Nadszedł czas drugiego etapu rozgrywek! Tym razem naszych bohaterów czekają walki drużynowe, chociaż na początku nie wiadomo na jakich zasadach. Po dwóch godzinach dyskusji w zamkniętym pomieszczeniu, która dla jednych jest niezłą rozrywką a dla drugich grą psychologiczną, nadchodzi moment prawdy. Otóż okazuje się, że przechwalanie się umiejętnościami nie było potrzebne – drugi etap to nadal pojedynki jeden na jednego, tylko tym razem liczyć się będzie grupowa liczba zwycięstw. Krótko mówiąc, która z drużyn wygra trzy razy, ta zostanie zwycięzcą.

Na pierwszy ogień rusza Satoru Sawatari, a jego przeciwniczką zostaje pani w erotycznej bieliźnie, Rin Kashi, która proponuje mu poddanie się. Biedaczysko nie ma jednak zamiaru tego zrobić, do tego grożąc niezwykle śmiertelną umiejętnością. Wpada na pomysł rzucenia monetą o to kto wygra, ale panienka nieszczególnie zamierza dotrzymać zakładu… Efekty widać wyżej, niech mu ziemia lekką będzie. Kto następny? Ano okularnica z umiejętnością kopiowania umiejętności wroga (ale tylko dziesięciu procent jej możliwości) kontra przerośnięty osiłek z drużyny głównego bohatera, który na dwie sekundy może stać się niepokonany. Dziewoja na szczęście była na tyle inteligentna, aby poddać się zanim połamał jej kości. Na jaw wychodzi też sadystyczna natura Rin, która dla zwycięstwa gotowa jest udusić członków własnej drużyny. To, jak zakończy się trzeci pojedynek, dowiemy się zapewne na tydzień. Wygląda jednak na to, że wreszcie dostaniemy trochę dynamicznej akcji, gdyż umiejętności obu postaci są typowo bitewne.

Trzeci odcinek niejako potwierdza moje przemyślenia na temat poprzednich. Tytuł nie aspiruje do bycia najlepszym w gatunku, większość postaci jest nieciekawa, ale fabuła umie je wykorzystywać i nieco zainteresować widza. Szkoda, że ciągle nie wiemy nic o tajemniczej grze i w jakim celu to wszystko zorganizowano. W tym momencie przydałoby się rzucić chociaż trochę informacji, gdyż bez nich te wydarzenia zdają się być bezsensowne. Brakuje też nieco konsekwencji w pewnych elementach – z jednej strony mamy natychmiastowe zabójstwo jednego z uczestników, z drugiej nie wiadomo czemu próby ratowania nieboraka, a przecież wszystkim ogłoszono, że są jedynie jednorazowymi pionkami. To samo można zarzucić kwestii fanserwisu – raz cenzurują majtki Yuuri, która podskoczyła aby zaprezentować umiejętności, a chwilę później dają show Rin w erotycznej bieliźnie. Na plus zaliczyć można na pewno fakt, że przynajmniej niektórzy myślą tam strategicznie i próbują nie odsłaniać swoich atutów bez konieczności. Czy warto? Z racji posuchy w tym gatunku, raczej tak. Nie ma tu nic, co jednoznacznie przekreślałoby ten serial, a rolę niewymagającej rozrywki, nieco innej niż wszystkie szkolne serie czy isekaje, spełnia całkiem dobrze.

Pierwsza, tym razem krótsza część odcinka kontynuuje wątek z poprzedniego – koleżanki oczywiście podsłuchują Atenę domagającą się od Koushiego nazywania jej siostrą i oznajmiają, że one także chcą. Tu następuje przegląd scenek pokazujących, jak każda z nich rozumie bycie „starszą siostrą” – niestety zawierający wyłącznie recykling tego, co pojawiło się w dotychczasowych epizodach. Część druga poświęcona jest powrotowi bohatera do szkoły, czyli przede wszystkim jego ponownemu spotkaniu z przyjaciółką z dzieciństwa, niejaką Suteą. Jak się szybko dowiadujemy, dziewczyna (o charakterze rasowej, acz samoświadomej tsundere) ma skomplikowany życiowy problem polegający na nadwrażliwości na wysoką temperaturę. O dziwo nie oznacza to, że rozbiera się niczym pewien mag z Fairy Tail (jak można było przepuścić taką okazję?), tylko po prostu nie lubi być dotykana, zaś Koushi już wiele lat temu swoim wyczuciem i troską zdobył jej serce. Sutea nie okazuje tego, ale martwi się o kolegę, kiedy zaś dowiaduje się o jego nowym miejscu zamieszkania i zatrudnienia, postanawia po lekcjach odprowadzić go do Megami-ryou i na własne oczy sprawdzić, co tam się dzieje. Właściwa wizyta będzie miała miejsce w następnym odcinku – teraz bohaterowie docierają tylko pod drzwi wejściowe, gdzie wita ich widok tyleż codzienny dla Koushiego, co skandaliczny dla jego przyjaciółki.

Wygląda na to, że odcinek pierwszy był na razie wyjątkiem, jeśli chodzi o ilość golizny – w drugim i trzecim są to pojedyncze ujęcia. Nie brakuje za to majtek, staników oraz przyduszania bohatera rozmaitymi częściami intymnymi licznych pań, chociaż przyznam, że ten rodzaj fanserwisu wydaje mi się wręcz staroświecki. To, na ile będzie odpowiadać widzom, zależy oczywiście po części od tego, czy będzie im przeszkadzać nieletni wygląd bohatera, ale ogólnie powiedziałabym, że natężenie ecchi lokuje się w stanach średnich nawet w porównaniu z – powiedzmy – tytułami takimi jak Tsugumomo czy Yuragi-sou no Yuuna-san i nawet nie zbliża do współczesnych serii typu borderline hentai.

Może ma to szansę się zmienić później, ale główny problem na razie polega na tym, że poza walorami ecchi seria zupełnie nie ma się czym bronić. Niby obsadza w głównych rolach kilka dziewczyn dorosłych i w miarę samodzielnych życiowo, w dodatku obdarzonych zakręconymi charakterami, ale co z tego? Poznajemy je wyłącznie przez ich relację z Koushim, zaś ich relacja z Koushim sprowadza się do jednego-dwóch różowych gagów na kombinację i już w tym odcinku zaczyna się rzucać w oczy powtarzalność. Z kolei drugi epizod, wprowadzający Suteę, miał bardzo kiepskie tempo i wyjątkowo rozwlekle przekazywał rzeczy, które albo wystarczyłoby zasugerować, albo wręcz zostawić w spokoju, żeby widz sam się domyślił. Grafika nadal jest w stanach niższo-średnich, jeśli idzie o tła i wszystko, co nie jest paniami; warto natomiast docenić wysiłki animatorów, aby „ożywić” sceny ecchi zarówno stosownym kadrowaniem, jak i drobnymi gestami i poruszeniami pozwalającymi podkreślić walory dziewczyn. Ogólnie jak był, tak jest i będzie to przeciętniak – ewentualnie do obejrzenia, szczególnie w leniwym i pustawym sezonie, ale zdecydowanie nie do zapamiętywania na dłużej.

Jo przedstawia kolegom ostatniego kandydata na członka klubu wodnego polo – Shuugo Amihamę. Przystojny i wysportowany chłopak jest świetnym pływakiem, który odnosił już spore sukcesy w tej dyscyplinie. Problem polega na tym, że Amihama nie ma najmniejszego zamiaru wracać do pływania i właśnie szuka innej dyscypliny, w której mógłby się sprawdzić. Kategoryczna odmowa Amihamy zaskakuje chłopców, ale po krótkiej naradzie postanawiają spróbować jeszcze raz. Niestety, pomysł na zachęcenie Shuugo okazuje się chybiony i chłopak po raz drugi informuje bohaterów, że do pływania nie wróci. Ponieważ jednak Jo jest nieugięty i straszy kolejnymi podejściami, Amihama proponuje pojedynek – jeżeli członkowie drużyny wodnego polo pokonają go w wyścigu, zapisze się do klubu. Jo i spółka oczywiście zgadzają się, ale statystyki są nieubłagane – zawodnikom brakuje umiejętności i formy, żeby pokonać mistrza. Jedyna nadzieja w Minato, który ma trzy dni na trening…

Nie, na szczęście żaden z bohaterów nie przechodzi magicznej przemiany, a że trzy dni to bardzo mało, udaje im się poprawić kilka błędów, zyskując zaledwie kilka sekund, ale wciąż zbyt mało by być pewnymi wygranej. Minato również cudownie nie przypomina sobie sukcesów sprzed wypadku, ale ostro bierze się za trenowanie, co przynosi pewne efekty. Mimo wszystko, bohaterem odcinka jest Amihama, który z jakiegoś powodu stracił chęć do pływania i szuka nowej drogi w życiu. Wiele wskazuje, że ma to coś wspólnego z jego starszym bratem i mamą, ale na ile są to wydarzenia traumatyczne, na razie nie wiadomo. Cóż, nadal nie jestem przekonana do Re-Main, ale doceniam zgrabne wplecenie  okruchów życia w sportową tkankę. Trochę drażnią mnie standardowe przemowy o przyjaźni i ciężkiej pracy oraz niemarnowaniu talentu, ale taki już urok gatunku.

Postacie nie są specjalnie skomplikowane, ale Minato daje się lubić – twardo stąpa po ziemi, a jego dosadne monologi wewnętrzne zwykle ładnie podsumowują sytuację. Na razie panowie nie mieli okazji faktycznie pograć, ale przynajmniej trenują i widać, że drużyna jest dopiero w budowie. Każdy ma mocne i słabe strony, ale oprócz Minato z amnezją, geniuszy na razie nie stwierdzono. Trochę drażni mnie powolne tempo, ale zakładam, że po skompletowaniu drużyny seria trochę przyspieszy. Podsumowując, nie jest źle. Re-Main da się oglądać bez przesadnego zgrzytania zębami, ale wątpię czy anime wzniesie się ponad przeciętność. To naprawdę taka „zapchajdziura”, przy której można wyłączyć myślenie i trochę zrelaksować. Niekoniecznie polecam, ale też informuję, że nie istnieją poważne przeciwwskazania do oglądania.

Noc się dalej ciągnie, czystek anty-esperowskich ciąg dalszy i tym razem w telewizji oglądanej przez Naoto radośnie ogłaszają, że właśnie palone są na ulicach książki, które zawierają niedozwolone treści, a jak ktoś ma w domu takowe, to oddziały specjalne zrobią mu wjazd na chatę. W taki oto sposób Naoya dowiaduje się, że jest rok 2041, a nie, jak wcześniej sądził, 2029 – podobno w laboratorium trzymano ich piętnaście lat… więc coś się tu bardzo nie zgadza.

Następnie mamy przebitkę na tajemniczą dziewczynę z pierwszego odcinka, która nieprzytomna i podłączona do aparatury leci śmigłowcem do jakiegoś laboratorium, gdzie jakiś „doktor” się bardzo na jej widok dziwi. W tle widzimy po pierwsze doktora Mikuriyę, tego, co badał braci, oraz datę 2023. Nie wiadomo, czy to przeszłość, czy teraźniejszość, ale tajemnica musi być.

Kolejna przebitka, tym razem na braci Kuroki, z której dowiadujemy się, że piętnaście lat temu zostawili ich rodzice, nie wiadomo dlaczego, ale okazuje się, że młodszy też ma jakąś moc – bowiem widzi w wizji Kiriharów.

I teraz w sumie przechodzimy do mięska, czyli do akcji głównej, która dzieje się w jakiejś lokalnej jadłodajni. Osoby dramatu to Miracle Mike, jakaś babka, która nim steruje, członkowie jakiegoś zespołu muzycznego, kelnerka i bracia Kirihara, oraz wpadający potem oddział SWE.

Podejrzana kobieta i Mike zostają w jadłodajni zaczepieni przez członków zespołu, którzy proszą, żeby uczynił swoje cuda, co ten niechętnie czyni pod szczególnym nadzorem tajemniczej kobiety, zaś Naoto przygląda się temu z daleka. Nie zdąża on jednak interweniować w podejrzane działania esperki, gdyż przez drzwi wpada znajomy oddział SWE z przykazaniem aresztowania MM i babki oraz eliminacji reszty świadków. Eliminacja wychodzi średnio, bowiem Naoto, wkurzony atakiem na braciszka, znowu wchodzi w tryb obronny i rozsmarowuje pół oddziału na ścianach,  budząc zainteresowanie szefa oddziału i tym samym wymalowując wielką tarczę na swoich plecach. Na szczęście Kiriharom udaje się uciec, a przy okazji dowiadują się, że esperzy jak najbardziej istnieją, tylko rząd to ukrywa.

Tego, że esperzy istnieją, dowiadują się też z wielkim dziwieniem członkowie oddziału SWE, którym szef klaruje, że to info jest tajne przez poufne, ale teraz to oni też powinni „obudzić” w sobie moc, żeby walczyć w imieniu rządu z innymi esperami, żeby dalej można było udawać, że takiego czegoś nie ma i kontrolować ludzi. Oh joy, here we go again…

Na razie dziennego światła się nie doczekałam, dalej jest ciemno i noc, ale większość odcinka dzieje się w oświetlonej jadłodajni, czyli jest plus. CGI mnie nie razi zbytnio, w sumie jest lepsze, niż w niektórych innych seriach (na ciebie patrzę, D_Cide). Może też dlatego, że na razie na ekranie pojawia się jednocześnie niewielka liczba osób. Natomiast poważnie zaczynam się zastanawiać, czy fabularnie seria nie pójdzie w format jeden odcinek-jedna godzina z nocy, a na koniec wielkie bum. W sumie byłoby fajnie…

Skoro Eri bez żadnych oporów zgodziła się zostać magiczną wojowniczką (odmawiam używania terminologii z tej serii, bo brzmi zwyczajnie głupio), to dla odmiany Rena nie wyraziła entuzjazmu na propozycję walki z sennymi koszmarami. Mimo licznych namów Ryuuheia pozostaje niewzruszona, tym bardziej, że na brak zajęć nie może narzekać. Jest bowiem lokalną gwiazdeczką tokijskiej Shibuyi i mediów społecznościowych, co jednak nie sprawia, że uderza jej do głowy woda sodowa. Wyczulona na krzywdę innych, reaguje ostro, gdy widzi, że jakieś przypadkowe statystyki prześladują jej szkolną koleżankę, niepozorną „szarą myszkę”. Próbuje także z tąż koleżanką nawiązać bliższy kontakt, ma nawet okazję wyciągnąć ją na zakupy oraz… przekonać się, że każdy dobry uczynek zostanie ukarany. Dziewczę bowiem, dręczone kompleksami i w związku z tym widzące w innych wyłącznie to, co najgorsze, używa cukierków, aby za pośrednictwem świata snów (oraz przy wsparciu tajemniczego Antagonisty) oplątać Renę siecią coraz paskudniejszych plotek. Oczywiście Ryuuhei ze swojej strony w nic nie wierzy i stara się przekonać nowych znajomych (szczególnie Aruto) do pomocy, acz udaje się to dopiero wtedy, gdy staje się jasne, że za całą sprawą stoi senna paskuda. Kulminacją jest oczywiście bijatyka w sennym świecie, podczas której Rena traci w końcu cierpliwość, przechodzi przemianę i ostatecznie postanawia dołączyć do drużyny.

Potwierdziła się dotychczasowa tendencja – odcinek był przewidywalny, a fabuła pełna uproszczeń i skrótów (jakież to wygodne, że ludzie zapominają o wszystkim, co związane z pokonanym potworem!), ale poprowadzona szybko i sprawnie, bez nadmiernego przeciągania scen. Nadal widać ten sam problem z kompozycją, a dokładniej ze wstawkami „informacyjnymi”, które sprawiają bardzo sztuczne wrażenie. Tutaj były dwie takie: retrospekcja pokazująca raz jeszcze scenę śmierci brata Ryuuheia (tym razem z dodatkowymi szczegółami) oraz pierwsza narada Ryuuheia z towarzystwem. Potrzebne to, ale mogłoby zostać wplecione jakoś zgrabniej, a nie wepchnięte w sposób, który wydaje się przypadkowy. Nie działa także to, co w innej serii nazwałabym „chemią” – postaci funkcjonują obok siebie i nawet jeśli rozmawiają, wydaje się, że każde z nich po prostu odgrywa swoją rolę niezależnie od reakcji otoczenia, a nie uczestniczy w faktycznym dialogu.

To ostatnie jest zapewne w dużej mierze spowodowane konwencją graficzną. Po trzech odcinkach nie przyzwyczaiłam się ani do zubożonej mimiki, ani (co przeszkadza bardziej) do rozbieżności pomiędzy nią a emocjami w głosach seiyuu. Prawdę mówiąc, oddałabym chyba efektowne sceny walk za styl bardziej klasyczny, ale lepiej oddający emocje i klimat. Piszę o tym, ponieważ dla mnie jest to wada sprawiająca, że nie będę dalej śledzić serii. Jeśli jednak komuś warstwa wizualna nie przeszkadza – lub też odpowiada – sama fabuła na razie utrzymuje się w stanach mało odkrywczej, ale dość sprawnie zrealizowanej przygodówki. Na pewno na plus można policzyć także i to, że znajomość gry wyraźnie nie jest wymagana i anime podaje wszystkie potrzebne informacje, więc broni się jako samodzielny produkt. Tyle, że nadal jest to „produkt”.

Plan zniszczenia korporacji przez Ninomiyę chwieje się lekko w posadach. Wszystko przez to, że wraz z Wanibe zostają skierowani na przeszkolenie do obozu firmowego, w trakcie którego mają poznać co to pot, znój, współpraca i uwielbienie dla firmy, oraz wyjść z niego ukształtowani na perfekcyjne korpo-szczury. A przynajmniej takie jest założenie tego przybytku, wzmocnione efektami czarnej magii i manipulacją podprogową. Oczywiście po zastosowaniu pewnego podstępu bohaterom udaje się zachować zdrowe zmysły i tym samym wejść na wyższy stopień wtajemniczenia korporacyjnego z czystym umysłem, skażonym jedynie zwykłą żądzą zemsty i chęcią zarobienia mnóstwa kasy.

Ninomiya i Wanibe trafiają tam, gdzie chcieli, czyli do jednostki 3, a konkretnie do Kwatery Głównej Grupy Odkrywców. Oprowadza ich po niej Shia Kinou, sławna bohaterka, której motto brzmi „Pracuj dla firmy, póki nie padniesz, a jak padniesz, to pracuj więcej”, czyli perfekcyjny przykład chodzącej, lojalnej do bólu reklamy Korporacji. Która z niejakim zdziwieniem i zaskoczeniem oraz niewiarą przyjmuje komentarze Kinjego o zgniliźnie i wyzysku w firmie, po czym zabiera go na poziom trzeci, by sprawdzić, na ile go stać.

Tu się okazuje, że niestety bohater nie zamierza walczyć z żadnym potworem, za to panienka okazuje się bardzo przepakowana. Co więcej, zaczyna ona podejrzewać, że Ninomiya nie jest lojalny wobec firmy, co może się dla niego skończyć zdecydowanie źle. W końcu wychodzi na jaw, iż Kinji trzyma sztamę z niektórymi potworami, niestety, Shia pozostaje chwilowo permanentnie pozbawiona możliwości doniesienia na zdrajcę wierchuszce, chyba, że zechce sama sobie zaszkodzić. A MBC zyskuje kolejnego, tym razem niedobrowolnego członka.

Tytuł konsekwentnie trzyma się obranej drogi, czyli pokazania, jak zapatrzony w siebie, przekonany o własnej wyższości i geniuszu osobnik pnie się na szczyt, by zyskać sławę i chwałę, nie wpadając w tryby złej korporacji… przez stworzenie swojej. Jednocześnie, jak się dobrze przypatrzeć i poskrobać, jest wyjątkowo wredną satyrą na korpo-kulturę i etos pracy do upadłego oraz poświęcania się firmie kosztem własnego życia. Na podstawie już zaistniałych wydarzeń oraz przedstawionych postaci można przewidzieć, jak potoczy się dalsza fabuła, mimo że małą niewiadomą jest nasz anty-bohater. Bo o ile znamy jego cel życiowy, to czy pociągnięcie całej serii przez osobnika, któremu w żaden, najmniejszy sposób nie ewoluuje charakter i który nie zaczyna się zastanawiać w żadnym momencie nad swoimi działaniami, będzie interesujące? Mam nadzieję, że choć minimalnie zmienią się mu niektóre priorytety.

Po tym jak udało opuścić im się świat otoczony czernią, uczniowie trafili na tropikalną wyspę. Tworzy jednak ona inną rzeczywistość niż szkoła, teraz zatopiona w oceanie, w której wszystko, nawet jeśli się zepsuje, praktycznie z miejsca wraca do normy, co zapewnia między innymi niekończące się zasoby w postaci wody czy jedzenia. Dodatkowo specjalna umiejętność Mizuho, dzięki której jej koty są w stanie przynieść wszystko, czego zapragnie, sprawia, że niczego naszym bohaterom nie brakuje. Któregoś razu jednak wiele z tych rzeczy zostaje spowitych błękitnym płomieniem, a pożarów zaczyna być coraz więcej. Rozpoczyna się poszukiwanie winnego.

To jednak tylko główna oś odcinka, bo poza tym dzieje się naprawdę dużo. Łebski Rajidani nadal szuka rozwiązania zagadki tego, co się właściwie stało i dzieje; Nozomi (skutecznie zresztą) próbuje wnieść nieco pozytywnego myślenia do głowy Nagary; dostajemy także retrospekcję z wyborów do samorządu szkolnego, która nakreśla nieco relację między Mizuho a Pony i Hoshim, wyrastającego powoli na największego manipulanta w grupie, próbującego wprowadzić własne zasady.

Mimo ogromu informacji i wątków, które zostały wprowadzone w tym odcinku, wcale nie mam poczucia, że było ich za dużo. Natsume bardzo umiejętnie dysponuje czasem antenowym, wciągając widza w skrupulatnie budowany świat i jego tajemnice, nie odpowiadając mimo wszystko na zbyt wiele pytań, a wciąż stawiając nowe i angażując tym samym odbiorców do ciągłej analizy tego, co się dzieje. Taki zresztą był jego cel, o czym wspominał w wywiadach – aby seria była zajmująca i wciągająca, żeby inspirowała do dyskusji.

Scenorys, tak jak w zeszłym tygodniu, to dzieło Shingo Natsume, tym razem jednak w fotelu reżysera zasiadł Tomoya Kitagawa. Drugi odcinek to ponownie festiwal pięknych kadrów, kolorów i teł, dużo tu również zabawy z różnego rodzaju technikami, wrażenie robią także wszelkie efekty nadzorowane przez Gouseia Odę w postaci na przykład piasku, wody czy kluczowych dla fabuły odcinka płomieni. Świetną robotę wykonała także Reiko Nagasawa odpowiedzialna za reżyserię animacji, a rysunki postaci doglądane przez nią są naprawdę najwyższej jakości, duże wrażenie szczególnie robią zbliżenia na twarze bohaterów. Zapamiętajcie to nazwisko, bo pani Nagasawa jesienią debiutuje jako projektantka postaci w Takt Op. Destiny, za które zresztą po stronie Madhouse’u odpowiadać będzie zespół Yuuichiro Fukushiego, a więc pewnie w dużej mierze te same nazwiska, które pracują przy Sonny Boyu.

Jako że uwolniliśmy się już od wszechobecnej pustki i czerni, przyszedł czas na muzykę, konkretnie utwory grupy Sunset Rollercoaster. Artystów ją tworzących będzie jednak znacznie więcej, a wybrał ich nie kto inny jak sam Shin’ichirou Watanabe, reżyser między innymi Cowboya Bebopa, znany ze swojej pasji do muzyki, która w jego seriach zawsze stanowi jeden z najbardziej kluczowych elementów. Nie jest to pierwszy raz, kiedy doradza w tych kwestiach, ponieważ podobną rolę pełnił także w produkcjach Masaakiego Yuasy (Mind Game) czy Sayo Yamamoto (Michiko to Hatchin). Wielu zapewne zdziwi brak openingu, ale wygląda na to, że po prostu go nie będzie, a piosenka Shounen Shoujo, główny motyw serii, towarzyszyć będzie co tydzień napisom końcowym.

Sonny Boy jest jak na razie dokładnie tym, czego oczekiwałem. Jest dziwnie, intrygująco, wygląda pięknie, nie brakuje też dobrej animacji. Tak awangardowej i autorskiej produkcji nie było od wielu lat i już sam ten fakt sprawia, że dosłownie chłonę tę serię, zachwycając się każdą sekundą i każdym kadrem. Jeśli do tego fabuła rozwinie się w zadowalający sposób, będę więcej niż szczęśliwy. A nadzieje mam ogromne.

Początek trzeciego odcinka jest powolny, skupia się na rozmowach postaci, oscylujących wokół Kukuru i jej akwarium. Wszyscy ją o nie zagadują, wykazują się zrozumieniem, kibicują w jego utrzymaniu, rwą się wręcz do pomocy, z Kaiem, kolegą bohaterki na czele. To on jest nowym pracownikiem, ale nie poznamy go tutaj za dobrze, zajmuje się on głównie opowiadaniem o życiu Kukuru oraz bronieniem jej przed potencjalną złą myślą kogokolwiek. Głównym odbiorcą tych zachwytów, oczywiście poza widzem, jest Fuuka, która stała się nagle z ważnej postaci jedynie bierną słuchaczką i uczennicą – to ostatnie dlatego, że Kukuru w końcu zabrała się za instruowanie ją, jak zajmować się pingwinami.

Kilka razy różnymi słowami różne postaci prawią, jak to Kukuru pracuje ciężko i się stara. Im więcej podziwu wciska się widzowi, tym mniej lubię tę postać, zwłaszcza że nie zauważyłam, aby Kukuru przejmowała się tak innymi. Ba, dla dobra pingwinów dziewczyna nie waha się nawet prosić o pomoc weterynarz, która jest na macierzyńskim i która, oczywiście, promieniuje ciepłem i chęcią pomocy – jak wszyscy do tej pory – mimo że w każdej sekundzie może rodzić (czy przez kilka miesięcy nie dało się załatwić sobie jakiegoś innego weterynarza? zabrakło ich?).

Epizod z ciężarną kobietą miał zapewne zróżnicować tempo apatycznej fabuły i sprawić, że odcinek będzie zgrabniejszy, nie wspominając o nadaniu mu poważniejszych tonów. Niestety, wszystko, co z niego wyniosłam, to rosnąca niechęć do głównej bohaterki. Kukuru zasadniczo robi wszystko, aby pomóc pingwinom i ocalić akwarium, nawet jeśli wpakuje to kogoś w kłopoty. Przeprasza i kaja się dopiero potem, gdy już dostanie to, czego potrzebowała. Czy twórcy robią to specjalne, czy naprawdę nie widzą, jak antypatyczną postać tworzą? Banalne gadki o dbaniu o życie wraz z „magicznymi” scenkami wśród rybek jej nie pomagają…

Dopóki fabuła skupiała się na Fuuce, nie dostrzegałam, jak skupioną na swoim interesie osobą jest Kukuru. Psuje mi to odbiór tej serii i trzeci odcinek zaczął mnie już męczyć. Jeśli jednak komuś nie przeszkadza to, o czym pisałam wyżej w niniejszej zajawce, a dodatkowo nie odstrasza go banalność dialogów, lubi zaś za to ładną animacją, ceni spokojniejsze tempo, ale z poważniejszymi wątkami, klimat Okinawy i – przede wszystkim – motyw dążenia do spełnienia marzeń i chronienia tego, co dla nas ważne, to seria powinna przypaść do gustu. Ja się jeszcze zastanowię, bo jak dla mnie, za dużo tutaj pojawiło się irytujących elementów oraz sztampy, a za mało czegoś, co by ją niwelowało.

Po przebudzeniu Makoto z niejakim zdziwieniem i lekkimi protestami przyjmuje do wiadomości, iż „zawarł” kontrakt z kolejną potężną istotą. Musi jednak szybko przejść nad tym do porządku dziennego, ponieważ ocalony wcześniej Beren, krasnolud, składa właśnie prośbę o azyl w tym miniświecie. Oczywiście, bohater przychyla się do prośby, a warunkiem dodatkowym wg smoczycy jest dostęp do wytworów magicznych i broni, z której wytwarzania krasnoludy są słynne. Dodatkowo, w jakimś sprzyjającym dla siebie momencie, obie panie nagle żądają od Makoto, by nadał im porządne imiona, co ten po chwili oporu czyni: smoczyca od teraz ma się nazywać Tomoe, a pajęczyca Mio. A jakby tego było mało, przedstawiają pod głosowanie ogółowi mieszkańców domeny, składającemu się aktualnie z orków, krasnoludów, mgielnych jaszczurek (poddani Tomoe) i alke (poddani Mio) nowy tytuł dla bohatera – no bo skoro miasto, i ma rządzić… Który zostaje przyjęty z mieszanymi uczuciami przez niego, ale wielkim aplauzem przez społeczność. Nic dziwnego, że po tym wszystkim Makoto naprawdę pragnie ludzkiego towarzystwa.

 

 

Udaje mu się w końcu namierzyć jakieś ludzkie miasto, jednak okazuje się, że na jego widok ludzie albo uciekają, krzycząc „potwór”, albo po prostu strzelają. Co gorsza, wychodzi na jaw, że bogini dała mu tylko dar porozumiewania się z nie-ludźmi. Reakcje ludzi szybko wyjaśniają bohaterowi jego towarzysze – nie chodzi wcale o jego aparycję, ale o to, że tak promieniuje maną, że wszystkim się wydaje, iż nadchodzi stado potworów, a nie jeden ludzki osobnik. Na szczęście, można na to znaleźć sposób a) przez ćwiczenia kontroli, b) przez noszenie magicznych przedmiotów, które manę wchłaniają. A mowy ludzkiej da się też nauczyć. Podbudowany tą wizją Makoto zaczyna ćwiczyć Wspólną Mowę(tm), a krasnoludy tworzyć magiczny pierścień wchłaniający nadmiar many. I tak oto, po kilku miesiącach, bohater wyposażony w magiczny pierścień, maseczkę oraz dwie towarzyszki, wyrusza ponownie do miasta.

 

 

…Gdzie okazuje się, że zdecydowanie coś z tym miastem jest nie tak, a przynajmniej z postrzeganiem ludzi przez Makoto. Co więcej, cała trójka budzi niezdrowe zainteresowanie w Gildii Poszukiwaczy Przygód, gdzie zostają przetestowani na okoliczność poziomów, a bohater się dowiaduje Jak To Działa. Owocny dzień kończy się w tawernie, gdzie Makoto, Tomoe i Mio zastanawiają się, kto ich śledzi i czemu to miasto jednak jest ciut dziwne. Ale tego, drogie dzieci, dowiecie się w kolejnym odcinku.

 

 

Pod względem graficznym jest na razie konsekwentnie, nie widać zbyt wielkiego spadku jakości, choć jaszczurki wyglądały jak spod sztancy, a miasto na takie ciut ubogie, ładnie za to pokazano różnicę w postrzeganiu mieszkańców przez bohatera i Tomoe. Miejscami mamy też wstawki bohaterów w postaci SD, jednak są one zdecydowanie uzasadnione fabularnie i nie przeważają ilościowo. O dziwo, nie ma też fanserwisu, choć obie panie zdecydowanie za cel obrały sobie zawłaszczenie uwagi bohatera, robią to jednak w sposób w miarę normalny, bez typowego przygniatania biustem. Zresztą sam Makoto podchodzi do wszystkiego wyjątkowo racjonalnie, studząc ich zapał albo po prostu robiąc swoje i dążąc do odrobiny normalności. Poza tym miło dla odmiany popatrzeć na bohatera, nawet jeśli jest to bohater isekaja, który na starcie nie jest super we wszystkim, ma poziom 1, oraz na panienki, które wykazują zdolność myślenia i posiadają więcej niż dwie komórki w mózgu. Jak dla mnie to jest jeden z wielu plusów, które działają na korzyść i zachęcają do dalszego oglądania. Co nie zmienia faktu, że może się sporo popsuć, jednak na razie daję Tsuki ga Michibiku Isekai Douchuu kredyt zaufania.

 

W trzecim odcinku reżyser postanawia wprowadzić nowy punkt programu, który ma zachęcić dzieci do dbania o higienę. W związku z tym Uramichi i Iketeru muszą wcielić się w nowe role, odpowiednio superbakterii i pogromcy tychże… Aktorskiej przemianie towarzyszą oczywiście nowe kostiumy, które stają się kolejnym gwoździem do mentalnej trumny bohaterów. Poza tym sporo odcinka poświęcono na próby twórcze – otóż Usahara wmawia dzieciom, że Uramichi potrafi wszystko, na przykład, pięknie rysuje (co jest tłuściutkim i złośliwym kłamstwem, o czym wie każdy, kto widział dwa poprzednie odcinki). Pełne podziwu dziewczynki proszą go więc, żeby narysował im bohaterki popularnego serialu mahou shoujo. Cóż, efekt jest spodziewany i raczej tragiczny, a komentarze dzieci bezlitosne… Sytuację ratuje Iketeru, ale to już kolejna zadra, trafiająca wprost w krwawiące serce Uramichiego. Naturalnie, Usaharę czeka bolesna nauczka, ale chłopak zasłużył. Dużo miejsca wypełniają też smutne przemyślenia głównego bohatera i chociaż odnosi jedno malutkie zwycięstwo, to za mało, by uleczyć jego rany.

Tym razem nie uśmiechnęłam się ani razu podczas odcinka, bo i powodów brakowało. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Uramichi z każdym kolejnym odcinkiem jest bliżej załamania nerwowego i tak w sumie, jest mi go żal. Niby młody, dobrze wyglądający facet z niezłą pracą, ale tak naprawdę to kłębek nerwów, który musi codziennie ileś tam godzin fałszywie się uśmiechać. Naprawdę nie widzę nic śmiesznego w obserwowaniu kogoś, kto wyraźnie się męczy, ma wszystkiego dość, zrywa się do pracy w panice i marzy tylko o tym, żeby się wyspać. Uramichi nie ma przyjaciół, ani żadnej odskoczni od codziennych problemów – prowadzi żałosny i smętny żywot, i nawet nie ma się komu wygadać. Szkoda faceta, bo w sumie nie jest zły i jak już pisałam, w jakimś tam stopniu utożsamiam się z nim.

Nie jestem w stanie traktować tej serii jako komedii, bo nic mnie tu nie śmieszy. Nie wiem czy to kwestia tego, że nie jestem grupą docelową czy może tematyki – zbyt realistycznie ukazanej, żeby bawiła. Odrobinę drażni mnie fakt, że postacie żyją obok siebie i nie potrafią zdobyć się na szczerość. Kumao i Usahara spędzają z Uramichim mnóstwo czasu, również po pracy, ale nawet nie próbują go zrozumieć. Być może to kwestia uwarunkowań kulturowych, co tylko sprawia, że jeszcze trudniej jest mi to anime zrozumieć i polubić. W moim przekonaniu ktoś powinien poradzić Uramichiemu wizytę u specjalisty i naprawdę nie piszę tego złośliwie. Serii nie polecam, bo nie ma do zaoferowania zbyt wiele, poza bardzo smutną wizją życia dorosłego człowieka.