Hakyuu Houshin Engi – odcinek 3

Do trzech razy sztuka, prawda? Taaaa….

Da się już wychwycić ogólny obraz urojeń twórców, dotyczących tego, jak powinna wyglądać wciągająca historia. Pierwszym kluczowym elementem jest zaczęcie każdego odcinka od sceny pozbawionej sensu. Żeby wzmocnić efekt, najlepiej, aby dotyczyła postaci, którą widzowie pierwszy raz widzą na oczy – tym razem niejakiego Youzena. Poza tym dobrze ją umieścić w jakimś nonsensownym miejscu – obserwujemy Youzena dumającego na tle… przestrzeni kosmicznej? Chyba. W monologu skierowanym niby do siebie, a faktycznie do widzów, Youzen wyjaśnia nam, że ma mroczną tajemnicę i trudne dzieciństwo, po czym rzuca w stronę ekranu „nie muszę otwierać serca na nikogo innego, poradzę sobie sam!”. Jeszcze nawet nie wiemy, z kim mamy właściwie do czynienia, a już znamy jego największą tajemnicę, i w słowach tak prostych, że nawet dziecko zrozumie, wyjaśnia nam on swoją osobowość. Brawo!

Aby reszta odcinka utrzymała poziom pierwszych minut, najważniejsze to nie tracić rozpędu. Czołówka przepełniona elektronicznym wyciem o kilka poziomów głośności powyżej reszty serialu dobrze spełnia to zadanie. Nauczyłem się już szybko wyłączać dźwięk, ale tych kilka sekund, zanim to zrobię, wzbudza uczucie, jakby ktoś wbijał mi szpilki w uszy. Reszta muzyki jest lepsza, bo wywołuje jedynie głęboką apatię, a nie fizyczny ból. To misz masz elektroniki, sztampowych orkiestralnych standardów, gitarowych i fortepianowych solówek, które nie pasują do siebie nawzajem, nie pasują do klimatu serii, i do poszczególnych scen też nie pasują.

Aby skutecznie utrzymać uwagę widza, jeden wątek to za mało. Należy wziąć dwa wątki, po czym skakać od jednego do drugiego w losowych, nieprzewidywalnych momentach. Im mniej pasujące do siebie są te historie, tym lepiej! Weźmy wydarzenia w stolicy, gdzie postacie popełniają honorowe samobójstwa, a wieloletni przyjaciele na skutek knowań Dakki stają po przeciwnych stronach barykady i zaczynają bratobójczą walkę, wszystko to na tle zachodzącego słońca i fortepianowych solówek. Przeplećmy to sceną z Taikoubou robiącym sobie żarty z Youzena na tle sielskiej łączki. Co może pójść źle?

Wybór wątków również jest nieprzypadkowy. Fabułę trzeba posuwać jak najszybciej do przodu, więc lecimy od kluczowego wydarzenia do kluczowego wydarzenia. „Kluczowe” nie implikuje „najciekawsze”, a na polu walki o zmieszczenie się w dwudziestu trzech odcinkach poległy już postacie, klimat i świat przedstawiony, niemniej widząc poziom kompetencji autorów, może i lepiej mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. Ważnym kryterium wyboru materiału z mangi jest też ewidentnie omijanie walk i scen akcji, na które jenów w portfelu było brak. Walkę między cesarzem Chuu a Hiko, której wyciąć nie było jak, udało się ściąć do piętnastu sekund, niemal pozbawić animacji, i jeszcze przerwać w połowie przeskokiem do Taikoubou droczącego się z Youzenem.

Co w tej serii jest dobrego? Dalej tła. Seiyuu są znośni. Fabuła, jeśli rozpatrywać ją jako listę zdarzeń, nie sposób ich przedstawienia, nie jest zła. Pewnie też dalej pozostanie nie najgorsza, kompletny brak kreatywności twórców na szczęście raczej powstrzyma ich przed grzebaniem w ogólnym zarysie historii z mangi. Cała reszta już utonęła we wszechogarniającej taniości i bylejakości.

Comments on: "Hakyuu Houshin Engi – odcinek 3" (1)

  1. Cześć,

    Przeczytałam twoje wpisy o Hakyuu Houshin Engi i generalnie doskonale przedstawiają moje własne odczucia. Oglądałam stare anime na rtl7/tvn7 i czytałam mangę, która jest jedną z moich ulubionych i chyba nawet pierwszą, po którą sięgnęłam. Mam wielki sentyment do tej serii i cieszyłam się na remake anime. Niestety wyszło niezbyt dobrze, a akcja tak szybko mknie do przodu i jest tak osobliwie pocięta, że naprawdę nie wiem jak ktoś, kto nie czytał mangi jest się w stanie w tym połapać. Te spoilery na początku każdego odcinka to po prostu zbrodnia i bezsens.

    Dzięki za te recenzje, przynajmniej mam gdzie wylać swoje gorzkie żale :)

Leave a comment for: "Hakyuu Houshin Engi – odcinek 3"

Tag Cloud