Tetsuo tak bardzo nie podoba się, że Joutarou oszukał wszystkich w sprawie swojej emerytury, że nie tylko nazywa go wstydem dla świata gimnastyki, ale i wyzywa na pojedynek – jeśli Aragaki przegra, pożegna się z dalszą karierą. O dziwo Amakusa zgadza się na ten gówniarski szantaż, prosząc jednocześnie o czas dla podopiecznego, który jeszcze nie doszedł do siebie po ostatniej kontuzji. Podczas oglądania filmiku z występu Minamino szczerze stwierdza, że Aragaki raczej nie wyjdzie ze starcia zwycięsko, jednak dzięki możliwości sprawdzenia się przed zawodami będzie mógł na nowo poczuć ducha walki. Wspólnie, wspierani przez m.in. Leo i Britney, rozpoczynają półtora miesiąca ciężkich treningów. Te dają odpowiednie rezultaty i wkrótce Joutarou i Tetsuo stają naprzeciwko siebie na sali gimnastycznej. Choć Joutarou świetnie sobie radzi na drążku, konkurent wypada zdecydowanie lepiej i, zgodnie z przypuszczeniami Amakusy, wygrywa pojedynek. Czy to rzeczywiście oznacza koniec dla naszego protagonisty? Cóż, ani on sam, wyraźnie pod wielkim wrażeniem wyczynów Tetsuo i dziękujący mu za wskazanie następnego celu na swojej drodze sportowej, ani Leo, ani trener nie akceptują takiego rozwiązania i po gorących prośbach przekonują Tetsuo, by się walił… znaczy by odpuścił Joutarou, na co Minamino z niechęcią przystaje.

Trzeci odcinek Taisou Zamurai nie sprawił, że bezwarunkowo pokochałam serię albo zupełnie mnie od niej odrzuciło. Ogólnie jestem pozytywnie nastawiona do tytułu, ale nie mogę zignorować pewnych zgrzytów. O przerysowanych bohaterach nie będę już pisać – trzeba się przyzwyczaić i tyle. Coraz bardziej za to razi mnie grafika, dokładnie wyblakła kolorystyka, tym bardziej rozczarowująca, że przecież anime uraczyło nas cudownym plakatem z bohaterami na soczyście żółtym tle. Szkoda, że nie ma co liczyć na podobne barwy w samej produkcji. Również tła się nie poprawiają i są do bólu sterylne i nieciekawe. Z drugiej strony serii nie ogląda się dla nich, tylko dla popisów gimnastycznych. W ich przypadku także mam mieszane uczucia. Używanie częściowo ujęć komputerowych modeli postaci aż tak bardzo nie przeszkadza. Gorzej, że niekiedy zbyt gwałtownie i za często wymieniają się one z tymi normalnie narysowanymi – ujęcie CGI, za chwilę zwykłe, potem znów komputerowe, sekunda później normalne. Aż oczy bolą. Mam nadzieję, że kolejne akrobatyczne popisy unikną tej wady i będą lepiej przemyślane. Na plus jednak, że w ogóle wciąż widzimy bohaterów w ruchu, i z bliska, i z daleka, i pod różnym kątem. Pokazy slajdów twórcy rezerwują sobie na inne okazje – świetnie się sprawdziły chociażby przy streszczeniu przygotowań Joutarou do pojedynku, dodatkowo umilanego całkiem ładną piosenką w klimacie lat 80. (nie udało mi się niestety dowiedzieć, co to za utwór).

Akrobacje może i nie wyglądają zawsze dobrze, ale ogólnie warstwie sportowej trudno coś zarzucić. Owszem, na razie nie zaskakuje niczym specjalnym i idzie oczywistą drogą ku zawodom, podczas których Aragaki ponownie zmierzy się z Tetuso i pewnie z Leo, nadrabia jednak poważnym podejściem do tematu współzawodnictwa i aktywności fizycznej i skupianiem się nie tylko na praktyce, ale i zgrabnie wykładanej teorii. Jako całkowitemu laikowi miło mi było poznać nazwy różnego rodzaju skoków (bez łopatologicznego tłumaczenia, jak wyglądają) czy słuchać cennych rad Amakusy. Trener Joutarou to zresztą postać z największą dozą rozsądku i rozwagi, o czym najlepiej świadczą jego reakcje na wyzwanie Minamino – jasne, zgadza się na dziwne żądanie, które raczej mało kto potraktowałby poważnie, widzi w tym jednak szansę dla podopiecznego. Po pojedynku natomiast, mimo zwycięstwa Tetsuo, nie daje się chłopakowi zastraszyć, wie bowiem, że nie jest on osobą, która w jakikolwiek sposób może decydować o karierze Aragakiego. Leo z kolei dalej jest optymistycznym i wspierającym Aragakiego chłopcem, co bez wątpienia działa mobilizująco na protagonistę, podobnie jak znalezienie nowego, utalentowanego przeciwnika. Tetsuo jest zbyt narwany, gburowaty i pewny siebie, trudno go więc na razie polubić. Z drugiej strony razem z pozostałą dwójką stanowi niezłą mieszankę wybuchową – aż nie mogę się doczekać ich kolejnych interakcji. Wracając do kwestii sportowych – gdy dojdziemy do głównego etapu serii, czyli zawodów, nasz głód wiedzy gimnastycznej powinien zostać jeszcze lepiej zaspokojony. Wcześniej jednak, wnioskując ze sceny po endingu, poznamy przeszłość Leo, bądź co bądź dalej zagadką jest, z jakiego kraju pochodzi i dlaczego ścigają go dziwne typy, a przede wszystkim, jaką dokładnie rolę spełnia w serii, bo nie wierzę, że jedynie sympatycznego pomocnika Joutarou.

„…jestem zachwycona tym, jak to anime portretuje czasy historyczne.”

Ahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahhaha.

To mogłoby w zupełności posłużyć za komentarz do tego, co widzimy w drugim i trzecim odcinku serii. Okazuje się bowiem, że pierwszy odcinek był jedynie kreatywnym wypełniaczem, czy raczej jak powinnam napisać – wypadkiem przy pracy twórców anime, które materiał źródłowy bierze na warsztat dopiero od drugiej odsłony. I żeby nie było, premierowy odcinek nie był ani ciekawy, ani szczególnie nowatorski – był po prostu przeciętny, ale raczej nie ubliżał inteligencji widza. To, co z kolei dzieje się w następującym po nim dwuczęściowym prologu, to zupełnie inna bajka.

„…fabuła musi rozwijać się w bardziej umiarkowanym tempie i w miarę możliwości jak najszybciej zacząć przybliżać postać tytułowego bohatera.”

Ahahahahaha… Chciałam i mam…

Autorzy fundują czytelnikom i pośrednio widzom rzecz bardzo pretensjonalną i komicznie wręcz przerysowaną, która usilnie próbuje udawać, że jest opowieścią moralnie niejednoznaczną, czy wręcz prezentującą głębokie przemyślenia natury społeczno-psychologicznej. Nie potrafi się jednak powstrzymać od przedstawiania karykaturalnych wręcz antagonistów tygodnia czy absurdalnego wręcz sposobu ukazania „geniuszu” tytułowego bohatera, który nie tylko wie niemal wszystko na temat każdej dziedziny życia (biblioteczny ninja samouk), ale ma rzekomo rewolucyjne i głębokie przemyślenia na temat systemu klasowego Imperium Brytyjskiego. Sam fakt, że mały Moriarty jest małoletnim geniuszem matematycznym może nawet dałoby się przełknąć, gdyby nie był on wychowankiem przytułku dla sierot i faktycznie miał dostęp do edukacji, a nie zakradał się cichaczem do biblioteki. Tymczasem to, co się tutaj wyczynia, to kompletne brednie. Ot, mamy genialnego chłopaka i jego chorego braciszka, którzy jakimś cudem potrafili wspólnie i zupełnie niezauważenie dla opiekunów zindoktrynować swoich współwychowanków w duchu rewolucji antyklasowej. To chyba najbardziej rażąca bzdura tego prologu, ale są jeszcze inne jego aspekty, które również w oczy kolą.

Twórcy w ogóle nie potrafili pokazać postaci moralnie niejednoznacznych. Nie wyszło to ani w przypadku protagonistów, ani w przypadku czarnych charakterów. Tytułowy Moriarty to małoletni psychopata, który poza „rewolucyjnymi” pomysłami i „geniuszem” nic sobą nie reprezentuje, jego młodszy brat to zbędny dodatek, który rzekomo ma chyba świadczyć o jego człowieczeństwie, zaś Albert, jedyny prawowity Moriarty, to co najwyżej dający sobą manipulować socjopata. Pełniący rolę antagonistów wątku pani Moriarty i jej młodszy syn (pomniejszy zły to wredny lokaj, który wyraźnie nie ma instynktu samozachowawczego) to karykaturalne wydmuszki, które są wredne, puste i bardzo wyraźnie mają działać na odbiorcę odpychająco. Cóż, wyraźnie widać, że taka charakteryzacja była celowa. A że bardzo niesubtelna i po prostu nieudolna, to już swoją drogą.

Serio, im dalej w las, tym wyżej wędrowały moje brwi w przerwach, kiedy nie parskałam śmiechem. Twórcom zdecydowanie nie udało się zaprezentować głównych bohaterów jako interesujących osobowości, których losy chętnie bym śledziła. Jedyne, co po seansie tych dwóch odcinków czuję, to z jednej strony politowanie, bo widać, jak bardzo, ale to bardzo twórcy chcieli, żeby to była ambitna rzecz, a z drugiej po prostu niesmak. Niesmak, bo może i czarne charaktery były sztampowe i maksymalnie przerysowane, ale przyczynienie się do morderstwa seryjnego zabójcy z pierwszego odcinka to jedno, zamordowanie z zimną krwią irytujących i pustych, ale w gruncie rzeczy bezbronnych ludzi, to zupełnie co innego. Może gdyby jeszcze chociaż jeden z braci Moriarty miał w sobie choć odrobinę charyzmy czy uroku osobistego – tak to są jedynie manekinami skrywającymi się pod płaszczykiem pseudofilozoficznych rozważań. Ani to wciągające, ani ciekawe, a co najwyżej odpychające i chwilami nieziemsko nużące. Co gorsza, (nieco spóźniona, ale zawsze) lektura kilku pierwszych rozdziałów utwierdziła mnie w przekonaniu, że zaprezentowane sprawy, w których spółka braci Moriarty pełni rolę konsultantów i pośredników, są płytkie, przerysowane i pretensjonalne. Sam pomysł może i nie był zły, ale twórcom zdecydowanie zabrakło umiaru i jakiejkolwiek subtelności.

Graficznie na pierwszy rzut oka jest w porządku, choć już teraz ruchy postaci są momentami naprawdę toporne. Tła są znośne i muzyka w tle jest nawet ładna, choć efekty, które jako tako działały w pierwszym odcinku, w trzecim już prezentowały się po prostu komicznie (chociażby ten mroczny i krwawy księżyc). Co się zaś tyczy wykorzystanych w anime piosenek… może skomentuję to chwilą milczenia.

Jeśli ktoś po powyższym tekście ma jakiekolwiek wątpliwości względem mojego zdania na temat tej serii – zdecydowanie nie warto i jeżeli chcecie się o tym przekonać, to obejrzyjcie sobie na próbę drugi odcinek, ponieważ pierwszy to zmyłka i nie przygotowuje widza na tragedię kolejnych epizodów.

Minutą ciszy uczcijmy pogrzebany potencjał tego typu opowieści…

Odcinek rozpoczyna obudzenie się Sory, która przyznaje się bratu i rodzicom, że upadła, uciekając przed lichwiarzem, bo chciała pomóc byłej członkini klubu filmowego, która dużo dla niej zrobiła. Okazuje się, że Jinguji-sempai prowadzi restaurację z ramenem, by odciążyć chorą matkę, ale ma problemy finansowe i pożyczyła sporo pieniędzy, które musi oddać, ale nie ma z czego. Oczywiście tu przychodzi w sukurs Odin, która stwierdza, że ma świetny pomysł – należy sprawić, by restauracja zaistniała w mediach, i już ona się o to postara. Oczywiście używając do tego Yoty.

 

 

Kolejnego dnia Yota w przebraniu biznesmena pojawia się w restauracji, przedstawia się jako 40-letni wujek Sory, zdobywa zaufanie Jinguji i zaczyna „gesslerować” (według wskazówek Odin). Od zmiany nazwy restauracji, przez zmianę sposobu przyrządzania ramenu, aż po „wywiad” telewizyjny. Bowiem jak sama bóg mówi – telewizja kłamie, a ludzie i tak w to wierzą.

 

Zrewitalizowana restauracja odnosi sukces, czas na ostatni etap, czyli pozbycie się lichwiarza. To akurat następuje w sposób tradycyjny, choć też przy pomocy Odin. A w końcu szczera rozmowa z Jinguji.

 

 

Tymczasem gdzieś w innym kawałku miasta zostaje przywieziony do siedziby jakiejś firmy haker o wyglądzie małoletniego Acceleratora i nazwisku Suzuki (Junior), którego zadaniem będzie odszukać, co ukrywa znany fizyk Shuichiro Korogi. Jako, że ma to związek z teorią kwantową, to przypuszczam, że on za ten nadchodzący koniec świata będzie odpowiedzialny…

 

Pod względem graficznym utrzymywany jest stały poziom odcinków, czyli raczej to się może nie zmienić. Co do fabuły to mam mieszane uczucia, bowiem zderzenie nieodwracalnego końca świata z gagami (czyt. tsunderowanie Odin) wprowadza pewien dysonans, zwłaszcza, że jak widać COŚ się dzieje za kulisami, ale twórcy decydują się wprowadzać to po tak małym kawałeczku, że ginie w serii gagów i ogólnym zamieszaniu. Poza tym jeśli trzy odcinki objęły już prawie pół okresu który jest przewidziany do skończenia świata, to albo coś jest nie tak z planowaniem, albo walnie w połowie serii i będzie zupełnie inna bajka. Cóż, przypuszczam, że jeśli ktoś będzie chciał się dowiedzieć, o co chodzi, to będzie czekał co tydzień na odcinek. Ja może poczekam na całość.

Dziewczyny analizują swój występ i dość przytomnie zauważają, że nawet jeśli został on przyjęty raczej życzliwie, na widowni siedzieli w większości ich krewni i znajomi, których trudno traktować jak osoby obiektywne. Komentarze do opublikowanego online nagrania nie są szczególnie złośliwe, ale zdecydowanie pozbawione entuzjazmu. W związku z tym dziewczyny uznają, że przed konkursem dla młodych talentów należy nieco odświeżyć repertuar i udają się na miasto w poszukiwaniu natchnienia. Nie bardzo je znajdują (w odróżnieniu od okazji zakupowych), ale dają się namówić do zakupu biletów na występ przewijającego się w tle w poprzednich odcinkach duetu Freak. Przy okazji zahaczają też o występ superpopularnych dziewczyn z JK Cool i mają okazję porównać je ze swoimi starszymi, ale zdecydowanie nie tak znanymi kolegami. Tymczasem młodsza siostra Mafuyu, czyli Manatsu, namawia swoją koleżankę Kanae na spróbowanie sił w tej samej branży show-biznesu. Na razie kończy się na wymyśleniu nazwy: Tsundora.

Jestem pod wrażeniem, że udało mi się napisać składny akapit o tym, co w rzeczywistości, jak poprzednio, było ciągiem letargicznych scenek z bohaterkami generalnie marnującymi czas własny oraz widza. Jako że dotarłam do trzeciej zajawki i na szczęście kończę swoją znajomość z tym tytułem, wypadałoby się zastanowić raz jeszcze: czy to kwestia różnic kulturowych, czy też twórcom nie udało się osiągnąć zamierzonego efektu? Prawdę mówiąc, żeby to rozstrzygnąć, musiałabym wiedzieć, jaki ma być ten efekt. Wydaje się, że stosunkowo nieśmieszne żarty to rzecz zaplanowana. Chodzi ostatecznie o pokazanie młodych amatorek stawiających pierwsze kroki, a nie supergwiazd branży (acz szczerze – nie umiałabym dostrzec różnicy jakościowej między występami JK Cool i Freak). Skoro tak, można zrozumieć, dlaczego ich popisy nie bawią. Tyle że tego komizmu w takim samym stopniu pozbawione są scenki z ich życia – widać, że silą się, by być zabawne, ale poszczególne żarty są zbyt sztucznie „budowane”, żeby ich puenta mogła zadziałać. Gdzieś tam w tle przewija się jeszcze nutka melancholii związanej z poszukiwaniem drogi w życiu, ale to także nie wychodzi, może dlatego, że w rolach głównych obsadzono wyglądające jak przedszkolaki moebloby ze sztuczną namiastką charakterów.

Oprawa graficzna dobija. Nie rusza się prawie nic, poza „kłapiącymi” ustami (bo już idące bohaterki to ich sylwetki kołysane na tle dekoracji), statystów i postaci drugoplanowych prawie że nie ma (najciekawiej wypadają Freak, pewnie dlatego, że to „przeniesiony” do świata anime autentyczny duet wykonawców manzai). Przeważają zbliżenia takie jak zademonstrowane tutaj – źle wykadrowane i raczej odpychające niż urocze. W dodatku w tym samym sezonie jest emitowana trzecia seria Gochuumon wa Usagi Desu ka?, czyli anime, które jest śliczne wizualnie, zawiera słodkie dziewczęta i udane sceny komiczne (w tym takie żywcem wyjęte ze stylistyki manzai), a do tego, dla lepszego efektu, jest podszyte ledwie wyczuwalną, ale stale obecną nutką nostalgii. Polecam. Króliczki, znaczy, na Maesetsu! proszę nie tracić czasu.

Następnego dnia po wydarzeniach z końcówki ostatniego odcinka Adachi nie pojawia się w szkole. Jest zażenowana tym, co chciała powiedzieć. Nieco niepokoi tym Shimamurę, która postanawia odwiedzić koleżankę w domu. Zwłaszcza, że ta przez cały dzień nie odpowiadała na jej wiadomości. Po drodze spotyka śliczną dziewczynkę, której początkowo nie poznaje. Tak, to Yashiro Chikama, która postanowiła ściągnąć kostium kosmonauty, gdyż zauważyła, że nikt podobnego nie nosi. W sumie ta scena nie ma żadnego znaczenia, ale poznajemy przynajmniej jej twarz.

Shimamura dociera w końcu do domu koleżanki, gdzie zastaje ją zaspaną i w dość niedbałym stroju. Adachi szybko zatrzaskuje jej drzwi przed nosem i prosi o kwadrans minut na ogarnięcie się. Ostatecznie do właściwej wizyty nie dochodzi, za to Adachi po krótkim droczeniu się proponuje Shimamurze wypad na miasto. Przez gardło nie przechodzi jej wprawdzie słowo randka, ale i tak należą się jej brawa za odwagę. Owo wyjście zostaje jednak zakłócone przez Yashiro, która przypadkowo znowu się pojawia. Tak zaczyna się rywalizacja pomiędzy dzieckiem a Adachi o względy Shimamury.

Nie oszukujmy się – trzeci odcinek nie przynosi żadnych zmian ani nowości. Dalej mamy do czynienia z nieciekawymi wydarzeniami z życia codziennego bohaterek. Nie potrafię też zrozumieć, jaką rolę ma pełnić Yashiro – na uczestnictwo w trójkącie romantycznym jest zdecydowanie za młoda, a jedyne co robi, to denerwuje Adachi (a także mnie). Jeśli by szukać na siłę pozytywów, można do nich zaliczyć pokazanie relacji Hino i Nagafuji, które są ze sobą bardzo blisko od wczesnego dzieciństwa. Czy będzie z tego coś więcej poza pocałunkiem w czoło? Nie wiem. Aha, na sam koniec dostajemy wreszcie nieco przemyśleń Shimamury, która zauważa, że jej zachowanie może nie być do końca odpowiednie, ale sama nie wie, co powinna w takiej sytuacji zrobić. Muszę niestety stwierdzić, że pierwsze trzy odcinki nie zawierają niczego, co przykułoby moją uwagę czy mnie zafascynowało. Seria jest nijaka, mdła i nie potrafi zaciekawić. Oglądać dalej można chyba tylko z prostego powodu – bardzo niewielkiej liczby anime z tego gatunku. Wszystkim widzom niezainteresowanym yuri szczerze odradzam dalszy seans.

Awantury ciąg dalszy. Tym razem nasza szalona ekipa przestępców dostaje zadanie, aby dotrzeć do Shinkansena. Żeby tego dokonać, wpierw trzeba dostać się do windy, którą uruchomić można jedynie naciskając dwa włączniki, znajdujące się w oddalonych od siebie miejscach pilnie strzeżonej stacji Kansai. Robo-kot dzieli więc Akudamów na grupy i, jak raczej nietrudno się domyślić, misja kończy się powodzeniem, a bohaterowie dostają się na pokład pociągu zmierzającego do Kantou.

W krótkim i pociesznym teatrzyku tym razem dowiadujemy się nieco więcej o Egzekutorach. Jak się okazuje, poza tym, że są specjalnym oddziałem policji, są również sędziami i mogą wydawać wyroki na Akudamów. Z reguły pracują w duetach, część z nich specjalizuje się w walce, inni natomiast w infiltracji i działaniu pod przykrywką. Wszyscy raportują do debiutującej w tym odcinku szefowej.

Seria pozostaje jazdą bez trzymanki (Shinkansenem rzecz jasna). Pierwsze trzy odcinki wydają się jednak jedynie wprowadzeniem i wygląda na to, że właściwa akcja dopiero się zaczyna. Teraz czeka nas podróż pociągiem i raczej oczywistym jest, że w końcu bohaterowie dotrą również do owianego tajemnicą Kantou. Jestem bardzo ciekaw co z tego wszystkiego wyniknie, bo intryg i sekretów jest tu naprawdę całkiem sporo, a świat zdaje się być przemyślany i mimo wszechobecnego szaleństwa czuć, że ma to po prostu ręce i nogi.

Nie byłoby jednak tak fajnie, gdyby nie postaci, a grupy Akudamów naprawdę trudno nie lubić. Każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy i choć są to raczej płaskie postaci (przynajmniej na razie), zbudowane wokół konkretnych cech, to ich poczynania obserwuje się z naprawdę dużą przyjemnością, bo jako zespół dobrze ze sobą współgrają. Przy okazji przyznam, że zdarzyło mi się zaśmiać z kilku gagów, szczególnie tych z udziałem Nożownika.

Akudama Drive to nie jest ani dzieło wybitne, ani tym bardziej głębokie – pełne jest jednak wielu interesujących pomysłów i konceptów. To po prostu rozrywka, dodatkowo naprawdę porządnie wykonana i chyba także przemyślana, choć w tym wypadku na ostateczny werdykt trzeba jeszcze zaczekać. Na ten moment jednak seria dostarcza przede wszystkim ogromu dobrej zabawy, a czasem nie potrzeba nic więcej, niż odrobiny rozwałki. Oby tak pozostało do samego końca.

Nasz bohaterka obiecała, że dostarczy Finie pracy i zarobku i słowa dotrzymuje. Prawie ogołaca pobliskie tereny łowieckie ze zwierzyny, przynosząc kolejne sztuki do obrobienia, aż w końcu sama Fina protestuje z powodu braku mocy przerobowych. Co więcej, Gentz jej uświadamia, że nie jest jedyną osobą, która musi rozebrać zdobycz i że są inni chętni do skorzystania z miejsca w kolejce. W dodatku przedstawicielka Gildii delikatnie ją prosi o powstrzymanie morderczych zapędów, bowiem jest tak efektywna, że zdobyczy nie starcza dla pozostałych nowicjuszy.

 

 

Gdy Yuna kontempluje przeprowadzoną rozmowę, pojawia się przed nią jakiś rozwrzeszczany osobnik odsądzający ją od czci i wiary za to, co zrobiła niejakiemu Deborane. Znaczy temu osiłkowi, co się jej czepiał poprzedniego dnia. Osobnik zwany Lanz zostaje stłumiony przez towarzyszy drużyny – Gila i Lurinę, którzy przyznają, że Deborane dostał słusznie. W trakcie rozmowy okazuje się, że niestety, w związku z tym, że na razie jest on wyłączony, nie mogą dokończyć zadania, które zaakceptowali. Tu pojawia się znienacka przedstawicielka Gildii i proponuje, by Yuna pomogła wykonać zadanie (w końcu to przez nią mają kłopoty).

 

Jak łatwo można przewidzieć, Yuna udaje się do jaskini goblinów wraz z Luriną, którą po drodze niemiłosiernie podpuszcza. Na miejscu wykorzystuje swoje niedźwiedzie moce oraz, uwaga, prawa fizyki, żeby zlikwidować duże stado potworów. Na koniec jeszcze udaje jej się pokonać Króla Goblinów, co razem daje dosyć pokaźny łup w postaci kryształków… Których pozyskiwania zdecydowanie odmawia, zostawiając brudną robotę towarzyszce.

Skutkiem pokonania tylu potworów jest uzyskanie dostępu do kolejnych mocy, w tym wypadku mocy przyzywania niedźwiedzia. A raczej niedźwiedzi, które okazują się urocze i foszaste oraz całkiem silne. A na zakończenie tak pięknego dnia Yuna postanawia wydzierżawić kawałek ziemi, przy okazji zawierając znajomość z bardzo obrotną Mirin, przedstawicielką gildii kupieckiej, i postawić sobie dom z dodatkowym miejscem na rozbieranie tusz dla Finy, żeby nie musiała czekać w kolejce.

 

 

Kuma Kuma Kuma Bear jak na razie jest miłym zaskoczeniem sezonu, w miarę optymistycznym, ładnie narysowanym, z prostą historią bez straszliwych dramatów i mroku kapiącego z ekranu. Po trzech odcinkach wiemy, że będziemy (mam nadzieję!) towarzyszyć Yunie w oswajaniu nowego świata, zdobywaniu umiejętności i poznawaniu nowych ludzi. Znaczy NPCów. Czemu mam nadzieję? Bo już nie raz się zdarzyło, że optymistyczna historyjka tonęła albo na fanserwisie, albo na wyciągniętych z dziury fabularnej Tragediach (TM). Na co jak na razie się nie zanosi i tego się trzymajmy.

 

W trzecim odcinku Ikebukuro West Gate Park wkraczamy w świat internetu. Filmiki wstawiane na różnych stronach, zwłaszcza na ZettaMovie, potrafią przynieść ich twórcom całkiem niezły zarobek. Jednym z performerów jest Ryuusei, którego śmieszne, ale i nieco niebezpieczne wyczyny śledzi ponad milion subskrybentów. Sława jednak miewa i ciemne strony – chłopaka nęka czwórka zamaskowanych gości, ToDaBaShi Destroyed Z, wyśmiewający go na swoim kanale. Czując się zagrożony, Ryuusei prosi G-Boys o ochronę. Makoto, który oczywiście zostaje oddelegowany, by przyjrzeć się sprawie, zgadza się strzec twórcy, zaś wokół jego siedziby i studia ustawiają się chłopcy Kinga. Ryuusei ma być ochraniany przez kilka dni, aby mógł spokojnie przygotować kolejną odsłonę jednego ze swoich popisowych numerów, upadku ze schodów – tym razem ze schodów ruchomych.

ToDaBaShi szybko zostają zauważeni, niestety uciekają, raniąc przy tym kilku G-Boys. Kolejnego dnia wydarza się jeszcze gorsza rzecz – ktoś niszczy samochód Ryuuseia. Majima zauważa dziwne zachowanie Gonga Saitou, jednego z jego pomocników, którego następnie przyciska, by opowiedział mu więcej o pracy przy kanale. Okazuje się, że Gong niedawno został zwolniony. Sfrustrowany, wyjawia prawdę o konflikcie między Ryuuseiem a ToDaBaShi – był zaaranżowany w celu zwiększenia popularności obu stron. Także wciągnięcie w to G-Boys miało przyczynić się do zwiększenia liczby wyświetleń. Makoto spotyka się z Ryuuseiem i mówi, co usłyszał. Choć sam nie jest specjalnie zły, przestrzega chłopaka przed Takashim, który może mu tak łatwo nie wybaczyć, że przez niego ucierpiało kilku członków jego gangu.

W pracy Makoto odwiedza inny pomocnik performera, Cheadle Yokoi, i przekazuje informację o kłótni między nim a ToDaBaShi. Mimo ryzyka twórca nie zamierza wycofywać się ze zrobienia filmiku na schodach. Majima decyduje się do końca wspierać jego działania. Na miejscu pojawiają się zamaskowane zbiry i próbują zaatakować dawnego partnera. Zjawia się jednak też King ze swoimi chłopcami i ich unieszkodliwia. Tylko dzięki wstawiennictwu Makoto ani oni, ani Ryuusei nie poznają prawdziwego gniewu Takashiego.

Hm, co by tu myśleć o Ikebukuro West Gate Park… Ogólnie jestem na tak i będę z przyjemnością kontynuowała seans, ale dostrzegam trochę kwestii, które może nie tyle, że mi się nie podobają, ile raczej zastanawiają. Przede wszystkim, motywacja protagonisty. Wiadomo, że nie pomaga kolejnym osobom dla pieniędzy. Ot tak, z nudów czy z czystego serca miałby się narażać (bądź co bądź nie podejmuje się łatwych i bezpiecznych zadań)? Opisy anime mówią o jakiejś dziewczynie Makoto, która została zamordowana. Na obecnym etapie nie ma o niej ani słowa, więc albo zrezygnowano z tego wątku, albo pojawi się później (tylko wtedy, jeśli wyskoczy ni z gruchy, ni z pietruchy, może dziwnie wyglądać). Tak czy inaczej, przydałoby się wiedzieć, dlaczego bohater bierze udział w ryzykownych akcjach. Podobnie z chęcią usłyszałabym nieco więcej o jego relacji z Kingiem. Sam w sobie jest świetna – miło się na nich razem patrzy i słucha ich rozmów – brakuje jednak wytłumaczenia niemałego wpływu Makoto na, nie zapominajmy, przywódcę gangu; ba, momentami można odnieść wrażenie, że to Majima dominuje w tym duecie. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie twórcy uraczą nas paroma retrospekcjami. No i żeby wątek przewodni na dobre się ujawnił – w tym odcinku zupełnie odłożono na bok kwestie relacji między G-Boys a Red Angels, tak ładnie rozpoczęte w poprzednim; dowiadujemy się jedynie, że Makoto postanowił trzymać się blisko prawej ręki Kyouichiego, Isogaia. Nie przeszkadza mi epizodyczność fabuły, bo kolejne sprawy wypadają co najmniej dobrze, najbardziej jednak ciekawi mnie – i założę się, że nie tylko mnie – napięcie między gangami. Najprościej mówiąc – niech się w końcu coś w tej materii zacznie dziać!

A co mnie do serii przyciąga? Pomijając ogólny klimat, tematykę itp., to głównie protagonista. Makoto jest przyjemnie normalny, ale i stanowczy w działaniu, a przy tym umiejący używać rozumu. Nie boi się podejmować śmiałych decyzji ani nawet sprzeciwić się Kingowi, gdy ten akurat trzyma wielki młot nad głową innego chłopaka. W tym odcinku zaimponował mi szczególnie swoimi reakcjami na różne rzeczy. Weźmy scenę, kiedy Gong zdradza, na czym tak naprawdę polega gra między Ryuuseiem a ToDaBaShi. Majima nie wpada we wściekłość, nie biegnie od razu do twórcy, by coś mu zrobić, tylko ze zrozumieniem przyjmuje wiadomość. Co więcej, w rozmowie ostrzega Ryuuseia przed gniewem Takashiego. Także przy Kingu rozmyślającym, jak ukarać internetowych twórców, kieruje się rozsądkiem, a nie emocjami. Miła odmiana w porównaniu do zbyt gwałtownie reagujących bohaterów. Jeśli jeszcze dostanę wspomniane wyjaśnienie motywacji, będzie dla mnie protagonistą idealnym. King z kolei, wcześniej ułożony pan w garniturze, pokazał, że lepiej z nim nie zadzierać (a jeśli już, to liczyć, żeby Makoto był obok…). Ponadto, tak jak na początku głos Koukiego Uchiyamy mi nie pasował, tak teraz coraz bardziej mnie intryguje – nie znam się na pracy głosem, ale wyraźnie słychać, że aktor coś nim robi, by brzmieć nieco inaczej, co daje fajny efekt.

Ikebukuro West Gate Park po trzech odcinkach prezentuje się całkiem dobrze. Bez rewelacji, z pewnymi zgrzytami, które jednak mogą później zostać naprawione, a do tego przyciągający świetnie wykreowanymi (lub porządnie się zapowiadającymi) bohaterami. Wiadomo, jakie serie obecnie rządzą, więc miłośnicy tych znajdujących się na przeciwległym biegunie powinni zainteresować się tytułem. Ja z niecierpliwością czekam na więcej.

Iska zostaje wezwany do senatu Imperium, gdzie dostaje od przełożonych nową misję – pojmać Lodową Czarownicę. Nie pali się jednak do tego zdania. Zamiast tego postanawia po raz kolejny wybrać się do neutralnego miasta, gdzie liczy na następne spotkanie z Aliceliese. Tym razem jednak musi poprosić Mismis o zgodę na wyjazd, a ta stawia warunek – jedzie razem z nim. Czyżby domyślała się, o co chodzi? Nie sądzę, to tylko zwykła troska o stan emocjonalny podwładnego…

Na miejscu dochodzi rzecz jasna do konfrontacji – Alice myśli identycznie jak Iska, toteż pojawia się na miejscu. Co więcej, wyjątkowo ciekawi ją kwestia uwolnienia przez niego użytkowniczki magii, przez co trafił do więzienia. Cała czwórka przenosi się za miasto, gdzie ucinają sobie pogawędkę o tym, jak zakończyć wojnę. W pewnym momencie Alice proponuje aby Iska został jej podwładnym, jednak nie dane jest mu odpowiedzieć. Na miejscu zjawa się sama Założycielka, która chce niszczyć. Nie zwraca uwagi, że jej dziedziczka jest na miejscu, ona chce po prostu niszczyć, bo tak. A, no tak, zapomniałbym – twierdzi, że to miecze Iski doprowadziły do jej zbudzenia, zdaje się też, iż znała jego mistrza. Poza tym niszczyć, niszczyć, bo krzywdy sprzed stu lat dalej bolą.

Dwójka głównych bohaterów postanawia połączyć siły i stawić czoło przeciwniczce. Wygłaszając piękne słowa o zakończeniu bezsensownego konfliktu, stają do walki. Zwycięstwo przychodzi im dość łatwo, a główny boss zostaje pokonany. Jednak nie wygląda na to, że to koniec konfliktu interesów obydwojga – co prawda postanawiają zawrzeć pokój na jeden dzień, aby odpocząć, ale od jutra wracają do bycia wrogami. Jednak czy na pewno?

Muszę powiedzieć, że nieco zaskoczył mnie taki obrót wydarzeń. Założycielka, która w normalnych okolicznościach byłaby ostatecznym przeciwnikiem, gdy obydwie strony byłyby krok od pokoju, pojawia się nagle i zostaje pokonana. Widać też, że nienawiść pomiędzy krajami jest zbyt głęboko zakorzeniona, aby jedna postać czy wydarzenie miały zmienić bieg historii. Jak więc główna parka rozwiąże ten problem? Sami zauważają, że są zbyt mało istotnymi pionkami w grze, aby cokolwiek zdziałać wyłącznie swoją postawą. Po dwóch pierwszych totalnie nieciekawych odcinkach na horyzoncie pojawiło się coś interesującego. Na tyle, że dam temu tytułowi jeszcze jedną szansę. Poleciłbym to też wszystkim, których zainteresowały te wydarzenia – pozostali nie mają tu czego szukać.

Jeśli cokolwiek miałoby mnie zafascynować w Noblesse, to to, jak udało się twórcom osiągnąć taki efekt: przekonać mnie, że to mogłoby być niezłe, i totalnie schrzanić wykonanie. Nie wspominając o tym, że najchętniej wycięłabym z animki tytułowego bohatera, bo bez niego byłoby to chyba jednak lepsze. Nic, tylko machnąć ręką i pójść w swoją stronę, ale trzeba jeszcze ostatnią zajawkę napisać…

Najpierw zatem pojawiają się charakterni najemnicy z pierwszego odcinka, którzy dotarli już do miasta i zaczynają poszukiwania zaginionych agentów. Główną rolę odgrywa tu haker Tao, a partneruje mu, niespodzianka, Manabu, także cybergeniusz, sprawdzający dla swojego wujka policjanta szczelność zabezpieczeń systemu policyjnego akurat wtedy, kiedy włamuje się tam Tao. Skutkuje to chwilową rozrywką obu, uradowanych natrafieniem na godnego przeciwnika, ale jednak nastolatek nie jest w stanie zatrzymać ulepszonego hakera i ten zyskuje dostęp do nagrań z kamer przemysłowych w całym mieście, co pozwala mu namierzyć M-21. Ten wątek był akurat całkiem fajny i sensowny; zresztą najsensowniejszą rzeczą, jaką zrobił którykolwiek z bohaterów w tych trzech odcinkach, było to, że Manabu od razu poinformował wujka o próbie włamania.

Tymczasem bawiący u niego Yu w ramach (kolejnej) niedźwiedziej przysługi oraz elementu komediowego nawiązał z Tao konwersację, podając się za Manabu; najpierw wziął hakera za dziewczynę, a potem, po wyjaśnieniu kwestii płci, za homoerotyczną sympatię przyjaciela, którego po chwili dość spektakularnej rozpaczy postanowił jednak w tej sprawie wspierać. Wcześniej zresztą tę myśl nasunęło mu zainteresowanie Manabu Regisem, co jednak oparte jest na wspólnocie losu – klasowych mikrusów. (Aczkolwiek Regis ma całkiem zgrabny argument za tym, żeby się tym nie przejmować). Yu nie popisał się tu spostrzegawczością; może lepiej niech zostanie przy bijatykach…

Drugi wątek komediowy przynosi – a przynajmniej taki był zapewne zamiar twórców – ciąg dalszy potyczek słownych Regisa i M-21 w wesołym domostwie Frankensteina, który znów nie wytrzymał nerwowo i zagonił ich do sprzątania po sobie tych milionów opakowań po ciastkach czy czymś tam. Rzucanych, zauważmy, beztrosko na podłogę, czego nijak nie jestem w stanie ogarnąć, zwłaszcza w wykonaniu „szlachetnej” rasy. To już te wzajemne korosu i obelgi wygłaszane z pełnymi ustami lepiej się bronią, będąc w sumie tradycyjnym gagiem. W tym kluczu, byłam przekonana, że pobiją się albo choć pokłócą o ostatnie ciastko, tak uporczywie eksponowane, ale nie. Apogeum „komizmu” stanowiła bowiem scena, w której Rai, wytknięty palcem przez Regisa w akcji pn. „a czemu on nie sprząta”, wrzucił do worka na śmieci JEDEN PAPIEREK. Choć reakcja Frankena z tego powodu, czyli stan przedzawałowy i myśli samobójcze, owszem, jakiś tam potencjał komediowy miała. Zresztą powtórzono to na końcu odcinka – właśnie odkryłam, że po napisach są dodatkowe scenki, ha – kiedy Rai wziął się z własnej woli za odkurzanie. Tyle że trochę mu energii zabrakło. Naprawdę nie pojmuję, czemu to NIE JEST zabawne, choć teoretycznie powinno…

Po poważnej stronie odcinka, dwaj najemnicy, w tym paskudny Shark, odnajdują M-21 i po nieskutecznej próbie oporu z jego strony zabierają go ze sobą „do wyjaśnienia”, bo, przypomnijmy, nadal nie wiedzą, co się stało z agentami Union w Awakening. Świadkami tej sceny są Regis i Seira, ochronieni przed eliminacją przez M-21 i dowódcę napastników jako zwykłe nieważne dzieciaki (no bo przecież na takie wyglądają i jak takie się zachowują, no i generalnie ma to sens, zwłaszcza z punktu widzenia agentów od mokrej roboty). Regisa pozostawia to z przekonaniem, że dał się nabrać na gadkę M-21 o nowym życiu, podczas gdy ten nadal pracuje dla Union, a Seira pozostaje niewzruszona i nieprzenikniona jak zawsze. Podobnie jak Rai, wypowiedziała w tym odcinku dwie krótkie kwestie, co chyba należy uznać za sukces. Generalnie, dochodzę do wniosku, że głównym bohaterem jest tu jednak M-21, i może nie byłoby to takie złe, bo chłop ma do tego pewien potencjał, a w porównaniu z Raiem wręcz charyzmę. Tyle że trochę dziwne, wziąwszy pod uwagę założenia serii, i raczej nieplanowane…

Co chyba jeszcze bardziej zdumiewające niż przesunięcie akcentu z tytułowego bohatera na kogoś innego oraz totalnie położony humor, sceny akcji – walka M-21 z Sharkiem – wyglądają pod względem wykonania całkiem nieźle (chociaż jak się przyjrzeć na zrzutkach, sporo jest deformacji sylwetek, ale w ruchu nie rzucają się tak w oczy), natomiast im bardziej scena statyczna, tym gorzej poruszają się i wyglądają postaci. Naprawdę, ich sztywność mnie boli, muszę sobie zaraz zaaplikować olej żywokostowy na moje biedne stawy. I znów, nieźle wygląda tło w postaci nocnego miasta, ale to w zasadzie jedyny rzeczywiście ładny widok w odcinku. Bo o ile u Frankena komputerowe wnętrza jeszcze jakoś się bronią, choć są okropnie gładkie i sterylne, to mieszkanie Manabu było pod tym względem bidą z nędzą. Nie wiem, czy jest sens to komukolwiek polecać, bo anime ma moim zdaniem więcej wad niż zalet, a największą z tych pierwszych jest to irytujące uczucie, że mogłoby być znacznie lepsze. Może zamiast tego warto zajrzeć do oryginału…

Tag Cloud