Szczerze mówiąc, zdążyłam zapomnieć, o czym to-to ma być, i coś podejrzewam, że po dowolnej liczbie odcinków też szybko o tym zapomnę. Tytułowa księżniczka bowiem ma w sobie tyle życia, że po kontakcie z nią ledwo mam siłę pisać zajawkę….

Elianna Bernstein jest córką nieco podupadłego arystokratycznego rodu bez żadnych ambicji politycznych, którego członkowie – i ona też – preferują dobrą książkę nad regularne posiłki. To właśnie sprawia, że kiedy ma zaledwie 14 lat, następca tronu, parę lat starszy od niej, proponuje jej narzeczeństwo jako układ wzajemnych korzyści: on uniknie swatów i spekulacji o charakterze politycznym, ona będzie mieć dostęp do królewskich archiwów, a także czas i miejsce (książęce biuro), by ich zasoby poznawać. I super, i tak mijają cztery lata… bardzo nudne cztery lata, jakkolwiek miłość do książek doskonale znam, rozumiem i popieram.  Panienka w tym czasie czyta, cokolwiek jej wpadnie w ręce, wokół prócz księcia, który sporadycznie obdarza ją prezentem czy komplementem, migają inni panowie o innych kolorach włosów (nie licząc książęcego wuja, kierownika archiwum, też blondyna), chociaż opening i ending wyraźnie pokazują, jak wygląda zasadniczy pairing, więc na odwrócony harem nie ma co liczyć. Jedyne urozmaicenie stanowi pojawienie się kogoś na kształt rywalki, niejakiej lady Irene, która faktycznie stara się zyskać uwagę każdego z panów, oraz jakiś tajemniczy wypadek z rurami nawadniającymi w ogrodzie (Irene padła ofiarą przemoczenia, a Elianna się spóźniła na show), przedstawiany prawie jak nieudany zamach terrorystyczny (poważne miny, odwołane przyjęcie, zamieszanie w archiwum, które staje się dla bohaterki niedostępne, panowie zaaferowani sprawami wagi państwowej nie mają czasu eskortować książęcej narzeczonej do domu). Przy czym spinający odcinek klamrą widok księcia w komitywie z Irene zdaje się budzić w Eliannie głównie żal za księgami, do których spodziewa się stracić dostęp, kiedy ten wymieni narzeczoną na „prawdziwą”, bowiem ona sama przez ten cały czas uważała się za „fałszywą” i tymczasową. A cliffhanger odcinka stanowi obluzowany szczebel bibliotecznej drabiny, co do którego intryguje mnie, czy spowoduje czyjś „dramatyczny” upadek, czy nie, jako ta strzelba, co to pojawiwszy się na ścianie w pierwszym akcie, musi wystrzelić w ostatnim…

No nudy, proszę państwa, nudy. Zarówno jako „księżniczka” i książęca narzeczona, jak i książkoholiczka Elianna zostaje w tyle za każdą z podobnych (w zarysie) postaci kobiecych z ostatnich paru sezonów, a jak porównam ją z Aileen z drugiej obecnie zajawkowanej przeze mnie serii, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Co tam, śpiąca księżniczka na zamku demonów miała w sobie więcej życia! Efekt pogłębia seiyuu, co zapewne oznacza, że jest dobrze dobrana… Reszta obsady, czyli panowie, potencjalna rywalka i wierna służąca, nie zrobili na mnie żadnego wrażenia; książę jest ponoć „olśniewający”, ale tak się składa, że nie lubię blondynów, w animkach nawet bardziej niż w życiu. A o jego charakterze niewiele na razie można powiedzieć; no, zdaje się przejmować sprawami państwa i od czasu do czasu pamiętać, że ma narzeczoną, choćby „fałszywą”.

Jeśli chodzi o technikalia, nie jest tak biednie jak w historii o podrywaniu ostatniego bossa, ale nawet z tymi skomplikowanymi ornamentami na książkach i bibliotecznych filarach tła są raczej mdłe i randomowe (jak i moje zrzutki). Animacja może być, nawet jeśli momentami mocno oszczędza; jeśli była w tym jakaś muzyka, to nie zwróciłam uwagi, a próba zastosowania komediowego chwytu bardziej mnie zaskoczyła, niż rozbawiła. Jeśli na coś czekam za tydzień, to na rozwiązanie zagadki rur lub kwestii szczebla. Nie zachęcam, ale i nie odradzam, jeśli ktoś miał w planach, bo poza nudą odcinek nie wyrządził mi większej krzywdy.

Jest lato, mieszkańcy oddalonego od cywilizacji bloku mieszkalnego utyskują na nieziemski upał, narzeka na niego również dziewięcioletnia Kimi. Jeden z trzech starszych panów rozmawiających na ławeczce przed blokiem, przypomina sobie, że pod ziemią znajdują się piwnice, które kiedyś miały służyć jako schron, a teraz są składem różnych staroci, w tym urządzenia do produkcji skruszonego lodu. Udają się więc tam, a wraz z nimi idzie lubiana przez wszystkich Kimi. Na miejscu okazuje się, że podziemia są o wiele większe, niż panowie pamiętają – a ostatni raz byli tam jeszcze przed narodzinami dziewczynki. Sceny w piwnicy miały chyba być straszne, tak samo jak przedstawienie jednego osobnika z grupy tymczasowych zagranicznych robotników, która wprowadza się do wspomnianego bloku czy ujrzenie przez lornetkę przez jednego z bohaterów dziwnego stwora rodem z mitologii Lovecrafta, do której seria bez ogródek nawiązuje. Takoż przebitki z jakichś krwawych wydarzeń, które miały miejsce w tutejszych podziemiach dawno, dawno temu…

Czy powyższy wstęp brzmi chaotycznie? To w takim razie wszystko w porządku, udało mi się oddać klimat odcinka. Podczas jego trwania skaczemy od sceny do sceny, a twórcy co i rusz starają się pokazać jakieś niepokojące ujęcie. Niestety, wszystko, co pokazują, jest straszne, ale nie w sposób, który by sobie życzyli. Po pierwsze, momenty mające budować klimat są wciskane jak najszybciej się da i lecimy dalej, chrzanić napięcie. Po drugie, liczba klatek na sekundę w przypadku animacji jest tak skromna, że aż oczy bolą – już chyba wolę, jak stosują długie zbliżenia na nieruchome elementy tła, a tych też jest tu pełno. Po trzecie, angielski dubbing rozprasza swoją sztywnością, wręcz teatralnością, a sposób prowadzenia dialogów, szczególnie trzech starszych panów, wydaje mi się bardziej amerykański niż japoński. To właśnie ścieżka dźwiękowa najbardziej utrudniała mi oglądanie, pracujący przy tej serii anglojęzyczni aktorzy głosowi brani byli chyba z ulicy.

Jest kilka elementów nietypowych dla japońskich serii animowanych: mamy tutaj muzułmańskie modlitwy czy dziewczynkę, której poczucie humoru nie pasuje mi do dziewięcioletniego japońskiego dziecka. Przez to wszystko miałam poczucie, że oglądam jakąś podróbkę anime. Polecam tylko naprawdę, ale to naprawdę wyposzczonych wielbicielom horrorów, którzy przeboleją opłakaną jakość i skupią się na elementach próbujących wywołać strach.

Purin dostaje się do elitarnego liceum; Yua Serufu, jej niezdarna sąsiadka, a przy tym najlepsza przyjaciółka, nie ma jednak tyle szczęścia co ona. Nic to jednak, ponieważ obie szkoły są położone obok sobie, w zasadzie na tym samym terenie, co dziwi nawet uczęszczające do nich uczennice. Pewnego poranka nieporadnej Serufu w drodze na lekcje przytrafia się mały wypadek, a z opałów ratuje ją Yasaku Rei, która za pomocą swojego zestawu narzędzi w mgnieniu oka naprawia jej rower. Jak się później okazuje, jest ona jedyną członkinią klubu majsterkowania czy też tytułowego DIY i aby uratować jego istnienie, do końca semestru musi znaleźć czterech dodatkowych członków. Skuszona perspektywą odnowy dziecięcej przyjaźni z Purin, którą Serufu utożsamia z drewnianą ławką, na której niegdyś się bawiły, dziewczyna dołącza do klubu, aby nauczyć się odpowiednio wkręcać śruby i sprawnie wbijać gwoździe.

„Ależ bije od tego duch Kiyohiko Azumy”, tak pomyślałem sobie po seansie pierwszego odcinka, którego humor momentami żywcem przypominał mi ten z jego mang – szczególnie charakter głównej bohaterki przywodził mi na myśl postaci kreślone przez Azumę, poczynając od osobliwej Osaki z Azumangi Daiou po zielonowłosą i chyba jeszcze bardziej osobliwą Yotsubę. Seria ma jednak oczywiście sporo też swojego własnego unikalnego charakteru. Gra słowna w imieniu Serufu jest oczywista, ale bardzo bawi mnie również jej świnka nosząca imię Meat, która za każdym razem trzęsie się ze strachu, gdy ktoś w jej towarzystwie je lub wspomina wieprzowinę.

Zaskoczyło mnie, jak istotna wydaje się tutaj technologia. Wszędzie latają drony, autobusy na ulicach wyglądają wręcz futurystycznie, Purin z kolei ma w domu małego robota przypominającego ośmiornicę. Podejrzewam, że w następnych odcinkach ten kontrast między wszechobecnym rozwojem technologicznym a dziewczętami majsterkującymi przy użyciu raczej standardowych narzędzi może stanowić pewien punkt zaczepienia, być może nawet istotniejszy niż na ten moment mogłoby się wydawać.

Mało jest współcześnie serii, które mogą pochwalić się dobrze zrealizowaną estetyką. Pisałem już o tym w zapowiedzi, natomiast Do It Yourself!! wygląda jak produkcja, którą ktoś stworzył dwadzieścia lat temu, a następnie zamknął gdzieś w sejfie tylko po to, żeby z niewyjaśnionych pobudek pokazać ją światu właśnie teraz. Dużo obecnie się mówi, nie tylko wśród fanów sakugi, ale także w samej branży (wspomina o tym na swoim blogu między innymi Ryouji Masuyama, reżyser nadchodzącego Niera), o niskiej jakości layoutów, o tym, że dzisiaj animatorzy potrafią, owszem, nieźle animować, ale niekoniecznie umieją tworzyć ciekawe kadry. Do It Yourself!! wydaje się stać w kontrze do tej tezy, nie tylko oferując wiele fantastycznych kadrów, ale także dużo tak zwanej „limited animation” (czyli czegoś, na czym swoją wyjątkowość od lat buduje japoński odłam światowej animacji) w najlepszym jej wydaniu.

Nie tylko to jednak sprawia, że całość tak bardzo przypomina mi serie sprzed lat. Dużo pochwał należy się oczywiście Yuusuke Matsuo, projektantowi postaci (nadzorował także animację w tym odcinku), którego projekty są niezwykle proste, ale zarazem niezwykle charakterystyczne. Równie wielkie słowa uznania należą się zatrudnionej w studiu Pine Jam Yuce Okamoto, odpowiedzialnej za dyrekcję artystyczną. Doglądane przez nią tła idealnie zgrywają się z postaciami, bo podobnie jak one stawiają na prostotę i stonowaną, pastelową paletę barw.

Pozytywne wrażenie zrobiła na mnie także strona audio, poczynając od naprawdę nieźle grających seiyuu, wśród których prym wiedzie oczywiście wcielająca się w Serufu Konomi Inagaki, po ścieżkę dźwiękową, z której najbardziej do gustu przypadła mi melodia z gwizdaniem w roli głównej.

Na koniec teoria (ciekawostka?). Twórca (lub twórcy) Do It Yourself!! ukrywają się pod pseudonimem IMAGO. Imago z kolei to jedna z funkcji okularów znanych z Dennou Coil. Twórcą i reżyserem Dennou Coil jest legendarny animator Mitsuo Iso, którego twitterowe konto znajduje się wśród osób obserwowanych przez oficjalne konto serii. Jednym z producentów anime jest Tomohiko Iwase, który współpracował z Iso przy jego ostatniej produkcji, czyli Chikyuugai Shounen Shoujo. Wiele rzeczy, także ściśle związanych z samym anime (między innymi przedstawienie technologii), wskazuje więc na to, że Iso maczał palce również przy Do It Yourself!!. Oficjalnie jednak pewnie się nigdy nie dowiemy.

Nie jestem do końca pewna, co tutaj nie zadziałało, ale ten odcinek okazał się dla mnie zaskakująco nudny. Przez większość czasu oglądamy wydarzenia z punktu widzenia panny Akane, nastoletniej córki właścicieli korporacji oraz (chyba) gwiazdki show-biznesu. Idzie ona do szkoły, utyskuje na nietowarzyskiego kolegę z klasy, w drodze do domu zostaje porwana przez bandytów, a następnie ocalona przez tajemniczego nieznajomego. Jest nim (o czym Akane się nie dowiaduje) rzeczony kolega, Minoru Kageno, który najwyraźniej skrywa wiele tajemnic. Tu następuje przeskok do sceny rozpoczynającej odcinek (chyba że po prostu wykorzystano to samo ujęcie), zaś w wiadomościach w telewizji informują o tragicznym wypadku komunikacyjnym, w którym zginął nastoletni Minoru Kageno. Napisy końcowe. Po nich zaś scena z innego świata (acz bardziej zaawansowanego technologicznie niż typowe isekajowe średniowiecze), pokazująca bohatera odrodzonego, zaopatrzonego w liczny harem bojowy i przygotowującego się do jakiejś akcji.

Brzmi ciekawie? No więc ciekawe nie było, w każdym razie nie dla osoby, która nie wie, co będzie dalej. Rozumiem, że miało mnie to zaintrygować, a także – zapewne – zaskoczyć, ale po zaznajomieniu się z zapowiedzią zastanawiałam się tylko przez cały czas, ile z tego, co widzimy, rozgrywa się wyłącznie w wyobraźni protagonisty. Im więcej, tym lepiej, bo to by tłumaczyło nieziemsko drętwe dialogi – jeśli była to celowa parodia, to problem polega na tym, że nieodróżnialna od rzeczywistych wykwitów japońskiej popkultury, z którymi się zderzam w każdym sezonie. Niezależnie od tego fabuła była źle rozplanowana, co nie wróży dobrze na przyszłość. Segment z Akane został nadmiernie rozciągnięty w czasie i zwyczajnie przynudzał mimo dramatycznych wydarzeń. Segment po napisach końcowych miał nam dać przedsmak dalszych przygód bohatera, ale był pociętą składanką ujęć, zbyt chaotyczną, by cokolwiek mogło przykuć moją uwagę.

Kawałkami było to dobrze rysowane, kawałkami – dobrze animowane (ale tylko kawałkami – reszta jest sztywna, pusta i nieruchoma), chociaż co z tego, skoro gros akcji rozgrywa się po ciemku. Mam przypuszczania, że osoby, które znają ciąg dalszy i umieją osadzić wydarzenia we właściwym kontekście bawiły się znacznie lepiej ode mnie. Jednak zamysł twórców – postawienie na tajemnicę i niedopowiedzenia – wydaje się jasno wskazywać, że anime ma przywabić nowych odbiorców, zaś na moim (anegdotycznym, ale jednak) przykładzie widać, że to zdecydowanie nie zadziałało tak, jak powinno. Zobaczymy, czy drugi odcinek zdoła trochę poprawić sytuację.

Jakiś człowiek ginie i odradza się w świecie fantasy jako miecz. Słyszy jakieś tajemnicze głosy, a jeden z ich na bieżąco informuje go o jego umiejętnościach, czy może raczej – statystykach, bo system jest tu wzorowany na growym. Miecz ostrożnie maca mentalnie swoje możliwości, odkrywa, że zniszczenie kryształka w ciele przeciwnika pozwala mu zdobywać nowe zdolności i zwiększa już istniejące, a że potrafi samodzielnie się poruszać, codziennie wylatuje ze swojego stanowiska na polowanie. Zabija wszystko, co nie zdąży przed nim uciec, ciekawe zwierzęta, humanoidalne stwory – wszystko to staje się jego „posiłkiem”. Jest przy tym bardzo wesoły i entuzjastycznie nastawiony do przyszłości – nie może się doczekać, aż ktoś go będzie dzierżył. Dla tego potencjalnego kogoś chce się stać jak najsilniejszy. Nie jest istotne, kim sam był i jaki był w poprzednim życiu, bo w nowym natychmiast w pełni akceptuje nowe „ciało” i zabija bez opamiętania, ani słówkiem nie zająkując się o przeszłości – to, że został „isekajowany” zdaje się tracić jakiekolwiek znaczenie natychmiast po samym wydarzeniu.

Kiedy tak sobie trenuje, atakując coraz silniejsze stwory, natrafia na dziwny, pusty kawałek ziemi i bezmyślnie ląduje na nim, żeby odpocząć (jego mana ma – jeszcze – granice). Szybko okazuje się, że ziemia wysysa z niego wszystkie magiczne siły i uniemożliwia ruszanie się. Od samego początku jednak wiemy, że mała kocia niewolnica wyciągnie go z tarapatów, a on za to uwolni ją od jej panów, jak dzieje się już pod koniec odcinka.

Miecz, zwany potem Mistrzem, jest sympatyczny, ekstrawertyczny, gadatliwy, a oczka oraz głos Shinichiro Mikiego pozwalają mu wyrażanie wielu emocji. Do tego dodajemy małą, dwunastoletnią dziewczynkę z rasy antropomorficznych czarnych kotów, której twarz w o wiele mniejszym stopniu zdradza emocje, chyba, że złość i bunt, gdy się nią pomiata. Wygląda na to, że ich charaktery zostały specjalnie stworzone tak, aby kontrastować i napędzać dynamikę ich relacji. Po drugiej stronie mamy wszystko to, co można zabić oraz złych, niedobrych właścicieli Fran, jak wspomniane kocię się nazywa, którzy biją i poniżają niewolników oraz grubiańsko się śmieją. Na razie jest więc dość… czarno-biało.

Poza nachalną łopatologią, jeśli chodzi o podział na zło i dobro, rozczarowały mnie także mało płynne przejścia między scenami, następujące bez większego wyczucia, jakby kleił to ktoś niedoświadczony. Ponadto anime nie poradziło sobie z zalewem informacji, który naturalniej wypada w powieści czy komiksie, a w animowanej wersji zwyczajnie nie działa tak dobrze, czyli z okienkami „growymi” zawierającymi informacje o stanie bohatera czy jego wrogów. Zalewają one ekran, zapełnione tekstem, którego nie sposób przeczytać bez zatrzymywania obrazu, ostatecznie dobijając już i tak kulejącą płynność odcinka. Sama historia zapowiada się w miarę ciekawie, jeśli ktoś lubi przygody i podróże, ale wolałabym, aby jakość wykonania była nieco lepsza.

Mała Sarsa Feed traci nagle rodziców w ataku bandytów, zaś skutkiem knowań dorosłych traci też prawo do spadku po nich i ląduje w sierocińcu. Na szczęście normalnym, w którym cały swój czas spędza w książkach. Gdy pewnego razu sierociniec odwiedza dawna jego podopieczna, alchemiczka, bohaterka wypytuje, jak takową zostać i zarobić dużo pieniędzy. Skutek rozmowy jest taki, iż po jakimś czasie Sarsa dostaje się do Królewskiej Akademii Alchemicznej, gdzie nieważne kim jesteś, musisz się uczyć, jeśli tym całym alchemikiem chcesz zostać. Co też bohaterka czyni, jednocześnie pracując i terminując u miejscowej sławy, alchemiczki Ophelii Millis.

 

Po pięciu latach bohaterka zdaje egzamin, kupuje z pomocą swojej mistrzyni zestaw „dzieł zebranych o alchemii” i postanawia szukać pracy. Tu w sukurs przychodzi jej Ophelia, która sprezentowuje jej miejscówkę, w której będzie mogła rozwinąć skrzydła, zarabiać i zostać wielką alchemiczką. Nic to, że przybytek jest położony o miesiąc podróży od stolicy, w górach i w mało zamieszkanej okolicy… Liczą się chęci oraz wypchnięcie Sarsy ze strefy komfortu. Tak więc bohaterka udaje się na pierwszą własną placówkę…

Fabularnie Shinmai Renkinjutsushi no Tenpo Keiei jest raczej produkcją okruszkowo- życiową, w której będziemy śledzili zmagania bohaterki z życiem alchemiczki na prowincji, nawiązywaniem kontaktów i generalnie ogarnianiem rzeczywistości, bo nawet w openingu nic nie wskazuje na jakiekolwiek złowieszcze wydarzenia. Pierwszy odcinek dokładnie przedstawia bohaterkę, jej motywację, oraz drogę do uzyskania licencji i nie bawi się w żadne dłużyzny. Sarsa jest konkretna i ma cel w życiu, do którego dąży, nie kwiczy, nie rumieni się, nie jojczy, ot, normalna zawzięta bohaterka.

Graficznie pierwszy odcinek wygląda w miarę porządnie, bohaterki narysowane ładnie, ruszać się umieją, nie ma też większych zniekształceń. W dalszych planach tła są ładne, ale oszczędność widać na przykładzie nieruchomych bohaterów dalszego planów i w sumie plansz ilustrujących historię. Mam tylko nadzieję, że poziom nie zleci dramatycznie na łeb na szyję, bo to by krzywdę zrobiło serii, a tak jest ładna, miła, sympatyczna i przeciętna.

Shinobi no Ittoki zaczyna się jak dzieło epokowe, doniosłą muzyką, roztrzęsionym rozmytym obrazem i nazwiskami najważniejszych twórców pomiędzy. A potem mamy zbliżenie na szkołę japońską (gimnazjum), a w niej głównego bohatera, zwykłego chłopaczka, o którym od razu wiemy, że nie będzie zwykły, bo to taka seria. Niewinne chłopię chodzi do szkoły, ma zabawnych kolegów, dzielnie uczęszcza na wszystkie dodatkowe zajęcia, na które zapisała go matka, nie pytając, dlaczego musi tyle umieć. Gimnastyka i judo jednocześnie? No normalne, co chcecie. Tylko trochę irytuje go zamaskowana bladoróżowowłosa kuzynka, która pilnuje, żeby mu się nic nie stało. Nie burzy jego spokoju nawet ciężarówka, której jakimś dziwnym trafem pękły obie opony z przodu, tak że prawie go rozjechała. Z równowagi wytrąca go dopiero wyznanie miłosne od obcej ciemnoróżowowłosej dziewczyny. Ittoki jest wniebowizięty i dopiero kiedy panienka u siebie w domu próbuje się do niego dobierać, spanikowany pyta, czy to jakiś żart. Wtedy z szafy i spod łóżka wyskakują ninja, wraz z panienką próbując zabić bohatera.

Niech nikt mi nie mówi, że zdradzam za dużo, to wszystko było do przewidzenia od samego początku. Wydarzenia i „tajemnice” były tak kliszowe, że aż zabawne – naprawdę się uśmiałam przy tym odcinku (a to jest zdecydowanie lepsze od nudy). Oczywiście że bohater pochodzi z rodu shinobi, oczywiście że jest ichnim paniczem, którego klan musi chronić – i nie wiadomo dlaczego, utrzymywać w błogiej nieświadomości (ale na wszelki wypadek wytrenować). W pewnym momencie nawet mu współczułam tego, jak daleko poza wszelkie sprawy rodzinne został on wykopany i jak wszyscy wszystko wiedzą, tylko nie on. Oczywiście po wydarzeniach z tego odcinka – razem z widzem – musi się dowiedzieć o swoim pochodzeniu i roli. Oraz o ukrywających się we współczesnym społeczeństwie ninja, tym, że należy do klanu wioski Iga, zagrożonego przez klan wioski Koga (mający swoją siedzibę w potężnym, nowoczesnym wieżowcu, jak przystało na złą korporację).

Nie jest źle. Jak już wspomniałam, jest to autentycznie, niezamierzenie zabawne, doskonale sprawdzi się do chowania twarzy w dłoniach z zażenowania podczas grupowego oglądania. Nie jest nawet nadmiernie mroczne, przynajmniej na razie. Pozytywnie zaskoczyła mnie też liczba postaci pobocznych, która sprawia, że świat wokół bohatera żyje, a nie wygląda tylko jak makieta, po której Ittoki ma skakać i fikać. Ma silną matkę ze świetną seiyuu, uroczego wujka i masę innych krewnych, oczywiście wszystkich z klanu. No i te magiczne zbroje rodem z serii sentai otulające postaci w jedną sekundę (jeno wszystkie czarne)…

Okazuje się, że zerwane zaręczyny, a raczej niefortunnie sformułowany kontrakt narzeczeński ma dla Aileen jeszcze jeden nieciekawy skutek: książę Cedric przejął jej majątek, w tym prowadzone przez nią biznesy. No i kto tu jest podły? Z drugiej strony, co powiedzieć o ojczulku, zresztą premierze rządu, który na taką intercyzę przedślubną musiał się zgodzić, a teraz każe córce odrobić straty, i to w ciągu dwóch miesięcy, jakie pozostały do feralnego balu, albo wyrzuci ją z domu… Dobra, wrócimy do tego.

Tymczasem Aileen od razu zaczyna kombinować, na ulicy spotyka znajomego dziennikarza, po czym, zapewne dzięki wieściom otrzymanym od niego, zwraca się do maou z kolejną zaskakującą propozycją: wyremontuje mu zamek z pomocą swoich współpracowników zwolnionych przez Cedricka, a on użyczy jej miejsca, by mogła odbudować swoje przedsięwzięcia. Ku zaskoczeniu wszystkich, Claude się zgadza, po czym czyni cień Aileen bramą dla demonów, aby mogły ją lepiej poznać i jej zaufać. Pierwszy wyskakuje uratowany mały fenrir i dziewczyna nazywa go Ribbon.

Sprowadzenie do zamku pięciu panów, w tym jednego nieletniego, acz ponoć genialnego architekta, sprawia, że lokalny mikroklimat staje się mocno rozchwiany, ale w końcu maou daje się udobruchać i prace ruszają. Aczkolwiek najpierw trzeba zdobyć fundusze, co polega na wymuszeniu przez jednego z jego doradców (tego ludzkiego, Keitha), wspomaganego przez reportera, zaległych apanaży należnych Claude’owi. Aileen koncentruje się na produkcji kosmetyków, by zdobyć kasę na suknię i nie dać się przyćmić urodzie maou, a we wszystkim pomagają pomniejsze demony, obłaskawiane i opłacane słodyczami własnej produkcji. Wszystko idzie świetnie, nawet lekko nieokrzesany Belzebub, drugi, demoniczny doradca Claude’a, prosi dziewczynę o lekcje manier, by móc towarzyszyć swemu panu wśród ludzi i chronić go. Tyle że nagle okazuje się, że Lilia, nowa narzeczona Cedrica, dostaje listy z pogróżkami, a opinia publiczna podejrzewa Aileen. Na przeszpiegi do zamku ma zostać wysłany gadający kruk, Almond, co pozwala nam zobaczyć, jak bardzo maou dba o poddanych, a przy okazji, że potrafi też doprowadzić obytą i wygadaną Aileen do wielkiego zmieszania i rumieńców. Choć nadal nie do łez, co z jakiegoś powodu obrał sobie za punkt honoru.

No dobra. To wszystko brzmi chyba bardziej spójnie, niż wygląda, bo ominęłam kilka dziur czasowych i logicznych. Nie mam pojęcia, ile czasu mija w odcinku, ale skoro udało się wyremontować kuchnię zamku – zresztą będącego najwyraźniej w ruinie i utrzymywanego w kupie mocą maou – przekształcić ją w laboratorium biochemiczne i zacząć tworzyć, testować i sprzedawać kosmetyki, a wszystko mocą rąk paru ludzi i zwierzokształtnych demonów, to już dawno powinno być po tym nieszczęsnym balu. Poza tym: czemu sam maou się nie zajął magicznie remontem albo czemu nie mógł dalej podtrzymywać dziurawego dachu, skoro pary mu nie brakuje na wywołanie prawie huraganu? Czemu Keith, na oko wielki spryciarz, wcześniej nie zorganizował kasy? Co miał w głowie premier, traktując tak córkę? Odpowiedzi na te pytania zna zapewne Wielka Wola Wszechświata, bo ja nie, i podejrzewam, że prowadzony przez nią za rękę scenarzysta też nie. No ale dobra, jeszcze nie jest to wszystko aż tak denerwujące, żebym musiała już rzucać oglądanie. Po prostu szkoda, że nie jest lepiej, bo mam wrażenie, że bohaterowie zasługują na coś sensowniejszego.

Z kolei grafika bez zmian – jak była, tak jest uboga i oszczędnościowa, co może akurat koresponduje z prawdziwym stanem finansów małego władztwa króla demonów. Tyle że ta bieda widoczna jest głównie w tłach, postaci jako tako dają radę. Pomysłowo brak funduszy wykorzystuje też ending, choć nie czuję potrzeby oglądania go więcej niż raz. A tym bardziej słuchania. A, no i jest bezpośredni humor, ale to chyba rzecz oczywista, gdy zestawi się takiego mrocznego introwertyka z magiczną pogodową ekstrawersją oraz nieprzebierającą w słowach i działaniach, przebojową i żywiołową pannę…

Po dramatycznej przystawce przyszedł czas na danie główne. Cóż, nie wątpię, że i tutaj dramatyzm się pojawi, ale do tego czasu powinno być zabawnie. I absurdalnie. Coś mi mówi, że będę się przy tej serii bawić tak dobrze, jak przy Gundam 00. Przynajmniej takie wrażenie odnoszę po pierwszym odcinku.

Osierocona przez ojca w prologu i najmłodsza (chyba) pilotka w historii uniwersum Gundam, Suletta Mercury (a właściwie Ericht Samaya) za namową matki rozpoczyna właśnie naukę w prestiżowym i kosmicznym technikum, Asticassia. Jeszcze przed dodarciem do szkoły dziewczyna podpada córce najbardziej wpływowego człowieka w grupie Benerit (do której należy większość korporacji zaangażowanych w produkcję humanoidalnych robotów). Miorine Rembran (to nazwisko powinno brzmieć znajomo dla widzów prologu) planowała bowiem po kryjomu uciec ze szkoły przed niechcianymi zaręczynami i tyranicznym ojcem, według którego dekretu wszystkie konflikty w szkole rozstrzyga się w trakcie oficjalnych pojedynków. A że będąca świetną pilotką Suletta jest naiwna, nieśmiała, ale impulsywna i dobroduszna, to pakuje się w sam środek kłopotów…

Ach, te Gundamy. Bez wojny, kolorowych wybuchów, draaamatyzmu i absurdu w mniejszych lub większych ilościach obejść się nie może. Schematy schematami, zapożyczenia zapożyczeniami, ale jak się to skompiluje w strawną czy nawet dobrą całość, to chyba nikt nie będzie narzekał, prawda? Ja na pewno narzekać nie będę, bo bawiłam się przednio. Tym bardziej, że po krwawym wstępie przechodzimy do umiarkowanie lekkich perypetii uczniów nietypowej szkoły. Nie wątpię, że zrobi się poważnej, tym bardziej jeśli Ci Źli odkryją, kto przeżył zniszczenie pewnej stacji kosmicznej i jakie niesie to za sobą zagrożenie i możliwości, to może zrobić się mocno dramatycznie. A mimo że dobra „drama” nie jest zła, to razie jednak jest zabawnie i to mi odpowiada. Tło korporacyjno-polityczne ma potencjał i tylko czekać, aż się rozwinie.

Ale nie samą fabułą Gundam stoi – bez dobrej obsady się nie obejdzie. I podobnie jak powyżej – schematy schematami, ale zgrabne ich połączenie to przepis na sukces. Jak będzie tym razem? Czas pokaże, ale jedno jest już pewne – jest wyraziście. Dwie główne bohaterki, czyli Sulettę i Miorine dobrano podstawie przeciwieństw i może z tego wyjść dobrany duet. Pozostali również dają radę, nawet jeśli sposób przedstawienia postaci jasno daje do zrozumienia komu powinniśmy kibicować, to jest wystarczająco licznie i różnorodnie, że chyba każdy znajdzie kogoś dla siebie.

Od strony technicznej również produkcja ta prezentuje się dosyć przewidywalnie (Gundamy rzadko kiedy brzydko wyglądały) i jest na co popatrzeć i czego posłuchać, to może nieco dziwić zastosowanie efektów 3D. Nie ma ich może za dużo, ale są i je widać. No cóż, jak widać żeńska protagonistka to nie jedyna innowacja w świecie Gundamów, a przynajmniej serii telewizyjnych z tej grupy.

Oświadczyny à la Gundam…

Opowieści o dalekowschodniej, ale niejapońskiej arystokracji (albo takie, które się nią inspirują) pojawiają się od czasu do czasu w medium manga/anime, ale w dobie pseudoeuropejskich isekai stanowią zdecydowaną rzadkość. Tym bardziej ciekawa byłam, co też takiego kryje się za ślicznymi okładkami kolejnych tomów powieści, która od czasu do czasu pojawiała mi się w proponowanych zakupach na japońskim Amazonie.

Koukyuu no Karasu wygląda na opowieść po części detektywistyczną i po części okruchowożyciową, a wszystko to w pseudochińskich (w co na pewno można by się wgłębić, bo zapożyczeń tu od groma, ale to zadanie dla chętnych) dekoracjach podlanych odrobiną sosu z niesamowitości. Z pierwowzorem styczności nie miałam, ale to, co zaprezentował pierwszy odcinek zostawiło mnie z mocno mieszanymi odczuciami. Zacznijmy jednak od początku.

W głębi cesarskiego kompleksu pałacowego kryje się tajemnicza postać zwana Kruczą Damą (bardzo luźne tłumaczenie), która nijak nie wpasowuje się w sztywne struktury haremu władcy, ponieważ nie spełnia podstawowego obowiązku przebywających w nim kobiet. Ta owiana legendą nietykalna kobieta posiada bowiem magiczne moce, przy pomocy których rozwiązuje najróżniejsze problemy mieszkańców pałacu. Najpierw jednak muszą ją oni przekonać, żeby w ogóle zechciała ich wysłuchać, o czym przekonuje się obecnie urzędujący cesarz Xia Gaojun, który chce poznać tajemnicę kryjącą się za pewnym kolczykiem…

Nie do końca wiem, jak to ugryźć, bo z jednej strony widać, że opowieść na pewno ma potencjał, szczególnie jeśli chodzi o pokazanie codziennego życia ludzi zasiedlających cesarski pałac, z drugiej jednak chce głównie chyba polegać na rozwiązywaniu zagadek kryjących się w jego zakamarkach. A przy takiej ilości ambitnych mieszkańców, którzy w najgorszym razie knują, spiskują i mordują, „spraw” dla Kruczej Damy tu brakować nie powinno. Problem w tym, że dla mnie nie ma tu ani okrucha tajemniczej atmosfery, która chyba powinna być tu obecna, tym bardziej, że serial próbuje być magiczny, a wizerunki tytułowej bohaterki na plakatach promocyjnych czy ilustracjach obiecują tajemnice, magię, ulotne piękno i przede wszystkim subtelność. Tymczasem zarówno tego pierwszego, jak i ostatniego za dużo na razie nie ma, dominuje tu bowiem zasada „mów, a nie pokazuj”. A powinno być chyba odwrotnie. Rozumiem ograniczenia zarówno czasowe (tym bardziej, jeśli twórcy postanowią zekranizować całość materiału źródłowego), jak i niemożliwość sprawnego przełożenia niektórych rzeczy z książki na język animacji, ale jak na razie wszystko jest przedstawiane bardzo bezpośrednio – zarówno fakty dotyczące zagadki tygodnia (chyba taka będzie przynajmniej struktura początkowa struktura tej historii) oraz samej Liu Shouxie (imię tytułowej bohaterki). A to rujnuje trochę hipotetyczny klimat niesamowitości. Przynajmniej dla mnie. Chyba że jednak nie do końca o to w tej historii chodzi… Co jest mocno prawdopodobne, jeśli brać po uwagę chociażby złotego kuraka pałętającego się po pawilonie Kruczej Damy. Aczkolwiek jedno trzeba przyznać – w takim natłoku informacji człowiek się raczej nie zacznie nudzić.

Bohaterowie są też jak na razie mocno spolaryzowani – tzn. cesarz jest do bólu sprawiedliwy, a będąca jego przeciwniczką dawna cesarzowa matka to zło wcielone. Nie wiem, jak będzie z resztą obsady, ale tego typu opowieści zdecydowanie zyskują, jeśli ich bohaterowie malowani są w odcieniach szarości. Muszę jednak przyznać, że w oderwaniu od tego sama Shouxie jest całkiem urocza. Oby to nie była jej jedyna główna cecha…

Technicznie jest… dobrze (?) – tzn. strona graficzna może nie olśniewa, ale wygląda ładnie, miewa też pomysłowo animowane momenty, co jest zawsze na plus. Ścieżka dźwiękowa też niczego sobie (oczywiście stylizowana), chociaż nie powiem, żebym była zachwycona piosenką towarzyszącą czołówce – w oderwaniu od anime pewnie by tak nie raziło, ale to „myyyysteriaaaaaas” zabija dla mnie klimat. Podkreślam słowa „dla mnie”, bo inni mogą mieć na ten temat zupełnie odmienne zdanie. Kwestia gustu.

Czy warto to zacząć oglądać? Myślę, że chyba tak, bo jest to produkcja o tematyce stosunkowo niespotykanej aktualnie w anime (mang się kilka znajdzie) i niegłupia, choć nie wiem, czy wystarczająco wciągająca i jak na mój gust nazbyt bezpośrednia, by na dłuższy czas przykuć uwagę. Ale może się mylę i ciąg dalszy mnie czymś zaskoczy…

Jak dla mnie serial za szybko odkrywa niektóre ze swoich kart…