Słodkie dziewczęta muszą się posunąć na trochę, żeby zrobić miejsce prawdziwym mężczyznom! Oto bowiem na scenę, dosłownie i w przenośni, wkracza grupa Dokonjofinger, złożona z czterech najgorszych, najtwardszych i najbardziej zaciekłych zabijaków w niesławnym liceum Dokonjo North. Choć nieznoszą się nawzajem, pomysłowy dyrektor zmusza ich do współpracy pod groźbą relegacji ze szkoły. Jako że każdy z nich ma powód, by chcieć ją ukończyć w terminie, godzą się przynajmniej do pewnego stopnia z losem – niestety jednak większość ich koncertów zaczyna się i kończy bijatyką na scenie…

Tymczasek Howan dochodzi do wniosku, że nie może nadużywać gościnności Himeko i w związku z tym zaczyna poszukiwać pracy dorywczej. Nie przeszkadza jej to we wpadnięciu na próbę dziewczęcego zespołu – chociaż tym razem nie włącza się w nią. Jej podstawowym planem pozostaje chodzenie na kolejne przesłuchania, acz trzeba przyznać, że przy jej orientacji w wielkim mieście dotarcie do celu może się okazać wyzwaniem… Z drugiej strony Himeko w zasadzie nie protestuje przeciwko planom usamodzielnienia się nowej znajomej, ale próbuje jakoś nie nazbyt ostentacyjnie wyjaśnić jej, że obecny układ spokojnie mógłby zostać na dłużej.

Ten odcinek jest zdecydowanie bardziej chaotyczny od poprzedniego, szczególnie że śledzimy w nim dwa kompletnie odrębne wątki – Dokonjofinger oraz (przyszłego) Mashumairesh. Wolałabym może, żeby skoncentrowano się wyłącznie na niegrzecznych chłopcach z gitarami – ostatecznie poprzednie serie potrafiły całe odcinki poświęcać perypetiom członków Shingen Crimsonz – ale z drugiej strony może tak jest nawet lepiej. Nowy kwartet jest przecudownie fazowy i zabawny (kiedy narrator z namaszczeniem omawiał incydent, który przeszedł do annałów szkoły pod nazwą „Cosmos War”, padłam), mam jednak wrażenie, że łatwo by tu przedobrzyć i panowie w nadmiarze okazaliby się nieco monotonni. Liczę, że jeśli dostaną własne wątki (znowu, analogicznie do swoich poprzedników), ich osobowości staną się nieco mniej jednowymiarowe, ale na razie najlepiej sprawdzają się jako przerywnik komediowy.

Po stronie dziewcząt nie mają miejsca żadne wiekopomne wydarzenia, ale drobne sceny z życia nadają im dodatkowego kolorytu i pozwalają utrwalić ich charaktery w pamięci widzów. Jest to o tyle istotne, że chociaż każdej dałoby się przypiąć jakiś wyróżniający ją przymiotnik, o tyle w żadnym przypadku nie byłoby to wyczerpujące omówienie postaci, którą można poznać właśnie dzięki obserwacjom w różnych okolicznościach.

W podsumowaniu muszę powtórzyć to, co pisałam wcześniej. Mashumairesh jest na razie dobrą kontynuacją słodko-komediowych wątków z poprzednich odsłon, acz całkowicie ignoruje aspekt przygodowo-bitewny, który nadawał wcześniejszym częściom charakterystyczny absurdalny posmak. Na razie trudno mi powiedzieć, czy dużo na tym straci – grozi mu, że stanie się kolejną serią z pogranicza CGDCT, niewyróżniającą się szczególnie na tle konkurencji. Trzy odcinki na pewno nie pokazały wszystkiego, seria trzyma w zanadrzu kolejne zespoły i zapewne jakieś perypetie czekające bohaterki, pytanie jednak, czy widz od początku do niej nieprzekonany będzie miał ochotę czekać tak długo na ewentualny zwrot fabularny (który nie musi wcale nastąpić)? Mnie się to podoba, jest lekkie, zabawne, przyjemne dla oka i ucha, a do tego nie obraża inteligencji, ale jeśli kogoś nie wciąga, zdecydowanie nie powinien się przymuszać.

Nie zapomniałam o panienkach, ale panienki już znacie…

Seigi, szukając w czytelni informacji, dlaczego kamienie szlachetne są tak drogie, spotyka Tanimoto. Dziewczyna uświadamia mu, że nie tylko oszlifowane kamienie, ale także rzadkie minerały uzyskują astronomiczne ceny, po czym zaprasza go na najbliższą giełdę. Minerałów oczywiście.

Po powrocie do sklepu nasz bohater wraz z Richardem musi się natomiast zmierzyć z wyjątkowym klientem. Jest nim chłopiec, który nie chce powiedzieć ani jak ich znalazł, ani jak się nazywa, za to informuje, że szuka identycznego kamienia jak ten, który przyniósł – a jest to bardzo piękny okaz kociego oka. Seigiemu przy pomocy sernika i mleka udaje się wyciągnąć z chłopca, jak się nazywa i dlaczego tu jest. Okazuje się, że Hajime przyszedł do sklepu, ponieważ szuka kamienia podobnego do oczu jego kota, którego wywiózł gdzieś jego ojciec, albowiem mama spodziewa się dziecka.

Na szczęście bardzo szybko pojawia się rzeczony ojciec i wyjaśnia synowi, że kot wróci, ale dopiero jak się urodzi dziecko, a na razie jest u sekretarki na przechowaniu, Po czym zawierają pakt i wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni, z wyjątkiem Richarda, któremu Hajime zjadł serniczek…

Po trzech odcinkach stwierdzam, że stosunek do fabuły Richarda mam mieszany. Z jednej strony plusem jest, że w każdym odcinku dowiadujemy się czegoś ciekawego o kamieniach szlachetnych i minerałach. Z drugiej jednak jest to tylko dodatek do zachowań dobro-samarytańskich Seigiego i, w sumie też, Richarda. Irytujące jest też to, że wyraźnie czuć, jak w każdym odcinku scenarzyści wycinają kawałek fabuły dotyczący klienta, jednocześnie zaś próbują przedłużyć ją o fragmenty „z życia pomocnika jubilera”, które, choć same w sobie nie są irytujące, sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę, by ocieplić wizerunek Richarda i przybliżyć postać Seigiego. Skutek jest jednak taki, że jak na razie wszystkie postacie są mi doskonale obojętne pod względem emocjonalnym. Co w połączeniu z wolnym tempem i ubogą estetyką wnętrz i otoczenia nie działa zachęcająco, tak, bym z niecierpliwością czekała na kolejny odcinek. Ale być może komuś się ten sposób ekspozycji spodoba.

Bardziej to głupie, czy bardziej nudne, oto jest pytanie. Z oklepanej klasyki animowych zagrywek brakowało jeszcze wizyty w gorących źródłach, więc zamiast tego dostajemy scenę, w której panie w składzie: Kana, Yumemi, Emi, Kotomi oraz Mariah moczą się razem w wannobasenie w domu państwa Hoshisato. Zanim to następuje, Makoto dwa razy obrywa po mordzie za to, że Hatena pokazała mu swoim zdaniem za dużo. Indagowana przez towarzyszki kąpieli, przyznaje się w końcu do powodów niechęci do Makoto, a później w uroczystej rozmowie przy świadkach wyznaje chłopakowi, że godząc się na jego pobyt w swoim domu, spodziewała się koleżanki, a nie kolegi. Makoto oczywiście przeprasza za to i dżentelmeńsko proponuje, że się wyprowadzi, tej samej nocy jednak ma miejsce straszliwa kradzież: Mariah podwędza rodzinny skarb Hoshisato, niezbędny do produkowania Artefaktów. Kana z pomocą magicznego szaliczka leci za nią, zaś Makoto… Makoto uświadamia sobie, że kiedy dziewczynka lata temu proponowała mu partnerstwo, nie miała na myśli kariery scenicznej, lecz ścieżkę przestępczego procederu kaito. Cóż, jak się nie ma, co się lubi… Protagonista podejmuje decyzję o wspieraniu koleżnki w prawie i bezprawiu – i kto by pomyślał, jego magiczna różdżka okazuje się prawdziwym Artefaktem, umożliwiającym mu wkroczenie do akcji i uratowanie dziewicy w opałach. A wszystko to poprzeplatane gadaniną o uśmiechach i kwalifikacjach magicznych.

Obecność prawdziwej magii okazała się gwoździem do trumny tej serii. Tradycją animowanych opowieści o kaito jest to, że faktycznie ich popisy często trudno od magii odróżnić, jednak formalnie są tylko zaawansowanymi sztuczkami wykorzystującymi zdobycze techniki oraz umiejętności bohaterów. Tutaj autor uznał widać, że to za wiele zachodu i magią tłumaczy wszystko, od wielofunkcyjnego szalika po komputer podłączony do sieci miejskiego monitoringu. Cały iluzjonistyczny sztafaż to listek figowy dla nieludzko sztampowej, a do tego źle wyreżyserowanej historii, marnie rysowanej i animowanej. Wygląda toto jak niskobudżetowa seria sprzed lat i nawet w takim przypadku nie byłoby pozycją, którą bym komukolwiek polecała.

Pojąć nawet najodleglej nie umiem sensu powstania tej ekranizacji. Zwykle chodzi o podbicie sprzedaży wersji papierowej lub rozszerzenie franczyzy na dodatkowe kanały medialne. W tym przypadku mówimy o light novel, która ma zaledwie cztery tomy i jest niezakończona – co, jeśli wziąć pod uwagę dotychczasowe informacje o świecie i bohaterach, oznacza, że zapewne absolutnie żadne wątki nawet nie zbliżają się do rozwiązania. Na ciąg dalszy nie ma co czekać, ponieważ autor, Tomohiro Matsu, zmarł przedwcześnie w roku 2016. Czyli, jakby nie spojrzeć, zbyt dawno, by dało się obronić teorię, że anime było już wtedy w produkcji i zdecydowano się na kontynuowanie projektu. Nie wiem naprawdę, po co to powstało, ale wiem z całą pewnością, że niepotrzebnie.

Zacznijmy od kwestii najważniejszych. Jak widać na załączonym obrazku, Licht w tym odcinku nosi maskę, z której z przodu wystaje coś na kształt obrzydliwego mackowatego ryjka. Mimo że to teoretycznie obiekt nieożywiony, Licht jest w stanie manipulować tym szkaradztwem, jakby był jego własną cielistą wypustką, a nawet wciskać go w intymne obszary kobiecego ciała. Pytania nasuwają się same. Jak to to ogóle jest możliwe? I co ważniejsze: za jakie grzechy muszę to oglądać?

Reszta odcinka nie ma tak naprawdę znaczenia. Można by pominąć wszystkie ukazane tu wydarzenia, i nie zmieniłoby się absolutnie nic. Jest tu około dziesięciu minut pseudokomedii pomieszanej z molestowaniem seksualnym, około dziesięciu minut zapychaczy, i nic więcej. O bohaterach nie dowiadujemy się niczego, o świecie przedstawionym nie dowiadujemy się niczego, z fabułą nie dzieje się nic. Z nicości wystaje tylko plugawy ryjek.

Myślałem, że pierwsze dwa odcinki były złe. Nieeeee, pierwsze dwa odcinki to było arcydzieło światowego kina w porównaniu do tych ekskrementów. Każda. Każda sekunda akcji wymaga, aby postacie zachowywały się jak niewyżyte seksualnie małe dzieci. Nawet nie wiem, czy warto zaczynać wyliczankę, z pewnością nie może być wyczerpująca, więc może przestawię tylko obrazowy przegląd:

  1. Hina i Lynn (karczmarka), wiedząc, że armia będzie ich szukać, postanawiają spokojnie prowadzić interes na środku miasta.
  2. Żołnierze znajdują Lynn na środku miasta i pytają ją, gdzie poszedł Licht. Gdy odpowiada, że nie wie, spokojnie odchodzą.
  3. Armia wystawia za Lichtem list gończy, na którym JEST W MASCE. Licht CHODZĄCY W INNEJ MASCE i przebrany za budyń wzbudza ich natychmiastowe podejrzenia.
  4. Aby je rozwiać, Licht pokazuje im swój negatywny licznik (co, przypomnijmy, jest w tym świecie niespotykaną aberracją).
  5. Kolega żołnierki udziela jej romantycznych rad ze świerszczykiem w ręku. Nie wzbudza to jej niepokoju.
  6. Kolega żołnierki kiwa mostem, po którym ta idzie, następnie Licht zaczyna po nim skakać. Ta niemal wpada w przepaść. W efekcie zakochuje się w Lichcie. Ten, dalej przebrany za budyń, obmacuje ją ryjkiem.
  7. Żołnierze ponownie odwiedzają Lynn i mówią jej, że nieładnie kłamać (literalnie tak dokładnie mówią). Lynn mówi więc, że Licht odszedł na wschód. Zadowoleni żołnierze zostawiają ją w spokoju i odchodzą na wschód.

Zwracam też uwagę, że punkty i, ii oraz vii, zajmujące dobre kilka minut odcinka, nie mają żadnego znaczenia, gdyż armia dokładnie wie, gdzie przebywa Licht na podstawie iii oraz iv. Punkty v oraz vi nie mają znaczenia z oczywistych względów.

Może to nawet wydawać się zabawne, kiedy czyta się opis. Zapewniam jednak, że nie ma w tym nic zabawnego, kiedy się to ogląda przez dwadzieścia minut. Najbliższym realnego żartu w tym odcinku jest moment, gdy żołnierka obmacywana ryjkiem tak zapamiętale zaczyna snuć rodzinne plany wobec Lichta, że nawet nie zauważa, kiedy ten ucieka. Nieśmieszny, ale jednak żart, poza tym zawiera w sobie element wyczekiwania na zniknięcie obmierzłego ryjka, co jest radością większą niż reszta odcinka razem wzięta.

 

Nerf. Określenie doskonale znane większości graczy, przede wszystkim komputerowych, acz nie tylko, dla reszty świata brzmiące tajemniczo. Na użytek rzeczonej reszty krótkie i uproszczone wyjaśnienie: zdarza się, że twórcy gry, mimo najlepszych chęci (albo po prostu z niestaranności) przeoczą coś w mechanice i okaże się, że – na przykład – określona kombinacja broni i umiejętności sprawia, że postać gracza staje się przesadnie potężna jak na planowaną skalę trudności. Jednym z rozwiązań w takim przypadku jest właśnie nerf – okrojenie statystyk lub możliwości postaci albo broni. Twórcy gry nie przewidzieli, co się może stać, gdy gracz na starcie wpakuje wszystkie swoje punkty w jeden rodzaj statystyk, a następnie uzyska określony zestaw broni i umiejętności – i tak powstała Maple. Odcinek otwiera skrótowe omówienie zmian w grze, sprawiających, że jej możliwości nie są aż tak przepakowane względem reszty świata. Z dobrego źródła wiem, że skrócono opis zmian w stosunku do mangi, zapewne po to, by nie zanudzać widza, ale w sumie całkiem trzyma się on kupy.

Maple jest trochę rozczarowana, ale co robić, życie toczy się dalej, trzeba zbierać punkty doświadczenia i wbijać (się) na poziom drugi. Zanim to jednak nastąpi, Maple i Sally zwiedzają poziom pierwszy, wykonując pomniejsze questy i ogólnie bawiąc się dobrze. Przy okazji wychodzi na jaw, że Sally (okropnie sztampowo) boi się duchów, natomiast Maple demonstruje coś, co w sumie zauważyliśmy już wcześniej: doskonale wie, że to jest gra, więc patrzy na wszystko z zainteresowaniem i zachwytem. W końcu przychodzi też pora, by pokonać bossa strzegącego wejścia na poziom drugi i tu po raz pierwszy Maple zostaje wykluczona z gry – na szczęście umiejętności Sally wystarczają z nawiązką. Koniec odcinka to z kolei początek nowego eventu – tym razem typu „poszukiwanie skarbów”, ale z elementami PvP, czyli walki pomiędzy graczami o znalezione fanty. Maple tym razem jest w drużynie z Sally, ale w porównaniu do poprzedniego eventu ma potężny handicap w postaci ograniczonych możliwości swojego ekwipunku.

Seria utrzymuje dotychczasowy charakter bardziej okruchów życia niż przygodówki, chociaż wydaje mi się, że sprowadzanie jej do „słodkie dziewczęta robią słodkie rzeczy” byłoby trochę niesprawiedliwe. Na pewno może się spodobać także osobom, które rzadko – o ile w ogóle – sięgają po CGDCT, ponieważ sprawdza się także jako lekka komedia. Umieszczenie akcji w grze MMORPG odbiera przygodom bohaterek dramatyzm, ale anime nadrabia to, ponieważ potrafi oddać autentyczną radość przygody związaną z eksplorowaniem nowej gry przez zafascynowaną kolorowym światem nowicjuszkę. Wbrew pozorom podoba mi się, że nie powycinano scen takich jak ta z gwiazdami na końcu odcinka czy z tajną lokalizacją wcześniej – nie służą do niczego, ale są po prostu śliczne, więc byłoby ich naprawdę szkoda. Do tego animacja, choć w większości odcinka bardzo oszczędna, potrafi zabłysnąć – scena walki z bossem była jeszcze lepsza od tej z poprzedniego odcinka. W dodatku graficy bardzo, ale to bardzo przyłożyli się do tła. Fakt, są to w większości nieruchome, panelowane plansze, ale i tak jest na czym zawiesić oko.

Trzeci odcinek zostawił mnie cokolwiek zbitą z tropu, bo różnych rzeczy się spodziewałam, ale nie tak szybkiego rozwiązania wątku Azalie (może chwilowego?). W dodatku samo rozwiązanie też wydało mi się zaskakujące i raczej nie do przewidzenia… Pytanie, czy to dobrze, czy jednak twórcy przekombinowali.

Pierwsza połowa owszem, zgodnie z przewidywaniem: komando czarodziejów w ponurym milczeniu podąża na magiczny azymut przez las, Orphen w którymś momencie się odłącza, by wołać przyjaciółkę na puszczy, po czym pojawia się smok i zaczyna robić to, w czym smoki są najlepsze, czyli podpalać okolicę. Z czarodziejami włącznie, znaczy trup się ściele.

Nie bardzo znajdując wyjście z sytuacji – przekonywanie potwory, że to on, jej młodszy przybrany brat, nie zdało egzaminu, podobnie jak ofensywna magia – Orphen porywa magiczny miecz (całkiem dogodnie wbity w ziemię) i z nim zwiewa, licząc, chyba słusznie, że Azalie sobie poradzi z atakującymi, a Childman nie będzie mógł jej dalej ścigać. Pełną emocji potyczkę słowno-magiczną naszego czarodzieja z Hartią, kolegą z dzieciństwa, kończy wparowanie na scenę trójki przerywników komediowych, które z jednej strony spełniły swoją rolę, czyli rozładowały narosłe napięcie, z drugiej były jednak trochę za bardzo komediowe i wciśnięte na siłę.

Orphen przekonany argumentacją Hartii i w szlachetnym zamiarze niedopuszczenia do dalszych śmierci wraca na pole bitwy, zasłane już jednak spopielonymi zwłokami czarodziejów. Stoi tylko Childman, nie od parady uznawany za dorównującego najpotężniejszym magom, ale wygląda na to, że przyda mu się pomoc. A może jednak nie…? Ostatecznie mistrz eliminuje byłego ucznia z gry i dopina swego, przynajmniej tak się wydaje. Ale to jeszcze nie koniec odcinka…

Muszę przyznać, że intryguje mnie, co będzie dalej, i zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. Jeśli ktoś stosuje metodę trzech odcinków, w tym przypadku chyba będzie musiał sięgnąć po czwarty. Jedyne, czego jestem pewna, to problemów z grafiką – jeśli animatorzy nie są w stanie przez dwadzieścia minut utrzymać bez zmian nawet twarzy głównego bohatera, to źle wróży na przyszłość. Czy taka trawa – raz jak żywa, raz jak wyciśnięta z tubki. Za to naprawdę podobają mi się efekty zaklęć, nie tylko świetlne, bo dają one też pole do zaskakująco ciekawych rozwiązań. Byłam pod wrażeniem ich prostoty i jednocześnie efektowności. Poza tym dużym plusem jest dla mnie znakomicie dopasowana muzyka. Mam natomiast nadzieję, że „elementy komediowe” w postaci krasnoludów i dwójki blond dzieciaków będą stosowane z większym wyczuciem, bo poważniejszy klimat serii by mi odpowiadał, ale możliwe, że teraz go zmienimy. Naprawdę nie wiem, czego się spodziewać za tydzień – w sumie to chyba brzmi zachęcająco?

Pet – odcinek 3

Hiroki i Tsukasa zakładają sklep akwarystyczny, sfinansowany z funduszy tajnej organizacji, dla której pracują. By spłacić dług, Tsukasa nadal wykonuje dla nich zadania, chroniąc jednocześnie Hirokiego przed ich wpływem. Do tej pory wydawało się, że łączy ich po prostu przyjaźń; po konwersacji z Katsuragim można jednak zastanawiać się, jakie są prawdziwe intencje chłopaka.

Większość odcinka ponownie zajmuje zabawa we wspomnieniach, tym razem niejakiego Inuiego, którego umysł penetruje Tsukasa. Wątki i postaci z poprzednich epizodów zostały zupełnie porzucone, w tym historia została zamknięta, końcówka natomiast sugeruje mniej więcej z czym będziemy mieli do czynienia w kolejnym. Gna to wszystko bardzo szybko, nadal bez jakichkolwiek wyjaśnień. Trudno naprawdę napisać mi cokolwiek konkretnego na temat tego odcinka czy w ogóle o serii, bo wciąż nie do końca rozumiem, o czym to jest i jak tu wszystko działa, choć na pewno jestem bliżej pojęcia tego niż byłem choćby tydzień temu.

Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że nie czuję się ani trochę zainteresowany. Umiejętności bohaterów mają potencjał, w tle (chyba) rodzi się jakaś intryga, tak że przy odpowiednim rozwinięciu z czasem może być nawet jeśli nie dobrze, to przynajmniej nieźle.

Podtrzymuję opinię, że z kwestii audiowizualnych to muzyka robi najlepsze wrażenie, od początku naprawdę fajnie buduje klimat i jest elementem, który niemal za każdym razem przykuwa moją uwagę. Wiele dobrego nie mogę natomiast powiedzieć o grafice, której jakość w trzecim odcinku trochę spada – nie ma tu praktycznie ani jednego ładnego kadru, postaci w większości wyglądają koślawo, chociaż nadal naprawdę dobrze wypadają na zbliżeniach.

Mam problem z Pet. Ogląda mi się to całkiem przyjemnie, ale jednocześnie nie potrafię stwierdzić, czy mi się to w ogóle podoba. Wydaje się, że jest tu naprawdę spory potencjał – oby tylko twórcy nie zaczęli z niego korzystać za późno, kiedy obecna formuła zacznie po prostu męczyć. Na razie jestem zaintrygowany, ale nie wiem, czy dotrwam do końca.

No proszę, to było gorsze, niż się spodziewałem. Nie wątpię w zdolności studia Mappa, ale spojrzałem na karierę reżysera Yuuichirou Hayashiego – nie za ciekawie to wygląda, a drugi odcinek jest na nieszczęście przykładem dość marnej reżyserii.

Żeby nie było nieporozumień – za co chwaliłem wcześniej, za to nadal chwalę. Odcinek ten jest ponownie pełen cudnych teł i sprawia mi wielką satysfakcję oglądanie świata przedstawionego w mandze z nowej perspektywy. Walki dalej są popisowym wykorzystaniem CGI, niestety cała reszta animacji postaci razi coraz mocniej. Pod względem stylu nie mam uwag – wspominałem już, że próba oddania Dorohedoro jest pioruńsko trudna, i poradzono sobie jak na skalę wyzwania doskonale. Jest dalej brutalnie, surrealistycznie, różnorodnie, odrażająco i bajkowo zarazem. Zniknęło sporo brudu, to mogę wybaczyć, ale są też inne koszta. W tym tytule postacie chodzą w maskach przez dziewięćdziesiąt procent czasu, ale to nie pretekst, aby mimika była tak słaba, jak jest. Kaiman ma łeb gada, więc jest w tym doza realizmu, ale animacja jego głowy ogranicza się do pyska, który się otwiera lub zamyka, i minimalnych ruchów oczami. Pewnie łatwiej bym o tym zapomniał, gdyby postać pociągnął seiyuu. Wataru Takagi to dobry i doświadczony aktor, ale ma pięćdziesiąt trzy lata, i niestety, słychać to w każdym słowie. Kaiman to młody facet, a tu brzmi, jakby był co najmniej po czterdziestce.

Wszystko to nie kłuło by mnie pewnie w oczy, gdyby scenariusz wciągał, tymczasem odcinek zdołał mnie zirytować już na wstępie. Odcinek pierwszy skończył się przebitką na ludzi Ena (Noi i Shina) masakrujących jakichś nieszczęśników. Odcinek drugi zaczyna się… od sceny przed ową jatką, po czym skacze do Kaimana, do Nikaido, do następnej sceny z Kaimanem, aby w końcu pokazać raz jeszcze jatkę z pierwszego odcinka. Znam mangę niemal na pamięć, a zacząłem się gubić, niezła robota! Cała reszta odcinka to zbiór scen z pierwszego tomu, który w zasadzie „przerabiają” do końca. Gdyby jakoś zgrabnie ujęli i skondensowali najważniejsze wątki, to nie miałbym uwag, ale w zaserwowanej wersji bardziej przypomina to bigos scen bez ładu i składu. Ze względu na fabułę prawie wszystko z tego można by z łatwością wyciąć, w mandze głownie budują klimat, ale to ma sens, kiedy każda ma po rozdziale, a nie po trzy minuty czasu antenowego.

Tak więc o ile pierwszy odcinek zachęcił mnie do kontynuowania seansu, tak drugi w niemal równie dużym stopniu zniechęcił. Za tydzień ostateczny werdykt…

Przewodnicząca szkolnego samorządu, zasadnicza Miki Hadano, nawet nie wie, do jakiego stopnia Jin podziela jej poglądy dotyczące niestosownych relacji międzygatunkowych. Nie wie – i na podstawie dowodów zebranych przez jej wiernych podwładnych dochodzi do wniosku, że Jin jest naczelnym szkolnym gorszycielem, zamierzającym zebrać wielogatunkowy harem samic. Co za tym idzie, klub kulinarny należy niezwłocznie rozwiązać. Na razie jednak, w ramach zbierania dalszego materiału obciążającego, ekipa filmowa golców (bo do tej rasy należą członkowie samorządu) śledzi każdy ruch protagonisty. Jest zaś co śledzić, bo do Jina, jako do eksperta od relacji międzygatunkowych, zwraca się Król Lew, a dokładniej – King Shishino. Choć otacza go harem wiernych lwic, jego serce skradła delikatna impala… Czy Jin, w towarzystwie nieodłącznej Ranki, zdoła udzielić mu choć jednej przydatnej rady?

Odcinek trzeci kontynuuje dobry trend. W ogóle wydaje mi się, że – przynajmniej z mojego punktu widzenia – im mniej Ranki, tym lepiej. Nie chodzi nawet o to, że jest szczególnie irytująca, ale podobnie jak większość postaci w tej serii jest na razie raczej jednowymiarowa, więc gagi z jej udziałem szybko stają się powtarzalne. Nie jest natomiast złym pomysłem utylizowanie coraz to nowych postaci i pomysłowe przekładanie czysto zwierzęcych obyczajów na pokazanych tutaj zwierzo-ludzi. Szkoła jest duża, więc daje to spore możliwości fabularne i jest chyba o tyle dobrym pomysłem, że nie jestem pewna, czy ta seria potrzebuje w ogóle jakiegoś głównego wątku. Obawiam się, że obnażyłby on umowność świata, która na razie zupełnie mi nie przeszkadza.

Poziom techniczny pozostaje bez zmian, przy czym warto zauważyć, że tam, gdzie animacja jest potrzebna (jak w scenie pościgu lwa za antylopą), jest całkiem dopracowana i naturalna. Niestety, poza tym przeważają skróty, przede wszystkim w postaci cięć pomijających kadry, które wymagałyby ruchu – raz to się nie rzuca w oczy, ale taki efekt używany wiele razy w trakcie odcinka zaczyna być zauważalny. Nie sądzę jednak, by to przesądziło w czyimkolwiek przypadku o kontynuowaniu lub przerwaniu oglądania tej serii. Ewentualnych zainteresowanych uprzedzam, że humor jest mocno niesztampowy, ale przez to nie dla każdego. Warto jednak rzucić okiem nie tylko na pierwszy odcinek, który zarówno pod względem prowadzenia fabuły, jak i doboru wydarzeń jest mało reprezentatywny.

Jak można było przewidzieć, tym razem zaczynamy od bliższego przedstawienia jednego z członków ARP, Shinjego (na resztę przyjdzie czas później). Z odcinka dowiadujemy się, że jego ojciec jest skarbem narodowym, światowej sławy skrzypkiem, a syn był wychowywany tak, by iść w ślady sławnego ojca. Czyli od najmłodszych lat rodzice kazali dziecku grać na skrzypcach przed znajomymi, a potem na koncertach, nie wzięli jednak pod uwagą, że chyba nie jest to jednak to, czego Shinji pragnie, co zaskutkowało swego rodzaju załamaniem nerwowym. A teraz ten ma problemy ze znalezieniem tego, co chce robić i kim chce być.

 

Na szczęście pojawia się dyrektor, który zamiast pomocy psychologiczno-pedagogicznej wygłasza mowę o poszukiwaniu siebie, odkrywaniu, kim jest się naprawdę, i proponuje rozważenie tego, czy może jednak nie chciałby być idolem, a nie skrzypkiem. Ale to nie on zmienia zdanie Shinjego, który jest gotów odrzucić propozycję przystąpienia do ARP. W szkole pojawiają się bowiem Rage i Daiya, których występ ogląda, zmuszony przez nowo poznanego kolegę, Matsumoto. To właśnie ich energia i śpiew pozwalają Shinjemu odkryć, że jednak to jest to, co chce robić naprawdę. A utwierdza go w tym przekonaniu jego pierwszy występ przed żywą publicznością.

 

 

Pominąwszy fragment odcinka, który jest stylizowany na pseudo-wywiad, oraz tej abominacji, która gada po napisach końcowych, znajduję go trochę lepiej poprowadzonym niż poprzedni. Pominąwszy wielokrotne przypominanie, czym jest ARP i jak zamierza podbić świat, przede wszystkim mamy tu jakąś ciągłość przyczynowo-skutkową, nie poszatkowaną wtrętami piosenek (jest tylko jedna, z występu Shinjego). Dowiadujemy się też, że bohater odcinka ma siostrę, która na polecenie rodziców wpada go kontrolować. Grafika jako taka nie zmienia się tak drastycznie, lecz utrzymuje się na średnio-niskim poziomie – czyli ładne popiersia, tragiczne ujęcia z dalszego planu, nieruchomi ludzie i brak oczu. Natomiast co do występu zrobionego na komputerze – to mam dziwne podejrzenie, że w każdym odcinku będą pokazywane dokładnie te same sekwencje, co w pierwszym.

Tag Cloud