Trzeci odcinek stanowi zaskakujące odejście od eksplorowania gier arkadowych (chociaż oczywiście tego elementu nadal nie zabraknie) na rzecz rozwoju relacji pomiędzy bohaterami. Pierwsza połowa odcinka zaczyna się od wyprawy do parku, na którą przedsiębiorczy a przystojny kolega z klasy zaprosił kilka osób, z nadzieją (słuszną), że Akira prędzej da się namówić na wypad w grupie niż na randkę. Jako że koło parku znajduje się wesołe miasteczko, a bohaterowie są dzieciakami z podstawówki, nie mija wiele czasu, a tam właśnie kierują kroki. Oczywiście Haruo najbardziej zainteresowany jest salonem gier, gdzie dociera także Akira – nietypowo dla niej zdekoncentrowana, ale wyraźnie zdeterminowana, by wyciągnąć z tej wizyty jak najwięcej.

 

Powód jej dziwnego zachowania wyjaśnia się szybko – dziewczynka ma się przeprowadzić wraz z rodzicami do Ameryki, i to w trybie bardzo pilnym, tak że odchodzi ze szkoły na samym początku nowego semestru. Haruo ostentacyjnie ignoruje urządzoną przez klasę imprezę pożegnalną, ale ostatecznie biegnie na lotnisko, by pożegnać się z rywalką… i przyjaciółką w jednym. Jako że to nie koniec serii, przypuszczam, że Akira szybko powróci lub też akcja zacznie się toczyć dwutorowo, acz to drugie byłoby dziwnym pomysłem, biorąc pod uwagę, że osią fabuły są interakcje bohaterów.

 

Po trzech odcinkach wydaje mi się, że przyszpiliłam problem, jaki mam z tą serią – i nie jest nim grafika, do której można się stosunkowo szybko przyzwyczaić. Z jednej strony trudno nie stwierdzić, że High Score Girl to tytuł mocno grający na sentymentach starszych widzów, którzy sami pamiętają jeszcze lata dziewięćdziesiąte i kojarzą wyliczane i prezentowane tutaj gry. Na to samo wskazywałyby także sceny pokazane z wyczuciem, ale i pełne ciepła. Tyle że z drugiej strony seria kipi humorem skierowanym wyraźnie do grupy wiekowej, w jakiej znajdują się jej bohaterowie – czyli tego, co na polskie (przed-deformowe) realia należałoby nazwać „wczesną gimbazą”. Nie jest to typ humoru, który by mnie szczególnie bawił, chwilami staje się zaś zwyczajnie niesmaczny i bardzo poważnie zniechęca do kontynuowania seansu.

Dlatego jeśli ktoś rozważa tę serię, powinien wziąć pod uwagę te dwa czynniki: sentyment do gier retro – pod tym względem High Score Girl to niemalże poemat miłosny do starych salonów gier – oraz infantylny, dość prymitywny humor. Od tego, co was bawi, a co wam przeszkadza, będzie w największym stopniu zależeć ocena tego anime.

Trzeci odcinek jest najlepszym dowodem na to, że nawet najmniejsza ilość w miarę sensownej fabuły może zdziałać cuda. Kogarashi idzie do nowego liceum, a zaniepokojona jego zniknięciem Yuuna rusza za nim. Jej pojawienie się w klasie powoduje niemałe zamieszanie, bowiem o ile ona sama nie jest widoczna, to efekty jej zażenowania (w postaci niekontrolowanej telekinezy) już tak.

Przy okazji nasza nierozgarnięta duszyczka wpędza głównego bohatera w kłopoty swoją ciekawością. Przez jej nieopatrzne działania zostaje on wzięty za zboczeńca, a jego szczere wyznanie, że jest medium, zostaje wyśmiane przez nową klasę. Cóż, to nie był dla niego najlepszy dzień.

Ku jego zaskoczeniu pomimo niefortunnego wydarzenia z podglądaniem majtek po zajęciach zaczepia go najpopularniejsza dziewczyna w klasie, Chisaki Miyazaki. Okazuje się, że ma ona problem z nadnaturalnymi zjawiskami dziejącymi się w jej domu. Nie wnikając w szczegóły powiem tylko, że przyczyną całego zamieszania okazuje się mała słodka dziewczynka, która z powodu swoich kompleksów uwielbia dorodne kobiece biusty.

Jak by źle nie brzmiało ostatnie zdanie, to cała historia jest całkiem udana i w zasadzie zaważyła na tym, że postanowiłem dać serii jeszcze jedną szansę. Po dość średnich dwóch odcinkach ten oglądało się przyjemnie, a fanserwis, mimo że dawkowany w olbrzymich ilościach, nie raził, a nawet momentami autentycznie mnie bawił. Z rzeczy, które także przypadły mi do gustu, jest jeszcze świetna mimika postaci i ich komiczne reakcje. Sami bohaterowie, mimo że sztampowi, są równocześnie w miarę sympatyczni i dają się lubić. Oprawa techniczna nie prezentuje niczego nadzwyczajnego, ale daje radę i spełnia swoją rolę – w tym odcinku pozytywnie zaskoczył mnie rysunek potwora, który zaatakował bohaterów. To, czy komuś ta seria będzie odpowiadała, zależy od indywidualnych upodobań. Na pewno odpadną od niej osoby uczulone na duże ilości fanserwisu. Ta seria składa się w głównej mierze ze scen bieliźnianych, a prawie wszystkie wydarzenia ukierunkowane są na tworzenie podwalin pod takie sceny. Mimo tego, jak pokazał odcinek trzeci, anime ma pewien potencjał i mam nadzieję, że twórcy go nie zmarnują.

Tsuyuzaki, współlokatorka Karen, i Daiba, współlokatorka Hoshimi, dziwią się nowej zażyłości pomiędzy dziewczętami, ale obie „aktorki” zdecydowanie odmawiają komentarza. W trakcie lekcji nauczycielka rozdaje uczennicom informacje o planowanym festiwalu, gdzie wszyscy uczniowie biorą udział w przedstawieniu dla rodziców. Ku zdziwieniu ogółu okazuje się, że Daiba mimo uczęszczania do klasy aktorskiej tym razem będzie pracować nad scenariuszem do przedstawienia. Co oczywiście prowadzi do natychmiastowych prób przekupienia jej słodyczami przez pozostałe dziewczęta.

 

Po lekcjach Tsuyuzaki wraca sama do domu, nie mogąc znaleźć Karen – cóż, ta z kolei siedzi zamknięta w magazynku przez Hikari, która postanowiła sobie za cel powstrzymanie jej przed udziałem w przesłuchaniach. Nie na wiele się jednak to zdaje, gdyż bohaterce udaje się uciec i dostać do teatru. Tym razem jednak jej przeciwniczką jest gwiazda poprzedniego przedstawienia, Maya Tendou, która w trakcie walki uświadamia dziewczynie, że po pierwsze, gwiazda jest tylko jedna, a po drugie, by być pierwszą, trzeba poświęcić dla tego celu nawet najbliższe osoby.

 

Po trzecim odcinku widz już wie, które bohaterki znajdują się na liście żyrafy, i które pojedynki będziemy śledzić. Widać też, które z dziewcząt charakteryzują się większą bezwzględnością, arogancją, ale też generalnie są lepsze, bądźmy szczerzy, od Karen pod różnymi względami. Poznajemy też powody, dla których dziewczęta dążą do celu, przy czym można zauważyć, że nie wszystkie traktują cały proces tak samo i nie podchodzą do wygranej/przegranej w ten sam sposób.

 

Jedno o Shoujo Kageki Revue Starlight na pewno można powiedzieć – nie będzie to typowa seria idolkowa, choć spełnione jest podstawowe założenie, czyli niedoskonała bohaterka dążąca do wymarzonego celu, nie brakuje też elementów życia szkolnego, rywalizacji, a nawet yuri. Z drugiej strony jednak surrealizm przesłuchań, z żyrafą włącznie, bezwzględne pojedynki i nieowijanie w bawełnę poświęceń, jakie należy poczynić, by być na szczycie, tworzą w sumie dosyć niepokojący obraz. To, czy ktoś się zdecyduje na obejrzenie całej serii zależy tylko i wyłącznie od stopnia akceptacji dla serii, która na pozór wygląda słodko i uroczo, a tak naprawdę wcale taka sympatyczna nie jest. Mimo że ładnie narysowana i zanimowana.

Pamiętacie końcówkę poprzedniego odcinka, gdy Satou łapką montażową miała zamiar pozbawić nieznajomego życia? Dziewoja zdążyła się opanować, zanim wbiła mu ją w głowę. W sumie słusznie, bo po morderstwie w takim miejscu jej słodkie życie z Shio dobiegłoby końca, a zamiast niego miałaby codzienny widok więziennej celi od wewnątrz.

Wcześniej poznany nieznajomy, który rozklejał ulotki o zaginięciu Shio, to najprawdopodobniej jej brat – Asahi Kobe. Retrospekcja sugeruje, że Shio razem z matką uciekły z domu, a on pozostał z patologicznym ojcem stosującym przemoc.

 

Po zajściu z Asahim Satou zdaje sobie sprawę, że musi nauczyć się panować nad emocjami – inaczej skończy w więzieniu. Po chwili traumy uświadamia sobie, że owe uczucia to zazdrość, co niezwykle ją raduje. W końcu zazdrość wynika z miłości, a tę odczuwa do najsłodszej istoty na świecie. Zadowolona jak nigdy dotąd wraca do mieszkania, tylko po to, aby zastać je puste.

 

Shio, zniecierpliwiona i przestraszona przedłużającą się nieobecnością ukochanej wspólokatorki rusza na jej poszukiwania. Przestraszone i nieznające świata zewnętrznego dziecko ma tymczasem dziwne halucynacje, które prowadzą je w nieznane…

Dziewczynkę w parku znajduje Mitsuboshi, które uznaje to za dar od bogów. Po seksualnym incydencie w pracy chłopak ma traumę i w Shio upatruje zbawicielki, która oczyści jego ciało i duszę po gwałcie. Przez kilka minut ślini się do małej, po czym próbuje zabrać ją do swojego mieszkania, przekonując obietnicą odnalezienia jej rodziny… Niestety, w parku ponownie zjawia się dwójka zbirów, którzy spotkali go tam poprzednio, gdy uratował Asahiego. Tym razem nie uda się mu uniknąć bolesnego pobicia.

Happy Sugar Life to seria absolutnie obrzydliwa. Koncepcja zakochiwania się w kilkuletnim dziecku sama w sobie budzi odrazę, ale charaktery postaci i sposób, w jaki tę miłość okazują, stanowią ostatni gwóźdź do trumny. Niemal każdy z bohaterów ma nierówno pod sufitem i powinien trafić albo za kratki, albo na zamknięty oddział szpitala psychiatrycznego. Są tak obrzydliwy, że nawet nie interesują mnie ich powody, historie czy intencje. Przetrwanie tych trzech odcinków było niemałym wyzwaniem i nie polecam tego anime nikomu.

Nurkowanie jest drogie, a klub potrzebuje funduszy. Jednym ze sposobów na ich zdobycie ma być zwycięstwo w męskim konkursie piękności organizowanym w trakcie festiwalu na uczelni bohaterów. Wystartować mają w nim Iori oraz Kouhei, w strojach licealisty i licealistki, jednak nie pałają entuzjazmem na wieść o tym pomyśle…

 

Tymczasem Iori rozpoczyna trening nurkowania od nauki oddychania pod wodą. Po początkowych problemach i przezwyciężeniu strachu przychodzi moment oczarowania pięknem podwodnego świata. Jego reakcja jest niesamowicie entuzjastyczna, dziękuje też Chisie za pomoc i motywację, aby rozpocząć nurkowanie.

Udaną lekcję nurkowania należy uczcić, a jakże, popijawą. Rankiem nasz bohater budzi się obok pięknej dziewczyny, której nie zna. Po dość panicznej reakcji zdaje sobie jednak sprawę, że przecież w tej sytuacji nie ma nic nadzwyczajnego. Piękna nieznajoma to Azusa Hamaoka, studentka z żeńskiego Uniwersytetu Oumi. Azusa ma nauczyć klubowiczów smażenia placków okonomiyaki, które mają sprzedawać w trakcie festiwalu, by zasilić klubowy budżet.

W trakcie nauki gotowania Iori oraz Kouhei próbują upić Chisę, licząc, że dzięki temu zgodzi na udział w żeńskim konkursie piękności. Gdyby tak się stało, sami nie musieliby startować. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem, a Azusa potrafi szybko przejrzeć plany chłopaków. Chisa, rzecz jasna, szybko odmawia udziału w konkursie. Po raz kolejny z pomocą przychodzi jednak Azusa, która potrafi zinterpretować słowa chłopców w taki sposób, by zmienić nastawienie Chisy do tego pomysłu. Warunek jest jeden – panowie też muszą wystartować.

Grand Blue bardzo konsekwentnie realizuje swoją koncepcję. Trzeci odcinek nie tylko dostarcza po raz kolejny świetną komedię, ale także popycha do przodu wątek nurkowania. Rozwijają się też bohaterowie oraz ich relacje, które są niezwykle sympatyczne i naturalne. Wprowadzona właśnie Azusa zapowiada się na równie udaną postać, zwłaszcza że mocno urozmaica grono pań – jest kompletnym przeciwieństwem Chisy, a dodatkowo nie brakuje jej inteligencji. Krótko mówiąc, seria zapowiada się wyjątkowo ciekawie. Martwi mnie tylko oprawa wizualna, której jakość zauważalnie się pogorszyła – komediowe deformacje nie były już tak starannie rysowane i udane, jak w poprzednich odcinkach. Na szczęście cała reszta rysowana była dobrze, więc może to tylko jednorazowa wpadka. Tytuł mogę polecić z czystym sumieniem, zwłaszcza fanom amerykańskich komedii. Mam jednak wrażenie, że dobrą rozrywkę znajdzie tutaj znacznie szersza grupa widzów.

Po Siriusie, który z każdym odcinkiem zyskiwał w moich oczach, w przeciwieństwie do Vermiliona, obejrzenie tego odcinka było trudnym i wyjątkowo irytującym doświadczeniem. Poradziłam sobie z nim wypróbowaną kilkakrotnie metodą: po kawałku.

No więc, Chihiro wbrew oporom oczywiście w końcu się zmienia, żeby ratować Kotetsu, bo ten słabo sobie radzi z „diabolosem” za pierwszym razem (co z tego, że Chihiro zalicza dopiero drugi); ich irytująca towarzyszka nalega, by sobie PRZYPOMNIAŁ jej prawdziwe imię, co też czyni, a to zmienia ją w coś w rodzaju słowiańskiego elfa, uhuhuh, czyli niby jego Obrońcę. Antagoniści na stronie komentują i wyjaśniają co nieco, przy czym czarnowłosa i biuściasta dziewoja robi boleściwe miny, bo Chihiro jest ponoć jej „ukochanym”, tylko najwyraźniej po drugiej stronie barykady.

Wybiwszy dziurę w ścianie, Chihiro wykańcza potwora, co oczywiście przyprawia go o natychmiastowy atak wyrzutów sumienia, jako że był to student; nikt inny się nie przejmuje, bo po transformacji nie ma ponoć dla tych ludzi powrotu. Widowisko nie robi też specjalnego wrażenia na parze dziennikarzy, którzy wolą oskarżać Chihiro o morderstwa. [Przerwa na pisanie]. Karma szybko wraca, bo dziewczyna (naprawdę nie zamierzam spamiętywać ich imion) zaczyna się przekształcać, a reporter dzięki pojawieniu się piegowatej zakonnicy również odkrywa w sobie moc heroicznej krwi i przypomnianym imieniem przekształca koleżankę w familiara, też ponoć nieodwracalnie, za co oczywiście wini Chihiro (co on do niego właściwie ma? Pewnie nic, taki scenariusz). W obliczu trzeciego przebudzonego herosa źli się wycofują, zwłaszcza że protagonista w efekcie „utraty kontroli nad swoją wielką mocą” załatwił nawet „podładowanego” do gigantycznych rozmiarów diabolosa [przerwa].

Potrzebujący pomocy (w tym połowicznie zmieniony kumpel chłopców) zostają zabrani do szpitala przez znaną nam już parkę medyków, potrzebujący wyjaśnień, czyli trzej herosi, podążają z zakonnicą do kościoła Maldeusa – nawet śmiać mi się z tego nie chce, że ktoś tu chyba niespecjalnie zna łacinę, bo kościół ów jest centrum sił dobra, walczących z Chaosem, a przewodzi im dziewczyna ze snu Chichiro, czyli Dux [przerwa, i dopiero połowa odcinka!].

Dux po początkowym bełkocie o przeznaczeniu na szczęście udziela nieco wyjaśnień: za 40 lat świat spotka nieunikniona zagłada i narodzi się nowy – albo będzie to świat chaosu, albo nadziei, którą przynieść może tylko Pan Szkarłatu (no dobra, wg słownika pierwsze tłumaczenie vermilion to cynober, ale jak to brzmi!), a zostać nim może jeden z potomków Heroicznej Krwi. [Przerwa, ten dziennikarz jest naprawdę irytujący]. Agenci Chaosu zgrabnie wcinają się w jej wystąpienie i dowiadujemy się, że ich celem jest uratowanie TEGO świata przed zamianą w utopijny raj głoszony przez Kościół Maldeusa (a może jednak ten ktoś zna łacinę? Ha, to by było). Środkiem do tego jest wytępienie herosów za pomocą ściągniętych z innej rzeczywistości potworów, „wchodzących” przez ludzkie bramy. Kij, że bramy przy tym giną… [przerwa, przerwa]. Celem herosów za to jest przetrwać, przy czym według Dux najłatwiej byłoby to osiągnąć, niszcząc Tokio, jako zbiorowisko potencjalnych bram utworzone przez wrogów Wielką Załamką (tak, wreszcie znalazłam sposób na przetłumaczenie tego!).

Resztę wyjaśnień dostajemy w szpitalu, gdzie dziennikarz przeżywa utratę asystentki na rzecz familiara, rzuca przysięgi i groźby zemsty na Chihiro oraz staje się obiektem jedynego naprawdę ładnego kadru w całym odcinku (przytłaczającego witraża nie liczę), a czesany prądem doktorek opowiada o duszy i genie zwanym Arcana, który pozwala niektórym ludziom przekształcać się w istoty z innego świata [przerwa…]. Chihiro znów ma atak wyrzutów sumienia, a podsyca je nie wiedzieć czemu w wizji Dux, najwyraźniej wyznająca prostą filozofię „cel uświęca środki” [przerwa, kiedy to się skończy???]. Ha, skończyło się minutę później, muszę jeszcze zrobić zrzutki, a za oknem jest takie piękne zaćmienie księżyca!

 

Te ujęcia są chyba z innej bajki…

À propos zrzutek, rysowane to-to jest paskudnie i naprawdę krzywo, animowane sztywno i ogólnie biedne, ale to i tak nic w obliczu zarysowanej już dość dobrze fabuły i narastającego szybko stężenia DRAMATU. Czy muszę pisać więcej? Przypuszczam, że znajdą się osoby, które seria zainteresuje, i może nawet wskażą jakieś plusy, przeoczone przeze mnie lub jeszcze nie ujawnione, ale ja z ulgą i zdecydowanie mówię pas.

Mimo że akcja trzeciego odcinka zgrabnie przeskakuje między postaciami, to potwierdził on rzecz jak najbardziej oczywistą – główny bohaterem tej serii są Ikuya i jego problemy. Sceny z jego udziałem należą raczej do ponurych, a na dokładkę dostajemy również większą ilość przyjaciela, który pozbawiony jak na razie dobrej motywacji jest co najwyżej irytujący. Tymczasem Haruka i spółka zastanawiają się, jak tu spokojnie porozmawiać z dawnym kolegą i nie dać się wyprowadzić w pole jego nadgorliwej „niańce”. Co im z tych planów wyjdzie, okaże się dopiero za tydzień… Bardzo fajnie wypadł natomiast wątek Rina, który pewnego dnia spotyka starszego z braci Kirishima, Natsuyę. Początek ich znajomości jest może nieco niemrawy, ale szybko się rozkręcają i od słowa do słowa, okazuje się, że znają tych samych ludzi. Cóż, widzowie to wiedzieli, panowie nie, ale obyło się bez wielkich dramatów, choć twórcy subtelnie pokazują pewne rzeczy. Nie było to ani przełomowe, ani oryginalne, ale szalenie sympatyczne.

Co ja mogę jeszcze o tym napisać? Chyba tylko podsumowanie, bo nic nowego nie przychodzi mi do głowy. To był jak dobry odcinek, a choć akcja nie pędzi i moje obawy, o których wcześniej pisałam, jeszcze nie umarły, to mam nadzieję, że twórcy wiedzą, co robią i jak przyjdzie co do czego, to ponownie dostaniemy niekoniecznie ambitne, ale w miarę lekkie, ciekawe i przyjemne anime w sam raz na lato, którego zdecydowanie nie ma co brać na poważnie (anime, nie lata oczywiście). Technicznie jest jak zwykle u KyoAni, czyli nie ma się do czego przyczepić. Aczkolwiek zoomorfizm jest nadal genialny. Mało nie spadłam z krzesła w trakcie wyścigu w tym odcinku. Coś więcej? A co ja się będę rozpisywać. Znacie wcześniejsze przygody pływających chłopców i chcecie wiedzieć, jak radzą sobie oni w dorosłym życiu? Zapraszam przed ekrany! Cała reszta? Również zapraszam! Ale najpierw koniecznie nadróbcie zaległości.

No to miłego!

Zgodnie z zapowiedzią, dzisiejszy odcinek poświęcony był retrospekcji. Po powrocie wraz z resztą Jaegersów na starą kwaterę – umundurowane czynniki oficjalne na razie odpuściły, ale trzymają rękę na pulsie i chyba nie dadzą się łatwo zbić z tropu – Julij jest przybity tym, co się stało z lekarzem, oraz losem jego osieroconej córki, jak i wytrącony z równowagi spotkaniem z bratem, którego miał za zmarłego. Nic dziwnego, że to wszystko przywołuje wspomnienia o tym, jak niewielką wioskę w ośnieżonej i dzikiej krainie, gdzie mieszkał wraz z Michaiłem, matką i starszymi, zniszczyły wampiry. Julij miał wtedy zaledwie kilka lat, ale był bardzo rezolutnym, odpowiedzialnym dzieckiem i oczkiem w głowie otoczenia, a to dlatego, że osada chyliła się ku upadkowi poprzez wymarcie po tym, jak mieszkańcy utracili (nie powiedziano jak) Arkę Siriusa. Nadal nie wiemy, czym ona jest, ale wampirom ponoć przyda się do rządów nad światem – oryginalny rys stanowi to, że planują to robić zza kulis.

 

Zdając sobie sprawę z jego przygnębienia, każdy z członków grupy próbuje na swój sposób okazać mu troskę czy pocieszyć – szczególnie urocza była wizyta Philipa – ale to Willard dociera do sedna rzeczy, bo Julij nie kryje przed nim ani wiadomości o bracie, ani swojego zagubienia wobec faktu, że Michaił musiał zawrzeć z wampirami pakt krwi. Co wobec tego z przysięgą chłopaka o zabijaniu tych krwiożerczych potworów? Jak się przy okazji dowiadujemy, Willard, zwany przez Julija profesorem, jest nie tylko przywódcą grupy, ale też człowiekiem, który znalazł i wychował chłopca po masakrze jego krewnych. Bardzo podobało mi się, że dano nam tu też możliwość krótkiego wglądu w wątpliwości Willarda co do pojętych niegdyś działań. To go ładnie uczłowiecza i zmiękcza, jako że zwykle sprawia wrażenie bardzo surowego – zresztą wszystkie te króciutkie scenki z Jaegersami dopisują zgrabnie kolejne drobne kreski do ich rysunku psychologicznego jako grupy i pojedynczych osobowości. Bardzo zgrabnie.

Ostatnią, która próbuje zbliżyć się do młodego wilkołaka, jest Ryoko, i to mimo przerażających scen, których była świadkiem, jak i zachowania Julija chwiejącego się na krawędzi transformacji. Braku odwagi czy zdecydowania dziewczynie odmówić nie sposób; akurat ona mniej mnie przekonuje, nie mój typ po prostu, ale dam jej kredyt zaufania. Doceniam też, że pokazano ją na chwilę w środowisku szkolnym – ewidentnie placówce dla dobrze urodzonych panien – oraz że zmieniła na tę okoliczność nie tylko strój, ale i fryzurę. Takie szczegóły się liczą! A i nastrój na chwilę zelżał dzięki jej koleżankom, jak poprzednio dzięki Philipowi. To też jest zgrabny kawałeczek roboty, świadczący o tym, że twórcy znają się na rzeczy.

Mamy wreszcie krótką scenkę po endingu – nawiasem, dopiero teraz zwróciłam uwagę, jaki jest uroczy, pokazując Julija i jego brata w dzieciństwie, zresztą z niezłą piosenką w tle – która sugeruje nam mniej więcej, co mogą, w najbliższej przyszłości przynajmniej, kombinować wampiry. Będzie na pewno ciekawie i chyba trochę gotycko – ale nie jak u gotyckich lolitek, tylko u Mary Shelley! Klimat jest, trzeba to powiedzieć, i podoba mi się.

Wizualnie też jest dobrze, o ile nie bardzo dobrze – ktoś mógłby się może czepiać teł, twierdząc, że „kreskówkowy” rysunek postaci od nich nieco odstaje, ale ja absolutnie nie mam takiego wrażenia, a ich komputerowość wcale mi nie przeszkadza, bo po prostu są ładne i dopracowane; dzięki rozmaitości wzorów, faktur, kolorów, nasycenia i barwy światła całość ma bogaty, wręcz sensualny charakter, który do mnie zdecydowanie przemawia. Jedynym wartym wzmianki minusem są dla mnie wampiry z maszynki (te przemienione w bestie), ale z drugiej strony, jest to zwykłe mięso armatnie, więc nie przesadzajmy z czepialstwem. Usiłowałam też wypatrzyć jakieś potknięcia w rysunku przy łapaniu zrzutek, ale nie udało mi się, może z wyjątkiem paru naprawdę malutkich drobiazgów. Podsumowując: wszystko wskazuje na to, że warto się z tym anime zapoznać, bo może być w swoim gatunku zwyczajnie dobre.

No kto by pomyślał, że Souya jednak ucieknie przed całą grupą bohaterów? Cóż, był to przewidywalny zabieg fabularny, ale po urwanej końcówce drugiego odcinka przynajmniej można było przez tydzień pomarzyć, że dostaniemy coś innego. Ale nie… Znaczy, nie żeby sposób ratunku dał się przewidzieć, ale po poprzednich odsłonach człowiek jest już raczej przyzwyczajony do wysokiego poziomu stężenia dziwactw. Niespodziewanie bowiem pojawia się monstrualna wersja Kociego Mistrza i połyka zarówno Souyę w „robopancerzu” jak i swoją wspólniczkę. Bohaterzy ostatecznie się wycofują, a protagoniście zostaje zafundowany mentalny teatrzyk, który wyjaśnia to i owo na temat przeszłości – Souya pochodzi z planety zwanej Syriusz, a koci stwór maczał swoje łapy w jej zniszczeniu. Wygląda na to, że nie do końca zamierzenie, ale fakt pozostaje faktem. A, coś tam było jeszcze o wykorzystywaniu mocy smoka. Czyli chyba te magiczne naszyjniki, co je noszą przeciwnicy Souyi, to właśnie zawierają cząstkę tejże.

A, jeśli spodziewaliście się, że z powodu coraz częstszych ataków obcych i kilku wyjaśnień, wątek szkolny zostanie odstawiony na drugi plan, to się zdziwicie, bo ten ma się nadzwyczaj dobrze. Główny bohater po kilku dniach nieobecności wraca bowiem do liceum i nie do końca z własnej woli staje się członkiem szkolnego klubu miłośników okultyzmu, w którym poznaje nikogo innego, jak jednego z bohaterów…

Dotychczasowe odcinki całkiem nieźle przedstawiły sobie z wprowadzeniem widza w ten dziwaczny i chaotyczny świat, zarysowały również coś, co będzie wyglądało na schemat fabularny, czyli przypadkowe spotkania Souyi z kolejnymi z przeciwników w okolicznościach innych niż walka. Końcówka trzeciej odsłony, podobnie jak poprzedniej, zostaje urwana w kluczowym momencie i może, to znaczy, że w następnym odcinku wydarzy się coś, co widzów zaskoczy. Pomijając oczywiście kolejne pokłady (zamierzonego) absurdu.

Cóż, jak pisałam już na samym początku: ten typ historii rozmija się z moimi upodobaniami o lata świetlne, ale obiektywnie patrząc to Planet With prezentuje się zgrabnie i pomysłowo. Coś dla fanów zwariowanych opowieści ze sporą ilością elementów komediowych. Zdecydowanie nie dla wszystkich, ale miłośnicy tego rodzaju historii powinni być zadowoleni.

P.S. Technicznie nadal jest tak jak było.

Moje oczy krwawią! Zapomnijmy na chwilę o fabule i postaciach i skupmy się na oprawie wizualnej, a właściwie czymś, co ją udaje. Nie wiem, czy japoński rynek anime działa aż tak prężnie, że studiu Seven zabrakło ludzi do pracy i zatrudnili grupkę pozbawionych talentu dziesięciolatek, czy po prostu ekipa ma wszystko gdzieś i rysuje na odwal się. W każdym razie, efekt jest tragiczny pod każdym względem. Projekty postaci są krzywe, ale to bardzo krzywe i kanciaste – można się oczywiście okłamywać, że to tylko inspiracja kubizmem, ale po co? Zbliżenia są do luftu, tła także, a o postaciach w lekkim oddaleniu żal wspominać. Animacja zdecydowanie zbyt szybko zmierza w kierunku pokazu slajdów – nagminnie wykorzystuje się te same ujęcia, ekspresja twarzy prawie nie istnieje i to w ogóle cud, że ktoś tu jeszcze porusza ustami. Tak brzydkiej i niedopracowanej serii nie widziałam już dawno, za takie coś powinni wsadzać do więzienia z dożywotnim zakazem posługiwania się czymś, co chociażby przypomina ołówek, kredkę lub cienkopis.

 

 

No dobrze, to teraz odrobinę optymistyczniej – fabuła osiadła na mieliźnie, ale z daleka od warstwy mułu, w którym mogłaby się zagrzebać. W trzecim odcinku bohaterowie udają się na górę Kurama – planowali tylko zwiedzanie, ale ojciec Kiyotaki poprosił go o małe śledztwo w domu niedawno zmarłego pisarza. Otóż artysta zostawił swoim synom zwoje, które ktoś wkrótce po odczytaniu testamentu spalił – młodzi mężczyźni chcą wiedzieć, kto to zrobił i dlaczego. Cóż, widz wie to jeszcze przed openingiem, ale nic to, przy okazji rozwiązywania sprawy dostajemy garść ciekawostek o japońskiej sztuce i oczywiście małą porcję dramy (widać bez tego anime obejść się nie może). Mimo wszystko nie było tak źle – Kiyotaka nie był tak irytujący, jak w poprzednim epizodzie, i chyba powolutku zmierzamy w kierunku jakiegoś romansu, który dla odmiany zapowiada się sympatycznie. Na dodatek do samozwańczej ekipy detektywistycznej dołącza kolejny „bisz” (w zamierzeniu). Szału nie ma, seria żadnych części ciała nie urywa, ale jest oglądalna – pod warunkiem, że jesteście odporni na graficzną biedę z nędzą. Inna sprawa, że sezon letni nie rozpieszcza, mamy serie złe, jeszcze gorsze i trochę przeciętniaków, plus rzeczy udane, które można policzyć na palcach jednej ręki średnio utalentowanego sapera.

Podsumowując – Kyoto Teramachi Sanjou no Holmes to jednak potężne rozczarowanie, które jakimś cudem jeszcze nie szoruje brzuszkiem po dnie i tylko dlatego daje się oglądać, przy wtórze zgrzytających zębów oczywiście. Bohaterowie są mdli, ze szczególnym wskazaniem na Aoi, będącą skrzyżowaniem mebla i „durnostojki” zbierającej kurz. Kiyotaka to irytujący geniusz, jednakże mający swoje momenty – znośny o tyle, że zazwyczaj nieanatomiczna krzywizna jego twarzy przysłania wszystkie inne problemy, jakie widz może mieć z tą postacią. A miało być tak pięknie…

Tag Cloud