Uta no Prince-sama: Maji Love Revolutions – odcinek 1 (okiem fangirla)

Wiecie co, czytając zajawkę UtaPri Tablisa, czułam, że czegoś w niej brakuje. Proszę nie zrozumieć mnie źle, jest oryginalna i bardzo zabawna, uśmiałam się z mrówkojada jak nigdy, ale nie ma tam no fangirlsowania, dzikich pisków, chichotów, okrzyków, całego tego podniecenia. A przecież po to owe anime powstało. Po obejrzeniu pierwszego odcinka postanowiłam więc, że wepchnę się na zajawkową scenę razem z Tablisem. Zainspirowana trzecim sezonem UtaPri, robię rewolucję na blogu Tanuki. REVOLUTION!

Drogie panie (panowie też, aczkolwiek może to być trudne), wyobraźcie sobie taką scenę: jest noc, na niebie świeci milion gwiazd i srebrny księżyc, a nad brzegiem malowniczego jeziora widzicie zabójczo przystojnego młodego mężczyznę grającego na saksofonie zmysłową jazzową melodię. Po chwili kończy on utwór wibrującą nutą, która rozchodzi się przyjemnym dreszczem po całym waszym ciele, tuż pod skórą, po czym odwraca się w waszym kierunku i patrzy nonszalancko, lecz wyczekująco. „Cudowne!”, mówicie, klaszcząc z zachwytem, a on podchodzi do was, obejmuje w pasie i niskim, głębokim, niebywale seksownym głosem pyta: „Co było cudowne? Występ czy ja? Niegrzeczna z ciebie dziewczynka, moja owieczko”. Widzicie to? Widzicie?! Albo wyobraźcie sobie to: idziecie ciemnym korytarzem i nagle wpadacie na szerokie męskie plecy. Od nieuniknionego upadku ratuje was właściciel tych pleców, chwytając za ramiona i mówiąc z lekką naganą, ale i troską w głosie: „Niewiarygodne. Mogłabyś bardziej uważać. Miałem przeczucie, że cię tutaj spotkam, dlatego byłem ostrożny. Ale pamiętaj, nie wolno ci. Nie wolno ci wpadać na nikogo oprócz mnie”. No dobra, teraz możecie się śmiać, bo ja przy tym tekście nie wytrzymałam i zarechotałam niezwykle radośnie i donośnie. A to tylko dwa przykłady. Tego jest więcej, o wiele, wiele więcej! Pierwszy odcinek to właściwie kondensacja najczystszej esencji otome game, czułam się jednocześnie jak na karuzeli i w przepełnionym tramwaju w godzinach szczytu – tyle bodźców, tyle wrażeń, liczba wyświechtanych bądź dziwacznych tekstów na podryw wręcz zapierała dech w piersi.

01 02

W razie jakbyście nie mogli sobie wyobrazić powyższych scenek…

 No dobrze, wdech, wydech. Anime zapowiada się dokładnie tak, jak oczekiwałam, to znaczy dokładnie tak, jak w poprzednich dwóch sezonach. Ale właśnie ten sympatycznie i absurdalnie przewidywalny poziom UtaPri daje mi masę radości, więc wcale nie marudzę, wręcz przeciwnie – chwalę. Bo na to właśnie czekałam. W pierwszym odcinku wszystko przebiega standardowo: Haruka stęka i ocha, Otoya nieporadnie się czerwieni, Natsuki chrzani jak potłuczony jakieś bajki (przez cały czas powtarzałam: „Ściągaj bryle! Ściągaj bryle!”, bo zdecydowanie wolę jego alter ego), Cecil niczym małpa pomieszkuje na drzewach, Jinguji zwala mnie z nóg (jak ja go uwielbiam!), Shou udaje, że ma talent aktorski, Hijirikawa w blasku księżyca znęca się nad fortepianem, plecy Ichinosego zostają poturbowane przez łażąca jak sierota Harukę… I na tym poprzestanę, bo dalej jest jeszcze lepiej, a niech każdy sobie odkrywa kolejne absurdy sam. Swoją drogą, ciekawa jestem, po ilu facepalmach czoło zrobi mi się wklęsłe? I kiedy babcia-szpieg z piętra niżej zacznie dobijać się do drzwi, żebym przestała tak ryczeć i hałasować?

Gdzieś tak w 3/4 odcinka pojawia się niezrównany Shining Saotome i dowiadujemy się w końcu, jaki w tym sezonie jest cel poboczny (który udaje cel główny, ale prawdziwy cel główny to podrywanie Haruki, oczywiście). Otóż celem tym jest występ na otwarciu międzynarodowych zawodów sportowych i zdobycie światowej sławy. Ot, i tyle.

Cóż więcej oferuje nam kolejna seria miłosnych przygód kompozytorki o pomidorowych oczach i zwiększającej się z sezonu na sezon grupki jej wielbicieli? Przede wszystkim – opening i ending. Nie będę ukrywać, że cały czas trwania obydwu piosenek przesiedziałam, wyglądając mniej więcej tak: (´▽`ʃƪ). Mój Boże, jakie to było piękne! Znaczy pioseneczki takie se, jak zwykle, ale ta choreografia! I ogólne stylizowanie animacji na prawdziwy teledysk tudzież występ na koncercie – bravo, bravissimo! Twórcy kupili mnie już w pierwszej sekundzie. Poziom grafiki w tym anime jest naprawdę wysoki.

Nie przedłużając już – ludzie, ja właśnie na to czekałam! Naprawdę. Jakie te wyznania miłosne chłopaczków były cudownie banalne i wzniosłe, i wyświechtane, i wzięte z kosmosu, i i! I, na świętego Internetusa, jak to anime cudownie nie trzyma się kupy! I jaki piękny daje to efekt! Uwaga, rozśpiewani książęta wrócili – łapki w górę i wiwatujemy!

05

Wiwatujemy, ludziska! ☆*・゜゚・*\(^O^)/*・゜゚・*☆

Comments on: "Uta no Prince-sama: Maji Love Revolutions – odcinek 1 (okiem fangirla)" (7)

  1. „Niewiarygodne. Mogłabyś bardziej uważać. Miałem przeczucie, że cię tutaj spotkam, dlatego byłem ostrożny. Ale pamiętaj, nie wolno ci. Nie wolno ci wpadać na nikogo oprócz mnie” – śmiałam się przez 15 minut tak mocno, że rozbolał mnie brzuch. Skisłam po prostu. xd

  2. Melmothia said:

    Przez Ciebie mam teraz ochotę to obejrzeć… A jestem jedną serię do tyłu, bo pierwszą ledwo zmęczyłam i drugiej już mi się nie chciało oglądać. Chociaż w sumie to nie jest chyba tytuł, przy którym przeszkadzałaby nieznajomość jednego sezonu…

    • O bogowie, wytrzymałam 15 sekund openingu i zwiędłam. Rany, poprzednie piosenki były lepsiejsze… Ja się boję, po prostu boję co będzie dalej. Bosz, czemu ja to oglądam. Mamunia, miałam to samo co Ty, Eas rozsiewa zuo… Też nie widziałam drugiej serii, ale trzecią chyba jednak obejrzę. I serio, jest ktoś kto na trzeźwo wytrzymał różowego wombata i „love making”?

      • Melmothia said:

        Ja! Ja wytrzymałam różowego wombata na trzeźwo! Kiedy nic mi się nie chciało oglądać, absolutnie NIC, i siedziałam tylko wgapiając się tępo w ekran, zawsze ostatecznie włączałam „Binan Koukou…” Pomagało… Nie pytaj, dlaczego, bo sama nie wiem. To było na swój sposób, y…, terapeutyczne? Tak głupie, że mózg zaliczał restart i wszystko wracało do normy? Na swój sposób ta seria była dobra.

  3. Easnadh said:

    Meruś, oglądaj śmiało. Z drugiego sezonu musisz wiedzieć tylko tyle, że do STARISH dołączył Cecil, a cztery inne bizony czyli QUARTET NIGHT, to senpaie naszych początkowych sześciu bizonów i wszyscy razem z Haruką sobie mieszkają razem gdzieś w willi w środku lasu, gdzie szkolą się w byciu idolami.

    • Melmothia said:

      Dziękować za informacje, w weekend się za to w takim razie zabiorę~ Może chociaż w małej części wypełni to pustkę, jaką zostawiło po sobie zakończenie emisji Binan Koukou…, khykhykhy…

      • moshi_moshi said:

        Obrażasz „Binan…”, tam był zombi-sensei i mhoczny jeżyk, wombat z serduszkiem na tyłku, a także stadko bardzo rozgarniętych bizonów. W „Uta Prince…” najmroczniejsze są ślepia Haruki… Ale fakt, po zajawkach Tablisa i Eaś po prostu nie wypada nie zobaczyć. ;)

Leave a comment for: "Uta no Prince-sama: Maji Love Revolutions – odcinek 1 (okiem fangirla)"

Tag Cloud