Dziewczyny, wracając po szkole, zatrzymują się przy budce z takoyaki. Sprzedawca, podając każdej zamówienie, mówi że jest słodka i daje dodatkowe takoyaki. Każdej poza Sekine. Jak widać,  odcinek zaczyna lot raczej nisko, ale  to nic… ciągniemy gag dalej. Pierwsza połowa to właśnie seria dziwnych, niezabawnych scenek jedna po drugiej, eksploatujących rzekomy brak urody Sekine. Rzuca się tu w oczy nie tylko sam poziom „humoru”, ale również jeszcze większy niż w poprzednich odcinkach brak animacji, puste tła i zbliżenia, które w takim natężeniu i przy rwanej fabule sprawiają, że anime wygląda jak pokaz slajdów z dźwiękiem.


W drugiej połowie zdarzają się już mniej żenujące momenty, ale nie na tyle, żeby zatrzeć wcześniejszy niesmak. To już nawet nie jest tylko humor toaletowy, który może rzeczywiście bawić, ale żerowanie na słabościach i problemach ludzi (na przykładzie postaci), a to jest zwyczajnie przykre. Tutaj już nie pomaga ani Sekine, ani kolejne scenki, w których dowiadujemy się, jak czwórka głównych bohaterek się poznała – to po prostu nie jest mój humor. Śmianie się z kogoś, komu robi się coś, czego nie chce, śmianie się z czyjegoś wyglądu, co będzie następne? Kto będzie następny?

Skoro ktoś stworzył taką historię, to znaczy, że znajdą się zapewne i widzowie, którym prezentowany tu humor będzie odpowiadał. Jeśli ktoś lubi głupie scenki i nie odstrasza go to, co napisałam wyżej, może spróbować, acz ostrzegam, że jakość tak oprawy graficznej, jak i owego humoru wydaje mi się pogarszać z odcinka na odcinek. Ja odpadam od serii.

Poznajcie Shuutarou Mendou – bogacza pochodzącego z rodziny, do której należy wielki konglomerat biznesowy. Skacze ze spadochronem, aby nie spóźnić się do szkoły, nie przepuści komplementowania każdej pięknej dziewczyny, a jego duma ważniejsza jest od życia. Los chciał, że przenosi się akurat do szkoły naszych bohaterów i uwikłany zostaje w miłosne rozterki głównego trójkąta romantycznego.

Trzeci odcinek oprócz nowego bohatera nie wnosi nic nowego do schematu wydarzeń. Dalej oglądamy komediowe sceny z udziałem Shinobu, Lum oraz Ataru we wszystkich odmianach absurdu, jakie możecie sobie tylko wyobrazić. Dla wielu widzów będzie to wręcz skrócona lekcja schematów i gagów, które widywali we współczesnych komediach romantycznych. Niestety widać też, że bardzo mocno ograniczony czas antenowy w porównaniu do wcześniejszej adaptacji powoduje odczucie jeszcze większego chaosu niż miało to miejsce w serii sprzed czterdziestu lat. Czy jest śmiesznie i ciekawie? To zależy od tego, czy ktoś lubi ten rodzaj starego już humoru i fabułę w postaci luźnego zlepka zdarzeń bez konkretnego wątku przewodniego.

Nowa adaptacja Urusei Yatsura to w założeniu ogromna gratka sentymentalna dla wielu widzów. Niestety, dla współczesnego odbiorcy może być już kompletnie niezrozumiała i po prostu mało śmieszna ze względu na rodzaj humoru, który mocno się zestarzał (o sytuacjach nawiązujących do realiów tamtych lat w Japonii nie wspominając). Tak więc mamy tutaj sentymentalny, śliczny graficznie i muzycznie powrót do przeszłości, który niestety dla wielu dzisiejszych fanów anime będzie średnio udaną, niezrozumiałą komedią. Ja z chęcią sięgnę po dalszy ciąg, ale jeśli komuś nie spodobało się to, co zaprezentowano do tej pory, nie ma czego szukać w kolejnych odcinkach.

Jinpachi rozpoczyna następny etap selekcji najlepszego strzelca Japonii. Tym razem jest to turniej przypominający zasadami fazę grupową mistrzostw świata, z której dalej przejdą tylko dwie drużyny, które zdobędą najwięcej punktów. Pozostałe trzy wypadają z programu z małym wyjątkiem – najlepsi strzelcy z owych drużyn będą mieć jeszcze szansę. Co mają począć zawodnicy – postawić na zwycięstwo zespołu czy indywidualny wynik strzelecki? Dla większości wybór jest oczywisty, a zamiast gry w piłkę nożną zaczynamy obserwować niemal bójki na boisku o to, kto dorwie piłkę i strzeli gola.

Trzeci odcinek nie przynosi przełomu jakościowego. Drużyna głównego bohatera w zderzeniu z teoretycznie lepszą dostaje sromotny oklep na boisku po tym, jak zamiast grać w piłkę nożną, niemal każdy z graczy chce urządzić pokaz swojej wspaniałości. U przeciwników początkowo jest podobnie, ale znajduje się jeden gracz, który bierze na siebie ciężar odpowiedzialności, strzela gola i puff, tak powstaje zgrana drużyna, która stawia na zwycięstwo zespołowe, a nie zabawę w króla strzelców. Czy ma to sens? Oczywiście nie, ale zarówno Jinpachi, jak i Yoichi zaczynają przypisywać do tego głęboką filozofię, a hitem odcinka zostaje wywód o tym, jak to Japończycy są społecznie przystosowani do gry w baseball, gdzie każdy ma ściśle określoną rolę, a nie do gry w piłkę nożną, wymagającą indywidualizmu. W każdym razie zespół głównego bohatera znajduje się w niełatwej sytuacji i aby z niej wybrnąć, musi wygrywać kolejne mecze. Czy im się to uda? Nie wiem, nie bardzo mnie to też interesuje – tak bzdurnego anime o sporcie dawno nie widziałem. Każdemu zainteresowanemu gatunkiem odradzam dalszy seans, gdyż jest to najzwyklejsza w świecie strata czasu. Chyba że ktoś umie traktować to jak komedię o piłce nożnej, wtedy tak, może się całkiem nieźle ubawić.

Codzienne życie Asahiego powoli zaczyna wracać do normy. Co prawda zdarzają się jeszcze incydenty z domowniczkami wkradającymi się do jego pokoju w niecnych celach, ale w porównaniu do początkowych chwil sytuacja znacznie się uspokoiła. Co więcej, nasz bohater traktowany jest jak król – panie przygotowują mu zarówno posiłki, jak i drugie śniadanie do szkoły, a większość obowiązków domowych wzięła na siebie Aoi. Żyć nie umierać, nieprawdaż?

Motywem przewodnim tego odcinka jest nauka kanji przez Amelię, która ma z tym małe problemy. Przymknijmy oczy na fakt, że mówi płynną japońszczyzną i jak do tej pory nie miała żadnych problemów z tym językiem. Nie dość, że zbliżają się testy, to dziewczyna koniecznie chce nauczyć się języka swojego ukochanego. Rzecz jasna można było ten temat potraktować nieco poważniej, ale okazuje się, że nasza słodka nastolatka jako źródło słownictwa do nauki traktuje… literaturę erotyczną. Na ratunek rusza Asahi, który spędza z nią długie godziny na nauce, jednak współpraca średnio się im układa aż do momentu, kiedy Amelia zdaje sobie sprawę z nieumiejętności wyrażenia własnych uczuć. Co to ma wspólnego z nauką słownictwa? Nie wiem, ale koniec końców udaje jej się na tyle opanować podstawy, że zalicza test całkiem nieźle, a przy okazji ma migawkę z przeszłości, w której jakoby już wcześniej spotkała Asahiego.

Ren’ai Flops to jak na razie tytuł, który na razie sam nie wie, czym chce być. Jako komedia sprawdza się, łagodnie rzecz ujmując, średnio. Relacje pomiędzy postaciami się nie kleją, brakuje typowej dla romansów chemii i znalezienia wspólnego języka. Upychanie całej masy fanserwiśnych, oklepanych do bólu scen, wydaje się celowym zagraniem, ale na razie trudno nawet domyślać się, w jakim celu są stosowane (poza przyciąganiem uwagi męskiej widowni, rzecz jasna). Można na razie jedynie wnioskować, że wszystkie kandydatki i jeden kandydat (ale czy na pewno kandydat?) mają z Asahim jakiś związek z przeszłości. Przez długie momenty wieje niestety totalną nudą, ale jednocześnie nie ma tutaj niczego, co byłoby bardzo odrzucające. Nie mogę nikomu polecić dalszego seansu tego anime, ale nie jest to też coś, co po trzech odcinkach mogę jednoznacznie skreślić. Jeśli macie czas i cokolwiek Was tutaj zainteresowało, możecie rzucić okiem na kolejne odcinki. Być może ciąg dalszy pokaże jakieś ciekawe wyjaśnienie tego wszystkiego.

Power opowiada Denjiemu o swoim kocie, którego uprowadził demon. Chłopak decyduje się pomóc jej go odzyskać, wiedząc, że ta w podzięce da mu dotknąć swoich… piersi. Wszystko jednak nie jest do końca tak, jakby mogło się wydawać, a Denji wpada w ręce nietoperzowego demona, z którym będzie musiał stoczyć pojedynek.

Trzeci odcinek to zdecydowanie najlepszy odcinek do tej pory. Duch Hironoriego Tanaki, reżysera i autora scenorysu, biję przez całą jego długość, przede wszystkim za sprawą świetnych rysunków (nadzorowanych również przez niego samego), z charakterystyczną dla niego dbałością o zagięcia na tkaninach z ogromną ilością detali, ze znamiennym intensywnym cieniowaniem, jak i również typowym dla jego twórczości sposobem rysowania włosów, a w tym przypadku także i sierści.

Wspominałem już kilkukrotnie w poprzednich zajawkach o wizji realizacji tej adaptacji, która nieszczególnie mnie przekonuje. Ten odcinek był najbliżej tego, aby nieco moje podejście zmienić, bo jego pierwsze piętnaście minut jest naprawdę niezłe, łatwo się wciągnąć w kreowany przez Tanakę klimat, czego kulminacją jest scena w domu, w której Denji i Power spotykają demona, z dodatkowo naprawdę dobrze dobranym utworem Kensuke Ushio, zdecydowanie wzmacniającym i tak już dobre wrażenia. Problem zaczyna się w momencie, kiedy ton zmienia się i rozpoczyna się akcja.

Wszelkie pojedynki w mandze trwają raczej krótko, a Tatsuki Fujimoto nie jest artystą, który jakoś szczególnie się w tego typu elementach specjalizuje. Korzysta za to z wielu trików, wyciągając maksimum z komiksowego medium, szczególnie w późniejszym etapie, co nieszczególnie nastraja pozytywnie, jeśli twórcy nawet z tych teoretycznie prostszych do zekranizowania scen akcji nie potrafią wyciągnąć nic ciekawego. Świetnie się to porusza, jasne, ale brak w tym jakiegoś polotu, ponownie, tej wizji, o której tak często wspominam. Myślę, że do tych momentów nieco spokojniejszych, obyczajowych i do ich wykonania z czasem uda mi się przyzwyczaić, mimo że wciąż nie jest to to, czego po tej adaptacji bym oczekiwał, tak do scen akcji, jeśli nic się nie zmieni, będzie mi się przekonać naprawdę trudno.

To nie jest złe anime, absolutnie. Jeśli jednak ktoś spytałby się mnie od czego zacząć przygodę z Chainsaw Manem, to już na tym etapie z czystym sercem mógłbym powiedzieć, że od mangi. Bo choć, jak już wspominałem, nie jestem jej wielkim fanem, to uważam ją za dzieło mimo wszystko wyjątkowe. Tą wyjątkowość nieźle oddają opening czy debiutujący w tym tygodniu ending, sam serial jednak moim zdaniem nie odzwierciedla jej w ogóle.

Wspólne życie Jirou i Akari układa się coraz lepiej. Para zdaje się całkiem dobrze ze sobą dogadywać, jednak taka sielanka nie może trwać wiecznie z oczywistego powodu – nawiązywanie coraz bliższej relacji, kiedy codziennie myśli się, jakby tu zdobyć serce kogoś innego, musi i kończy się konfliktem. Na szczęście nie mamy do czynienia z wielkim dramatem, kłótniami czy użalaniem się nad sobą, ale ciche dni kończą się fatalnie dla szkolnej oceny obydwojga.

Jirou początkowo nie potrafił poradzić sobie z sytuacją, jednak krótka rozmowa z przyjacielem a także przede wszystkim z Shiori, zmusza go do przemyślenia sprawy. Jego próba naprawy relacji z Akari wypadła naprawdę przekonująco mimo dużej dozy niezdarności i braku doświadczenia w relacjach z dziewczynami. Ona sama także zdała sobie sprawę ze swojego postępowania i postanowiła zmienić postawę. Między tą dwójką jest chemia, co było widać już w poprzednich odcinkach. Ich nastoletnie problemy, nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami i dojrzewaniem wypadają, jak na standardy gatunku, naprawdę realistycznie. Tym, co tutaj nie pasuje, są totalnie nieprzekonujące uczucia odpowiednio do Shiori oraz Tenjina. Sprawiają wrażenie wrzuconych na siłę, co mocno psuje całkiem przyjemny obraz codziennego, dobrze układającego się życia głównej pary (co do pewnego momentu oddaje ich ocena w szkolnym rankingu). Mógłbym uwierzyć, że tak wygląda para nastolatków, która znalazła się w niełatwej sytuacji nauki wspólnego życia, a to naprawdę dobry prognostyk na dalszy ciąg tej serii.

Fuufu Ijou, Koibito Miman to tytuł, który – szczerze mówiąc – przerósł moje oczekiwania. Akari i Jirou dają się lubić, a z każdym odcinkiem nie tylko rozwija się ich relacja, ale także powoli dorastają do sytuacji, w jakiej się znaleźli, oraz uczą radzić sobie z problemami wspólnego życia. Można by stwierdzić, że mamy tu całkiem udany szkolny romans, może i nieco nudny momentami, za to z wieloma udanymi romantycznymi scenami i udaną parą bohaterów. Czy jest tutaj co poprawiać? Zdecydowanie tak, zwłaszcza jeśli chodzi o bliższe przedstawienie postaci drugoplanowych, o których nie wiemy jak na razie niemal nic. Nie zmienia to faktu, że fani romansów szkolnych mogą być całkiem usatysfakcjonowani.

Pierwszy pojedynek Suletty z aktualnym liderem zostaje unieważniony, dochodzenie wszczęte, a sama zainteresowana aresztowana do wyjaśnienia sprawy. Na szczęście członkowie grupy Benerit dają się przekonać (przynajmniej tymczasowo odpuszczają), by dać jeszcze jedną szansę nowej uczennicy i jej tajemniczej maszynie. Tak więc młoda pilotka Aeriala po raz kolejny staje na arenie, aby zawalczyć o Miorine, która nowej koleżance bardzo kibicuje, ponieważ nowe zaręczyny są jej o wiele bardziej na rękę niż bycie na siłę związaną z kimś, kto znajduje się pod zwierzchnictwem jej ojca.

Nowy Gundam ja na razie prezentuje się nieźle, choć nie jest to ani najambitniejszy, ani najbardziej oryginalny projekt z tego mechowego uniwersum. Jest mieszanką dobrze znanych pomysłów, jawnych zapożyczeń i schematów, której raczej nie należy brać na poważnie, żeby się dobrze przy niej bawić. Jaki będzie cały serial nie wiem, bo trzeci odcinek kończy ten nieco absurdalny wstęp, a czwarty zabiera widza w bardzo standardową podróż po codziennym życiu uczniów. Nie jest może nudno, ale akcja zwalnia i skupia się na przedstawianiu kolejnych członków obsady. Ile w tym będzie szkolnych perypetii, a ile dramatu i wojny, czas pokaże, ale na razie dostajemy okruchy życia z mniejszą ilością tytułowych robotów niż można by podejrzewać.

Cóż, nadal jest ciekawa, co będzie dalej i mam nadzieję, że fabuła pójdzie w interesującym kierunku, choć nie jest to już ten sam entuzjazm, co po pierwszym odcinku. Na oprawę techniczną nie można narzekać, bo jak na razie trzyma równy poziom i oby tak pozostało.

Moja niechęć do obejrzenia odcinka może się równać chyba tylko z nudą i rozdrażnieniem wywołanymi oglądaniem go. Wbrew mojemu sarkastycznemu proroctwu akcja nie ruszyła z kopyta ku nowemu zwrotowi, lecz 20 minut poświęcono na wyjaśnianie kulis wydarzeń poprzednich 40. Połowę tego czasu zajął męski pseudoharem zebrany w krużgankach zaraz po zejściu głównej pary ze sceny w holu, gratulujący sobie udanej intrygi, przepraszający pannę za zadany jej ból (w tym brak dostępu do biblioteki) i robiący bez większego sukcesu za element komediowy – resztę książę przepraszający narzeczoną na osobności za zadany jej ból; wyjaśniający, że dla uskutecznienia ożenku musiał spełnić dwa warunki: przekonać do niego wszystkich arystokratów i sprawić, by wybranka zainteresowała się nim bardziej niż książkami; wspominający ich pierwsze spotkanie. Elianna przez cały ten czas dziwi się, niedowierza, rumieni, spotkania nie pamięta, a próby pocałunku zwyczajnie nie zauważa. Przy tym trzeba przyznać, że jako ośmiolatka była najwyraźniej zupełnie inną osobą: potrafiła nakrzyczeć na starszego od siebie księcia, że źle traktuje książki, i zmusić go do przeproszenia ich (chyba to go tak urzekło). Potem najwyraźniej charakter jej gdzieś wyparował, ale jemu zostało to pierwsze wrażenie.

To wszystko do szesnastej minuty odcinka, kiedy zrobiłam przerwę na pisanie, bo już nie mogłam tej… blondynki zdzierżyć. Dalej książę dalej wyjaśnia, jak cenna jest rodzina Bernsteinów, zwana mózgami królestwa, i że Eli dowiodła, iż też na taki przydomek zasługuje (znów powraca sfałszowana waza), ale on chce jej dla niej samej, odkąd się poznali. Elianna dziwi się, niedowierza, rumieni, słabo protestuje, w końcu odpowiada na uczucia narzeczonego (pierwsza rzecz, której nie nauczyła się z książek) i wreszcie następuje zasypany płatkami róż pocałunek oraz THE HAPPY END!

Znaczy, seria zapewne poleci dalej, ale nie zamierzam jej nawet jednym kliknięciem tknąć, chociaż naprawdę nie wiem, co może się dalej wydarzyć, skoro doszła już do etapu happy ever after. I zaiste nie wiem też, kogo miałoby to zainteresować, po tym, co zaprezentowali zarówno scenariusz, jak i tzw. heroina… W dodatku oprawa graficzna topi się w cukierkowych pastelach, a od słodkiego głosiku Elianny, która się dziwi, niedowierza i wiecznie powtarza kwestie przedmówcy, nerwy mi się zużywają w przyśpieszonym tempie. Na szczęście, koniec tematu.

Trwają poszukiwania drugiej gitarzystki do zespołu. Bocchi, za sprawą podsłuchanej rozmowy, postanawia przełamać się i zaprosić do kapeli Ikuyo Kitę. Jak się okazuje jednak, dziewczyna nie tylko nie umie grać na gitarze, ale jest również tą, która opuściła zespół, zanim Nijika zwerbowała Bocchi.

Trzeci odcinek to zdecydowanie najlepszy i najśmieszniejszy odcinek do tej pory. Jego reżyser, Yuusuke Yamamoto, eksperymentuje i świetnie bawi się stroną wizualną, aby wzmocnić przekaz. Jest tu scena animowana za pomocą tekturowych lalek, jest też kilka momentów, kiedy pojawia się materiał nagrany prawdziwą kamerą (między innymi wybuchający balon z wodą). Większość gagów jednak w tym odcinku oparta jest o niezwykle bogatą mimikę postaci, a udało się to za sprawą Hayate Nakamury, nadzorcy animacji, który w pojedynkę zanimował również pierwszą połowę odcinka. Bocchi i reszta dziewczyn na przestrzeni tych dwudziestu kilku minut robią niezliczoną ilość głupich min, bardzo często na tłach, które jeszcze dodatkowo dopełniają efektu. Yamamoto i Nakamura wykorzystują wszystkie możliwe działa, aby pokazać, gdzie leży wielka siła animacji – w charakterystycznej dla niej ekspresji, nie do odwzorowania w innym medium.

Nie wiem, czy Bocchi the Rock! jest najlepszą serią tego sezonu, ale według mnie jest zdecydowanie najbardziej zabawną, bo rzadko zdarza mi się wybuchać śmiechem z taką częstotliwością, jak czynię to przy tym anime. Dużo chwalę grafikę, bo jest oczywiście co chwalić, ale wielka w tym zasługa także dobrze napisanych postaci i dialogów – tu z kolei wielkie brawa należą się scenarzystce Erice Yoshidzie, bez której rozterki Bocchi na pewno nie byłyby aż tak rozbrajające.

Pierwowzór naprawdę miał ogromne szczęście, że trafił akurat w ręce tej ekipy, która z materiału źródłowego wyciąga wszystko, co tylko się da, a przy okazji dodaje na tyle dużo od siebie, aby uczynić tę adaptację czymś świeżym i w dużej mierze nowym nawet dla fanów komiksu. Nie wiem, na ile uda się utrzymać poziom z trzech wprowadzających odcinków, szczególnie, że w dużej mierze dobry ich odbiór wynika ze znakomitej realizacji, ale wierzę, że zespół Shouty Umehary podoła i dostarczy jedną z lepszych, jeśli nie najlepszą, komedię tego roku.

Codzienne życie Ataru nie jest usłane różami. Nie dość, że Lum dosłownie nie daje mu żyć, to jej obecność uniemożliwia mu realizację jego miłosnych zalotów do Shinobu (a także do każdej innej ślicznej dziewczyny). Na dodatek napotyka na swojej drodze kapłankę, która odkrywa ciążącą na nim klątwę i dość nieskutecznie próbuje ją usunąć. Sytuacji nie ratuje nawet Cherry, który przysyła pomoc w postaci wstążek mających zablokować moce przybyszki z kosmosu.

Pierwsze dwa odcinki dają już dość kompletny obraz tego tytułu. Mamy tutaj całą masę losowych wydarzeń z których większość stanowią sceny porażenia głównego bohatera prądem. Brakuje tutaj nawiązania jakichkolwiek relacji pomiędzy postaciami, a nowo wprowadzane wyskakują totalnie z kapelusza wprowadzając tylko więcej zamieszania. Duża część takiej sytuacji to niestety efekty bardzo mocno ograniczonego czasu antenowego, gdyż cięcie materiału źródłowego i ogromne przeskoki zauważy dosłownie każdy, nie mówiąc już o osobach znających oryginalną serię sprzed czterdziestu lat. Wierna adaptacja połączona z takimi zabiegami niestety nie zachwyca, zwłaszcza współczesnego widza – wycięto za dużo tego, co w twórczości Rumiko Takahashi najbardziej zachwycało. Trudno tutaj polubić postaci. a jeszcze trudniej znaleźć powody do śmiechu, zwłaszcza że humor oparty jest dosłownie na dwóch gagach powtarzanych w kółko.

Urusei Yatsura [2022] z jednego strony może podobać się pod względem wizualnym i muzycznym, stanowi też nie lada przyjemną podróż sentymentalną. Utracono jednak ogrom zalet, które można było zobaczyć w oryginale i czym cechuje się twórczość autorki. Osobom, którym podoba się taka sentymentalna podróż w czasie i chcą przypomnieć sobie ten tytuł, na pewno dalszy seans przyniesie sporo pozytywnych wrażeń, niestety połączonych też z całą masą rozczarowań. Widzowie nieznający oryginału raczej nie mają tutaj czego szukać.