etherową z powietrza (ether to taka przepełniająca wszystko, martwą i żywą materię, Moc), Shiki znów konfrontuje swoje wyobrażenia o świecie z rzeczywistością. Na pytanie, skąd mu się wzięło przekonanie, że gildia jest jak rodzina, mogłaby zapewne odpowiedzieć para bohaterów drugiego planu – uśmiałam się na ich widok serdecznie – ale Rebecca twardo wyprowadza go z błędu, gdyż w tej bajce jest to po prostu rodzaj miejsca pracy. Właśnie wtedy Shiki wymyśla, żeby poszukać Matki – będzie to świetny materiał na vloga Rebecki, a przy okazji znajdą mnóstwo nowych przyjaciół.

W pierwszym rzędzie potrzebują większego statku, żeby wylecieć poza granice znanego kosmosu, i załogi (maga, wojownika i healera, według wyobrażeń Shikiego, uparcie tkwiącego w schematach fantasy). Najpierw udają się na planetę Norma, do niejakiego profesora Wise’a, który kiedyś „naprawił” Happy’ego po jego wypadku. Po drodze powstanie pomysł serialu „Nowy robi coś po raz pierwszy”, odc. 1: „Pilotowanie statku kosmicznego”, odc. 2: „Lądowanie” (a.k.a. „Rozbicie się na obcej planecie”). Na szczęście mimo paskudnych warunków atmosferycznych – ether krystalizuje się w powietrzu i spada na powierzchnię wielkimi kolumnami – planeta jest całkiem przyjazna, tyle że życie kwitnie w podziemnych miastach. Niemniej naszych bohaterów czeka niemiła niespodzianka: profesor Wise… nie jest profesorem Wise’em, którego znali Rebecca i Happy, a w dodatku mierzy do nich z broni!

Co gorsza, za plecami trójki poszukiwaczy (level E) rozkręca się pościg na poważnie: kosmiczna piracka księżniczka o jakże pasującym do jej wyglądu imieniu Elsie również wyrusza na Normę, i to ze złowrogim wyrazem ślicznej twarzy. A jakby tego było mało, scena na końcu odcinka – „20 tysięcy lat później” – wydaje się podbijać stawkę do rozmiarów kosmicznej katastrofy… No to będzie się działo!

Ha, co tu dużo mówić. Klasyka shounena, tyle że w mniej typowym kosmicznym anturażu, do którego jeszcze się nie do końca przyzwyczaiłam, ale w sumie jest zupełnie strawny. Pewnie byłoby jednak więcej narzekania, gdyby włożyć to wszystko w kolejną Nibylandię, i twórcy mówią nam to niemal wprost, przy okazji nieraz puszczając oko. Postaci to również klasyka, wersja 0.2, co akurat w tym przypadku oznacza, że dadzą się bez problemu nie tylko przewidzieć, ale i lubić (wcale nie narzekam, wręcz mam ochotę przypomnieć sobie co nieco z przygód wersji 0.1). Zwłaszcza dotyczy to Shikiego, w pakiecie z jego naiwnością, entuzjazmem i ciekawością świata; Rebecca i Happy stanowią dla niego dobre uzupełnienie, a chwilami i przeciwwagę, a ich relacja jest przy tym bardzo naturalna. Ogląda się też fajnie, bo jest zabawnie, kolorowo, dynamicznie, z niezłą animacją (dwa ostatnie określenia nie dotyczą statystów w tle, ale to szczegół). Może mogłabym się czepiać np. nosów z profilu, ale po co – lepiej się dobrze bawić razem z Shikim i spółką, szukając nowych przygód w wielkim kosmosie i nowych przyjaciół.

Takemichi, wyzywając Kiyomizu na pojedynek, wiedział, że nie ma szans na wygraną, ale mimo to broni się jak może i nie odpuszcza, nawet gdy przeciwnik gotowy jest go zabić. Nie dane jednak będzie Masatace sięgnąć po swoją pałkę, starcie bowiem przerywa przybycie dwóch osób najważniejszych w Tokio Manji: przywódcy grupy, Manjirou Sano (nazywanego przez kolegów Mikey), i jego prawej ręki, Kena Ryuuguujiego (zwanego Drakenem). Manjirou w dosadny sposób pokazuje Kiyomizu, co sądzi o organizowanych przez niego walkach, Hanagakiemu zaś proponuje zostanie kumplami, zmieniając jego imię na „Takemicchi”.

Ratowanie dziewczyny poprzez podróżowanie w czasie ma tę jedną znaczącą wadę, że trzeba wiele rzeczy przeżywać na nowo – tak, chodzenie do szkoły również. Z drugiej strony dla protagonisty oznacza to też możliwość ponownego pójścia na randkę z Hinatą, więc chyba nie jest aż tak źle. Gdy Takemichi siedzi w klasie i rozmyśla, co czynić dalej, lekcję niespodziewanie zakłóca wtargnięcie Manjirou i Kena, którzy zabierają chłopaka ze sobą. Widać, jak bardzo Sano zależy na bliższym poznaniu Takemichiego, skoro nic sobie nie robi z wejścia na teren obcej szkoły i bez problemu rozprawia się z trzecioklasistami (z nauczycielem nie musi się mierzyć, bo ten specjalnie nie protestuje). Hinacie nie podoba się, że jakieś dziwne typy kręcą się przy jej ukochanym, i wymierza Manjirou policzek. Hanagaki stara się obronić Tachibanę przed rewanżem, ale okazuje się nie musi – ani Sano, ani Ryuuguuji nie żywią do niej urazy. Ta przeprasza ich za złą interpretację sytuacji i zostawia Takemichiego z, jak sądzi, nowymi przyjaciółmi. Cała trójka wybiera się na przejażdżkę rowerową, w czasie której protagonista poznaje powód zainteresowanie się nim przez przywódcę Tokio Manji – przypomina mu starszego, nieżyjącego już, brata. Po spotkaniu, wracając do domu, Takemichi mija… ach, te cudowne zbiegi okoliczności…

Coś za łatwo to wszystko poszło. Takemichi walczy, ledwo wytrzymuje uderzenia przeciwnika (żeby samemu uderzyć, nawet nie pomyśli), ni stąd, ni z owąd przychodzą Sano i Ryuuguuji, Takemichi podoba się Sano, Sano proponuje przyjaźń i dołączenie do grupy. Bohater nie musiał się za bardzo wysilać, aby zbliżyć się do herszta Tokio Manji, ba, aby zdobyć jego zaufanie. Oczywiście pozostaje jeszcze druga z osób, o której mówił mu Naoto, czyli Tetta Kisaki, końcówka zaś odcinka sugeruje, że i z nim bohaterowi przyjdzie się szybko zmierzyć… a, nie, czekaj, zerknęłam do mangi. Trochę się podzieje. I fajnie, widzowie takich serii w końcu oczekują ciekawej fabuły i wielu zwrotów akcji. Gdybyśmy jeszcze tylko przy okazji otrzymali dobre wykonanie… Niestety, realizacja nie mówię, że leży i kwiczy, ale na pewno do idealnych jej bardzo daleko. Przykładowo, twórcy zupełnie nie czują scen komediowych – te na ogół są wciśnięte na siłę do anime, bo przecież tak w mandze było (aj, a w pierwszej zajawce chwaliłam za mądre podchodzenie do pierwowzoru), więc i w serii trzeba dać karykaturalną minę postaci, która jednak, zamiast rozśmieszyć, wzbudza odruch wymiotny. Zero w tym jakiegoś wyczucia, pomyślunku, ot, bierzemy jak leci wszystko z mangi. Szkoda.

Nie jestem też przekonana do bohaterów, znaczy nie do wszystkich. Protagonista stara się, by nie być ciapą i płaczkiem, ale jeszcze trochę potrwa, zanim go w pełni zaakceptuję – na razie nie wzbudza we mnie szczególnej sympatii, a tym samym nie zachęca mnie do kibicowania mu w ratowaniu Hinaty. Jeśli zaś o dziewczynę chodzi, odnoszę wrażenia, że twórcy za bardzo próbują wmówić widzom, jaka to dzielna osoba z niej. O, Sano uderzyła. Bez rozeznania się w sytuacji, po prostu podeszła i walnęła. Miało wyjść „wow, ma jaja!”, wyszło „ale po co?”. Nawet bez takich akcji prezentuje się charakterniej niż Takemichi, nie niszczmy jej kreacji nieprzemyślanym zachowaniem. Na plus natomiast zaliczam Manjirou i Kena. Abstrahując od sposobu ich wprowadzenia do fabuły, w swoim debiucie wypadli dobrze i od razu mnie zainteresowali, pokazując zarówno swoją okrutną stronę, jak i tę milszą, przy czym żadna nie wydała mi się pozą/maską (ale mogę się mylić). Na Manjirou patrzy mi się dobrze jeszcze z jednego powodu – jako jedyny z dotychczas wprowadzonych bohaterów ma miły dla oka projekt postaci.

Tokyo Revengers zdecydowanie nie jest serią, którą się ogląda dla ładnej grafiki czy animacji. Pod tym względem powiedziałabym, że jest mocno średnio i twórcy jak się da szukają uproszczeń, byle nie animować ruchu. A jak już animują, wychodzi topornie (jak się robi zrzutki, to widać…). Muzyka w tle mnie nie ruszyła, ale za to opening jest świetny. Mocny, od pierwszych sekund wpadający w ucho i nawet trochę poruszający. Ending już tak mnie nie zachwycił, ale też coś w sobie ma.

Podsumowując już całość, seria ani mnie ziębi, ani grzeje, więc ani jej z radością nie polecę, ani nie przestrzegę przed jej oglądaniem. Jak to zwykle bywa, trzeba się samemu przekonać – trzy odcinki powinny wystarczyć, by sobie wyrobić opinię. Ja sama będę kontynuować seans z umiarkowaną ciekawością.

To już trzeci odcinek Fairy Ranmaru, będącego w rzeczywistości 美少年エヴァンゲリオン – Ewangelią Nowego Bishounena. Nowy bishounen na nowe czasy, tego właśnie potrzebujemy, i to dostaliśmy. Nowym Bishounenem okazuje się być wróżkowy urzędas, sztywny jak kij i pozbawiony choćby krzty romantyzmu.

Liczyłem bardzo, że intelektualny projekt rozpoczęty w pierwszym odcinku zostanie mi w pełni ujawniony w trzecim. Niestety, tak się nie stało, ale nie jest to wina Fairy Ranmaru. To ja przestałem nadążać. Zrozumiałem bardzo niewiele, lecz postaram się zrelacjonować te okruchy, które dotarły do mojego ograniczonego umysłu.

Po pierwsze aktualny główny bohater Uruu ledwo się odzywa, a kiedy już to robi, jest nieprzyjemny dla wszystkich wokół. Zdarza mu się za to rozdawać parasolki płaczącym w deszczu dziewczynom. Czyny znaczą więcej niż słowa – cóż za mądre przesłanie.

Po drugie zaś… niestety, nie ma żadnego „po drugie” – tylko tyle zrozumiałem. Dziewczyna ma problemy z chłopakiem, polegające na tym, że ten ledwo się do niej odzywa i randkuje z innymi dziewczynami. Być może jest jednak tak, że to chłopak ma problemy z dziewczyną, bo ta jest o niego chorobliwie zazdrosna (o to, że randkuje z innymi dziewczynami). Być może też jedno i drugie. Co jest pewne, to że na problemy natury sercowej pomoże wróżka. Uruu smaga biczykiem nieruchome atakujące go obrazki podczas walki ze złymi wyziewami serca, następnie smaga biczykiem chłopaka, smaga biczykiem dziewczynę, i to pomaga. Chłopak okazuje się gejem, zaś dziewczyna angażuje się w marketing kosmetyków.

Twórcy starali się jak mogli, żeby ułatwić nam przyswajanie treści tego odcinka. W tym celu odcinek wypełniają nieruchome kadry wiszące na ekranie bardzo, bardzo długo. Niestety ten dodatkowy czas na refleksję nie okazał się dla mnie wystarczający. Chciałem za to dogłębnie przeprosić czytelników. Opis i analiza Fairy Ranmaru pozostaną niestety nieukończone, być może wam obcowanie z tą serią pójdzie lepiej ode mnie…

Na zakończenie świecący penis:

Tym razem do drzwi wiedźmy puka nad wyraz hojnie obdarzona przez naturę elfka, szukająca pomocy u Wielkiej, Groźnej, Straszliwej (itd.) Wiedźmy ze Wzgórz. Podskakująca różnymi częściami ciała panienka (tak, to jest jej running gag, na szczęście nie całoodcinkowy) jest aptekarką i wynalazczynią szalenie popularnego napoju energetycznego. Niestety, władczyni demonów, Beelzebub, podobno kiedyś się nieopatrznie też go napiła i źle się to dla niej skończyło. Dlatego chce się na biednej Halkarze zemścić za swoją krzywdę, a ta w popłochu ucieka do Azusy po ratunek.

 

 

Cóż robić, bohaterka udziela elfce schronienia, zwłaszcza że fach mają podobny i czemu nie pomóc, a to skutkuje na drugi dzień wspólnym zbieraniem ziółek (Azusa) i grzybków (Halkara), w tym trujących. W trakcie wyprawy okazuje się też, że niektóre grzybki są jadalne, inne trujące, a jeszcze inne mają… ciekawe skutki uboczne, które można wykurować np. palnięciem w łeb magią (gdzieś od tego momentu efekt boing-boing dostaje też w łeb).

 

Niestety, okazuje się, że ucieczka ucieczką, ale w Gildii już wisi list gończy z nagrodą za Halkarę, i tu następuje miła rzecz, mianowicie Azusa wysyła dzieciaki z Laiką w bezpieczne miejsce i przygotowuje się na przybycie „wroga”… Który okazuje się dosyć przyjemną demonicą. Oczywiście panie porozumiewają się co do pojedynku, który błyskawicznie przybiera dosyć nieoczekiwany obrót. Okazuje się też, że Halkara jest zdecydowanie w pewnych aspektach mniej rozgarnięta i powinna najpierw sprawdzać u źródła, a nie polegać na plotach. Koniec końców „rodzina” znów się powiększa, a widz otrzymuje kolejne potwierdzenie, że praca ponad siły ma szkodliwe skutki.

 

 

Pod względem graficznym zaczyna być widać, że moce przerobowe twórców są jednak ograniczone – umiejętne manipulowani kadrami, tłem, pokazywaniu mniejszej liczby postaci na ekranie, pokazywaniu zaklęć itp. Jest to jednak robione w sposób na tyle umiejętny, że nie rzuca się od razu w oczy, i nadal pozostawia miłe wrażenie.

 

Co do fabuły, to tak jak podejrzewałam, historyjka będzie prosta: Azusa poznaje nowe postacie i wyciąga je ze szponów „pracoholizmu”. Zdecydowanie podejrzewam, że w każdym odcinku widz dostanie zarówno wizualne, jak też i słowne uzasadnienie, dlaczego jest to złe i szkodliwe podejście (pracoholizm, nie wyciąganie). Na szczęście nie jest to moralizatorsko wybijane łopatą, tylko zawsze podane mimochodem, bo „tak przecież postacie żyją” i dopiero przez poznanie bohaterki wychodzi, że chyba nie tędy droga. Przy czym jednak to tylko jakiś mały procent odcinków, większość to po prostu będzie spędzanie czas przez bohaterki na spokojnym życiu. Akurat coś w sam raz na wolny weekendowy wieczór.

Ijiranaide, Nagatoro-san – odcinek 3

Trzeci epizod Nagatoro poza potwierdzeniem formuły i schematu informuje nas o kilku ciekawych rzeczach.

Pierwszy segment zaczyna się oczywiście od krótkiej sceny w klubie plastycznym, gdzie bohaterka ponownie oferuje, że może zostać modelką do rysowania. Protagonista nie ulega (przynajmniej na początku) namowom do czasu, aż… dziewczyna zaczyna zdejmować ubranie.

Jest to jeden z tych momentów, w których seria okazjonalnie częstuje widzów nieco bardziej pikantnym fanserwisem i nie szczędzi na wyobrażeniach Naoto.

Następny segment zaczyna się od ulewy (niestety nie uświadczymy romantycznej sceny pod wspólną parasolką) i poszukiwań schronienia. Główna dokuczająca oczywiście nie pominie okazji, żeby pozaczepiać bohatera, ale tym razem niestety jej niecne plany odbijają rykoszetem.

Kilka scen później przenosimy się do domu Nagatoro – dziewczę przełamuje się i zaprasza chłopaka, aby mógł się wysuszyć. Jest to typowa sytuacja typu „pierwszy raz w domu dziewczyny”, a przy okazji dołącza kilka komediowych wyobrażeń (nieobecnych) rodziców.

 

Naoto jest na tyle przeczulony, że wyobraża sobie nawet kota, który go poniża…

Segment kończy się pogrywaniem w arkadową bijatykę, gdzie po raz kolejny mamy potwierdzenie jednej istotnej rzeczy – Nagatoro nie potrafi grać uczciwie.

Ostatni segment ponownie jest najbardziej istotny z całego odcinka.

Jest to przydługa scena, w której bohater próbuje spokojnie zjeść na przerwie… Ale jak na złość w całej stołówce nie ma pojedynczego miejsca. Z pomocą (ugh) przychodzi pani dokuczliwa, zapraszając go do swojego stolika.

To pozwala nam zaobserwować dwie rzeczy. Po pierwsze po raz kolejny przekonujemy się, że koleżanki Nagatoro wcale nie są od niej lepsze, a może nawet momentami gorsze; próbują one sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć w poniżaniu Naoto, zanim jego „dziewczyna” zareaguje.

 

Ku zaskoczeniu (a może i nie?) widza okazuje się, że bohaterka nie zamierza pozwalać na mieszanie z błotem swojej „zabawki”, poza kilkoma docinkami.

Drugą obserwacją jest fakt, że Nagatoro nie zamierza także pozwalać na „dotykanie” swojego trofeum.

Dochodzimy nawet do spięcia pomiędzy koleżankami; na swój niezdrowy sposób dostajemy ponownie potwierdzenie tego, że parę łączy coś więcej.

Odcinek kończymy krótkim epizodem, w którym dziewczyna próbuje nauczyć Naoto trochę pewności siebie. Może nie do końca jej się to udaje.

Na tym etapie, prawdę mówiąc, nie wiem, ile nowych i świeżych rzeczy może dojść na przestrzeni następnych odcinków, ale na pewno zrobi się ciekawie mniej więcej od połowy serii, kiey pojawi się dosyć wyraźny „impuls” zmieniających trochę relację głównej dwójki – osobiście uważam to za moment, w którym manga zdecydowanie stała się lepsza. Tak więc jeśli wytrzymaliście do teraz z Ijiranaide, Nagatoro-san to myślę, że w niedługim czasie możecie zostać mile zaskoczeni.

86 – odcinek 3

Ponownie rozpoczynamy odcinek po stronie 86, beztroskimi scenami zabawy dziewcząt w rzece, wraz z rozmową o romantycznych uczuciach jednej z nich w stosunku do dowódcy i nieudaną próbą podglądania ich przez kilku kolegów – prawie jak na szkolnej wycieczce, tyle że tam dziewczyny nie wyciągałyby broni na podejrzany szelest w krzakach. A ja się zastanawiałam, czemu nie odpięły kabur, wchodząc do wody… Wieczorem ze szwadronem znowu łączy się Lena (co przy okazji powoduje atak zazdrości wspomnianej dziewczyny, Kureno) i prowadzi rozmowę o różnych rzeczach, np. o przygarniętym przez szwadron kocie i o tym, że w mieście nie widać gwiazd, a w nieistniejącym dystrykcie i owszem. Pada też pewne ważne pytanie pod adresem Leny…

Po drugiej stronie tytułu odcinka – ta konstrukcja jest chyba jednak zamierzona – widzimy Lenę szukającą wraz z koleżanką w jakimś zakurzonym magazynie map, którymi mogłaby  wspomóc szwadron Spearhead podczas walki. Wieczorem widzimy ją u siebie, jak zwykle łączącą się z jej podkomendnymi; to ta sama rozmowa, którą słyszeliśmy już wcześniej, tylko nieco inne fragmenty; dodatkowo podkreśla to „przerzucanie filmu”. Nawet mi się podoba ten zabieg. Dopiero teraz usłyszymy to pytanie i odpowiedź Leny, dlaczego tak się zachowuje w stosunku do Spearhead. Otóż kiedyś uratował ją – na polu walki! – jakiś 86 i powiedział jej, że walka za Republikę jest dla niego powodem do dumy. To prawdopodobnie ma tłumaczyć idealistyczne podejście Leny do sytuacji, jaka ich ze sobą wiąże.

Kolejny dzień to kolejna bitwa, widziana, a raczej słyszana przez nas tylko za pośrednictwem Leny. Mapa się przydaje i jej wskazówki też, ale za późno zauważa, że w pewnym miejscu ukształtowanie terenu jest niebezpieczne dla juggernautów. Kaye, ta sama, z którą porozmawiały sobie ostatnio niemal przyjacielsko, ginie. A Lena słyszy mocne, raniące słowa prawdy od Seo, który się podkochiwał w zabitej: o tym, że jej zainteresowanie nimi jest hipokryzją, bo to jej naród zmusił ich, żeby za niego ginęli. Dziewczyna jest wstrząśnięta, ale nie może zaprzeczyć.

Hm. Trzeba powiedzieć dwie rzeczy. Założenia świata przedstawionego się moim zdaniem nie bronią – cała ta wojna i sposób jej prowadzenia jest idiotyczna z każdego, poczynając od wojskowego, punktu widzenia. Sam system „dowodzenia”, czyli PARA-Raid, pozwalający zasadniczo Albańczykom przenieść się na pole bitwy czy do baraków 86 tylko słuchem, podczas gdy wizualny kontakt zapewniają dość prymitywne ekrany przypominające radarowe, jest największą z głupot. Radio spisałoby się równie dobrze, bez konieczności badań neurologicznych co jakiś czas, bo system ponoć nie jest obojętny dla zdrowia. Ale fajnie go pokazano: Lena kręci głową, kiedy głosy dobiegają z różnych stron. Tylko po co ona właściwie siedzi w tym punkcie dowodzenia? Fakt, wygrzebanie map – bo przekazanie ich żołnierzom jest ponoć zakazane! – niby się przydało, ale ewidentne jest też, że żaden inny Handler by tego nie zrobił. Niby kontrolują, ale co właściwie? Oto jest pytanie…

Dalej zatem, aspekt społeczny i polityczny, których już wspominałam poprzednio. Padają tu informacje – aczkolwiek wielkie uznanie za naturalny sposób ich przekazywania, w rozmowach i fragmentach, które sobie widz pomału składa – że ta dziewięcioletnia wojna kosztowała już miliony istnień, 86 oczywiście, i że rodzice młodych żołnierzy faktycznie mogą nie żyć, potraktowani jak żywe cele strzeleckie przez tych samych ludzi, którzy uznali ich dzieci za bydło, a raczej trzodę i mięso armatnie, zamknęli w obozach i wysłali do bezsensownej walki. Trochę tego nie ogarniam – być może dlatego, że de facto mówimy tu o ludobójstwie z powodów etnicznych. I nie chodzi o to, że trudno mi w to uwierzyć – niestety nie – tylko o to, w jak skomplikowany sposób jest to przeprowadzane. Jeśli to wszystko ma po prostu służyć lepszemu samopoczuciu Albańczyków, to rzeczywiście skala ich hipokryzji jest wręcz niepojęta.

Druga rzecz to ta, że to jest mimo wszystko dobrze pokazane i prowadzone. Jak wspomniałam, obraz wyłania się stopniowo i nie może nie poruszać, także moralnie. Stopniowo poznajemy też członków Spearhead (dziś Shin był na dalekim planie), ich charaktery i relacje, a także to, co naprawdę (niektórzy) myślą o tej sytuacji. I prawdopodobieństwu psychologicznemu, zwłaszcza w ich przypadku, mam do zarzucenia o wiele mniej niż wspomnianym wyżej aspektom.  Łącznie z próbami życia normalnie i odrobiną humoru. Wrażliwość Leny też ukazana jest dobrze – jej idealistyczne podejście, autentyczne reakcje, symbolika lilii, która przewija się od początku. Dialogi są bardzo dobrze napisane i naturalne. Wielokrotnie mówi nam coś istotnego sam obraz, niekoniecznie wykrzywionej w emocjach twarzy; czasem jakiś drobny przedmiot, ruch, gest. Pod względem reżyserii to jest po prostu dobre. A także dobrze narysowane, animowane, zagrane i opatrzone bardzo dobrą muzyką. Nie mam pojęcia, jak to się rozwinie i czego się spodziewać, ale wydaje mi się, że warto się przekonać.