Po udanej ucieczce z pałacu Keyaruga wraz z Freiyą docierają do miasteczka Lanaritta. Na miejscu zastają chaos wywołany dziwną chorobą rozprzestrzeniającą się wśród ludności. Rzecz jasna główny bohater całą sprawę rozpracowuje, a na produkcji lekarstwa (a w zasadzie antidotum) chce zarobić pieniądze. Po co? W celu zakupu niewolnicy oraz zemsty na parze byłych towarzyszy Flare, którzy co noc „troszczyli” się o niego, gdy był pozbawiony świadomości i uzależniony od narkotyków.

Trzeci odcinek potwierdza w zasadzie to, co zobaczyliśmy w dwóch pierwszych. Tytuł ma dwa oblicza – z jednej strony znajdziemy tutaj trudną do zaakceptowania, brutalną i bezsensowną opowieść skupioną na seksualnych ekscesach, a z drugiej całkiem solidne podstawy fabularne działań bohatera. Jeśli zapomnieć o tej pierwszej składowej, widzimy, że Keyaruga umie zazwyczaj działać w sposób logiczny, radzić sobie w realiach świata przedstawionego, a także krok po kroku dążyć do realizacji celu. Nie brakuje tu rzecz jasna potknięć, ale są to zalety warte wyróżnienia. Co więcej, na tle narastają potencjalne niebezpieczeństwa, które na pewno skomplikują mu drogę do celu. Czy poradzi sobie z powrotem księżniczki Noir, zachłannymi kupcami, a także odkryciem przez pałacowe służby jego zagrywki z podmianą ciał? Czy uda mu się oswoić nową niewolnicę, która nie panuje nad agresją?

O tym wszystkim przekonacie się, oglądając kolejne odcinki! Jest to jednak zadanie dla wytrwałych, gdyż pierwsza i najbardziej rzucająca się w oczy cecha charakterystyczna tytułu, czyli sceny erotyczne z piekła rodem, może skutecznie zniechęcić większość widzów. Te fragmenty są po prostu tak odpychające, że przy kolejnej retrospekcji lub pokazie niecnych działań Keyarugi odechciewa się oglądać dalej. Odradzam tę serię wszystkim, których tolerancja na takie elementy oscyluje w granicach zdrowego rozsądku. Nie zmienia to faktu, że strona fabularna ma swoje plusy i może pozostawiać ciekawość, co wydarzy się dalej.

Rika Kawai, była idolka, to kolejna dziewczyna, która kupuje w automacie cudowne jaja. Podobnie jak Ai i Neiru, także i ona pragnie przywrócić kogoś do życia, konkretnie swoją fankę Chiemi. Gdy wprasza się na noc do Ai, ich światy podczas snu łączą się w jeden. Nie dość więc, że tym razem uratować muszą dwie osoby naraz, to stają do pojedynku z zabójcą, którego siła zdecydowanie przewyższa tych, z jakimi musiały mierzyć się wcześniej.

Seria wraz z postacią Riki (która jest naprawdę miłym dodatkiem do obsady) wprowadza kolejne motywy i porusza więcej problemów, zahaczając między innymi o sławę i jej konsekwencje oraz samookaleczanie. Powraca również wątek Koito i wydawać się może, że w jej przypadku duży wpływ na decyzję o odebraniu sobie życia mogła mieć relacja (wszystko wskazuje na to, że nie platoniczna) z nauczycielem, panem Sawakim, który regularnie odwiedza Ai i jej mamę w domu. Za poczynaniami bohaterek stoją naprawdę trudne emocje związane z niełatwymi przeżyciami i choć znajdą się pewnie tacy, którzy będą mówić o nadmiarze poruszanych kwestii, to ja nie uważam, żeby to była wada – wokół tego Wakabayashi i Nojima chcą budować narrację, to nie ma być seria łatwa w odbiorze, ma skłaniać do refleksji i jak na razie robi to perfekcyjnie, nie popadając przy tym ani przez chwilę w przesadę. A przypominam, że jeszcze nie pojawiła się ostatnia z głównych bohaterek, Momoe.

Trzeci odcinek wyreżyserował Yuki Yonemori (debiutant w tej roli), a za nadzór animacji odpowiadali Iori Hisatake oraz Kerorira i nie pozostaje mi nic, jak po raz kolejny rozpłynąć się nad oprawą graficzną. To ponownie pokaz możliwości ekipy, którą udało się zebrać przy tej serii – podobnie jak w poprzednich odcinkach pełno tu świetnie animowanych subtelnych ruchów, ale największe wrażenie zdecydowanie robią sceny akcji. W trakcie seansu co chwilę właściwie mówiłem sobie pod nosem „łał, ale to jest dobre”, po to, żeby zaraz zostać zaskoczonym jeszcze raz. Być może odrobinę za wcześnie na to, ale nie przesadzę chyba, jeśli powiem, że produkcji o takiej skali i ambicji nie było od czasów Mob Psycho 100.

Porównywałem już Wonder Egg Priority do twórczości Naoko Yamady, Satoshiego Kona czy Siona Sono; w internecie z kolei spotkałem się ze skojarzeniami z Gridmanem Akiry Amemiyi, Flip Flappers Kiyotaki Oshiyamy, Madoką Akiyukiego Shinbou czy Mawaru Penguindrum Kunihiko Ikuhary, a nawet z prozą Harukiego Murakamiego. Podobieństw można doszukać się wiele, stąd nie dziwi mnie ilość pojawiąjących się tytułów i nazwisk, nawet tak głośnych.

Niepozorna seria o dziwnym tytule, praktycznie bez żadnego marketingu, schowana gdzieś za kontynuacjami wielkich marek, okazała się czymś zupełnie nowatorskim i wyjątkowym. Dawno nie czułem takiej ekscytacji i zniecierpliwienia w oczekiwaniu na odcinek jakiegokolwiek anime – dni między emisjami autentycznie mijają mi na rozmyślaniu o tym, co będzie dalej. Wonder Egg Priority, jeśli po drodze twórcy się nie potkną (a nie wydaje mi się, aby mieli to zrobić), w dłuższej perspektywie może okazać się serią, o której pamiętać będziemy przez lata – a przynajmniej pamiętać będę ja. Zapiszcie sobie nazwisko Shina Wakabayashiego, a przede wszystkim oglądajcie serie oryginalne. Bo to za nimi najczęściej stoją najbardziej kreatywne i utalentowane osoby w tej skostniałej branży, w której w ostatnich latach prym wiodą adaptacje sztampowych shounenów czy light novelek.

Wstąpcie razem ze mną do jajecznego kultu – teraz chyba nie macie już wyjścia.

Źródłem wszystkich naszych bied jest porównywanie.

Søren Kierkegaard

Przepraszam, zbłądziłem. Wątpiłem w twórców, wątpiłem w studio Visual Flight! Tymczasem nigdy nie było podstaw do obawy – słabość nie była w nich, słabość była we mnie! To mnie brakowało pasji oraz woli, aby w pełni pogrążyć się w świecie Ex-Arm, to dla mnie przekaz tej serii był tak obciążający, że ledwo wytrwałem trzeci odcinek. Musiałem go zatrzymywać, oglądać po minucie na raz, zmuszać się do każdej kolejnej sceny. Uważałem się za weterana anime, tymczasem całe to doświadczenie okazało się niewiele warte w porównaniu do tego, czego wymagali ode mnie twórcy. Ostatecznie dałem radę, ale wiele mnie to kosztowało.

Akcja zaczyna się, gdy nasi policjanci postanawiają przejąć kolejne ex-arm, tym razem znajdujące się w posiadaniu bananowego dyktatora przebywającego na uchodźstwie w Japonii. Fakt, że wszystkie poprzednie jednostki wysłane w tej sprawie zniknęły bez śladu, nie zraża ich ani trochę, jak i w szczególności nie motywuje do przygotowania czegokolwiek przypominającego plan. Jeden cyber-lesbijski pocałunek później protag wyrusza mężnie stawić czoło czekającej na niego animacji. Mogło być gorzej – system obronny willi dyktatora wydaje się składać jedynie z cyber-pokojówki, acz na jego nieszczęście ochoczo podejmuje ona próbę inscenizacji wczesnych odsłon Mortal Kombat. Nie wygląda to dla policji najlepiej, jednak sytuacja zmienia się na lepsze, gdy lokalne władze militarne postanawiają, że krzątających się po okolicy kolegów protagonisty należy zlikwidować.

Widzowie małej wiary mogą zacząć zastanawiać się, cóż szczęśliwego w tym, że bohaterów starają się teraz zlikwidować dwie niezależne organizacje. Dowodzi to nieznajomości elementarnej logiki – oczywiste jest, że zlikwidować się da ich tylko raz, a zaciekła rywalizacja o ten ograniczony zasób szybko zamienia się w regularną wojnę między siłami dyktatora (reprezentowanymi przez pokojówkę) a lokalnymi siłami wojskowymi, z tragicznym skutkiem dla tych ostatnich. Taki obrót sprawy dało się przewidzieć choćby z faktu, że lider wojskowych jest 2D, co jasno znamionuje bycie mięsem armatnim. Zamieszanie wykorzystuje protagonista, heroicznie hakując na potrzeby policyjnej akcji bojowego drona należącego do policji. Jest to wielokrotnie już ukazywany w tej serii przykład użytecznego, a zarazem moralnego użycia hackingu.

Mimo optymistycznego zakończenia odcinek zamroczył moje myśli niczym wszechobecne w nim połacie pyłu, którego wirujące kłęby zdawały się niezależne od miejsca, czasu, jak również tak prozaicznych kwestii, jak ruchy kamery. Jest coś głęboko problematycznego w tym świecie… Czy to postacie 2D nałożone jak wycinanki na trójwymiarowe tła…? Nie, to nie to. Czy to protagonista, którego możliwości mimiki są obecnie mizerne w porównaniu do już istniejących robotów? Nie, nie to również. Czy to latarka znajdująca się w miejscu jego genitaliów jak też rozbłyskująca przy próbach pocałunków? Ponownie nie. Problemem są inne anime. Gdyby ich nie było, Ex-Arm błyszczałby jak gwiazda. Gdyż one istnieją, pogrążony jest mroku porównania. Cóż pozostaje nam zrobić – należy zapomnieć. Będę wytrwale medytował, aż wyrzucę ze swojej pamięci wszystkie inne serie. Wtedy – i dopiero wtedy – powrócę do Ex-Arm.

Na początek mamy domowe scenki pomiędzy dziewczętami, obserwowane przez Kotono z niejakim zdziwieniem, bo wygląda, że wszyscy się dogadują. W szkole jej przyjaciółka, Nagisa, jej wytyka, że nigdy nie wyraża własnego zdania i mówi zwykle „zrobię to, co inni”. Następnie mamy przeskok do studia, gdzie dziewczęta kończą trening i zgodnie stwierdzają, że chciałby więcej, czyli jakąś choreografię, albo co. Po czym po zajęciach idą razem coś zjeść – nie, nie widzimy tego, ponieważ podążamy za Kotono, która postanawia więcej trenować. Spotkany w parku Makino, zapytany czemu właśnie grupa, tłumaczy jej, że w Programie nie wystarczy już głos, taniec i osobowość, a grupy są zwykle na szczycie, dlatego stworzył grupę o tak różnorodnych charakterach, że gdy się dograją, to stworzą coś niezwykłego. A, i jeszcze, że ma dla niej niespodziankę.

 

Kolejnego dnia okazuje się, że niespodzianką jest to, że nową członkinią zespołu jest Nagisa, przyjaciółka Kotono. Wkrótce dziewczęta mają też przyjemność spotkać się i ćwiczyć ze sławnym duetem LizNoir, po którym to ćwiczeniu wychodzą na jaw ich słabe jeszcze umiejętności. To wydarzenie jednak daje w końcu impuls Kotono do zaczęcia porozumiewania się z grupą i mówieniu o tym, co jej leży na wątrobie.

 

Pod względem graficznym jest bez zmian – mimo stopklatek, umiejętne kadrowanie, ładny design bohaterek i odpowiednia dawka choreografii przypominają widzowi, że to jest seria o idolkach, a nie obyczajówka. Bohaterki są różnorodne z wyglądu, z typowymi dla tego typu produkcji osobowościami, niewychodzącymi ponad standard, i motywami, które takoż są standardowe, wliczając „tę jedną, co ma inne, a na pewno się zmieni pod wpływem grupy!”

 

Idoly Pride od innych serii idolkowych różni właśnie proporcja części muzycznej i obyczajowej, z czego pierwsza jest jak na razie mniej pokazywana, bardziej skupiając się na relacjach między dziewczętami. W każdym razie na pewno jest to seria z tej „spokojniejszej” strony, niekoniecznie dla osób, które są przyzwyczajone do bardziej kolorowych i żywiołowych produkcji.

Ej, ale żeby nawet tak nie było do czego się przyczepić? No dajcie spokój, trzy odcinki na poziomie tak równym, jakby z poziomicą w ręku je robili. Po raz kolejny dostajemy epizod, który całkiem nieźle sprawdza się jako niezależna historyjka (ma początek, rozwinięcie i finał), a przy tym elegancko wprowadza nas do świata Kemono Jihen. Ponownie też dostajemy sympatyczne, dobrze napisane postacie, solidną akcję, a wszystko to jest zwyczajnie ładne!

Jak na serię średniobudżetową akcja jest animowana wzorowo. Na kadrach tego nie widać, ale jest bardzo dynamicznie.

Sprawdziłem wręcz ponownie studio Ajiado oraz reżysera Mayasę Fujimoriego, aby się upewnić, że faktycznie nie są specjalnie znani. Pamiętam, że początkowo miałem obawy co do tej serii właśnie z nimi związane, a tu? Te odcinki to pokazowy wręcz pokaz kompetencji we wszystkich aspektach, no, może jedynie muzyka momentami robi  drażniące stockowe wrażenie, ale głównie się na nią po prostu nie zwraca uwagi. Doceniam też scenariusz, patrząc po wydarzeniach, mangowy materiał źródłowy (którego nie znam) musi być niezły.

Policzyłem fałdy płaszcza – oczywiście jest ich 9, jak na lisicę przystało!

Dało się przewidzieć, że przedstawiona nam w poprzednim odcinku Inari jest mocno szemraną osóbką, ale jak się to wszystko dokładnie potoczy, nie przewidziałem. Pierwszy raz scenarzyści złapali mnie, kiedy Inari i jej pomocnica Kon bezceremonialnie zdekapitowały Kabane, żeby zgarnąć jego talizman. Że jakieś przekręty będą, to było jasne, ale eskalacja już nie. Że Kabene będzie funkcjonował przez prawie cały odcinek w postaci głowy właśnie, też było zaskakująco urokliwe. Ostatnia niespodzianka była zaś jeszcze przyjemniejsza, bo zacząłem odcinek z podejrzeniem, że chyba wszystko to jakieś lekko naciągane tym razem, ale pod koniec zrobiłem „Aaa, to o to chodziło!” Jest nieprzewidywalnie, ale ma tu udziwnień – w odcinku trzecim, jak się okazuje, obserwujemy pojedynczą bitwę z wojenki między Inugamim a Inari, czy też może jak wolą to ujmować „negocjacji dotyczących ich stref wpływów”. Fakt, że Inugami lekką ręką pakuje w to podległą mu młodzież, dużo mówi o jego charakterze. Niech się młokosy uczą sobie radzić, co nie?

Nieodmiennie animatorzy mają frajdę w prawie każdym kadrze, w którym pojawia się Shiki.

Seria zapowiada się naprawdę dobrze, odcinek był wypełniony akcją (w dużo większym stopniu niż poprzednie) i mimo że dużo się działo, dialogi między postaciami były dalej w punkt. To sztuka być w stanie nawet w kilkusekundowych scenach zaznaczyć charakter postaci, a jednocześnie nie robić z nich karykatur. Rzadko się zdarza, żebym w serii lubił po równo wszystkich ważniejszych bohaterów. Seiyuu też chyba pasowali, bo radzą sobie wyśmienicie. Najbardziej przypadł mi do gustu Natsuki Hanae, który podkłada dość ekspresywnego Shikiego, ale pochwalić muszę wszystkich. Choćby zagranie wycofanej postaci, jak Kabane, też do prostych nie należy, a Natsumi Fujiwara sprzedaje go nam bardzo wiarygodnie (i z takim nastoletnio-chłopięcym zacięciem, że nigdy bym nie zgadł, że to kobieta).

Co tu dużo gadać – oglądać. Jeżeli ma się ochotę na shounena z lekkim podejściem do japońskiego folkloru, to dużo lepiej chyba się nie da!

Langa najwyraźniej bardzo polubił skateboarding, bo przyjmuje wyzwanie Miyi, mimo słów Rekiego, że ze wschodzącą gwiazdą japońskiej deski nie ma szans. Miya rzeczywiście ma niebywałe umiejętności, co udowadnia podczas przejażdżki z chłopakami czy na pokazie dla mediów. Odznacza się też jednak wyjątkową arogancją wobec innych i lekceważy słabszych od siebie, określając pogardliwym mianem slime’ów. Zirytowany Reki przechodzi do ofensywy. Przystosowując sprzęt do stylu jazdy Langi, który wciąż nie potrafi zapomnieć o snowboardzie, tworzy deskorolkę idealną, dzięki której jego przyjaciel jest w stanie nawiązać walkę z przeciwnikiem. Nawiązuje więc i… zwycięża, ledwo, bo ledwo, ale uciera nosa zarozumiałemu skaterowi. Wróć – pokazuje chłopcu, kryjącemu za bezczelnym uśmieszkiem prawdziwe emocje, że na nowo może odkryć przyjemność ze sportu. Czyli szczęśliwe zakończenie? Prawie, bo krótko po wyścigu pojawia się tajemniczy Adam, ważna persona w tutejszej społeczności, z którego polecenia Miya zmierzył się z Langą. Zawiedziony porażką bohatera, mówi mu parę niemiłych słów. Reki staje w obronie nowego kumpla, a że Adam nie zamierza cofnąć krytyki, pozostaje go do tego zmusić, oczywiście wiadomo jak.

Trzeci odcinek SK∞ nie oczarował mnie tak jak poprzednie. Przebieg wydarzeń był prosty i raczej przewidywalny, ponadto otrzymaliśmy historię utalentowanego dzieciaka, który, odepchnięty przez zazdrosnych współzawodników, stracił radość z jazdy. W krótkim czasie trudno taki wątek przedstawić w wystarczający sposób, aby mógł właściwie poruszyć. Jeśli zaś chodzi o wątek Rekiego i Langi, widać, że na razie twórcy skupiają się głównie na drugim z chłopaków, Rekiego traktując nieco po macoszemu. Oczywiście nadal świetnie się na nich wspólnie patrzy, Reki jednak zasługuje na większe uznanie i liczę że wkrótce zobaczymy go w akcji. Podobną nadzieję żywię w stosunku do duetu Joe-Cherry – jakkolwiek wprowadzają wiele humoru, bycie jedynie wabikiem na fujoshi prędzej czy później zacznie nudzić czy irytować. A ich relacja z pewnością kryje w sobie więcej potencjału, co pokazał już poprzedni odcinek, gdy zobaczyliśmy, że zupełnie inaczej traktują skateboarding. Na różne zbiegi okoliczności popychające fabułę do przodu przymknę oko, byle się później nie namnożyły.

Dobra, a teraz poważniej, bo nie chcę kończyć zajawkowania marudzeniem – wciąż jest świetnie! Seria nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu, ba, jest jedną z lepszych pozycji sezonu, a przynajmniej jedną z lepiej zrealizowanych – bez wielkiej przesady stwierdzam, że można się nią cieszyć dla samych wizualiów, zwłaszcza kolorystyki, która momentami wypada wręcz obłędnie. Także animacyjnie nie przestaje pozytywnie zaskakiwać i jak na tytuł o skateboardingu przystało nie brakuje nie tylko szybkich pojedynków, ale i efektownych trików na desce. Co zaś się tyczy fabuły… Właśnie, fabuła. Szczerze przyznaję, że poprzednio na śmierć zapomniałam ją ocenić, czy dobra, czy zła, w jakim zmierza kierunku… Niewątpliwie zgrabnie się toczy, nawet jeśli trochę przewidywalnie, trudno natomiast powiedzieć, czym później nas anime zaskoczy. Mogę jedynie po openingu i zachowaniu Adama względem Langi przypuszczać, że Langa będzie w niebezpieczeństwie, z którego wyratuje go Reki, prawdopodobnie łącząc siły z pozostałymi bohaterami. Co jednak dokładnie się zdarzy i co siedzi w głowie niebieskowłosego, nie wiadomo i to też działa bardzo na plus i jeszcze bardziej zachęca do seansu. Tak czy siak, ja jestem bardzo ciekawa zarówno dalszej historii, jak i bohaterów oraz ich interakcji. Na koniec zwrócę uwagę na coś, co raczej się pomija w opisach, bo na ogół nie jest warte wspomnienia, w SK∞ jednak zostało tak fajnie zrobione, że powstały małe perełki. Chodzi o przerywniki w środku odcinków i zapowiedzi kolejnych. Polecam zwłaszcza te drugie z uroczymi i błyskotliwymi dialogami bohaterów – dodatkowe chwile uśmiechu gwarantowane. I w ogóle całe anime gorąco polecam!

Rudy, ośmielony wyprawą z Roxy, przełamuje się w końcu i zaczyna zwiedzać okolicę. Podczas jednego z wypadów napotyka trzech miejscowych chłopaków znęcających się nad chłopcem, który ma pecha przypominać z wyglądu „przeklętą rasę”, o której słyszeliśmy w poprzednim odcinku. Rudy ma oczywiście nad nimi przewagę dzięki znajomości magii, którą wykorzystuje, by przepędzić napastników i pomóc ofierze. W ten sposób zyskuje przyjaciela (a przy tym pakuje się w kłopoty, gdy mama jednego z chłopców przychodzi do jego rodziców z awanturą). Dopiero kilka miesięcy później przypadkowa ulewa sprawia, że Rudy dokonuje zaskakującego odkrycia: jego przyjaciel to tak naprawdę… przyjaciółka – Sylph to skrót od Sylphiette.

Powiedziałam sobie, że jeśli zapowiedzianym w tytule odcinka „przyjacielem” okaże się słodka dziewuszka, to rzucam tę serię, i słowa zamierzam dotrzymać. Jednocześnie domyślam się, że może to być jeden z najpopularniejszych tytułów sezonu, a może nawet roku. Jestem pewna, że wielu osobom spodoba się o wiele staranniejsze niż zwykle podejście do motywu „reinkarnacji w magicznym świecie”, a także wyraźnie zaznaczone słabości bohatera oraz rzeczy, których dopiero musi się uczyć, ponieważ w poprzednim, aspołecznym wcieleniu nie miał po temu okazji. Na plus można zapisać, że po raz pierwszy widzimy, jak jego rodzice – przede wszystkim ojciec – faktycznie starają się go jakoś wychowywać i wpoić mu zdrowe zasady społecznej koegzystencji. Jestem przekonana, że w gatunku, w którym większość tytułów ma płytkość kałuży, Mushoku Tensei wyróżnia się znacząco na plus. Nie zmienia to jednak faktu, że – niestety – musi odfajkowywać żelazne zasady light novel tego typu, z dominacją kobiet (obowiązkowo atrakcyjnych) w obsadzie. Widać to było już po Roxy, ślicznym dziewczątku ubranym w sposób kompletnie odbiegający od stylu i charakteru świata, w obowiązkową niepraktyczną minispódniczkę. Teraz z kolei nie mogłoby być, żeby bohater zaprzyjaźnił się z jakimś – tfu! – chłopcem, więc Sylph musi być dziewczynką. To wszystko toleruję zazwyczaj jako bagaż gatunku, ale w serii, która chce uchodzić za „lepszą” od przeciętnej uważam to za wadę kardynalną, poważnie rujnującą mi seans.

Drugą rzeczą, która zdecydowała, że nie zamierzam kontynuować przygody z tym tytułem, jest właśnie ta warstwa „psychologiczna”. Jest w niej trochę rzeczy prawdziwych i trochę celnych spostrzeżeń, ale też mnóstwo bzdur (miejscami szkodliwych). Ponadto bohater jak był, tak jest osobnikiem odpychającym. Oczywiście ma to uzasadnienie w jego wcześniejszym życiu i wydarzeniach, które go ukszłatowały, ale to, że można coś wyjaśnić, nie oznacza automatycznie, że należy to usprawiedliwiać. Najzwyczajniej w świecie nie zamierzam dłużej śledzić „przemiany” Rudy’ego w sytuacji, kiedy po prostu nie jest postacią, z którą miałabym ochotę obcować.

Odcinek skorzystał na poszerzeniu się świata Rudy’ego, a chociaż trochę za chętnie sięgano po panelowanie ślicznych widoczków, nie zmienia to faktu, że w kategorii tła to jedna z ładniejszych serii, jakie widziałam. Trzeba także pochwalić animację detali takich jak włosy czy ubrania w istotnych momentach. Nadal jednak dostrzegam pewne problemy z kadrowaniem w scenach, gdzie trzeba pokazać więcej niż jedną osobę – z reguły praktycznie nie daje się złapać dobrze wyglądającej zrzutki, chyba że ujęcie jest wyjątkowo statyczne. Nie przypuszczam jednak, żeby to akurat komuś poważnie przeszkadzało.

Spełnia się marzenie Noira – zapłacił wymagane czesne i może rozpocząć naukę! Co go czeka w nowej szkole? Ano ciąg dalszy pogardy ze strony wyższych rangą szlachciców. Jednak nie wszyscy są tacy sami. W zasięgu wzroku pojawia się szkolna celebrytka, córka diuka Maria Fianna Albert, która mając do wyboru całą klasę dzieci bogaczy, decyduje się przywitać najpierw z Noirem, a także z Emmą. Nagle wszystkie krzywe spojrzenia znikają, ale bohater odkrywa coś przerażającego – na Marii ciąży klątwa, która zabije ją w dniu szesnastych urodzin. Aby samemu zdjąć tę klątwę, bohater potrzebowałby ośmiu tysięcy punktów życia, a do takiego poziomu mu bardzo daleko.

Nowy wątek fabularny startuje w dobrym tempie. Przed bohaterem postawione zostaje zadanie przewyższające jego aktualne możliwości, co sprawia, że Noir musi skorzystać z pomocy innych. Widać, że rozwiązanie problemu wymagać będzie kilku kroków, zaangażowania poznanych do tej pory osób, a także niemałego wysiłku. Do pozytywów można zaliczyć też fakt, że Akademia Bohaterów zdaje sobie sprawę z tego, kto wkracza w jej szeregi. Toteż do treningu sztuk walki przydzielona zostaje nauczycielka, która w niezbyt wysokim poważaniu ma status społeczny podopiecznych, co umożliwia jej rozpoczęcie nauki z niemałym przytupem (a raczej przysiadem, o czym przekonał się Noir, wygrywając zaproponowany przez nią zakład…). Po trzech odcinkach widać też, że sprawa erotycznych eskapad bohatera traktowana jest przez niego nieco poważniej niż w większości podobnych tytułów – Noir jasno informuje Emmę, do czego owo zaspokajanie potrzeb jest mu niezbędne. Zazwyczaj wykorzystywano by w tym celu przypadkowe upadki czy inne oklepane i nieśmieszne zagrania. Rzecz jasna, dalej mamy tu do czynienia z dość przeciętną pod wszelkimi względami produkcją, która dzięki właśnie takim drobnym detalom oraz sympatycznym bohaterom daje się lubić i oglądać. Polecam wszystkim szukającym łatwej, nieco odmóżdżającej rozrywki po trudnym dniu pracy czy trudniejszych w odbiorze tytułach.

Tym razem mamy częściowe odejście od schematu „pacjenta tygodnia”, co samo w sobie się chwali: ani pacjent nie przychodzi do Ramune, ani Ramune go nie leczy, bo wiodącą rolę odgrywa ktoś zupełnie inny, a przy okazji doktorek pokazuje się też z innej strony. Wychodzi bowiem na to, że ten luzak i sadysta ma całkiem miękkie serce dla ludzi dotkniętych „tajemniczą chorobą”… (no fakt, w sumie nie brał od nich zapłaty).

Ramune razem z Kuro udaje się do sklepu z „tajemniczymi przedmiotami”, takimi jak jego szpiegowska kamerka czy chusta przykrywająca prawdę z zeszłego odcinka. Ponieważ Kuro jest tu pierwszy raz, bardzo naturalnie wypada wprowadzenie nowych postaci: Babci Ayame, która mimo wyglądu dziecka z wczesnej podstawówki ma, wliczając wspomnienia z poprzedniego życia, 112 lat – i odpowiednie do tego wieku wiedzę, doświadczenia oraz wredotę – i jej prawnuk Nico, bardzo spokojny i grzeczny młody mężczyzna. Ramune chce, żeby Babcia Ayame zrobiła mu drugą kamerkę, ale brakuje jej jednego składnika. Nagle i niepostrzeżenie przy tej czwórce zjawia się jakiś mężczyzna, oferując trochę staroci na sprzedaż; Ayame coś wybiera, ale interesuje ją też dziwaczny wisiorek, który przybysz nosi, jednak ten odmawia sprzedaży.

Po jego odejściu Babcia wyjaśnia młodzieży, że ów przedmiot to „kwiat kociego ogona”,  który pozwala ukryć noszącemu go swoją obecność, a mężczyzna jest zapewne włamywaczem, który od jakiegoś czasu okrada okoliczne sklepy ze starociami; najwyraźniej przyszedł się rozejrzeć i do nich. Ale już niedługo tego dobrego, bo przedmiot, którego używa, odbierze mu obecność na stałe i uczyni niewidzialnym dla ludzi; tak to właśnie wygląda z tego typu rzeczami. I tu niespodzianka, bo Ramune natychmiast rzuca się w pogoń za tym człowiekiem, chcąc go ratować. Za nim biegnie Kuro i udaje im się dopaść mężczyznę w parku. Jednak okazuje się, że jest on już opanowany przez ów „koci ogon”, którego celem jest pożeranie obecności ludzi, i tylko przez chwilę do głosu dochodzi ludzki nosiciel, wzywając pomocy. Ale sytuacja wygląda niewyraźnie dla naszych specjalistów, póki nie przybędzie Ayame wraz z Nico. Babcia wie, jak wziąć demona pod włos, i proponuje mu zakład; jeśli ten wygra, będzie mógł pożreć obecność całej ich czwórki. Jeśli wygrają oni, „koci ogon” przejdzie w ręce Ayame. Ten się zgadza, ale wybiera grę, w której ma oczywistą przewagę: kakurenbo, chowanego.

Wszyscy czworo szukają go po kolei przez dwie minuty (kolejność ustaliła Ayame), ale bezskutecznie, mimo że Kuro używa głowy, szukając w nieoczywistych i trudnych miejscach, Ramune, zapewne, dobrych chęci, a Babcia przedmiotu, który powinien zdradzić obecność nadprzyrodzonej istoty, ale zawodzi. Jednak jest to podpucha z jej strony… I kiedy demon jest już pewien wygranej, na scenę wkracza Nico – jak się okazuje (widz zresztą się tego dawno domyślił), niewidomy, za to dysponujący superczułymi innymi zmysłami, zwłaszcza słuchem. I to Nico łapie demona, a resztę załatwia Babcia i kolejna wielka strzykawka. Sprawa rozwiązana, „pacjent” ocalony, można iść do łaźni!

Podoba mi się ta klimatyczna mieszanka nadprzyrodzonego z elementem grozy – było parę scen, które niemal wywołały u mnie ciarki, w czym niemała zasługa muzyki – i klasycznymi komediowymi gagami oraz SD; poza tym widać już wyraźnie, że postaci mają więcej do zaoferowania, niż się na początku wydawało. Sugerują to także opening i ending, jak się przyjrzeć animacjom do nich; mam nadzieję, że rzeczywiście dowiemy się więcej o Kuro, bo zaczyna mnie intrygować; podobnie jak opinia Ayame o Ramune i wzmianka o jego sadystycznym mistrzu. Jednak odcinek kradnie moim zdaniem sama Babcia – niesamowite, że przez to dziecięce kawaii ciało przebija tak potężna osobowość, że nie mam żadnego problemu z uwierzeniem w jej wiek i doświadczenie, a także, czy raczej zwłaszcza, charakterek. W wielkim stopniu przyczynia się do tego seiyuu tej postaci.

Wizualnie mam wrażenie, że trochę spadła jakość rysunku, bo dostrzegłam więcej uproszczeń, a nawet Ramune zepsuł się w pewnym momencie profil, ale w niczym nie przeszkadzało mi to podczas oglądania, bo całościowo animka prezentuje się pod tym względem zupełnie przyzwoicie: dobrze operuje światłem i kolorem, nie ma problemów z tłami, a projekty postaci, dalekie od bizoniej urody, są w swej normalności o niebo lepsze niż niejacy Scardzi. Ruszają się też całkiem naturalnie i mają żywą mimikę, zwłaszcza tytułowy bohater. Jestem naprawdę ciekawa, czego jeszcze się o nim i jego pomocniku dowiemy. Zdecydowanie warto się z tą serią zapoznać!

Trzeci odcinek miał chyba najlepsze z dotychczasowych tempo i kompozycję, chociaż wcale nie stanowił jednej zwartej całości, lecz nadal ciąg powiązanych ze sobą scen, ale to powiązanie było lepsze niż poprzednio. W pierwszym rzędzie mamy rzut oka na przeszłość Miyamury, od podstawówki aż po liceum bytującego na marginesie szkolnego życia i odrzucanego przez innych – widać też, że ten cały piercing nie był bez związku z tym. Okazuje się, że pierwszą osobą, która potraktowała go w miarę normalnie, była Hori (tyle że potem zapomniała jego nazwiska). Dlatego chłopak zastanawia się dziś, czy rzeczywiście stał się członkiem grupy, którą tworzą Hori, Yuki Yoshikawa i Tooru Ishikawa. A i owszem, co udowadniają czynem, a dodatkowo potwierdza Ishikawa w męskiej rozmowie na dachu szkoły, wprost mówiąc Miyamurze, że może i jest czasami trochę dziwny, ale to jest OK. Urocze to było, naprawdę; naturalność zachowań to cecha właściwie wszystkich postaci tutaj.

Dalej do konfrontacji ze swoimi uczuciami zmuszona jest Hori, zagadnięta w szkole przez Ayasaki na temat, czy ona i Miyamura są parą, a skoro nie – bo Hori odruchowo zaprzecza – to czy Ayasaki może go „sobie wziąć”. No i do Hori dociera, że nie, nikomu go nie odda, jej ci on! Kolejna scena to znów „domówka” – nasza parka, bez Souty, ogląda horror, przy czym tym, kto najchętniej schowałby się pod kołdrę, jest Miyamura. Ale to Hori, z zupełnie innych powodów – wcześniejsze porównywanie rozmiaru dłoni w szkole – bierze go za rękę. I oto następuje wzajemne wyznanie, że oboje lubią… dłonie tej drugiej osoby. Słodkie i znów – takie naturalne.

Niedługo potem Miyamura i Ishikawa przychodzą do szkoły z obrażeniami na twarzy. Jak to możliwie, że się pobili, i w dodatku gorzej wygląda „ten drab” Tooru? Mimo że Hori tego nie wie – i się nie dowie – była przyczyną tej bójki, kiedy chłopcom, a właściwie Miyamurze, puściły nerwy, bo Ishikawa, usłyszawszy to, czego nie powinien, naciskał go w sprawie związku z Hori. Bardzo mi się podobało podejście wszystkich do sprawy – Hori spokojnie rozmawia z Ishikawą, Yuki wysłuchuje Miyamury, a potem obie podśmiechują się z samców. Interakcje tej czwórki to samo złoto.

Między tymi kluczowymi zdarzeniami sporo było scenek, które dodatkowo je wzbogacały i składały się właśnie na tę tak podkreślaną naturalność, dobre tempo, umiejętność pokazania niewidocznych emocji, rozwoju relacji. Streszczać ich nie sposób, zobaczyć warto. Inna sprawa, że wiele z nich sięga po mocno oszczędnościowe środki – zwłaszcza duże zbliżenia, nawet na fragment twarzy, pustawe tła w szkole; nie brakuje też pomazanych na kolorowo plansz z jedną czy dwoma postaciami oraz SD (to akurat bardziej element komediowy, klasyczny, ale zawsze w cenie, pod warunkiem że nie jest nadużywany). Jednak sam rysunek i animacja pozostają na stałym, dobrym poziomie, a na bohaterów patrzy się z wielką przyjemnością, także w ruchu. Wręcz zachwyciła mnie scena, kiedy oparty o murek Ishikawa zmienia pozycję – idealnie oddano pracę mięśni, ruchy łopatek, dłoni i palców. Mała rzecz, a cieszy, że się rysownikom aż tak chciało.

Chyba nie muszę dodawać, że Horimiyę fanom gatunku „romcom” polecam – w sumie jeszcze przed seansem się tego spodziewałam, choć adaptacja nie jest idealna, ale wciąż bardzo, bardzo sympatyczna i przyjemna. A ci, co znają oryginał, wiedzą, że bohaterowie jeszcze niejednym mogą nas zaskoczyć, więc tym bardziej warto się z nimi zapoznać.

Tag Cloud