Wpisowe w wysokości trzystu tysięcy relów jest zbyt wysokie, aby rodzina Noira mogła je wyłożyć. Tak więc sam zainteresowany postanawia zdobyć pieniądze samodzielnie. Tylko jak to zrobić? Silvia proponuje mu pokonanie rzadkich potworów znajdujących się na niższym poziomie ukrytych lochów, ale to raczej nie wchodzi w grę. Bohater nie chce zwracać uwagi na swoją osobę, zaś Żniwiarza, które umożliwiło zdanie egzaminu wstępnego, przypisał wyższej rangi arystokratce z jego tymczasowej drużyny. Drugą opcją jest zostanie łowcą przygód i wykonanie kilku misji dla gildii. Tak więc Noir wyrusza, aby się zarejestrować, ale podane przez niego umiejętności okazują się bardzo zaskakujące dla recepcjonistki. Jako że owa gildia miała kiedyś w swoich szeregach jego mistrzynię, wśród chętnych do zapisu nie brakuje jej samozwańczych uczniów. Jest jednak prosty sposób, aby zweryfikować prawdę – magiczna księga automatycznie wykrywająca umiejętności gagatka. Może więc mały zakład? Lola, czyli owa recepcjonistka, obiecuje, że w razie przegranej podniesie spódniczkę i wyzna miłość Noirowi… O finale owej sceny niech świadczą poniższe kadry.

Suma pieniędzy jakiej potrzebuje bohater nie jest mała, więc Lola znajduje mu niełatwe zadanie, które do tej pory okazywało się niewykonalne. Noir ma odnaleźć niezwykle rzadkie owady, chowa jednak asa w rękawie – może poradzić się wewnętrznego mędrca, który bez problemu wskazuje odpowiednią lokalizację. Jednak łatwość wykonania misji nie oznacza końca kłopotów. Nagle pojawia się Emma, rozzłoszczona, że przyjaciel o niczym jej nie powiedział, choć przecież jej pocałunki są niezbędne, aby złagodzić ból po skorzystaniu z owej umiejętności. Co gorsza, do bohatera przymilać zaczyna się Lola, zachwycona jego zaradnością i urokiem osobistym… Oj tak, nie obeszło się bez spięcia między konkurującymi o względy Noira paniami, ale na szczęście samemu nieszczęśnikowi udało się szybko zażegnać kłopoty. Cóż, pora ruszać na kolejną misję, tym razem polegającą na upolowaniu ogromnego królika siejącego zniszczenie. Emma zamierza go pokonać w pojedynkę, aby udowodnić, że będzie przydatna dla swojego towarzysza.

Drugi odcinek potwierdza trend, który widać było już tydzień temu. Bohater podczas swoich wojaży przyciąga uwagę płci przeciwnej niczym magnes neodymowy. Panie wieszają mu się na szyi, gotowe na wszystko, a Noir nie waha się skorzystać z okazji, zwłaszcza że do używania umiejętności potrzebuje zaspokajania różnych swoich potrzeb, głównie seksualnych. Dziwne ma co prawda fetysze, ale nie mnie to oceniać. Na całe szczęście ten motyw udaje się dość zgrabnie przekuć w sceny komediowe, przez co nie odrzuca od ekranu. Mam zwłaszcza nadzieję, że młodsza siostra dalej będzie mieć mocno ograniczoną rolę, bo jej intencje i kompleks braciszka widać z daleka. Pod warstwą fanserwisu doszukać można się kilku zalet. Noir bardzo szybko uczy się używać swoich umiejętności, łączyć je i wykorzystywać na polu walki. Powoli poznaje także tajniki kontaktu i komplementowania płci pięknej, co będzie dla niego zapewne niezwykle użyteczne. Po zbyt łatwym pokonaniu absurdalnie trudnego przeciwnika w poprzednim odcinku znacznie sensownie poprowadzono walki w obecnym – zabicie królika wymaga sporego wysiłku i współpracy pary bohaterów. Ciekaw jestem, jak wyglądać będzie Akademia Bohaterów, bo pewne jest tylko jedno – zobaczymy kolejne ślicznotki u boku Noira. Rzecz jasna wiele rzeczy tu nie gra, poczynając od problemów finansowych rodziny, a kończąc na ograniczonych charakterach bohaterek – zdecydowanie lepiej wypadałyby, gdyby nie zachowywały się, jakby były ciągle podniecone seksualnie na sam widok Noira.

Nadchodzi dzień próby. Fumiya musi porozmawiać z trzema dziewczętami, co początkowo wydaje mu się niemal niewykonalne. Zgodnie z radą Aoi zaczyna od koleżanki z ławki obok, prosząc o chusteczkę higieniczną. O dziwo świat się nie skończył, dziewczyna nie uciekła z krzykiem, tylko potraktowała go jak człowieka. Zagadnięta nie miała przy sobie chusteczek, więc udało się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i nawiązać kontakt także z jej sąsiadką. Co prawda główny bohater zaliczył małą wtopę, gdy zdjął maseczkę aby wydmuchać nos, lecz sztuczny uśmiech, który zapomniał zdjąć z twarzy razem z maseczką, wytłumaczył szybko bólem zęba.

Kolejne podejście okazuje się nieco bardziej skomplikowane. O ile nawiązanie rozmowy z wiecznie radosną Minami Nanami przebiegło bez większych problemów, o tyle wtargnięcie stada chłopaków, z Shuujim na czele, znacząco utrudniło sytuację głównego bohatera. Zwłaszcza że Minami od razu zaczęła rozważać, jakim ciekawym przypadkiem jest Fumiya. Z pomocą na szczęście przychodzi Aoi, która momentalnie zażegnuje kryzys, manipulując przebiegiem rozmowy. Po tej próbie główny bohater nabiera nieco pewności siebie, a rozmowa z grupką kolegów w drodze ze szkoły przebiega niemal bez wpadki. Jedną gafę po raz kolejny maskuje Aoi, która akurat sama była sobie winna, gdyż tekst o ćwiczeniu mięśni pewnej części ciała padł wcześniej z jej ust, gdy uczyła Fumiyę trzymania wyprostowanej sylwetki.

Drugi odcinek ujawnił kilka pozytywów i kilka negatywów tego tytułu. Wśród tych pierwszych na pewno można wymienić zachowanie uczniów, którzy nie okazali się potworami ani prześladowcami, na jakich kreował ich Fumiya. Każdy z nich własny charakter, jakieś problemy i sposób bycia. Dobrze wypada także Aoi, która sprawnie ratowała podopiecznego z opresji i wyjaśniała mu zawiłości ludzkich zachowań oraz techniki prowadzenia konwersacji. Sam Fumiya zaczął w końcu pracować nad zmianą własnej postawy i poczynił całkiem celne obserwacje. Bez problemu zauważył na przykład, że jedna z koleżanek Aoi – Hanabi Natsubayashi zdecydowanie odstaje od reszty grupy. Zgrabnie wypada też relacja głównych bohaterów, na której rozwój dobrze wpływają wspólne hobby i codzienne kontakty. Jest tu chemia, którą rzadko widuje się ostatnio w tym gatunku. A co z negatywów? Na pewno zbędny fanserwis w postaci Minami obmacującej koleżanki, podobnie jak momentami niezbyt subtelne próby dostosowania się niektórych postaci do rozmowy. Moim skromnym zdaniem zbyt szybko i bezboleśnie idzie przemiana samego Fumiyi, który momentalnie pozbywa się wszystkich wątpliwości i wieloletniego strachu przed kontaktami z ludźmi. Sądzę jednak, że przewagę na razie mają pozytywy i mam nadzieję, że nie zmieni się to w kolejnym odcinku.

Na wstępie seria ma u mnie mały plus za uniknięcie wielkiego dramatu i rozdzielania kochanków… tfu, kolegów na kolejne trzy odcinki z powodu rewelacji z końcówki poprzedniego. Oczywiście dla Kuroby jest to niewątpliwie szok, co usłyszał o Haijimie, nawet w pierwszej chwili postanawia przeszukać internet w celu dowiedzenia się czegoś więcej, w końcu jednak uznaje, że przeszłość i opinie innych osób go nie obchodzą i to on sam zadecyduje, co myśli o znajomym. A myśli dobrze i dalej chce z nim grać w siatkówkę.

Zbliżają się zawody prefekturalne. Jako że męskich klubów w Fukui jest niewiele, chłopcy nie muszą się martwić kwalifikacjami – zwycięstwo już w trzech meczach otworzy im drogę ku mistrzostwom, a następnie rozgrywkom narodowym. Optymistycznie nastawieni, wygrywają pierwszy pojedynek, w którym błyszczy zarówno Yuni, jak i Kimichika. Kolejne spotkanie też wydaje się prostym wyzwaniem, dopóki Yuniego nie dopada presja. Nastolatek coraz gorzej sobie radzi na boisku, popełnia dużo błędów, zaś przeciwnicy skutecznie rozpracowują jego atak. Jedynie bardzo dobra postawa Haijimy, który bierze cały ciężar gry na siebie, pozwala uniknąć porażki. Czy jednak taki sukces, wynikający wyłącznie z umiejętności jednostki w bądź co bądź zespołowej dyscyplinie sportowej, może cieszyć? Rozłamu w drużynie nic nie jest w stanie naprawić – zespół, głównie przez kontuzję Chiki i nieobecność Yuniego, którego zatrzymał wypadek kuzynki, przegrywa następny mecz, a ten o trzecie miejsce poddaje walkowerem. Dla Kuroby i Haijimy to koniec wspólnej gry… nie, chwila, to przecież dopiero drugi odcinek…

No właśnie, wstęp serii – bo liczę w kolejnym odcinku na przejście do konkretów – wypadł nie do końca dobrze. Pomijam fakt, że chciałabym (pewnie nie tylko ja) czym prędzej poznać resztę głównych bohaterów, z którymi Yuni i Chika utworzą w liceum zespół, a nie patrzeć na przypadkowych współgraczy, którym anime nawet nie stara się nadać jakiegoś charakteru. Po prostu nie przekonuje mnie zaczynanie niejako od końca i poświęcanie na ten wątek tyle czasu, choć nie mówię, że później tak zabieg nie nabierze sensu. Na razie sprawia nieco drażniące wrażenie, tym bardziej, iż przebieg wydarzeń w drugim odcinku był wyjątkowo banalny i oczywiście musiał doprowadzić do spięcia między Kurobą a Haijimą. Być może jednak i w tym przypadku, jak i wcześniej, dramat nie będzie trwał długo, o ile Yuni ponownie wykaże się rozsądnym podejściem do sprawy. Tego zaś nie jestem pewna, bo ów bohater raz zachowuje się w porządku (początek fabuły), innym razem wychodzi z niego straszny dupek – gdy pozostali współgracze zaczęli obgadywać Chikę, on nie miał oporu, aby się przyłączyć. Z drugiej strony czuł później wyrzuty sumienia, więc aż tak źle z nim nie jest. Chika natomiast kreowany jest na upartego indywidualistę, aczkolwiek i on potrafi zauważyć, że nie zawsze może uratować wynik meczu swoimi niebywałymi zdolnościami. Jak takie chwiejne charaktery poradzą sobie w nowej drużynie, zobaczymy, oby już niebawem.

W warstwie graficznej rzuca się w oczy CGI odbijanej piłki, której ruch często wygląda dość nienaturalnie. Poza tym nie brakuje różnych typowych dla sportówek oszczędności, ogólnie jednak mecze prezentują się nie najgorzej. Z muzyki coraz bardziej podoba mi się opening; podziwiam też grę J. Enokiego. Jednego dnia oglądam dwie serie, w których odgrywa on główne role, i absolutnie nie mam żadnych problemów z przestawieniem się z postaci na postać – w siatkarzach słyszę Kurobę, w Tenchi Souzou Design Bu Shimodę. Nie mniej przyjemnie słuchać Kenshou Ono – zdecydowanie wolę go w takim wcieleniu jak w omawianym anime niż jak np. w niedawnym Taisou Zamurai.

Potwierdzam ostatnie zdanie poprzedniej zajawki. Drugi odcinek niby udziela jakichś wyjaśnień, ale robi to dość nieporadnie i sztucznie, że nie wspomnę o sensowności tychże; poza tym przez większość czasu antenowego rozmaite postaci na różne sposoby przeżywają śmierć „bohatera Akatsuki”, Eijiego Arashimy. My też, bo zaczynamy od powtórki tej jakże wzruszającej sceny. Kończy się ona dla Yamato nokautem ze strony umundurowanego na niebiesko gościa; nieco starszy i zdecydowanie bardziej emocjonalny przedstawiciel tej samej siły wita go po przebudzeniu. Ponieważ niebiescy to miejscowa policja, a jednocześnie jednostka antyscardowa (Biuro Bezpieczeństwa Publicznego, długa oficjalna nazwa skracana do PSSS), pan Tatsuma ni to indaguje chłopaka, ni to wyjaśnia mu sekrety tatuaży oraz „mistycznych” pocisków, które niwelują efekty tych pierwszych (taki pocisk zranił Eijiego przed przekazaniem Cerbera, ale reszty tego bełkotu nie zrozumiałam); ni to nakłada na niego areszt, ni to próbuje zatrudnić jako nowego Scarda, szantażując przybranym młodszym bratem, ściągniętym z ichniego mieszkania. Przy tym przeskakuje od mocno luzackiego stylu bycia do nagłego a krótkiego wybuchu gniewu i z powrotem, ale jest to tak dziwaczne, że nawet na brak zrównoważenia nie wygląda.

Zostawieni na chwilę samym sobie bracia wyjaśniają sobie wzajemnie i widzom, czym był „konflikt w Akatsuki” – otóż była to specjalna dzielnica, chyba część Tokio, w której prawa rynkowe działały tak, żeby wszyscy mogli jak najwięcej zarabiać. To rzecz jasna doprowadziło do przepychanek biznesmenów oraz grup z zewnątrz, które chciały na tym skorzystać; potem doszło do zbrojnych zamieszek, rząd japoński odciął się od tego eksperymentu (no comments), a jedyną nadzieją i ratunkiem ludzi zamieszanych w te walki stał się Eiji Arashima, który wraz z innymi Scardami po jakimś roku zaprowadził w dzielnicy względny porządek. Oczywiście mafie, w tym zeszłoodcinkowy Dusk, nadal pchają się tu drzwiami i oknami, naprawdę nie wiem po co, skoro ekonomiczny raj ewidentnie diabli dawno wzięli, a panuje bezprawie i bieda. Pchają się też w tej właśnie chwili, kiedy Kai przeżywa po raz kolejny swoją odpowiedzialność za śmierć Bohatera, do budynku policji – ponoć po to, by odzyskać swoich aresztowanych członków, ale moim zdaniem raczej po to, by zachęcony przez brata Kai mógł wyskoczyć z trzeciego piętra i przetestować swój tatuaż, ratując jakąś przypadkową dziewczynę (wow, ktoś tu jednak chodzi po ulicach prócz bohaterów i żołnierzy Dusku). Cerber działa jak powinien, to jest robi za tarczę/pole siłowe, plus dostarcza Kaiowi psychodelicznych wrażeń, które nie wiadomo co znaczą.

Na to wszystko wparowuje ze stylowym mieczem Kazuma Arashima, także Scard, który wybrał się tu zdaje się po to, by w pojedynkę odbić starszego brata z rąk policji. Widząc jego tatuaż na ręce obcego chłopaka, zabiera go wraz z Kagamim w „spokojne miejsce”, by porozmawiać. Kai jest jednak dość małomówny w temacie losu Eijiego, więc Kazuma gada głównie pięściami, aż Kagami wskazuje mu, co oznacza przekazanie tatuażu Cerbera. W efekcie Kai mdleje z upływu krwi, a młodszy Arashima przejmuje jego rolę płaczki. Następnie wszyscy trzej oddalają się w nieznanym kierunku słodkim żółtym samochodzikiem, ku rozczarowaniu Tatsumy, który wysłał śladem zbiega Itsukiego, swojego chłodnego jak bryła lodu partnera. Na pocieszenie zostali policjantowi pokonani żołnierze Dusku i młodszy brat Kaia, błyskający buntowniczo oczyskami pod długą grzywką.

Na koniec w odpicowanej siedzibie Artemis widzimy, jak udają się na jakąś misję dwaj widziani poprzednio bisze w czerwonych mundurkach – imiona sprawdzę za tydzień, kiedy przedstawią sobą więcej niż głupkowata rozmowa w windzie o oglądaniu anime. Nie liczę jednak, że będzie to miało wiele sensu, ale może chociaż ich walki będą fajne, bo to nadal jedyny element, który mi się rzeczywiście podoba, a w tym odcinku było ich tyle, co kot napłakał.

Co mi się nie podoba? Cała reszta, od braku sensu w założeniach świata przedstawionego, przez drewnianych (w kilku znaczeniach) bohaterów, po ich lalkowaty wygląd przerasowanych biszy i mimikę zdominowaną mruganiem oczami. Nie narzekam za to specjalnie na fotorealistyczne tła, zwłaszcza niektóre pejzaże miejskie, i pracę kamery (w tym ujęcia pod dziwacznymi kątami), które są dla mnie jakoś tam interesujące, choć pewnie sporo osób będzie miało z tym problem. Dla mnie większym jest jednak fabuła i postaci.

Odcinek zaczyna się od snu, w którym Seria widzi swoją przyjaciółkę, Alice. Zaraz potem w rozdzierającej serce scenie widzimy, jak już po obudzeniu dziewczyna wita „Alice”, „mamę” i „tatę”, czyli trzy maskotki siedzące na pustym stole. Wzruszeni tym niezmiernie przenosimy się na krótko do szkoły, a następnie do siedziby Alice in Theater, gdzie Airi prezentuje bohaterce TMS (Theatrical Material System), odpowiedzialny za tworzenie wirtualnej scenografii. Jak się okazuje, pokazane w poprzednim odcinku SMT to ukradziony patent…

Schodzą się kolejne członkinie trupy, wszystkie szczebioczą i witają nową, gdy nagle Seria wchodzi na prawdziwą minę – pyta o Izumi. Jak łatwo zgadnąć, chociaż słynna aktorka rzeczywiście zaczynała w tym teatrze, jej odejście nie było wydarzeniem przyjemnym szczególnie dla jej scenicznej partnerki, czyli Airi. Ta strzela malowniczego focha na większość odcinka, który pozostałe dziewczyny poświęcają na przygotowania do idolkowego występu. Nie, nie zmieniają specjalizacji, ale mają nadzieję w ten sposób zwiększyć zainteresowanie biletami na swoje spektakle. Amatorski występ przerywa nagła przerwa w dostawie prądu, ale sytuację ratuje Seria, z uniesieniem odtwarzająca scenę z zeszłoodcinkowej próby. Tu włącza się Airi i wygląda na to, że między dziewczętami dochodzi do porozumienia… Gdyby nie to, że zaczepia je jakiś fan Airi, sprawiając, że dziewczyna po kolejnym malowniczym fochu ucieka.

Miałam słuszne podejrzenia – ta seria przypomina mi 22/7 w tym, jak topornie próbuje wzruszać widza i dorzucić bohaterkom garść „ciężkich” problemów, jednocześnie pilnując, żeby przez cały czas pozostały odpowiednio słodkimi, płytkimi jak kałuża lalkami w sam raz dla swoich fanów. Widać wyraźnie, że Seria i Airi szykowane są na nowy przeznaczony sobie duet sceniczny, zaś ta ostatnia będzie musiała zmierzyć się z własnymi kompleksami i cieniem sławy dawnej partnerki, czyli Izumi. Wzmianka o wykradzionym patencie na system VR wskazuje, że wielka agencja stojąca obecnie za Izumi i SMT ma pewnie sporo za uszami, acz nie sądzę, żeby to wypłynęło przed finałem tej serii.

Wizualnie jest jak było, czyli skrajnie oszczędnie. Trochę mylą mi się projekty dziewczyn z Alice in Theater (Kaoru i Mayuri są w praktyce prawie identyczne), a z idolkowego występu literalnie nie dało się złapać ani jednej sensownej zrzutki. Zauważyłam też pewien recykling ujęć, szczególnie pokazujących skomplikowaną maszynerię do VR, acz to nie taki poważny problem. Trzeci odcinek obejrzę z obowiązku i bez specjalnej nadziei, bo Gekidol jak było, tak jest mocno nijakie. Nawet nie takie bardzo złe, ale kompletnie nieinteresujące.

Drugi odcinek zaczyna się rozmową prowadzoną przez bohaterki w trakcie moczenia się w gorących źródłach (w towarzystwie okolicznych zwierzaków), które mają dodatkową zaletę – można się tam też oprać. Riko w końcu uświadamia sobie, że do domu nie wróci, co skutkuje u niej lekkim załamaniem, choć nie na tyle wielkim, żeby potem nie prowadziła ożywionej rozmowy w pojeździe.

 

Następnie zespół udaje się do bazy w Gotenbie, gdzie zamierza uzupełnić zapasy. Na widok pomnika Armor Girl, który został tam postawiony, Riko zadaje ważne pytanie, które budzi niejakie zainteresowanie nowych koleżanek: czy są Armor Boys? Niestety, okazuje się, że nie, za to dziewczęta zostają zaczepione przez tłum ludzi i oficjeli po czym posadzone za stołem uginającym się pod ciężarem żarcia i zapytane, czy nie mogłyby ich trochę pobronić przed Mimesis.

 

Kyoka (ta rozsądna) odmawia, jednak po dłuższej przemowie dotyczącej sił, przegrupowania itp. koleżanka nagle ją informuje, że ci, którzy je ochraniali, byli z tej bazy i nie wrócą. Po sugestii, że no to w takim razie nie żeby miejscowi uważali, że coś im są winne, cierpliwość traci najmłodszy miejscowy chłopak, wyrzuca im, że są samolubni i ciułają kryształy (takie co dają energię) i sprawa lekko zdycha. Po czym następuje alarm – okazuje się, że baza ma jakieś zabezpieczenie, więc Mimesis się nie pojawiają, ale…

 

Koniec odcinka sprowadza się do dwóch rzeczy – kolacji i tego, kto po niej sprząta oraz rozmowy Kyoki z Riko o tym, czego ta chce.

Aha, po piosence końcowej są scenki sugerujące, że ktoś coś knuje.

Tym razem modele LBX widz miał przyjemność zobaczyć tylko w openingu, ale cały koszt odcinka poszedł chyba w kilkusekundowe animacje Mimesis i żarcia na stole. Graficznie średnio, widać oszczędności w tłach, postaciach dalszym planie, generalnie przeciętnie jest.

Fabularnie nadal nie wiemy, skąd się wzięły Mimesis, ani skąd się rekrutuje AG – czy wszystkie spadły tu z równoległych światów? Czy tylko Riko miała tę nieprzyjemność? I czemu nie ma chłopców w zbrojach? I jak to wszystko działa – bo na razie mamy info, że cała technologia i handel opiera się na kryształach energii. Interakcje postaci są na poziomie podstawowym, jak na razie nie widzę powodu, dla którego należałby polubić którąkolwiek z nich.

W tym odcinku ponownie otrzymujmy trzy historie. Pierwsza należy do Meido, która ma bardzo specyficzne poczucie tego, co można nazwać słodkim i uroczym. Nie dla niej małe pieski czy kotki, ją podnieca kanibalizm, trucizny i pasożyty przejmujące mózgi! Dziewczyna postanawia wziąć się za zlecenie Boga chcącego zwierzaka uroczego, ale nie do końca. W pierwszym rzucie, przy pomocy Działu Insektów, daje życie nitnikowcom, które Stwórca bez oporu akceptuje. Prawdziwa wena jednak dopiero się u niej pojawia, wskutek niej zaś powstaje koala, zwierzę rzeczywiście i rozkoszne, i nie bardzo, acz dla Meido w odwrotny sposób niż dla jej znajomych (i pewnie wszystkich ludzi na świecie).

Tsuchiya nie ustaje w wysiłkach stworzenia pięknego konia. Pegaz może i nie przeszedł, ale jednorożec – czemu nie? Cóż może zaszkodzić róg? Niestety kolejne próby i ulepszone projekty pokazują, że takie zwierzę nie jest w stanie funkcjonować z tego rodzaju wyposażeniem i że lepiej, gdyby coś wyrastało z głowy krowie. Albo jakiemuś zwierzęciu morskiemu – w ten sposób Unabara wymyśla narwala.

Unabara zresztą ogólnie bardzo dobrze sobie radzi z fauną morską, wymyślając przeróżne gatunki delfinów czy morświnów (nie, kolejny projekt koniozwierzaka Tsuchiyi nie przechodzi). Cała ekipa leci na Galapagos, by przetestować nowe stwory, a przy okazji się trochę zabawić. Nie wszystkim jednak będzie dane odpocząć – między Unabarą a Meido dochodzi do iście epickiej walki na ewolucję zwierząt, delfin kontra kalmar. Bohaterowie jak tylko mogą doskonalą swoje pomysły, w ostateczności stwarzając kaszalota spermacetowego i kałamarnicę olbrzymią. Zwycięzcą pojedynku zostaje Unabara, który wyposaża walenia w możliwość korzystania z ultradźwięków. Radość też ogarnia Tsuchiyę, Bóg bowiem przystaje na jego konika morskiego.

Tenchi Souzou Design Bu powoli mnie do siebie przekonuje. Nadal trochę brakuje lekkości, a jako komedia sprawdza się tak sobie, bo mało co mnie w serii śmieszy do rozpuku, ale z drugiej strony niewątpliwie jest to anime interesujące i przyciągające przed ekran, przede wszystkim zaś pouczające i to w formie całkiem przystępnej i różnorodnej – bohaterowie nie tylko stoją i tłumaczą, głównie Shimodzie, a przy okazji widzom, jak co działa (albo dlaczego nie może działać), ale także wchodzą między sobą w fajne interakcje (konfrontacja Unabary z Meido była zdecydowanie najlepszą częścią odcinka). Poszczególne wątki przy tym nie sprawiają wrażenia wymyślonych na siłę i udziwnionych, aby było jak najoryginalniej, bo też seria tego nie potrzebuje – przyroda podsuwa wystarczająco dużo pomysłów na historie, wystarczy je dobrze wykorzystać, z czym, jak na razie, anime nie ma większego problemu. Technicznie natomiast wciąż średnio, ale akceptowalnie, choć naprawdę ucieszę się, gdy pojawi się więcej lokacji.

Wielu zapewne marzyło, aby naprawić swoje nieudane życie. Co prawda świat realny nie daje takiej możliwości, ale owa furtka otwiera się przed Keyaru – bohaterem, który dzięki podstępowi pokonał Króla Demonów (a w zasadzie uroczą królową). Nieszczęśliwiec miał jednak pecha – został bohaterem, jednak jego profesja – uzdrowiciel, nie dawała mu szansy się wykazać. Co gorsza, w trakcie leczenia rannych przejmował ich życiowe doświadczenia i ból, który odczuwali. Doświadczając tak traumatycznych przeżyć raz za razem, nie mógł zostać przy zdrowych zmysłach. Kiedy próbował uciekać, zostawał pojmany, przymusowo podawano mu narkotyki i ponownie poniżano. Jedynie nienawiść, jaką odczuwał do współtowarzyszy, pozwalała mu brnąć dalej i czekać na okazję, aby odmienić swój los.

Rozpoczynając ponownie życie, traci wprawdzie wszelkie wspomnienia, ale dzięki ogromnej nienawiści, która pozostała w jego duszy, udaje mu się je odzyskać. Tajemniczy głos prowadzi bohatera do jeziora, gdzie duch spełnia jego życzenie – nie dość, że odzyskuje wspomnienia, to zdobywa także możliwość rozpoznawania magicznej mocy innych osób. Kiedy budzą się jego moce bohatera, w wiosce zjawia się znajoma twarz – Flare, która powołuje go na służbę u króla. Tak, to ta sama, która poprzednio najbardziej dała mu w kość. Na pierwszy rzut oka wygląda na dostojną księżniczkę, ale nic bardziej mylnego. Flare ponownie pokazuje swoje prawdziwe oblicze, gdy widzi, jak wyleczenie jednej osoby pozbawia nowego bohatera przytomności. Tak, na razie wszystko idzie zgodnie z planem Keyaru. Upewnia się on co do jej charakteru, ma też okazję zakosztować nieco przywilejów związanych ze statusem bohatera… Teraz tylko opracować i wdrożyć szczegółowy plan zemsty.

Zarys fabularny wbrew pozorom nie wygląda źle. Motyw zemsty Keyaru jest oczywisty, a posiadana wiedza pozwala mu odpowiednio przygotować się do wprowadzenia jej w życie – bohater stara się zawczasu zyskać odporność na trucizny i otumanienie narkotykami. Nowa umiejętność pozwalająca ocenić siłę innych bohaterów też znajduje zastosowanie. Czy poznamy więcej detali na temat samego świata i złej armii, z którą mierzyć się musi garstka wybrańców? Czy będzie tu pomysł na jakiekolwiek wątki fabularne poza planem zemsty, który zapewne obfitować będzie w dość brutalne sceny seksualne, jak na początku odcinka? Na te pytania odpowiedź zapewne przyniosą kolejne odcinki.

Oprawa wizualna nie zachwyca, ale też nie wypada źle. Projekty postaci nie grzeszą oryginalnością, ale są dość zróżnicowane i nie wywołują na pierwszy rzut oka wrażenia kopiuj-wklej. O dziwo całkiem nieźle wypada anatomia pań, zadbano nawet takie szczegóły jak uniesienie biustu poprzez tradycyjne stroje. Tła nie sprawiają efektu jednorodnych i biednych, chociaż po bliższym przyjrzeniu się im można zauważyć, że mogłyby być bogatsze w detale. Sceny walk wypadają widowiskowo, chociaż nie jest to najwyższy poziom animacji, jaki widziałem w anime. Ano tak, zapomniałbym o najważniejszym, czyli fanserwisie. O ile o zaletach damskich kształtów już wspomniałem, o tyle muszę też wspomnieć o scenach seksu. W wersji nieocenzurowanej są one pokazane w dość wymowny sposób, a w momentach przekraczających granicę hentai zastosowano kadrowanie pozwalające ukryć kluczowe partie ciała poniżej pasa. Niezła gimnastyka, ale udało się to zmieścić w ramach tego, co można pokazać w telewizji. Rzecz jasna zadbano też o przesadzone dźwięki i odgłosy wydawane w trakcie całego procesu.

Drugi odcinek idzie w ślady pierwszego – widać już, że seria ma zamiar przeplatać sceny z życia udającego codzienne orraz wątki problemów (nie)życiowych poszczególnych kandydatów na idolów. Tym razem pokusiłam się o notatki, więc będzie z imionami i nazwami, zupełnie jakby mi to coś mówiło. Jako że trio F∞F główny problem pokonało w poprzednim odcinku, teraz widzimy tylko, jak nagrywają swoją piosenkę i robią sesję zdjęciową na jej okładkę. Na marginesie okazuje się, że lider tej grupy, Seiya, zna z dzieciństwa lidera I♥B, Noah, ale poza miłym przywitaniem i zapewnieniem o wzajemnej życzliwości niewiele z tego wynika. Większość odcinka zajmują problemy niezgrania się wspomnianego wyżej I♥B (rozwiązane wspólnym gotowaniem) oraz grupy złożonej z artystów różnych specjalności, ArS (rozwiązane wspólnym jedzeniem ciastek). (Nie, nie żartuję). (Chcielibyście). Jest miło, słodko, sympatycznie i bez większej presji, a już na pewno bez cienia jakiejkolwiek rywalizacji. Po prostu beza, ptasie mleczko i ciepło kakao.

Wrażenia po odcinku są natomiast takie, jakby ktoś wymienione wcześniej słodkości – ale takie ze sklepu, nie z dobrej cukierni – zjadł i wypił na jedno posiedzenie. Nawet jeśli w mniejszych dawkach może to być smaczne, w takiej zostaje tylko wrażenie przesytu, lekkie mdłości i chemiczny posmak w ustach. Nieduży plus mogę policzyć za przeplatankę scen – daje wprawdzie wrażenie sieczki, ale dawkuje poszczególne wątki w mniejszych porcjach, co czyni ich sztuczność nieco łatwiejszą do zniesienia. Nie zmienia to faktu, że odcinek zawiera za mało spójnej fabuły, żeby było co analizować, a natłok postaci sprawia, że zamiast prowadzić jakiekolwiek dialogi, tak naprawdę wygłaszają swoje kwestie w zadanym porządku, żeby tylko każdy zdążył coś powiedzieć przed napisami końcowymi.

I-Chu pozostaje za to przyjemne dla oka, z udaną paletą kolorów i ładnymi zbliżeniami. Oczywiście animacja jest bardzo oszczędna – po co ruszać bohaterów, kiedy można machać przed kamerą nieruchomymi ujęciami z muzyką w tle? Tła są bardzo nierówne. Niektóre, jak pola zboża z retrospekcji czy otaczający szkołę las, są zaskakująco szczegółowe i ładnie kolorowane, inne – jak budynki – straszą gładkimi i uproszczonymi do granic kształtami. Inna rzecz, że kto by taką serię dla tła oglądał…

O, przypomnieli, jak nazywa się ten rudzielec od łuku – Roy (choć pewnie nie na długo to zapamiętam…). A tak poza tym to nuda. Smęty i nuda, bo najpierw dostajemy łzawą retrospekcję Mariel, która na prośbę swojego nowego opiekuna ścina włosy, a potem wyprawę do tajemniczej jaskini, gdzie ponoć mieszka groźny potwór.

To dopiero drugi odcinek, a tu już wrzucają wypełniacz. Inaczej fabuły tego odcinka bowiem nazwać nie można, ponieważ ani retrospekcja (a przynajmniej jej lwia część) nic nie wnosi, ani wspominki służącej nie dostarczają istotnych faktów (bo tego, że młodsza siostra Obera była słabego zdrowia i jej się przedwcześnie zmarło, to już od tygodnia wiadomo). Ale nic nie może pozostać niedopowiedziane, w końcu żaden widz się tego nie domyśli… A że scenariusz miałki, to i na dziurach logicznych człowiek łatwiej skupia uwagę. W poprzednim odcinku zaniepokoił mnie brak służby w siedzibie rodu Albert (z pominięciem jednej pokojówki), w tym również braki kadrowe rzucają się w oczy – tym razem w szeregach zbrojnych. Bo nie dość, że problem demonów, które nagle pojawiły się w Królestwie Hortensji i zaczęły siać chaos, streścił narrator na początku, to jedyna akcja, jaką widzimy, to wyrzynanie wyjątkowo nieruchawych goblinów przez Obera i jego wuja. Gdzie cała reszta oddziałów albertowych ziem (nadal nie wiadomo, jaki tytuł po ojcu odziedziczył Ober…)? Bo wyprawa do jaskini i szukanie wioskowego dzieciaka to faktycznie zadania w sam raz dla młodego władcy ziemskiego… Swoją szosą, zastanawiam się, ilu ludzi żyje na terenach należących do rodziny Ober. Jeśli wierzyć temu odcinkowi, to naprawdę niewiele, bo z całej populacji wioski widzimy tylko dwójkę rodzeństwa oraz ich matkę.

Aczkolwiek coś podejrzewam, że takie pustki, to zwyczajna oszczędność, co widać, bo twarze bohaterów nadal nie oddają co bardziej intensywniejszych emocji, a i pojedynki są wyjątkowo statyczne. W skrócie: głupie to, sztampowe i nudne…. A tu jeszcze cały jeden odcinek do obejrzenia!

Legendarne źródło, legendarna wyspa, legendarne bestie… To mogło być naprawdę ciekawe…

Tag Cloud