Sprawy odrobinę ruszyły. Już wcześniej widać było, że Miyano stara się zachowywać jak gdyby nigdy nic, nawet skonfrontowany z rzucanymi niewinnie przez Sasakiego komentarzami odkrywającymi trochę z tego, co ten czuje do młodszego kolegi. Okazuje się jednak, że cały czas się nad tym zastanawiał – czy to tylko żarty, czy coś więcej? Myśl, że to może być to drugie, budzi w nim nowe emocje, na zewnątrz jednak nadal stara się być opanowany. W ogóle panowie odnoszą się do siebie z dużą grzecznością, wynikającą zapewne z niejakiej niezgrabności – szukają się nawzajem, spotykają na przerwach, razem wracają z domu, chcą spędzać czas razem, ale w powietrzu wisi to napięcie związane z niedookreśleniem relacji. Są poprawni przed sobą nawzajem, ale prawie każda scena z nimi, kiedy są osobno, to rumieniący się chłopiec – Sasaki rumieni się (absolutnie uroczo!), gdy w podziękowaniu za walentynkowe czekoladki dostaje od Miyano słodycze, Miyano rumieni się na samą myśl, że to może nie żarty.

W tym odcinku pojawia się kolejny z zaprezentowanych w openingu bohaterów tła. Miyano niechcący słyszy, jak Sasaki rozmawia z Ogasawarą (tym nowym) o mangach BL. Jego kolega wręcz rozpaczliwie nie może zrozumieć jego zainteresowania tym gatunkiem, dowiemy się też, dlaczego tak jest (co przy okazji może kazać nam się zastanowić, czy poznamy dziewczyny niektórych bohaterów – razem z głównym bohaterem mogliby stworzyć klub miłośników BL…).

Przyzwyczaiłam się do rwanej „fabuły”, pokazywane na ekranie emocje rozpuszczają serduszka, a główni bohaterowie są uroczy. Orbitujący wokół nich pozostali panowie – mimo że nie wpływają praktycznie na wydarzenia – nie są przerysowani, nie wtrącają się w nie swoje sprawy, ale widać, że bohaterów lubią i wesprą ich, jeśli zajdzie taka potrzeba. Są dodatkiem, ale takim… bardzo konkretnym i sympatycznym, milcząco śledzącym relację głównej pary. Obserwowanie ich spojrzeń i rejestrowanie, ile zauważają i jak na to reagują, również jest ciekawe.

Ewidentnie odbiór serii poprawił mi się od czasu pierwszego odcinka, nadal jednak znajdą się rzeczy, do których można się przyczepić, niektóre wątki zostały pokazane niechlujnie, szybko, skakanie po scenach nie zawsze wychodzi, a pojawienie się tła innego niż szkolna ściana, pastelowe bąbelki czy kwadraciki to powód do świętowania. Seria mnie jednak kupiła ciepłem, jakim emanuje, oraz szacunkiem, z jakim odnoszą się do siebie postaci. No i rumieniącym się Sasakim. Oglądam dalej.

Ryu oznajmia, że zna doskonałego bramkarza – to niejaki Taiga Amakado, prywatnie jego przyjaciel z dzieciństwa. Byłby na pewno cennym nabytkiem do drużyny, jednak pewien incydent w czasach gimnazjum sprawił, że chłopak odwiesił rękawice na kołek i nie zamierza wracać do futsalu. Czy wytrwa w tym postanowieniu? Cóż, sądząc po tytule, odpowiedź przyniesie następny odcinek (na wypadek, gdyby ktoś jej jeszcze nie zauważył w czołówce i przy napisach końcowych). Gros tego odcinka natomiast zajmują przygotowania do meczu z liceum Adalberta, znanym z doskonałych zawodników i stylu gry opierającego się na płynnej koordynacji podań. Tymczasem Sakaki nie radzi sobie najlepiej z nową odpowiedzialnością i po staremu próbuje grać w pojedynkę. Ostatnie minuty to już początek meczu; chłopcy się starają, ale widać, że przeciwnicy górują nad nimi zarówno pod względem zgrania, jak i strategii.

Łamię sobie głowę nad tym, co jeszcze mogłabym napisać o Futsal Boys!!!!!, ponieważ odcinek był tak samo mdły, nijaki i oderwany od rzeczywistości jak poprzednie. Na pewno nie jest to seria dla amatorów sportu, ale nie wiem, czy nawet fanki ładnych chłopców mają tu czego szukać. Fabuła jest pozbawiona choćby iskry życia, dialogi sztywne, a akcja czysto pretekstowa. O bohaterach nadal wiemy niewiele, a jeśli się czegoś dowiadujemy (np. o Mrocznej Przeszłości Taigi oraz o Tajemniczym Krewnym Yamato), to jest to tak głupie, że wolałabym chyba całkowity brak informacji.

Uczciwie przyznam, że animacji było więcej – podczas meczu postaci rzeczywiście biegają i skaczą, przy czym nawet zachowują w miarę ludzkie kształty i proporcje. Przedtem natomiast można wywnioskować, że zarówno szkoła, jak i miasto są wyludnione jak po apokalipsie, bo w żadnej scenie nie widać przypadkowych przechodniów czy innych statystów. Sama rozgrywka natomiast… No niestety, ruch na boisku trzeba umieć pokazać, a tu mam wrażenie, że nikt się nawet nie starał. Brakuje dynamiki, klimatu, adrenaliny, w sumie czegokolwiek, co zachęciłoby do kontynuowania seansu.

Trzeci odcinek, a oni dalej walczą z Rickiem… Musashi po raz kolejny udowadnia, że jest debilem – wszyscy, jak jeden mąż, mówią mu, że powinien odpuścić, bo zwyczajnie nie ma pojęcia jak pokonać demona. Walenie na oślep nic nie da, bo Rick ekspresowo się regeneruje, po prostu szkoda energii. Ale nic to, główny bohater się uparł – coco jamboo i lecimy na złamanie karku, wymachując mieczem i odgrażając się całemu światu. I wiecie co, chrzanić, niechby kretyn się zmęczył, zginął, cokolwiek, problem polega na tym, że swoim nieodpowiedzialnym i egoistycznym zachowaniem naraża pozostałych samurajów, którzy dla odmiany wiedzą, co robią… Sytuację nieco ratuje Koujiro, który przytomnie łapie za fraki kapłanów i wypytuje ich o słaby punkt Ricka, po czym przekazuje informację Musashiemu. Mimo to, bohater nie jest w stanie pokonać demona i gdyby nie Takeda, zapewne tragicznie zakończyłby żywot. Koniec końców, Rick zostaje pokonany – uwolnieni górnicy dziękują, drużyna Takedy świętuje i tylko Musashi jest niepocieszony, bo nie udało mu się zabić pierwszego demona. Ku uciesze reszty, bohater wyrzuca z siebie litanię skarg, a Takeda, któremu głupi upór chłopaka wyraźnie przypadł do gustu, daje mu w prezencie tajemniczy kalejdoskop. Musashi wraz z Koujiro odkrywają, że dzięki niemu są w stanie znajdować demony. Grupa Takedy odpływa na latającej fortecy, a bohaterowie podejmują decyzję o porzuceniu miasta i wyruszeniu w podróż, która ma zmienić ich życie…

Te trzy odcinki były jednym z dłuższych i nudniejszych wstępów do opowieści, jakie miałam nieprzyjemność oglądać. Niestety, przez te trzy odcinki nie znalazłam w Oriencie nic, ale to absolutnie nic, co zachęcałoby do dalszego seansu. Główny bohater jest nieznośnym, bezmózgim i napuszonym idiotą, który swoim zachowaniem naraża życie innych. Koujiro mógłby być interesującą przeciwwagą, ale twórcy nie poświęcili mu zbyt dużo czasu, ograniczając się do podkreślania jego tragicznej przeszłości i dylematów moralnych. Jedyną postacią, wzbudzającą cień sympatii, jest Takeda, ale tylko dlatego, że reszta postaci jest tragicznie skonstruowana i oparta na tak ogranych schematach, że ręce opadają. W sensie, nie mam nic do schematów w seriach przygodowych, a nawet lubię tę typowość zachowań i pewną powtarzalność charakterów, ale postać musi posiadać charyzmę. W Orient tego brakuje, bohaterowie są płascy, a ich osobowość określa jeden przymiotnik, co gorsza, nie widzę tu żadnej możliwości zmiany, chyba że na gorsze. Musashi w trzecim odcinku zachowuje się jak kretyn i nawet porażka nie jest w stanie zmusić go do refleksji – reszta postaci zamiast strzelić go w pysk, podziwia jego determinację i nagradza ośli upór.

Fabuła jest żenująco nijaka – serii o walce z demonami jest multum i nawet te ze średniej półki mają ciekawszą fabułę od Orientu. A przecież istnieją anime o demonach, które są naprawdę dobre. Świat przedstawiony jest pusty, nudny i pozbawiony logiki. Te grupy samurajów, które działają na własną rękę, zamiast wspólnie walczyć z wrogiem? No i co, że mają inne cele, i tak ich nie zrealizują, dopóki światem rządzą demony. To wszystko się nie klei – bohaterowie, którzy nie mogli pokonać jednego demona, mimo wszystko wyruszają w drogę sami, a przecież mogliby przyłączyć się do Takedy, chociażby po to, żeby czegoś się nauczyć, zdobyć potrzebną do walki wiedzę… Tu nic nie gra.

Grafika jest brzydka, krzywa i statyczna – całość jest robiona na odwal się. Tak, jakby nikomu nie zależało, żeby seria chociaż w minimalnym stopniu była atrakcyjna. Po co to w ogóle powstaje? Kto zdecydował się zapłacić za tego gniota? Naprawdę nie widzę ani jednego powodu, żeby marnować czas na Orient. To anime słabe, nudne i wyjątkowo przewidywalne. Szkoda czasu, naprawdę.

Po kilku drugorzędnych zadaniach, Gentiane staje przed prawdziwym wyzwaniem. Powierzone zostaje jej odnalezienia lokalizacji i odzyskanie M4A1, zanim zrobi to wróg. Sprawa rzecz jasna do łatwych nie należy, gdyż Sangvis, dzięki poświęceniu Scarecrow, teoretycznie jest krok przed nimi. Jak się okazuje, M4A1 zdaje sobie z tego faktu sprawę i dzięki podjęciu ryzyka przekazania informacji w sposób, który powinien ujść uwadze dość natarczywej i zbyt pewnej siebie T-Doll przeciwnika, udaje się jej przekazać wskazówki swoim towarzyszom. Czy uda się uratować ją i posiadane przez nią informacje? Czy niepewna swoich zdolności dowódczyni oddziału AL ujdzie z życiem?

Trzeci odcinek potwierdza moje dotychczasowe obserwacje. Akcja i wydarzenia, mimo wielu nieścisłości, potrafią zainteresować niczym gameplay dobrej gry w tym gatunku. Można by tu narzekać, że Gentiane wraz z resztą protagonistów brakuje nieco głębszego pokazania charakterów, ale temu tytułowi zdecydowanie lepiej służy większa ilość akcji niż zbyt długie rozczulanie się nad ciężkim losem i charakterami bohaterek. Działania postaci są dość w wystarczającym stopniu podparte w ich charakterystyce, podobnie jak sposoby dowodzenia Gentiane, sprawiając wrażenie przekonujących. Rzecz jasna nie spodziewajcie się tutaj wielowątkowej fabuły z całą masą niuansów czy prób ujęcia widza niezwykle interesującymi postaciami, ale całość jest wystarczająco ciekawa, aby odcinek minął nie wiadomo kiedy. Duża daje od siebie tutaj oprawa techniczna, budująca odpowiednie napięcie, nastrój i dynamikę akcji. Nieco brakuje, jak na razie jedynie bliższego poznania antagonistów, ich samozwańczej wyższości i samodzielności działań względem reszty T-Doll, ale miejmy nadzieję, że kolejne odcinki odsłonią nieco tej tajemnicy. Czy warto oglądać dalej? Moim zdaniem tak, o ile nie wymagacie niczego ponad porządną dynamiczną i trzymającą w napięciu akcję w klimatach wojennych. Zbyt duże oczekiwania względem fabuły czy świata przedstawionego mogą jednak szybko zepsuć rozrywkę.

Zyskująca coraz większa popularność Akebi musi zdecydować jakie kółko zainteresowań wybrać. Rozważania te sprawiają, iż zaprzyjaźnia się bliżej z dwoma dziewczynami z klasy – poważną i nieco zamknięta w sobie przewodniczącą Tanigawą, która, jak twierdzi sama Komichi, obdarzona jest pięknymi nogami (o tym zaraz), oraz zafascynowaną literaturą Tomono, która wspiera główną bohaterkę w poszukiwaniach właściwego dla niej wyboru.

Po najnowszym odcinku Akebi-chan czuję się lekko… skonfundowany, głównie przez jego pierwszą część. Nigdy nie byłem nastoletnią dziewczyną, trudno więc mi powiedzieć, na ile zachowania bohaterek są w tej sytuacji normalne, natomiast nie ukrywam, że skupienie dużej ilości czasu na nogach jednej z nich było w tym kontekście co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć niepokojące. Odkrywanie swojej seksualności to rzecz absolutnie naturalna, ale tu podana jest w sposób, który zdecydowanie może budzić wątpliwości, szczególnie jeśli przypomnimy sobie, że mowa tu o gimnazjalistkach, i to takich, które swoją naukę w tej szkole dopiero zaczęły. Na pewno łatwiej byłoby przełknąć pewne elementy, gdyby bohaterki po prostu starsze, albo gdyby najzwyczajniej było to podane nieco inaczej. Bo jednak pokazywanie, umówmy się, dość wyzywającego zdjęcia jednej z dziewcząt, nie pomaga i tak już nieodpowiadającego niektórym klimatowi serii.

Dużo negatywnych myśli mam również na temat samej Akebi. Wszyscy ją lubią, jest dobra (lub najlepsza) absolutnie w każdej rzeczy, której się podejmuje – w skrócie, jest idealna aż do przesady. Trudno z taką postacią i jej ewentualnymi rozterkami się identyfikować, kiedy nie ma ona żadnych wad. Jednocześnie jednak ma w sobie sporo uroku, który odrobinę przyćmiewa bolączki związane z tym, jak jest napisana, natomiast nie zdziwiłbym się, gdyby jej charakter po prostu większość widzów odrzucił. Mnie na razie jeszcze nie odpycha, ale nie wiem, czy i moje wrażenia z czasem nie ulegną zmianie.

Technicznie znów jest bez zarzutu. Najważniejszym nazwiskiem pracującym przy tym odcinku jest odpowiadająca za scenorys Shouko Nakamura, reżyserka świetnego Doukyuusei, która na koncie ma również współpracę z Kunihiko Ikuharą przy Mawaru Penguindrum. Nie zabrakło więc ponownie ładnych kadrów oraz świetnych rysunków, nadzorowanych tym razem przez duet złożony z Youheia Yaegashiego oraz Shouko Nagasawy. Duże wrażenie szczególnie zrobiły na mnie wszelkie tkaniny i ubrania bohaterek z narysowanymi z wielką precyzją fałdami czy zagięciami.

Nie wiem, czy szczerze byłbym w stanie Akebi-chan po tych trzech odcinkach polecić – zależy to zapewne od tego, czego tak naprawdę oczekujecie. Jeśli chwytającej za serce luźnej opowiastki, przemycającej tu i ówdzie ciekawe przemyślenia na temat dojrzewania, to chyba nie tutaj. Akebi-chan to piękna seria i o pięknie opowiadająca – jest to jednak piękno wyidealizowane, momentami wręcz nierealne. Pytanie więc, czy taka formuła, sprawiająca, że życie jawi się jako coś potencjalnie lepszego niż faktycznie w wielu przypadkach jest, będzie wam odpowiadać. Ja przy tej serii pozostanę, ale przede wszystkim jednak dla kunsztu, z jakim jest wykonana, dla projektów Megumi Kouno, dla artystów, których twórczość mnie interesuje. Ostatecznie Akebi-chan to trochę sztuka dla sztuki, nienosząca za sobą praktycznie żadnej głębi. Wciąż jednak momentami bardzo przyjemna.

W 24. dzielnicy rozpoczyna się Festiwal Smakoszy. Mimo pewnych problemów knajpie Mari i jej rodziny udaje się dołączyć do rywalizacji o główną nagrodę. Dziewczyna wierzy w sukces, nieświadoma, że jej największy rywal, Mon Jungle, a dokładnie szef Yabasume, Hajime Taki, dopuścił się oszustwa w celu ułatwienia sobie zwycięstwa. Na szczęście o nieuczciwości dowiaduje się Shirakaba i, po początkowym oporze (szantaż ze strony Takiego), pokazuje przerobioną urnę z głosami. Wszystko kończy się szczęśliwie…

No jednak nie, bo Asumi ponownie dzwoni do chłopaków. Tym razem nadchodzącą tragedią ma być przejście tornada, które spowoduje śmierć wielu ludzi, bez względu na wybór sposobu – ewakuacja przez most (zakorkowany przez samochody) albo ukrycie się w kontenerach (których jest za mało dla wszystkich mieszkańców). Chłopaki decydują się połączyć oba rozwiązania – Shuuta „oczyszcza” most z pojazdów, Ran hakerskimi umiejętnościami przyjeżdża na miejsce ciężarówkami – ale niestety przez niedogadanie się Rana z Koukim dochodzi do jeszcze większego zablokowania drogi ucieczki. Ostatecznie ginie ponad dwadzieścia osób, a wiele zostaje rannych. Jedną z ofiar jest Shirakaba próbujący ratować córkę, Kozue. Gdy protagoniści przeżywają rozpacz, na ekranie telewizora ukazuje się tajemniczy jegomość, Carneades, i ujawnia się jako sprawca pogodowej anomalii. Cóż, prawdziwa akcja dopiero przed nami…

Moje zainteresowanie serią nieco się zwiększyło dzięki końcówce odcinka, która zapowiedziała głównego (czy jedynego?) złoczyńcę; dobrze, że nie okazał się nim Taki, bo wyjątkowo sztampowy typ twórcom wyszedł. Na plus także brak happy endu i pokazanie, że mimo wiedzy o przyszłości oraz nadnaturalnej siły protagoniści to wciąż tylko zwykłe chłopaki, nie zawsze będące w stanie zapobiec katastrofie. A bez wątpienia Carneades jeszcze ich i dzielnicę porządnie doświadczy, muszą więc się nauczyć lepiej współpracować i wybierać lepsze rozwiązania problemów, niekoniecznie te podawane przez Asumi. Ja z chęcią zobaczę, co twórcy zaprezentują dalej; innych też, lubiących połączenie akcji i tajemnicy, umiarkowanie zachęcam do seansu, o ile potrafią zaakceptować średnią oprawę graficzną.

Trzeci odcinek, a więc i trzeci kawaler wjeżdża na ekran! Tym razem kawałek tortu „ratowania ludzkości” przypada Doi Shoutcie, który niestety nie miał łatwego życia. Chcąc pomóc koledze przed prześladowaniami, sam wpadł w łapy opryszków i jego codzienne życie stało się piekłem. Co więcej, prześladowcy dziwne mieli upodobania, no ale nie mnie to oceniać. W każdym razie przed horrorem dnia codziennego ratuje go choroba, a po pięciu latach w stanie cold sleep zostaje wybudzony i musi spełnić rozpłodową misję bojową. Na początku nie dowierza w to wszystko, co opowiada mu jego opiekunka – Karen Kamiya, ale brak mężczyzn wokół i wysokie zainteresowanie jego osobą przez osobniczki płci przeciwnej zdają się powoli zmieniać jego nastawienie względem świata.

Historia chłopaka należy do najbardziej oklepanych wersji prześladowań, jakie możemy spotkać w anime. Jest poniżany, bity, a wieści o jego śmiertelnej chorobie nikogo, poza jedną nauczycielką, nie obchodzą. Swoją drogą, co interesującego może być w zmuszaniu do masturbacji z perspektywy trójki silniejszych facetów, to ja nie wiem… W każdym razie dalej historia jest już typowa dla tego tytułu – Doi budzi się, trafia do szkoły pełnej ślicznych dziewcząt w której próbuje oswoić się z nową sytuacją. Ku jego zdziwieniu zastaje tam swoją nauczycielkę, która postanawia go wynagrodzić za pięć lat walki z chorobą. I żyli długo i szczęśliwie.

Szczerze mówiąc, to nie wiem ku czemu wydarzenia z tego anime dążą. Nie widzę tu żadnej przewodniej myśli fabularnej, nie widzę tutaj nic ciekawego w świecie przedstawionym, a sami bohaterowie są, nazwijmy to delikatnie, mało interesujący. Patrząc na dwóch z trzech, to ludzkość nie wygrała losu na loterii pod względem ich możliwości rozpłodowych. Trzeci odcinek zdedydowanie wieje nudą, fanserwisowi brakuje polotu – trudno o to, aby po oskalpowaniu hentaja z całego „meritum” wyszło z pozostałości cokolwiek atrakcyjnego dla widza. Na dodatek dwójce z bohaterów totalnie brakuje charyzmy i umiejętności odnalezienia się w babskim świecie, przez co męczą widzów jeszcze bardziej swoimi smutkami, totalnie niepasującymi do sytuacji. Zdecydowanie nie polecam dalszego seansu, chyba że faktycznie fanserwis wpada w wasze gusta.

 

Dziewczęta oglądają nawzajem albumy ze swoimi zdjęciami sprzed lat, poznając się lepiej i rozmawiają o swoich wrażeniach z mieszkania z obcymi ludźmi. Co zaskakujące, ich odczucia przedstawione są całkiem realnie. Wnioski i działania następujące po tej rozmowie prowadzą wszystkich (włącznie z Koi i jej rodziną) prosto na wyprawę wędkarską pod namioty. Pomiędzy wędkowaniem z łódki, tłumaczeniem, dlaczego jedzenie niektórych potraw uważane jest za przynoszące pecha czy pieczeniem ryby nad ogniem, odbywa się sporo rozmów na temat rodziny, relacji i ogólnie uczuć. Wszystko to okraszone jest odrobiną melancholii oraz toną ciepła i słodkości.

Podczas oglądania trzeciego odcinka wątek wędkowania zdaje się być jeszcze wyraźniej na siłę użytym schematem w serii, która chce opowiadać o czymś innym. Jasne, w rzeczywistości również może się zdarzyć taka historia, ale miejscowe skupianie się na tłumaczeniu, jak się łowi ryby, wciśnięte pomiędzy poważniejsze rozmowy, wypada czasami dość sztucznie. Jednak jeśli przełknąć tę koślawość w łączeniu wątków, to seria prezentuje się obiecująco. Może niepokoić jednak to, że trzeci odcinek w dużej mierze sprawia wrażenie wtórnego wobec poprzednich, jakby kończyły się pomysły – i to mimo poruszenia kolejnych zagadnień z życia w nowej rodzinie. Nasuwa się tutaj pytanie, w jakim kierunku pójdzie seria, aby zachować widza przy ekranie, jeśli zależy jej na uwadze nie tylko tego rodzaju wielbicieli sacharozy, którym nie przeszkadza powtarzalność.

Jest to bardzo niewinna seria, jako podstawę mająca wątek wprowadzania jednej postaci przez drugą w nowe hobby, a następnie zagłębiająca się w relacje międzyludzkie, poruszająca wątek przepracowywania straty kogoś bliskiego – z jednej strony w sposób w miarę realistyczny, jeśli wziąć pod uwagę same wydarzenia, ale całkowicie odrealniony, jeśli chodzi o ostateczny sposób pokazywania tego. Do tej pory ani jedna scena nie była naprawdę smutna, ani jedna nie wzruszyła, ponieważ wszystko wsadzone jest w obficie lukrowane ramki. Siły twórców ewidentnie skupione są na tym – vide częste dopieszczone maksymalnie stopklatki, rodzaje stosowanych ujęć, zbliżenia na oczy – aby seria robiła ciepło na serduszku. Czy tak będzie dalej i komu to pasuje, musicie sprawdzić już sami.

 

Cue! – odcinek 3

Dziewczęta rozpoczynają regularne lekcje mające je przygotować do zawodu seiyuu. Jednocześnie trwają prace wykończeniowe w nowym dormitorium, do którego będą mogły się wprowadzić… Ale jeszcze nie w tym odcinku. Możemy za to obejrzeć naradę ekipy produkcyjnej anime Bloom Ball decydującej o przydziale ról. Jako jedna z ważniejszych postaci, Tsubaki, zostaje obsadzona Maika, a imienne partie dostają jeszcze dwie dziewczyny z Airblue. Pozostałe muszą przełknąć gorycz porażki, ale jak tłumaczy im właścicielka agencji, tak to już jest w tym zawodzie. Pojawia się zresztą nowa szansa, tym razem o innym charakterze. Agencja muzyczna chce nawiązać współpracę z Airblue nad nowym projektem multimedialnym, w którym czwórka dziewcząt ma się wcielić w role idolek – nie tylko wirtualnie, ale także dosłownie, występować na scenie, tańczyć i śpiewać. Czy to jeszcze jest praca dla seiyuu? Czy też aktorki głosowe w obecnych czasach z konieczności muszą być bardziej elastyczne i poszerzać swoje portfolio w każdy dostępny sposób? Cóż, Project Vogel nie jest jeszcze pewny, ponieważ ma się opierać na crowdfundingu, ale w Airblue znajduje się dokładnie czwórka chętnych, które mogą się przygotowywać do nowej roli. Nie ma wśród nich, podobnie jak wśród świeżo upieczonej obsady Bloom Ball Haruny, która doszła do zaskakująco rozsądnego wniosku, że przed dalszymi castingami musi podszlifować swoje umiejętności.

Ten odcinek, zależnie od punktu widzenia, może zostać uznany za ciekawszy lub nudniejszy od poprzednich. Nie pomogła mu na pewno szarpana konstrukcja – sceny, które się na niego składały, nie były powiązane w przemyślaną całość i przypominały raczej „obrazki z życia”. To właśnie ta zaleta – pokazanie przynajmniej trochę „zaplecza”, od narady produkcyjnej anime poprzez dyskusję, czy seiyuu powinny próbować sił jako pseudoidolki. Oczywiście wszystko nadal jest ugrzecznione do granic możliwości, miłe, życzliwe i pozbawione choćby cienia zawiści czy drapieżności, ale jakiś mały punkt się należy. Gorzej, że wszystkie te sceny są upiornie statyczne i polegają na tym, że widzimy postacie stojące lub siedzące i wypowiadające zadane kwestie w uporządkowany sposób, jakby uczestniczyły w scence instruktażowej na użytek widza. Niby można powiedzieć, że się czepiam, bo w takim przypadku trudno o dynamikę, ale w tym ujawnia się główna słabość Cue! – seria wymaga zaangażowania emocjonalnego i zachowuje się, jakbyśmy już doskonale znali bohaterki i kibicowali im w pierwszych krokach, podczas gdy po tych trzech odcinkach tylko nieliczne miały okazję powiedzieć więcej niż jedno-dwa oderwane zdania.

Statycznej fabule towarzyszy statyczna grafika, składająca się głównie z prawie nieruchomych ujęć i panelowania. Zgodnie z moimi przewidywaniami Cue! to seria jak wszystkie podobne, udająca tylko, że chce pokazać cokolwiek z zaplecza zawodu, a w rzeczywistości koncentrująca się na uślicznionych i odrealnionych dziewczątkach. Papierkiem lakmusowym może być scena, w której się okazuje, że agencja pozwala dziewczynom zgłaszać się do „idolkowego” projektu na ochotnika, nie sprawdzając nawet ich muzykalności, i nikogo nie obchodzi, że jedna z kandydatek jest paraliżowana własną nieśmiałością, a druga ma płaski, kaczy głosik. Ważne, że chcą z całego serca…