Kto by pomyślał, odcinek trzeci wypełnia… mecz towarzyski z dziewczętami z liceum Asaka. Tamtejszy klub ma dłuższą tradycję i wspaniałe osiągnięcia, jednak jego przewodnicząca zgodziła się na wystosowanie zaproszenia do mniej doświadczonych rywalek, ponieważ prywatnie jest kuzynką Eriki. Dlatego też dobrze znana nam czwórka zrywa się bladym świtem, jedzie do Asaki, a tam siedzi na krzesłach, rozgrzewa się i strzela (w różnej kolejności). Sportowy brak emocji przeplata się z dialogami o niczym – dziewczęta nawzajem dopingują się, podziwiają swoje osiągnięcia oraz lamentują nad niedoskonałościami.

Trudno właściwie coś więcej napisać, ponieważ tak jak poprzednie, ten odcinek był zwyczajnie nudny i całkowicie pozbawiony charakteru. Nie jestem pewna, do kogo miałaby trafić ta seria. Dziewczyny są miłe i nijakie, a przy tym zupełnie niefanserwiśne, więc nie można tego uznać za przypadek „furda wszystko, wiwat fanserwis”, jak Kandagawa Jet Girls. Relacje w klubie są pozbawione cienia napięcia, a jeśli sądzić po tym meczu, nie będą go dostarczać także ewentualne kolejne pojedynki strzeleckie. Okruchów życia praktycznie nie ma, bo przez gros czasu przebywamy w salach klubowych. O rywalizacji sportowej przykro wspominać, bo w sumie najlepiej podsumowuje ją obserwacja bohaterek: kiepska i świetna zawodniczka wyglądają na strzelnicy praktycznie tak samo, różnią się tylko uzyskiwane przez nie wyniki. Innymi słowy, sport polega tu na tym, że dziewczęta stoją jak kołki, a na ekranikach wyświetlają się cyferki odpowiadające trafieniom w tarczę. Nawet gdyby kogoś to faktycznie interesowało, mecz był pokazywany zbyt przypadkowo i wyrywkowo, by można było oczekiwać w napięciu, kto wygra. Zastanawiałam się, czy może jest to seria dla otaku broni, ale prawdę mówiąc, oglądamy przez cały czas te same karabinki laserowe, wyglądające, jak narysowane od jednej sztancy, więc nawet jeśli komuś podobały się ich detale, przez te trzy odcinki zdążył się im chyba przyjrzeć z każdej strony.

Właściwie to aż korci, żeby wymienić teraz cały szereg anime prezentujących mało dynamiczne lub mało efektowne dyscypliny sportowe, od tenisa stołowego po shogi, które potrafiły stworzyć prawdziwe widowisko lub znaleźć inny sposób na zafascynowanie widza. Mam jednak wrażenie, że samo zapisywanie ich tutaj uwłaczałoby im w jakiś sposób. Rifle Is Beautiful to seria robiona kompletnie „na odwal się”, bezczelna próba wepchnięcia się w stosunkowo mało obsadzoną niszę i pozyskania fanów opowieści o uroczych dziewczętach i militariach. Uprzedzam: nie warto.

Meh.

W końcu dowiadujemy się, dlaczego Watson potrzebuje pomocy Szerloka. Jakiś czas temu przeprowadzał autopsję dziewczyny, na której znalazł, jak się okazało później, miniaturowy nadajnik. Jednak po przekazaniu tej informacji dyrektorowi szpitala zaczęły się wokół niego dziać dziwne rzeczy – a to samochód go prawie przejechał, a to dom się spalił, a to jakby go ktoś śledził. Z tego powodu uciekł do dzielnicy West Side, żeby go nikt nie znalazł i żeby Szerlok podjął się rozwiązania jego sprawy. Problem polega tym, że chwilowo ten traktuje go jak swojego służącego i się nawet nie pyta, o co chodzi. A co gorsza, w trakcie szesnastych urodzin Jamesa Moriarty’ego pani Hudson każe mu się wynosić ze składziku. I zamieszkać właśnie z Szerlokiem.

 

W trakcie tychże urodzin pojawia się także niespodziewany gość – prawnik Pu, którego ściga policja za zamordowanie właściciela luksusowego hotelu w East Side. Oczywiście szybciutko pojawia się także Lestrade i aresztuje delikwenta, ale plik pieniędzy wepchnięty mu przez panią Hudson pozwala na zaangażowanie detektywów w sprawę udowodnienia niewinności Pu.

 

Mimo że do roboty zgłaszają się prawie wszyscy, widz widzi tylko i wyłącznie śledztwo przeprowadzane przez sztywniaka Kyogoku oraz drugie, przez Szerloka (i Watsona). A w międzyczasie mamy scenkę rodzajową, z której wynika, że nie dość, że obie dzielnice oddziela mur, to na przejściach są bramki i wredni ochroniarze? Policjanci? Służby bezpieczeństwa? Znaczy, że West Side to takie getto dla obywateli gorszego sortu, ne?

   

Na miejscu przestępstwa oczywiście kłębią się wszyscy, Lestrade wygłasza teorię, okazuje się też, że ciało ofiary zostało spalone, więc „przypuszcza się” że to właściciel hotelu, Cosmo. Następnie mamy przebitki na „pracę detektywów” skupiającą się na łypaniu i nagłym dostrzeganiu notesów z informacjami (niezależnie). Oraz dowiadywaniu się (także niezależnie od siebie), że Cosmo (czyli ofiara) wpędził Pu i jego ojca w długi hazardowe. I identyfikowaniu osób, które wiedziały, jakiego narzędzia użyto do zabójstwa, mimo że tylko policja o tym wiedziała…

 

Koniec końców, nakłoniony przez Watsona (który już wie, co mówić), Szerlok opowiada „Historyjkę o niewinności Pu”, sprawca zostaje ujęty, a Watson dostaje jakieś 2 m kwadratowe kanapy w pokoju Szerloka. A po endingu Moriarty pokazuje swoje prawdziwe oblicze.

Pod względem animacji seria utrzymuje się na stałym poziomie nisko średnim, ze zjazdami w planach dalszych i przy większej liczbie osób, wypełniając czas antenowy najazdami od tyłu (żeby nie animować ust), najazdami na puste miejsca (żeby nie animować ludzi), oraz wstawkami à la rysunek dziecięcy (coby nie animować w ogóle). Możemy także podziwiać zróżnicowane stroje pani Hudson (i fryzury), brak zróżnicowania w strojach pozostałych detektywów oraz od czasu do czasu wyraz zgrozy albo oczka w kształcie serca. Choć należy przyznać, że od czasu do czasu trafi się jakiś ładniejszy widoczek albo dynamiczniejszy ruch.

Co do fabuły – pozostaje na razie epizodyczna, choć jak mniemam, sprawa Watsona będzie teraz co chwila wypływać po kawałku, podobnie jak wątki związane z Moriartym. Postacie dostaną swój czas antenowy po przy każdej kolejnej sprawie, która będzie wariacją na temat znanych opowieści… i tyle. I na pewno będzie Wielka Tajemnica w tle – tylko aż strach się bać, co zważywszy na konwencję scenarzyści wymyślą w kwestii ważniejszych punktów kulminacyjnych. Chociaż po ostatniej scenie, z koniczynkami i motylkiem, mam pewne podejrzenia…

Dla fanów Szerloka znajduję tu niewiele, niewiele też znajduję tutaj dla fanów powieści detektywistycznej, kryminału, komedii, wielbicieli muzyki czy też animacji. Na razie seria nie może się zdecydować, czym jest, w związku z tym generalnie jest o niczym. A jako taką, to można chyba jednak odłożyć na półkę… Ewentualnie obejrzeć jednym ciągiem, jak się skończy.

Legosi oczywiście ucieka w panice od Haru, acz wcześniej delikatnie okrywa jej ramiona i przestrzega przed zmarznięciem, a kiedy chwilę później mrówkojad źle się o niej wyraża, powtarzając krążące po szkole plotki, wilk myśli o niej całkiem inaczej. Widać, że dziewczyna go zafascynowała, ale pomimo wcześniejszego ataku na nią oraz jej zachowania w domku, wrażenia Legosiego są raczej całkiem… niewinne.

Ta delikatność, empatia oraz tłumienie naturalnych wilczych instynktów zdecydowanie drażnią Louisa. Oj, pan jeleń ma poważne problemy. Nie dość, że jest krytycznym perfekcjonistą, to jeszcze nienawidzi być postrzegany jako ten słabszy, tylko dlatego, że jest roślinożercą, a potulność Legosiego doprowadza go do pasji, szukania konfrontacji oraz prowokowania wilka w agresywny sposób. Widać, że tych dwóch zbudowanych jest na kontraście oraz krzyżowej zamianie cech typowo przypisywanych gatunkom, do których należą. To Loius atakuje, a Legosi grzecznie unika starcia.

W tym odcinku dowiadujemy się też więcej o innych członkach klubu teatralnego, acz tylko pobieżnie i z punktu widzenia osoby trzeciej. Okazuje się, że jest to kółko szczególnych indywiduów, z których każde miało lub ma jakiś problem, który był cechą kwalifikującą daną osobę do klubu. Ciekawostką są też specyficzne pokoje podzielone gatunkowo, z których muszą regularnie korzystać uczniowie, aby się zrelaksować w naturalnych dla siebie warunkach – np. ten dla wilków ma wielką kulę imitującą księżyc.

Oj, jak twórcy lubią bawić się nastrojem, ending jest również tego przykładem. Ten z drugiego odcinka był wesoły i lekki, zaś ten z trzeciego ma taki sam rdzeń animacyjny, ale wstawione są do niego inne sceny, bardziej niepokojące, a kolorystyka z niebieskiej zmienia się na czerwoną. Inna jest również piosenka, moim zdaniem lepsza niż ta z drugiego odcinka.

Wiele miesięcy temu, słysząc po raz pierwszy o tym, że pojawi się anime Beastars, sięgnęłam z ciekawości po mangę, która natychmiast mnie wciągnęła. Podobało mi się w niej wszystko – sposób, w jaki rozwijały się postaci, ich relacje, kreska czy cudowna mimika zwierząt. Interesowało mnie, czy twórcy zdołają przełożyć to wszystko na język animacji w zadowalający sposób – czyli najlepiej 1:1. Oczywiście całe szczęście, że tego nie zrobili. Trochę wycięli, ale również dodali coś od siebie. Jak już zresztą pisałam – ubyło mniej znaczących dialogów i scen, niektóre rzeczy zostały przestawione chronologicznie, ale najważniejsza zmiana zaszła przy budowaniu klimatu. Nie, żeby komiks go nie miał, absolutnie nie to miałam na myśli, ale anime korzysta z dodatkowych narzędzi dostępnych dla tego medium, śmiem twierdzić, że robi wszystko, aby zbudować odpowiedni nastrój (z sukcesem!), kładąc jednak nacisk na powagę, a humor traktując po macoszemu. Tego ostatniego jest zdecydowanie więcej w mandze, chociażby w samych wyrazistych rysunkach postaci (łypiący niewinnie Legosi czy zaskoczony Louis zawsze mnie bawili), anime zaś prawie całkiem z niego wyprano, stawiając na powagę i cięższe klimaty, ale przeszkadzać może to jedynie oddanym czytelnikom wersji komiksowej, anime nie jest przez to stratne, jest po prostu inne. Oczywiście znalazłoby się kilka scen, przy których zareagowałam „ale dlaczego taka zmiana? Ona tu nie była potrzebna”, ale to tylko siła przyzwyczajenia do wersji, którą się przyswoiło wcześniej. Seria animowana prezentuje nową jakość, do tego ze świetną muzyką, openingu to wręcz nie mogę się nasłuchać do syta, chętnie usłyszałabym też jeszcze jakieś inne piosenki w środku odcinka, poza tą z pierwszego. Szczerze polecam tę serię, chyba że kogoś bolą oczka od animacji komputerowej (oceniając okiem kompletnego laika, i tak dobrej jak na anime) lub wolałby coś o nieco mniej zagęszczonym klimacie, wtedy lepszym wyjściem będzie manga.

Duet Touma-Maki bez większych problemów pokonuje w meczach treningowych resztę członków klubu. Touma nie jest zadowolony z postawy kolegów, którym zarzuca brak zaangażowania, przestaje więc pojawiać się po lekcjach na zajęciach. W międzyczasie Maki poszukuje powodów ich złej postawy na korcie i dochodzi do prostego wniosku – należy inaczej dobrać partnerów.

Okazuje się również, że dwaj protagoniści nie są jedynymi, którzy mają problemy w domu. W podobnej sytuacji znajduje się Itsuki Ameno, który mieszka jedynie z ojcem i siostrą Namie, gwiazdą żeńskiej drużyny soft tenisowej. Ich rodzice rozwiedli się bowiem, gdy matka oblała rocznego Ameno wrzątkiem, po czym chłopak ma blizny do dziś.

Cieszę się, że nie tylko Touma i Maki są postaciami z jakimś tłem, fajnie, że swoje pięć minut dostał inny członek klubu. Do tej pory reszta chłopców jawiła mi się raczej jako statyści, teraz autentycznie można liczyć (i mam na to szczerą nadzieję), że o każdym z nich czegoś się dowiemy i nie będą jedynie służyć jako tło do poczynań dwóch głównych bohaterów.

Powtarzam się, ale animacja w tej serii jest naprawdę fantastyczna. Pierwsza połowa odcinka to właściwie jedynie mecze, w których każda wymiana jest zrealizowana po prostu świetnie – czuć, że na ten element położono naprawdę duży nacisk. Wrażenie robi jednak nie tylko to, jak to wszystko się porusza, ale również kompozycja poszczególnych scen. Choć to tylko mecze treningowe, to muszę przyznać, że rozbudziły we mnie oczekiwania i naprawdę czuję ogromną ekscytację na myśl o pojedynkach o stawkę, do których chłopcy się przygotowują.

Warto też wspomnieć co nieco o muzyce, na którą wcześniej nie zwracałem jakiejś szczególnej uwagi, natomiast w tym odcinku, ponownie podczas meczów treningowych, bardzo fajnie zbudowała odpowiedni klimat. Soundtrack nie jest może więc niczym szczególnym, natomiast swoją rolę absolutnie spełnia.

Po Kazukim Akane można było spodziewać się jeśli nie czegoś wyjątkowego, to przynajmniej porządnego. Nie jestem jeszcze w stanie stwierdzić jak ostatecznie wypadnie Hoshiai no Sora, natomiast nie będę ukrywał, że po prostu świetnie się przy tej serii bawię. Entuzjaści okruchów życia i dramatów powinni spróbować beż żadnego wahania, a coś czuję, że również fani sportówek ostatecznie nie będą zawiedzeni, chociaż muszą przygotować się na to, że nie jest to typowy przedstawiciel tego gatunku – tu sport jest raczej tłem. Ja od siebie szczerze polecam i mam nadzieję, że seria sprosta moim oczekiwaniom. Na razie jestem bardzo zadowolony.

Czekaliście na trzecią telewizyjną odsłonę Psycho-Pass, mimo bardzo słabej poprzedniczki? Ja tak, bo byłam ciekawa, co też twórcy wymyślą tym razem. I szczerze pisząc, po seansie pierwszego odcinka już mi się to odechciało oglądać… Ale do rzeczy.

Na pierwszy rzut oka trzeci sezon serialu wydaje się najkrótszy ze wszystkich, bo zapowiedziano jedynie osiem odcinków. Sytuacja zmienia się jednak, kiedy przyjrzymy się ich długości, ponieważ każdy z nich liczy ponad czterdzieści minut, czyli w praktyce dostajemy dwa odcinki w jednym. Nie mam pojęcia skąd ten pomysł, ale w gruncie rzeczy nie jest to najistotniejsza zmiana, jaką wprowadzono.

Po pierwsze i najważniejsze: z głównej obsady poprzednich serii uchowali się tylko Mika Shimotsuki, Shou Hinakawa i Shion Karanomori, a cała reszta albo zniknęła w tajemniczych okolicznościach, albo została zepchnięta na drugi plan (Akane Tsunemori i Nobuchika Ginoza). Widmo Shinyi Kougamiego majaczy gdzieś tam na horyzoncie… Na pierwszym planie pojawiają się zaś dwie inspektorskie świeżynki – Arata Shindou i Kei Michaił Ignatow – oraz kilkoro nowych Egzekutorów. Ci drudzy to na razie niezbyt interesująco prezentująca się zgraja, zaś ci pierwsi w niczym nie przypominają żółtodziobów, którymi na początku kariery były zarówno Akane, jak i Mika. Kei ma zaplecze wojskowe, a jego przyjaciel… Cóż, pomijając fakt, że Akira jest bardzo, ale to bardzo specyficznym osobnikiem, to w oczy rzuca się przede wszystkim jego niezwykły talent.

Bo widzicie, Drodzy Widzowie, wraz z początkiem trzeciej serii Psycho-Pass z kina fantastyczno-naukowego zaczyna zmieniać się w kino nadprzyrodzone. Jeden z młodych inspektorów jest bowiem obdarzony tak rozwiniętą empatią, że po wejściu w trans potrafi bezbłędnie odtworzyć wydarzenia z miejsca zbrodni… Tak dokładnej analizy nie potrafił przeprowadzić nawet Will Graham z Hannibala, w którym jego umiejętności (jak bardzo naciągane by one nie były) traktowano jako coś naprawdę niezwykłego. W Psycho-Pass przyjaciel głównego bohatera częstuje widzów wyjaśnieniem, że są to zdolności empatyczne klasy A. I robi to w taki sposób, jakby owszem były one rzadkie, ale jednak dostatecznie często w tym uniwersum spotykane… Nie żeby wcześniej ktokolwiek o czymś takim wspominał. No, ale to nie pierwszy w tym sezonie królik wyciągnięty z fabularnego kapelusza. Na drugim miejscu mamy bowiem tajemniczego Bifrösta – wykorzystywany przez polityczne elity Japonii system, który chyba ma konkurować z Sybillą. Ale na jakich zasadach? Pojęcia nie mam… Chociaż być może kolejne odcinki odpowiedzą na to pytanie.

Wątpię jednak, żebym była świadkiem tych ewentualnych wyjaśnień, bo ani wpychane w tym sezonie na siłę nowinki fabularne (czyt. udziwnienia), ani nowa obsada zupełnie nie przypadły mi do gustu. Miło natomiast widzieć, że pod względem graficznym wykonano solidną robotę i przynajmniej jest na co popatrzeć. Czy jest jednak czego posłuchać? Tutaj zapewne zdania będą podzielone, bo piosenka z openingu może nie zachwyca, ale w ostatecznym rozrachunku prezentuje się sto razy lepiej niż ending, od którego mało nie zwiędły mi uszy…

Cóż, ten Bifröst nie jest ani tęczowy, ani nie płonie…

Po turnieju walk zbliża się miejski festiwal. Melida objaśnia Kufie, że uczennice wyczekują go z niecierpliwością, a na sam festiwal założą białe suknie przygotowane przez starsze uczennice. Z wielką nieśmiałością zaprasza też swojego nauczyciela do tańca, który nastąpić ma podczas ogniska, jednak słyszy odmowę – akurat w tym dniu Kufa musi odbyć służbową podróż, chociaż jest szansa, że wróci na sam koniec i zatańczy z podopieczną.

Nieco mniej przyjemna sytuacja spotyka Elise. Jej opiekunka wyrzuca suknię, którą ma założyć na festiwal i przygotowuje własną, znacznie bardziej bogatą i wyróżniającą się z tłumu. Sama zainteresowana nie jest jednak zadowolona z takiego obrotu spraw. (Swoją drogą,  szkolne mundurki projektował ktoś wredny, spójrzcie no tylko wyżej.)

Nie trudno jej się dziwić. W dniu festiwalu tylko ona ubrana jest inaczej, co budzi u części uczennic dość ambiwalentne odczucia na temat jej chęci wyróżnienia się. Takiej sytuacji dziewoja się spodziewała, zwłaszcza że już na turnieju przyćmiła wszystkie rywalki.

Pamiętacie złego z końcówki poprzedniego odcinka? Porywa on Melidę oraz Elise, a jego celem jest zaszczepienie w tej pierwszej many Paladyna. Ma ją pobrać od Elise, która niekoniecznie ujdzie z życiem. Sama Melida nie jest takim pomysłem zachwycona, a w związku z paniką koleżanki sama musi stanąć do walki. Zadanie jest o tyle utrudnione, że porywacz zablokował obydwu dziewczynom możliwość użycia many. Mimo tego determinacja i pokaz umiejętności głównej bohaterki sprawia, że zabandażowany nieznajomy zmienia plany – postanawia obydwie wojowniczki unicestwić. Przeraża go wizja przyszłości, w której mogą zdobyć niesłychany dotąd poziom mocy.

W ostatniej chwili zjawiają się Kufa i Rosetti, którzy ratują swoje podopieczne od niechybnej śmierci.

Główny bohater musi stawić czoła stworowi przywołanemu przez porywacza. Walka nie jest łatwa, ale wychodzi z niej obronną ręką (co prawda jedną stracił, ale sobie ją przykleił). Na jaw wychodzi też, że nazwisko Vampir nie jest przypadkowe. Nie zabija on jednak przeciwnika, a jedynie każe przekazać wiadomość dla klienta dla którego ten pracuje. Rzecz jasna, zatrudniony został do zmiany many Melidy lub jej unicestwienia w razie niepowodzenia.

Po tych dramatycznych wydarzeniach, Melida, Elise oraz ich opiekunowie ruszają na festiwal. Kufa prosi swoją uczennicę do tańca, jednak na tym się nie kończy. Młoda dama oświadcza, że chce być z nim na zawsze. Prosi  jedynie o zaczekanie aż dorośnie (dalej nie wiemy ile bohaterki mają lat).

Trzeci odcinek Assassins Pride potwierdza, że na próżno szukać tu sensu. Po raz kolejny bezpodstawnie i nagle zmieniają się zachowanie oraz relacje postaci. Dotyczy to zarówno głównej pary, jak i Elise oraz Rosetti. Najlepsza z uczennic w momencie zagrożenia staje się bezsilna i wystraszona, a jej nauczycielka walczy ramię w ramię z Kufą jakby od lat stanowili zabójczy duet… Wydarzenia są zagmatwane, co chwila z dziury fabularnej wyskakują postaci oraz spiski, a same plany złych i rodziny względem Melidy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Odcinek zapowiada nam także kolejnego złego, który po raz kolejny ruszy unicestwić główną bohaterkę.

Oglądanie Assassins Pride to raczej kiepski pomysł dla osób mających ograniczoną ilość wolnego czasu. Zalet tu niewiele, a wad cała masa. Co prawda brakuje elementów jednoznacznie odrzucających od ekranu, ale nie ma też nic co by mnie przy nim dalej trzymało. Krótko mówiąc – nie polecam, zwłaszcza, że równocześnie wychodzi cały tuzin znacznie lepszych serii.

Po raz trzeci z rzędu mam mieszane uczucia. Przez ponad połowę odcinka postacie nie robią nic, tylko siedzą w mieszkaniu Inuia i gadają. Gadanie to jest umilone przez wysiłki seiyuu, którym nie da się odmówić uroku. Jak i wcześniej to starania Junichiego Suwabe sprawiają, że postać Inuia działa, czuć wysiłek, jaki aktor wkłada w ożywienie postaci pozbawionej mimiki. Niestety animatorzy uznali za dobry pomysł sparować go z mafiozo mającym mechaniczną szczękę, co wykorzystali jako pretekst, aby i w jego przypadku oszczędzić na trudach animacji. No więc tak sobie rozmawiają owe dwie kukiełki, a na kadrach sporadycznie da się zauważyć znaczące przemieszczenia.

Oj, coś budżetowa ta seria. Studio Madhouse potrafi zrobić piękną animację, ale to nie będzie ten przypadek. Reżyserię też można w najlepszym razie uznać za funkcjonalną: jest czytelna, wiadomo, co się dzieje, ale ani przesadnie estetyczna, ani efektowna. Podobnie zresztą jest z muzyką: Kenji Kawai wie, co robi, ale nie ma w tym charakteru. Po pierwszym odcinku liczyłem na więcej, zapowiadało się na klimatyczną mieszaninę jazzu i elektroniki, ale niestety szybko zamieniła się w składankę nieodróżnialną od innych średniej klasy młodzieżowych anime.

Fabuła utrzymuje równy poziom campu. Tetsurou szybko zdradza się jako młody idealista, który będzie ratował inne ofiary eksperymentów Złego Korpo, Inui ponownie pod oschłą powierzchownością skrywa empatyczne serce, zaś Złe Korpo™ w podobnie przewidywalny sposób musi wypełniać złem każde słowo i skinienie palca swoich przedstawicieli. To by mogło działać, może nawet i częściowo działa, ale jeśli wszystko ma być tak przerysowane i na pół serio, to przydałoby się temu większe „umf”. Za mało w tym wszystkim energii.

Choćby taka młoda dziewoja, która transformuje się w pająka z giwerą w odwłoku. To bez sensu, to tandeta, więc mogliby przynajmniej z tego zrobić pokazową scenę? Tutaj chwilę błyska, mamy dwie sekundy baaardzo lichego CGI i po zabawie. W mandze nieodmiennie jest z tym wszystkim lepiej. Narzekam być może więcej niż to warte, ale patrząc na materiał źródłowy, serial mógł być dobry lub nawet bardzo dobry, a tymczasem na razie bije od niego przeciętnością. Oglądać można, ale mojego głodu cyberpunka to nie zaspokaja.

Studio z ostrożności zapowiedziało przerwę dwutygodniową, ale Ostrożny Bohater powrócił przed czasem i oczywiście udał się natychmiast na trening. Odcinek zastaje go w Krainie Bogów, zaś gdy Rista popija herbatkę w towarzystwie boskiej koleżanki po fachu, Arii, Seiya konstatuje straszliwy fakt: obecne metody treningu przestały nabijać mu punkty doświadczenia. Czyli co, czas poekspić na potworach? O tym oczywiście mowy nie ma, zatem Aria i Rista zwracają się do Boskiego Wojownika Cerceusa z prośbą, by zajął się treningiem Seiyi. Cerceus nie odmawia, uprzedza jednak, że ktoś tu najdalej za kilka dni ucieknie z płaczem. I cóż, jak się okazuje – nie myli się.

Riste zostaje wezwana przed oblicze Ishtar, odświeżająco nie-fanserwiśnej seniorki Boskiej Krainy, gdzie dowiaduje się, że wraz z Seiyą ma jak najszybciej powrócić do przydzielonego im świata, by ratować miasto zagrożone inwazją nieumarłych. Bonus jest taki, że w mieście mają na nich czekać, poinformowani już o celu misji, nowi towarzysze. Do spotkania zaiste dochodzi, a przy okazji do pokonania pierwszego nieumarłego w stylu charakterystycznym dla tytułowego bohatera tej opowieści. Co ważniejsze, poznajemy przy tej okazji Masha i Elulu. Wprawdzie nie są jeszcze zbyt doświadczeni, ale w ich żyłach płynie krew smoków, więc z pewnością okażą się przydatni… Może nawet jeszcze w tym stuleciu.

Walory wizualne pozostają na dotychczasowym poziomie, czyli prawdę mówiąc, są mocno przeciętne, co widać nawet w pejzażach oraz gładkich, pozbawionych jakichkolwiek detali i faktury budowlach. Ważniejsze jest jednak, jak Shinchou Yuusha wypada pod względem zawartości treści komediowych i tu powiedziałabym, że może jeszcze nie jestem rozczarowana, ale pomału robię się sceptyczna. Odcinek trzeci miał bowiem podobne problemy jak drugi – przede wszystkim nie sprawiał wrażenie uporządkowanego epizodu, tylko zlepka scen pomiędzy czołówką a napisami końcowymi. Co gorsza, część tych scen, w szczególności z treningu u Cerceusa, była nadmiernie przeciągnięta, biorąc pod uwagę, że widzowie mogli się błyskawicznie domyśleć, dokąd to wszystko zmierza. Umówmy się, dialogi nie są tu aż tak błyskotliwe, by dało się nimi zająć uwagę odbiorców przez większą część odcinka. Gagi zaczynają się powtarzać, albo może raczej tracą siłę rażenia, ponieważ poznaliśmy już trochę sposób myślenia Seiyi i umiemy przewidzieć jego zachowanie w danej sytuacji. Jeśli seria szybko nie nabierze tempa, to pozostanie niestety w stanach mocno średnich w swojej klasie.

Z godnych odnotowania rzeczy pojawia się ending, zapewne nieprzypadkiem wyglądający jak (nieco bardziej wydekoltowana) kopia układów tanecznych towarzyszących napisom końcowym w cyklu Precure. Ciekawe, czy jest on jednorazowy, czy też pozostanie już na stałe.

Rozpoczyna się odbudowa szkolnego kampusu po ataku wroga. Trwają również próby ustalenia, kto zaatakował nasze niewiasty. Mimo posiadanej próbki udaje się to stwierdzić dopiero dzięki mocy jednej Z/X. Otóż tajemniczy obiekt to Inerma, a wysłany został przez istoty zwane Dunamis. Co więcej, taki obrót wydarzeń to przeznaczenie, przed którym ponoć nie da się uciec.

Garstce uczennic, które wyszły cało i zdrowo z ataku Intermy, dyrektor urządza apel szkolny. Z uśmiechem na ustach oświadcza, że przyjdzie im walczyć z niepokonanym wrogiem, po czym życzy powodzenia. Nie budzi to także większych emocji szczęśliwych wybranek losu, które staną na polu walki… Odniosłem dziwne wrażenie, że większą konsternację wywołałaby dodatkowa godzina matematyki niż wizja spotkania z tajemniczym wrogiem.

Zaraz po zbiórce dziewczęta proszone są o przebranie się w stroje bojowe, przy czym piątka niewiast, które poprzednio znalazły się na orbicie, zakłada zwykłe stroje gimnastyczne. Pomyślałem, że to zapewne ukłon w stronę fetyszystów i gorzej być nie może. A jednak, nie dość, że wprowadzono paskudny fanserwis (anatomia i seksowność na ujemnym poziomie), to jeszcze regularne stroje okazały się bardziej odjechane niż przypuszczałem.

Jak już przebrnąłem przez etap zastanawiania się, jaki fetyszysta to wszystko zaprojektował, nadchodzi czas próby. Bohaterki zajęły miejsca i sieknęły z prędkością światła na orbitę. Podobnie jak i poprzednio, bez żadnego zabezpieczenia przed próżnią. Cóż za cudowną moc mają stroje gimnastyczne i spodnie bez kroku!

Wynik pojedynku z bardziej doświadczonymi koleżankami był łatwy do przewidzenia. Szybki oklep i  z powrotem na powierzchnię. Ponownie się okazuje, że w stroju gimnastycznym można przeżyć wejście w atmosferę, do tego pod takim kątem, że spaliłby dosłownie każdy możliwy obiekt. Animacja walki wzbudzała litość i pożałowanie, ale na szczęście nie pokazywano efektów pojedynków pozostałych drużyn. Wszystkim przydzielono odpowiednią rangę, zaś główne bohaterki lądują na samym dnie rankingu. Nie dla nich również są luksusy w nowym szkolnym internacie.

Bohaterki zostają skierowane do starego internatu po środku lasu, gdzie mają przejść trening pod okiem wymagającej nauczycielki… Taka sytuacja wynika ponoć z tego, że miejsca w internacie przygotowano dla dwudziestu pięciu uczennic, więc dla nich go po prostu zabrakło. Nie ma to żadnego sensu, biorąc pod uwagę rozmiary budynku, ale cóż, trzeba z tym żyć.

Z/X: Code Reunion przebiło moje wszelkie oczekiwania. Czegoś tak niedobrego dawno nie widziałem. Zdarzają się serie słabe lub przeciętne, które jednak mają jakieś zalety. Tutaj ich na próżno szukać. Świat przedstawiony i założenia fabularne nie mają nawet odrobiny sensu ani zamysłu, postaci są nieciekawe, oprawa graficzna uszkadza wzrok, a od muzyki krwawią uszy. Jakość rysunku, a zwłaszcza anatomia postaci, jest na tak fatalnym poziomie, że fanserwis po prostu budzi odrazę. Z pełnym przekonaniem przyznaję Z/X: Code Reunion zaszczytny tytuł chały sezonu jesiennego, a na sam koniec przedstawiam Wam szeregi bohaterek, którym przyjdzie ratować świat i przeciwstawić się przeznaczeniu:

Pojawia się nowy rodzaj narkotyku, co angażuje wszystkie brązowe bizony, głównej bohaterce zostaje więc tylko ten jeden obłaskawiony w pierwszym odcinku (siwy), i to z nim udaje się na spotkanie z kolejnym kandydatem do STAND-u – tym razem padło na pisarza bestsellerów. Tak, pisarza. Bestsellerów. Ponieważ potrzebują świeżego spojrzenia na sprawy, a tego pisarza uznano dodatkowo za świetnego profilera. Ciekawe, czy Remigiusza Mroza oddział do walki z narkotykami też kiedyś prosił o pomoc.

Oczywiście pisarz (ma zielone włosy, a że jeden zielony już był, to ten będzie określany po profesji) na początku się nie zgadza, szybko gasi bohaterkę, ale ostatecznie daje jej nawet racjonalne wyjaśnienie, dlaczego nie jest zainteresowany. A siwy bizon ze stresu, że siedzi w jednym pokoju z kimś, kogo książki czytał, zrobił dziób w ciup i nie na wiele się bohaterce przydał. Jako jeden z powodów odmowy pisarz podaje brak zaufania wobec ludzi pracujących w oddziałach do walki z przestępczością narkotykową, zaś chwilę później dowiadujemy się, że narkotyk, który badają brązowe bizony, jest bardzo podobny do tego, który istniał jakieś dziesięć lat temu. No ciekawe, czy jest jakieś powiązanie… Heh.

Braciszek pisarza jest aktorem i również kandydatem do STAND-u. Ponownie mamy więc parę bizonów: jednego nieuśmiechniętego i nastawionego negatywnie, drugiego miłego i pomocnego, przy pierwszym spotkaniu zwierzającego się bohaterce i tłumaczącego jej, jaka jest aktualnie ich sytuacja życiowa, choć o wypadku siostry obu bohaterka dowiaduje się dopiero od Hattoriego. A my orientujemy się, że ona nie tylko charakteru nie ma, ale taktu również.

Tym razem brak szybkiej akcji na koniec, zamiast tego pokazane do tej pory sprawy zaczynają się łączyć w jakąś większą chryję, na której ślad wpada główna bohaterka (przeglądając internet…), więc jednak jakiś główny wątek poza zbieraniem bizonów ta seria ma. Chyba. Ja jednak nigdy nie dowiem się już, o co chodzi, bowiem wraz z końcem tego odcinka rzucam tę chałę i nigdy więcej nie mam zamiaru do niej wracać. Nikomu nie polecam, nie mam bladego pojęcia, kto by chciał oglądać coś tak mdłego, nudnego i brzydkiego, nie jestem w stanie znaleźć absolutnie niczego, co mogłoby przyciągnąć do ekranu, nawet seiyuu są wyprani z emocji.

Tag Cloud