Król Bosse umiera. Pozostawia testament, w którym na nowego władcę wyznacza swojego pierworodnego syna, Bojjiego. W trakcie czytania dokumentu z ciała zmarłego wyłania się jednak diabeł, który wskazuje palcem małego księcia, po czym tajemniczo znika, jednocześnie się przy tym śmiejąc. Co to oznacza, na ten moment nie wiadomo, natomiast doprowadza królową Hiling do podjęcia decyzji o demokratycznym głosowaniu, w którym większość najważniejszych osób w zamku postanawia, aby władzę przekazać jednak młodszemu z synów, Daidzie. Zaskoczony Bojji nie znosi dobrze oficjalnego ogłoszenia i postanawia wyruszyć w podróż – pomysłem naszego bohatera nie jest jednak zachwycona królowa. Zaczynają ją dręczyć wspomnienia i wyrzuty sumienia, które ostatecznie doprowadzają ją do zmiany zdania, a Bojji wyrusza w jej rodzinne strony wraz ze swoim mistrzem szermierki, Domasem, oraz jednym z żołnierzy, Hokuro.

Atmosfera na zamku zrobiła się wyjątkowo gęsta, a dotychczasowi najbliżsi współpracownicy króla podzielili się niejako na dwa obozy; są wśród nich też i tacy, którzy wydają się nie być pewni swojego wyboru. Młody Daida, wspierany przez podpowiadające mu kolejne kroki magiczne lustro, chce pozbyć się swoich przeciwników jak najszybciej, aby nic nie zagroziło jego przyszłym rządom. Każdy wydaje się mieć własny interes w tym, co robi, więc niezwykle interesujące będzie oglądanie, gdzie te wszystkie zamkowe intrygi ostatecznie nas doprowadzą. Dodatkowo pojawia się kilka kwestii, które na razie pozostają owiane tajemnicą, a w przyszłości na pewno stanowić będą istotne elementy w rozwikłaniu zaogniających się konfliktów. Przyznać muszę, że nie spodziewałem się takiej konstrukcji fabuły, nie odbierzcie jednak tego jako wady – moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne, seria wciąż jest przede wszystkim pogodną przygodówką, natomiast wydarzenia z tego odcinka sprawiają, że z jeszcze większą niecierpliwością oczekiwać będę kolejnych.

Zachwycałem się już i projektami postaci, i tłami, ale nie pozostaje mi nic innego, jak pozachwycać się nimi ponownie. Styl, w jakim rysowani są bohaterowie, jest absolutnie wyjątkowy, odbiegający od wszystkiego, co do tej pory przyszło mi oglądać w anime. Mnie ta inność, jak w każdym tego typu przypadku, przyciąga i intryguje, obawiam się jednak, że seria nie odniesie odpowiedniego (i być może należnego) sukcesu właśnie z tego powodu. Przykładów produkcji, które wyjątkowość pozbawiła popularności, kilka by się pewnie znalazło, dlatego pragnę zachęcić was do dania tej serii szansy, nawet jeśli jesteście przyzwyczajeni do innych „standardów” i z jakiegoś powodu uważacie, że to nie dla was. Projekty Atsuko Nozaki są nie tylko niepospolite, ale przede wszystkim genialne z technicznego punktu widzenia – sprawiają, że bohaterowie są niesamowicie ekspresyjni, a animatorom dają pole do popisu, czego idealnym dowodem jest scena pojedynku Bebina z Apeasem, stworzona najprawdopodobniej przez jednego z głównych animatorów serii, Shina Ogasawarę (z poprawkami Arifumiego Imaia). Swoją drogą, tutaj też warto pochwalić reżyserię – w takich momentach wiele anime polegałoby na dialogach czy ekspozycji, tu natomiast nie padają żadne słowa, a i tak wszyscy wiedzą, co, jak i dlaczego.

Nazwiskiem Yuujiego Kaneko rzuciłem już dwa tygodnie temu, jego pracę chwaliłem także przy okazji poprzedniego odcinka, natomiast wydaje mi się, że w tym akurat przypadku pochwał nigdy za wiele. Jestem jego ogromnym fanem od czasów Kill la Kill, a często odnoszę wrażenie, że praca dyrektorów artystycznych jest niedoceniania. To oni kreują świat, po którym poruszają się i w którym funkcjonują bohaterowie, a Yuuji Kaneko i jego zespół robią to genialne od wielu lat, dodatkowo wciąż przy użyciu tradycyjnych technik, a więc pędzli i farb. Duże wrażenie zrobiły na mnie sceny retrospekcji, odbiegające nieco od reszty i stylizowane na obrazki z książek dla dzieci. Kolejny dowód na to, jak wybitnym i różnorodnym artystą jest Kaneko, potrafiący realizować rozmaite wizje różnych reżyserów.

Obserwując aktywność ludzi pracujących nad Ousama Ranking w mediach społecznościowych, zauważyć można, że naprawdę lubią pracę nad tą serią. Ba, nawet PR studia Wit wydaje się mocno wierzyć w jakość wykonywanej przez nich pracy, każdego dnia na Twitterze publikując różne materiały produkcyjne. Tę miłość i pasję zdecydowanie widać na ekranie, więc jeśli tylko po drodze nic się nie zepsuje, to jestem pewien, że czeka nas fantastyczna przygoda.

Jak już zdążyliśmy się przekonać, z projektami multimedialnymi bywa różnie. Kwadratowo i podłużnie… a czasem koślawo. Przykład Deep Insanity: The Lost Child pokazuje, że bywa i bardzo koślawo. Sam pomysł co prawda zły nie jest i w dobrych rękach pewnie mógłby stać się przynajmniej niezłym kinem fantastyczno-naukowym. Tyle że wyszło jak zwykle.

Tajemnicza choroba zwana Syndromem Randolpha rozprzestrzenia się po świecie i niewątpliwie jest związana z odkryciem jeszcze bardziej tajemniczego podziemnego świata (nazwanego Asylum), do którego wejście znajduje się na biegunie, a w którym prócz dziwacznych roślin i ludzi niewiadomego pochodzenia można znaleźć jeszcze dziwaczniejsze potwory. Kilka organizacji położyło łapska na tym nowym odkryciu i na różne sposoby próbuje dociec, co tak naprawdę kryje enigmatyczna kraina. Co jakiś czas specjalnie wyszkolone oddziały schodzą w głąb ziemi, aby badać Asylum. A że sporo delikwentów pada albo ofiarą wyżej wspomnianej choroby bądź jakiegoś potwora, to nieprzerwanie trwa nabór. Jednym z ochotników jest oczywiście główny bohater, który trafia do specjalnego zespołu… który chyba schodzi pod ziemię tylko po to, żeby co jakiś czas utłuc jakiegoś potwora. Swoją szosą, świeżynek zostaje od razu rzucony na głęboką wodę bez żadnego przeszkolenia, a grupa, do której należy, jest tak zajedwabista, że jej członkowie nie potrzebują kombinezonów ochronnych, noszonych przez innych. Dyscyplina też zdaje się tu nie istnieć, bo za łamanie zasad dostaje się upomnienie i raz nieco mocniej po mordce.

Dziur i nieścisłości tu naprawdę dużo, ale to nie one są główną wadą tego anime. Nawet schematyczność można by wybaczyć, podobnie jak słabą oprawę graficzną (muzycznie jest nieźle, ale z pominięciem openingu), gdyby nie jedna istotna rzecz – to jest potwornie nudne i nijakie. Niby coś się dzieje, niby strzelają, niby bohaterowie przeżywają swoje wewnętrzno-zewnętrzne dramaty, a człowiek ziewa i ma wrażenie, że już odcinek powinien się kończyć, a tu się okazuje, że to dopiero połowa… Bohaterowie to zgraja dziwadeł o płaskich charakterach, którzy prawie nieprzerwanie muszą przypominać o tej jednej rzeczy wyróżniającej ich z tłumu. W tym fachu króluje niejaki Larry, non stop nawijający o urazie, który sprawił, że chłopak nie czuje ani bólu, ani strachu. To chyba ma w oczach scenarzystów usprawiedliwiać wszystkie jego durne decyzje, bez których fabuła ani rusz się nie posunie – co świetnie widać w trzecim odcinku.

Podsumowując: niezbyt mądre to, nudne to i niezbyt ładne to. Tak więc jeśli chcecie obejrzeć coś z gatunku s-f i nie przeszkadzają Wam roboty, to chyba lepiej sięgnąć już po Sakugan (trochę inne realia i dekoracje, ale seria znacznie bardziej wyrazista i ładniejsza). Słowem: nie polecam, nawet na niezamierzoną komedię toto jest za słabe.

O takie straszne potwory można znaleźć na dnie świata…

Głupota w każdej scenie, brak jakiejkolwiek spójności, emocjonalna trząsawka, melodramatyzm wylewający się wszystkimi otworami. Co się dzieje w trzecim epizodzie… co się dzieje… W końcu mi się podoba!

Nigdy nie liczyłem, że to będzie mądre, liczyłem, że będzie rozrywkowe. Pierwsze dwa odcinki były tymczasem i głupie i nudne jak flaki z olejem. Teraz w końcu, w koooońcu, wygląda to jak powinno od samego początku. Protagonista, grając sobie w zapuszczonej uliczce, cudownym przypadkiem spotyka niejakiego Robina. Tenże postanawia zostać jego najlepszym przyjacielem, co następuje po 5 sekundach. Literalnie, twórcy przechodzą od „o, jak fajnie śpiewasz” do galerii scenek najlepsiejszych psiasiół bez żadnego stadium pośredniego.

No i świetnie, po co mamy tracić czas. Trochę aluzji homoerotycznych też się udało wcisnąć, bardzo dobrze. Kiedy już bohaterowie oddaliby za siebie życie, czas było przejść do melodramatu. Okazuje się, że Robin to młodszy brat Jacka z grupy LOS†EDEN, którego szukał latami, a tamten teraz jest wampirem, odrzuca go, ale tylko ponieważ go kocha (ale też nienawidzi), a ten drugi to go też kocha na zabój, nie ma życia bez braciszka OH AH ŁZY DRAMAT. W końcu Robin się zwampirza i trafia do boysbandu protaga.

Budżetu na animację dalej nie ma (w tej kwestii nigdy się nie poprawia…), na piosenki takoż, a żeby ich tekst miał związek z fabułą serii, to już wcale. Szkoda, gdyby było w tym jakieś konkretne rzępolenie, ta seria mogłaby być nawet (olaboga!) dobra. Niemniej z opinii się nie wycofuję – odcinek trzeci był godną bezrozumną rozrywką. Jakby tak zaczęli od początku, to byłaby inna rozmowa, na razie mamy 33% wampirzej melodramy, 66% zimnych flaków, czyli dalej słabo, słabiutko. Cóż, na niedostatek serii o boysbandach narzekać nie możemy, wampiry też nam nigdzie nie uciekną, tak więc coś sensowniejszego w temacie na pewno się jeszcze trafi.

Wycofanie się wroga wcale nie poprawiło pozycji Rebeliantów, zwłaszcza że ich główna broń bojowa właśnie się zwiesiła po uświadomieniu sobie, że jednak z kimś, kto tak bardzo udaje (znaczy, z Hisomichim), nie ma sensu współpracować. Na szczęście w sukurs przychodzi mechaniczka zajmująca się właśnie robotami, niejaka Mimi Kagurazaka (jedna z klientek klubu), która bierze bohatera w obroty i zmusza do zanurzenia się w podświadomości Rin, jako żywo w tej chwili przypominającej sentai show z jej ukochanym robocim superbohaterem w roli głównej.

W trakcie nurkowania w podświadomości widz jest świadkiem prób przekonywania Kudo przez dziewczynę, że jednak czasem warto walczyć, ale najwidoczniej trauma z dzieciństwa (związana oczywiście z Zaburnem i kimś, kto może był ojcem bohatera) skutecznie uniemożliwia mu przyznanie jej racji. Ale gdy coś zaczyna w końcu do niego docierać, prawdziwy wróg ponownie atakuje, a Rin postanawia się bohatersko poświęcić dla innych.

Hisomichi (przy wydatnej pomocy Mimi) podejmuje wreszcie jakieś działania, czyli biegnie za Garanndollem (będącym w tym momencie na resztach mocy) i oznajmia w sposób publiczny (przy okazji zawstydzając Hayate – ninja z Garanna wroga), że w końcu zdał sobie sprawę, co jest ważne, i prosi o drugą szansę. I oczywiście będzie razem z Rin walczył z wrogiem, jak Zaburn. Po czym następuje przemia… połączenie obojga, walka i sceny końcowe (oczywiście pokonali wroga, a co). A Mimi z Balzakiem rozważają kolejną panienkę…

Graficznie można powiedzieć, że Gyakuten Sekai no Denchi Shoujo trzyma poziom, w sumie jest dosyć przyjemnie narysowane, choć jednak stwierdzam, że nie jestem fanką robocików w SD. Uproszczenie postaci drugiego tła przez nałożenie masek jest dobrym rozwiązaniem (nie trzeba ich różnicować po twarzy, wystarczy sylwetka), w trakcie walki za to mamy już rozmazanie konturów, stopklatki i inne bajery oszczędzające animację. Jednak wisienką na torcie, dla mnie zdecydowanie psującą ten tort, było niestety upozowanie postaci w wirtualnym kokpicie, na pieska, żywcem zerżnięte z Darling in the Franxx – a podejrzewam, że w dalszej perspektywie bohater będzie pieskować też z pozostałymi dwiema panienkami widocznymi w czołówce. Bo po jednej takiej akcji z pełną synchronizacją „bateryjka” jest całkowicie wyczerpana…

Fabularnie na razie mamy powoli wprowadzenie do świata, z jednej strony militarystycznych wrogów żywiących się i oddychających patriotyzmem i realizmem, z drugiej bandę idealistów chcących sobie pooglądać stare anime i mieć prawo do bycia, kim się chce, i robienia tego, co się chce, nawet jeśli jest to nieprzydatne dla społeczeństwa. Problem polega na tym, że obie strony są tak skrajnie przerysowane, że nawet jak na serię chcącą żonglować schematami zaczerpniętymi z innych anime miejscami zdecydowanie są w tym przerysowaniu nużące. Dlatego nie wiem, czy się zdecyduję na kontynuację, może dam jeszcze szansę kilku odcinkom, ale chyba muszą się bardziej postarać, a nie tylko podlizywać się widowni.

No dobra, ma dobry opening w starym, przygodówkowym stylu.

Z początku było śmieszniej. Wiem, to niewiele mówi przy tak niskim poziomie odniesienia. Powiedzmy tak, o – zdarzyło mi się przelotnie uśmiechnąć w pierwszej połowie odcinka (o drugiej jeszcze pogadamy…). To już pewien sukces. Jak na tę serię – ogromny.

Pierwsza połowa to gag o Pani Inspektor (wampirów), która uznaje, że to niemożliwe, aby Draluc był aż tak niedorzecznie słaby – w tym musi kryć się podstęp. Obserwuje więc bohaterów i kolejne scenki, w których Draluc udowadnia, jak bardzo niedorzecznie jest słaby. Kontrast między wymysłami inspektorki a rzeczywistością, w której Draluc jest dokładnie tym, na co wygląda, to żart. Cały żart. Ogólnie to głupie, i to niestety głupie w nieśmieszny sposób, ale niektóre ujęcia zostały przynajmniej skomponowane w jako tako humorystyczny sposób. Ot, pies zaszczekał i Draluc się sproszkował. Staruszka go szturchnęła i się sproszkował. Jak na tę serię – i tak dobrze.

W drugiej połowie trafiamy do klubu łowców wampirów. Żartem jest konkurs o to, kto będzie posiadał Draluca. Konkurentem Ronaldo jest gej-zboczeniec. Facet chodzi ubrany tylko w damską bieliznę, czyni niechciane awanse facetom wokół na prawo i lewo, a schwytane wampiry traktuje jako swoich seksualnych niewolników.

Zastanawiałem się chwilę i uznałem, że nie będę tego komentował. Żadnych kadrów tego dotyczących też nie będzie. To chyba dobry moment, aby zakończyć opisywanie serii.

W willi rodziny Shima niespodziewanie pojawia się młodsza siostra Tamahiko, Tamako. Pierwsze wrażenie nie jest najlepsze, dziewczyna obraża brata i naśmiewa się z Yuzuki, po czym zamyka się w pokoju, udając że nic jej nie interesuje. Chociaż Yuzuki stara się jak może, proponuje wyszukane słodycze własnej roboty i po prostu próbuje być miła, Tamako torpeduje wszystkie takie próby, nie szczędząc złośliwości. Mimo to, widać że dziewczyna szuka uwagi i z zainteresowaniem śledzi poczynania narzeczonej brata. Okazuje się, że Tamako nie różni się wiele od brata, tak jak Tamahiko czuje się odrzucona przez ojca i ma problem z nawiązywaniem nowych znajomości. Po kolejnym wybuchu złości, zamyka się w pokoju i dopiero potężna burza zmusza ją do zwrócenia się o pomoc do Yuzu. Ich nocny spacer do toalety kończy się dosyć wstydliwym i niespodziewanym wypadkiem, po którym Tamako wyjawia Yuzuki dlaczego przyjechała do willi. Oczywiście nikogo nie zdziwi, kiedy napiszę, że wszystkiemu winien jest senior rodu Shima, znowu…

Sądziłam, że Yuzuki będzie potrzebowała nieco więcej czasu żeby zyskać przychylność siostry narzeczonego, tymczasem poszło ekspresowo. Inna sprawa, że Tamako dosłownie łaknęła ciepła i miłości. Serio, Shima senior wyrasta na jednego z najgorszych animowanych tatusiów, jacy powstali. Wracając jednak do odcinka, w międzyczasie Yuzu wyciąga Tamahiko na spacer po okolicy, pokazując mu uroki sąsiedztwa. Ot, jeszcze jedna porcja lukru i kolorowej posypki. Ciekawa jestem, kto jeszcze trafi na zesłanie do górskiej willi? Podoba mi się, że seria nie jest aż tak przesłodzona jak mogłoby się wydawać, acz idealność głównej bohaterki może być męcząca. Bo serio, Yuzuki nie ma wad (trudno za taką uznać puszyste włosy), to chodzący ideał – troskliwa, zawsze uśmiechnięta i gotowa do poświęceń. Potrafi szyć, gotować i generalnie żadna praca jej nie straszna… Trochę za dużo jak na jedną dziewczynkę, no i jednak po kilku odcinkach taka nieskazitelność charakteru męczy.

Na szczęście oprócz niej seria pełna jest postaci z takimi czy innymi problemami i wadami, co trochę równoważy perfekcyjność Yuzuki i daje odpocząć od jej niewzruszonego optymizmu. Poza tym, ładne to, przyjemne w odbiorze i w ogólnym rozrachunku bardzo odprężające. Po cichu marzę o tym, żeby w którymś momencie Shima senior dostał po czterech literach tą tęczą szczęśliwości, może się doczekam? W każdym razie, na pewno jest to produkcja godna uwagi, pod warunkiem że lubi się słodkości w ilościach hurtowych.

Zbliżają się święta, dlatego w firmie urządzana jest loteria, której zwycięzca będzie pełnić zaszczytną rolę świętego Mikołaja i rozda pozostałym pracownikom drobne upominki. W zeszłym roku padło na Igarashi i wszystko wskazuje na to, że nie była tym zachwycona, w przeciwieństwie do współpracowników. Tym razem „szczęśliwy” wybór pada na Sakurai, acz szybko okazuje się, że ostatecznie Mikołajów będzie dwóch, bo i Futaba ponownie wyciąga zwycięski los. Ponieważ święta to czas prezentów, Igarashi zastanawia się czy nie powinna kupić czegoś Takedzie – w końcu senpai zawsze jej pomaga i troszczy się o nią. Przyjaciółka, którą wyraźnie bawi niezdecydowanie Futaby, proponuje krawat, toteż Igarashi wyrusza na poszukiwanie odpowiedniego… Problem polega na tym, że w biurze pełnym ludzi nie może znaleźć odpowiedniej chwili, aby wręczyć upominek…

Trochę sobie ponarzekałam na drugi odcinek, ale tym razem narzekań nie będzie. Jako osoba zakochana w świętach dałam się porwać atmosferze i spędziłam dwadzieścia minut rozpływając się nad puchatością i słodkością fabuły. Naprawdę nie znajduję w trzecim odcinku nic, co wzbudziłoby nawet najmniejsze niezadowolenie. Igarashi była przeurocza i w sumie rozumiem jej rozterki, a i Takeda po raz kolejny udowodnił, że jest senpaiem idealnym. Acz chyba pierwszy raz dostrzegłam, że potrafi być o wiele bardziej dziecinny niż młodsza koleżanka. No i zostaje jeszcze wątek Sakurai i Kazamy, póki co prowadzony po mistrzowsku. Naprawdę podoba mi się jak niewymuszone i naturalne są relacje tej czwórki, i nie mogę się doczekać, kiedy obsada powiększy się o nowe postacie. Mam tylko nadzieję (nie śledzę mangi), że dostaniemy jakąś konkluzję jeżeli chodzi o wątki pseudo romantyczne – zwłaszcza w przypadku Sakurai i Kazamy byłoby szkoda sprowadzić to tylko do przyjaźni (na razie się nie zapowiada).

Cóż, po tych trzech odcinkach z czystym sercem mogę polecić Senpai ga Uzai Kouhai no Hanashi, bo chociaż seria zawiera elementy, które nie zawsze mnie bawią, pozostaje dziełem sympatycznym i bezpretensjonalnym. Bohaterowie są dobrze nakreśleni i bez problemu ciągną całe przedstawienie. Oprawa graficzna też prezentuje się przyjemnie – w zasadzie nie ma się do czego przyczepić, a każdy odcinek mija w oka mgnieniu. Czego chcieć więcej?

Bohaterkami tego odcinka są Kaede (zbroja z żółtymi elementami) oraz Haruko (zbroja z fioletowymi elementami). Dziewczyny są przyjaciółkami już od dawna, obie należały do tego samego klubu, w którym ta pierwsza skakała wzwyż, a druga była menadżerką. To właśnie podczas zawodów w skokach Oni próbował opanować Kaedę. Udało mu się to tylko na chwilę, bo dziewczyna go zwalczyła samodzielnie, ale ten moment wystarczył, żeby skoczyła, korzystając z nie swojej siły. Od tamtej pory żyła z wyrzutami sumienia za to „oszustwo”, czując się niegodną dalszej przynależności do klubu. W wątku pojawia się również jedna z jej przeciwniczek, zła na Kaedę za „ucieczkę” i żądająca ponownego starcia.

Haruko nie wie, jak pomóc przyjaciółce, z czego zwierza się Kakeru. Bohater próbuje ją podnieść na duchu, ale ostatecznie dziewczyny muszą same znaleźć wyjście z tego impasu – a okazja nadarza się szybko, bowiem Oni opanowały kolejną osobę, wspomnianą przeciwniczkę Kaedę. Tutaj mamy okazję obejrzeć magiczną przemi… bohaterki wdziewające zbroje w locie (dosłownie), ratujące sobie nawzajem skórę i w końcu wyjaśniające sobie to i owo. Tym razem Kakeru i Ibara są tylko dodatkiem, a że nie całkiem się dogadują, to potrafią bardziej przeszkadzać niż pomagać…

 

Zaskoczyły mnie przebitki z przeszłości, w których zrezygnowano z komputerowej animacji, przez chwilę zastanawiałam się aż, czy włączyłam dobre anime. Nie przeszkadzał mi ten zabieg, nie wywołał żalu za tym, że cała seria nie jest w ten sposób zrobiona, ale nie do końca rozumiem jego użycie. Przeszłość była już pokazywana i nie stosowano wtedy zwyczajnej animacji – no chyba że od teraz już konsekwentnie wszelkie retrospekcje będą tak pokazywane.

Wiele rzeczy mi się w tej serii podoba: pasująca do scen akcji muzyka, płynność ruchów „kamery” czy przejść między scenami. Fabuła prowadzona dynamicznie, skondensowana – ale nie tak, aby razić skrótowością – z odpowiednią ilością miejsca poświęconego na dialogi, rozważania postaci czy walki. To jest po prostu dobra rzemieślnicza robota, także jeśli chodzi o konstrukcję postaci – nie doskonała, ale po prostu porządna. Na tyle, że z przyjemnością oglądam serię, która nie jest dla mnie – widownią docelową są nieco młodsi widzowie, a tematyka też nie jest z tych, które mnie przyciągają. Trudno mi to jednak polecić, bo wiem, że część widzów już na starcie odrzuci komputerowa animacja czy drący się momentami główny bohater w typie standardowym albo schemat fabularny z rodzaju opętanie tygodnia. Mi te elementy nie przeszkadzają, więc będę oglądać dalej.

Słyszeliście może o tym, że od czasu do czasu na cyfrowych zdjęciach ludzi pojawiają się tajemnicze czerwone zygzaki? Podobno ta część ciała, na której się znajdą, zaczyna się „dziwnie” zachowywać, ale to jeszcze nic… Kiedy minie 48 godzin, wydarzy się nieszczęście! To właśnie spotyka Ruli, przewijającą się na drugim planie w dwóch poprzednich odcinkach. Teraz to ona jest w centrum wydarzeń, chociaż kiedy jej dłonie zaczynają po prostu znikać, nie ma pojęcia, jak odwrócić to zjawisko, ani też żadnych tropów, którymi mogłaby się kierować. Jej wyobcowanie i lęk są pokazane naprawdę przekonująco i niewiele brakuje, a seria skręciłaby w rejony zdecydowanie bardziej ponure… Na szczęście na scenę wkraczają Hiro i Gammamon, acz nie jako rycerze w lśniącej zbroi. Hiro kontaktuje się z Ruli niejako przypadkiem, dlatego, że (jak pamiętam z poprzedniego odcinka) zauważył chodzącego za nią digimona, niewidocznego oczywiście dla reszty ludzi. Jak się okazuje, tenże digimon, Angoramon, nie jest sprawcą kłopotów Ruli – przeciwnie, pragnie ją chronić, ale niewiele może zrobić w starciu z szybszym, złośliwym przeciwnikiem. Hiro wymyśla na poczekaniu plan, ale walka okazuje się trudniejsza niż przypuszczał, ponieważ Dracumon, czyli antagonista tego odcinka, ma zdolność kontrolowania umysłów. Wszystko prowadzi oczywiście do tego, żeby Ruli zmaterializowała Angoramona, którego nowo nabyta siła pozwala rozprawić się z zagrożeniem. Wszystko dobrze się kończy… Przynajmniej na razie.

Po tygodniowej przerwie powróciły nowe Digimony i muszę z przyjemnością oznajmić, że seria trzyma poziom. Niby odcinek jest czysto funkcjonalny – ma wprowadzić nową parę człowiek-digimon – a mimo to scenariusz został skonstruowany na tyle zgrabnie, że nie sprawia wrażenia przymusu fabularnego. Historia trzyma klimat (głównie za sprawą pierwszej części), a Hiro nadal myśli (acz tym razem przelicza się trochę ze swoimi możliwościami). Podobała mi się łatwość, z jaką na końcu odcinka dzieci wierzą w przeprosiny Dracumona i wypuszczają go, choć niewątpliwie w przyszłości pożałują tej decyzji. Skoro mówimy o współczesnych dzieciakach wychowanych w spokojnym kraju, naturalne jest, że ich pierwszym instynktem nie będzie dobicie wroga za wszelką cenę. Widać, że scenarzyści mają spójny pomysł na bohaterów i mam nadzieję, że utrzymają to w dalszych odcinkach.

Nie ma tutaj aż tyle dynamicznej animacji, ale nadal na uwagę zasługuje staranne kadrowanie i dobór kolorów. Tę serię po prostu dobrze się ogląda. Nie jest to poziom Gegege no Kitarou, ale umówmy się, to za wysoko zawieszona poprzeczka, żeby snuć takie porównania. Jak na kolejną odsłonę franczyzy, Digimon Ghost Game ma dość świeżości, żeby się podobać, pozostaje przystępne dla osób, które nie znają gier (innymi słowy, nie poświęca nadmiernego czasu prezentowaniu technicznych detali i ataków), a przy tym ma wyraźny pomysł na siebie. Oby tego nie zmarnowało!

Odcinek zaczyna się lekko, komediowo, oglądamy pijący alkohol szkielet (gdzie to leci?), podglądamy przebierającą się mumię (abstrahując od tego, że to niewłaściwe, to co ma do podglądania mumia?) i doświadczamy uroków dojrzewania. W takim tonie nadchodzi w końcu dzień, gdy bohater osiąga ichnioświatową pełnoletniość i musi się zmierzyć z Bloodem w ostatnim pojedynku – poważniejszym niż wszystkie dotychczasowe, po którym wyruszy w świat. W szranki staje przepełniony entuzjazmem, pozytywnie nastawiony, a klimat zmienia się odrobinę dopiero wtedy, gdy po starciu Blood i Mary postanawiają opowiedzieć mu całą historię tego, co się wydarzyło 200 lat temu, dlaczego miasto w dole jest zniszczone, a oni siedzą w tym miejscu jako nieumarli. Oraz skąd się wziął u nich Will.

Następuje tu epicka historia walki dobra ze złem, dobrych ludzi ginących w walce z potężnym demonem, który opanowywał świat, o ich heroizmie i poświęceniu, gdy nie mogąc pokonać przeciwnika, zapieczętowali go i zawarli umowę z bogiem nieumarłych. Opowieść wyrzucana jest przez postaci szybko, jakby coś ich goniło, co rzeczywiście po chwili okazuje się prawdą – przyszło im bowiem wypełnić pewien warunek umowy z bogiem…

Przez jakiś czas na początku odcinka myślałam, że Will szybko wyruszy w podróż – pod koniec tego albo na początku kolejnego – ale wygląda na to, że kulminacja dramatycznych wydarzeń towarzyszących opuszczaniu przez niego miejsca swojego dzieciństwa jednak trochę się przeciągnie. Nie jest jednak tak źle – ten odcinek oglądało mi się lepiej niż dwa poprzednie – być może dlatego, że był w większości streszczeniem odległej historii, więc gwałtowne cięcia i przeskoki między scenami wypadły naturalniej.

Jest to seria graficznie pozornie ładna – z wieloma wadami – ale przyjemną dla oka kolorystyką i wzrastającą w przypadku zbliżeń dokładnością. Czyli animacja jest w porządku, ale czterech liter nie urywa. Tak samo jest na razie w przypadku fabuły, prostej historii odrodzonego w innym świecie bohatera, jeno z klimatem tym razem bardziej melancholijnym. To, co w tym wszystkim boli, to zmarnowany przez twórców potencjał, przyduszony mocno ich brakiem wprawy w prowadzeniu postaci, konstruowaniu scen czy ich łączeniu. Odcinki potrafią przez to mocno zgrzytać i psuć przyjemność z oglądania. Mam zamiar to oglądać dalej, bo mimo wszystko jest to tego rodzaju tytuł, po które chętnie sięgam – mam tylko nadzieję, że nie będzie już gorzej.