Trzeci odcinek, zgodnie z przewidywaniami, nie wprowadził nowej wojowniczki, poza tym jednak można mówić o niespodziewanym obrocie wydarzeń. Otóż z powodu dąsów i płaczów Hug-tan, Hana i Saaya wraz z Harrym (w ludzkiej postaci) wędrują po mieście w poszukiwaniu tajemniczego czegoś, co podpowiada im najnowszy gadżet (już wkrótce w dobrych sklepach obok ciebie!), czyli magiczny tablet. W trakcie tej przechadzki spotykają… Mamę i siostrę Hany, które gładko przyjmują do wiadomości, że Hana pomaga w opiece nad dzieckiem obcemu facetowi, w dodatku podejrzanie młodemu jak na ojca. Wszystko to ostatecznie doprowadza do tego, że Harry zostaje przedstawiony także tatusiowi Hany i zachęcony do odwiedzania państwa Nono. Z jednej strony to załatwia sprawę ukrywania Hug-tan przed rodziną, ale z drugiej jest nieznośnie naiwnym zagraniem, które z całą pewnością dałoby się scenariuszowo ułożyć zgrabniej.

 

Poza tym mamy walkę z potworem tygodnia, ponownie przysłanym przez rozchełstanego blondyna (podoba mi się bardziej niż rezydentny biszonen Harry, szkoda że pewnie za parę odcinków zostanie ubity albo trafi na bezrobocie). Jej przypadkowym świadkiem jest Homare Kagayaki, która jeszcze nie wie, że za odcinek lub dwa dołączy do ekipy Precure, a na razie została do scenariusza tego odcinka przyfastrygowana grubymi nićmi. Na marginesie raz jeszcze słyszymy o tym, jak to świat Harry’ego i Hug-tan został pozbawiony przyszłości i zamarł w czasie, co zostawia dwa interesujące pytania. Czym Harry właściwie jest oryginalnie – człowiekiem czy chomikiem? No i kim Harry właściwie jest, skoro akurat jemu udało się uniknąć odebrania przyszłości? Ciekawe, czy pod tym względem także dostaniemy powtórkę z Yes! Precure 5.

 

Po trzech odcinkach największą zaletą Hugtto! Precure pozostaje grafika – owszem, cukierkowa, ale dość dopracowana, z ładnym kadrowaniem i przyjemnymi świetlistymi efektami towarzyszącymi przemianom i samym walkom. Cała reszta… No właśnie, sprawia wrażenie fastrygowania potrzebnych elementów głównego wątku, bez żadnego wdzięku czy pomysłu. Znacznie gorzej wykorzystany jest motyw przewodni – po pierwszym odcinku właściwie zupełnie nie widać, żeby Hana jakoś szczególnie kibicowała innym (bo nie ma do tego okazji), a już kompletnie nie ma uzasadnienia, dlaczego czirliderskie okrzyki wydaje także Cure Ange. Poszczególne odcinki sprawiają na razie wrażenie dość chaotycznego zbitka scen – niby na tym etapie rozwoju fabuły to jeszcze normalne, ale z drugiej strony Kirakira Precure à la Mode bez wysiłku pakowało w te dwadzieścia kilka minut przyjemnie kompaktowe historyjki, i to od samego początku.

 

Nie wiem, na ile przemawia przeze mnie uprzedzenie, ale nowa seria Precure sprawia wrażenia czegoś, co w najlepszym razie będzie po prostu przeciętne, a w najgorszym – posypie się w jakimś momencie fabularnie. Liczyłabym jednak na to pierwsze, bo spektakularne katastrofy w rodzaju Mahou Tsukai Precure są jednak rzadkie.

 

Drugi odcinek dzieli czas między porządkowanie świata przedstawionego a wprowadzenie nowej Precure, czyli nie zawiera absolutnie nic zaskakującego. Hugtto! Precure idzie utartą drogą i wykłada od razu całą kawę na ławę. Dowiadujemy się, czego chce zła korporacja, jak również, że Harry i Hug-tan pochodzą z innego świata, któremu została odebrana cała przyszłość. Nie powinnam kręcić nosem, bo to wszystko jest zupełnie jak zwykle, ale nie ukrywam, że wolałabym ciut większą pomysłowość w obrębie utartych schematów.

  

Zdecydowanie najgorsze wrażenie zrobiło na mnie rozwiązanie problemu, jak też Hana zamierza ukrywać obecność Hug-tan przed rodziną. Otóż – wcale, albowiem Harry wyciąga z walizki magiczny domek, sam zaś zmienia się w przystojnego młodzieńca i sprawa zostaje skutecznie załatwiona. Jak sądzę, rodzice (w tym odcinku nie pojawili się ani na moment) nawet nie zauważą, że córuchna po lekcjach zamiast do domu, idzie do obcego faceta… Mueh. Plus jest taki, że Harry przynajmniej nie jest kolejną upiornie słodko szczebioczącą maskotką serii, aczkolwiek występująca w tej roli Hug-tan godnie zastępuje go w wywoływaniu próchnicy samym widokiem.

  

Drugi wątek, związany z nową koleżanką Hany, Saayą Yakushiji, jest podobnie funkcjonalny i pozbawiony wdzięku. Doceniam jedno: Saaya nie jest – jak bywały jej „poprzedniczki” – nadmiernie dojrzała. Owszem, jest odpowiedzialna, chętna do pomocy, no i dobra w nauce, ale poza tym nie ma wątpliwości, że to jednak rówieśnica Hany. To sprawia, że motyw nawiązania się między nimi przyjaźni wypada dość naturalnie, oczywiście dopóki nie zaczniemy się zastanawiać, dlaczego właściwie Saaya nie ma innych przyjaciółek (odpowiedź: bo tego wymaga fabuła) i nagle zbliża się do nowo poznanej koleżanki. Droga prowadząca ją do zostania wojowniczką Precure, Cure Ange, jest prosta jak strzała i pozbawiona choćby cienia wątpliwości czy wahania.

  

Następny odcinek, sądząc po zapowiedzi, nie zaprezentuje jeszcze trzeciej wojowniczki, Cure Etoile, ale też nie wygląda specjalnie obiecująco. Na razie jest zwyczajnie i po prostu przeciętnie – Hugtto! Precure ma wszystkie wymagane elementy na miejscu, ale brakuje mu jakiegoś błysku i pomysłu na siebie. Od razu mówię, że to się może zmienić, bo czasu jeszcze dużo, ale sporo wskazuje na to, że będzie to seria bez większego przekonania wykorzystująca sprawdzone metody i do tego się ograniczająca.

Hana, lat trzynaście, która właśnie przeniosła się do nowej szkoły, bardzo chciałaby być poważna i dojrzała. Zamierza też zrobić jak najlepsze wrażenie na swoich kolegach – ale to nie takie proste, gdy najpierw krzywo przystrzyga grzywkę, potem się spóźnia, na koniec zaś spektakularnie wywala się na oczach wszystkich. Jej opinia osoby, którą ponad wszystko cechują optymizm i entuzjazm, zostaje w ten sposób ugruntowana, chociaż wszystko wskazuje na to, że będzie raczej lubiana, nawet jeśli nie traktowana zbyt poważnie.

  

To wszystko jednak blednie w obliczu dziwnych zdarzeń – wieczorem do jej pokoju wpada z nieba malutkie dziecko, Hug-tan, w towarzystwie wygadanego chomika Harry’ego. Wprawdzie nie zostają długo, jednak następnego dnia pojawiają się znowu, w znacznie mniej sympatycznych okolicznościach, gdy po szkole grasuje tajemnicy potwór nasłany przez jeszcze bardziej tajemniczą korporację. Cóż, czas na debiut najnowszej wojowniczki: oto Cure Yell, pełna energii czirliderka gotowa walczyć o świetlaną przyszłość!

 

 

W ten sposób rozpoczynamy piętnastą serię z cyklu Precure i witamy trzynastą ekipę magicznych dziewcząt… Czy ta trzynastka będzie szczęśliwa? Jeśli przeszłe serie mnie czegoś nauczyły, to tego, że trzy odcinki daleko nie wystarczą, by wystawić chociażby wstępną diagnozę, zawsze jednak da się zauważyć pewne tendencje. W tym przypadku pierwszą rzeczą, jaka może się rzucić w oczy, jest to, że Hug-tan i Harry bardzo, bardzo przypominają Chiffon i Tarte z Fresh Precure!. Jeśli okazałoby się, że dla odmiany dostaliśmy maskotkę z konkretniejszym charakterem, byłabym zadowolona. Niepokoi mnie natomiast troszeczkę ten motyw „przyszłości”, głównie dlatego, że obawiam się powtórki dających różne umiejętności kostiumów z Happiness Charge Precure!, które bardzo mi się nie podobały. No, ale nie ma sensu kontynuować tej wyliczanki, chociaż na pewno byłoby to możliwe (widać chociażby pomysły zaczerpnięte z Yes! Precure 5), ponieważ w przypadku Precure nie jest istotne ile i jak dana seria ściąga, tylko czy jest dobra.

 

Po stronie plusów zapisałabym rodzinę Hany – oby nie straciła na znaczeniu z biegiem serii, a także reżysera. Jun’ichi Satou, który reżyserował między innymi Aria the Animation, Tamayura oraz Amanchu!, daje nadzieję na ładne „wypełnienie” serii okruchami życia i odpowiednim ładunkiem emocjonalnym. Na razie Hugtto! Precure jest też bardzo ładnie kadrowane i nieźle rysowane, chociaż tu akurat spadki formy są praktycznie pewne. Jeśli chodzi o samą Hanę, to z dwojga złego preferuję tym hiperaktywny niż ofiarę losu, zaś pozostałe dziewczyny, które już się przelotnie pokazały, także sprawiają nie najgorsze wrażenie. Co zatem po stronie minusów? Nie przekonuje mnie złowroga korporacja, no i zdecydowanie nie cieszy mnie gaworzący bachor na pierwszym planie. Najgorzej jednak oceniłabym… muzykę, a właściwie piosenki w czołówce i przy napisach końcowych, których po prostu źle się słucha.

 

 

Nie da się też ukryć, że seria następująca po świetnym Kirakira Precure à la Mode ma bardzo, bardzo pod górkę, jeśli chodzi o zdobycie mojego zainteresowania i sympatii. Ale nie da się też ukryć, że będzie miała na to cały rok, więc wszystko jeszcze może się zdarzyć. Na razie jednak zobaczmy, co przyniosą najbliższe dwa odcinki.

Po już chyba obowiązkowym przypomnieniu wydarzeń z poprzedniego odcinka następuje część fanserwisowa, a po niej właściwa treść odcinka. Dziewczyna-gepard i dziewczyna-pszczoło-jamnik idą razem i zostawiają protagonistę samotnie. Po powrocie do domu staje on oko w oko z facetem-lwem znanym z pierwszego odcinka.

Jednak to wnuczka jednego z szefów organizujących i uczestniczących w całym tym bajzlu jest tutaj istotną figurą próbującą przekonać głównego bohatera do wycofania Hitomi z turnieju. Chociaż jej argumenty są całkiem logiczne (w turnieju można zginąć), to jednak chłopak zwyczajnie nie chce podejmować decyzji samodzielnie w obawie o swoje życie (naturalnie obawia się partnerującej mu dziewczyny). We wszystko oczywiście miesza się coraz więcej osób stojących wyżej w hierarchii. Koniec końców staje na tym, że trzeba zrekrutować jeszcze kogoś bo w turnieju biorą udział drużyny trzyosobowe.

Wybór z musu pada na dziewczynę-królika, która jednak ni prośbą ni groźbą nie daje się namówić do udziału. Gdy prawie udaje się to osiągnąć Nomoto (w końcu okazał się przydatny), na scenę wkracza dziewczyna-frynosoma rogata (pomysłowość twórców w temacie wymyślania hybryd zadziwiła mnie po raz kolejny). Okazuje się, że króliczka ma też pewne asy w rękawie, a wespół z Hitomi udaje jej się obezwładnić siostry bliźniaczki (okazało się, że przeciwniczki-jaszczurki były dwie).

Muszę przyznać, że seria jest interesująca, a bohaterowie sympatyczni i odpowiednio przerysowani. Anime nie traktuje siebie w 100% poważnie, a przy okazji uczy i bawi w niewymuszony sposób. Co ciekawie, mimo bardzo mocnego początku liczba trupów do tej pory wynosi zero – nie wiem, czy to się zmieni, ale chyba nie ma co obawiać się jakiegoś poważnego przedramatyzowania. Fanserwis jest w znośnych ilościach i przy okazji nie drażni, stanowiąc niejako integralny element serii, a nie coś dołożonego na siłę. Strona techniczna jest poprawna, chociaż nie należy liczyć na fajerwerki. Walki przynajmniej starają się być jako tako ciekawe, ale niestety widać, że stają się coraz bardziej statyczne (może to oszczędność przed turniejem). Seria nie jest dla każdego, ale myślę, że znajdzie pokaźne grono fanów, do których sam się na razie zaliczam.

P.S. Wielki plus za pewną dawkę realizmu – Nomoto nie ozdrowiał cudownie po przebiciu kolcem, tylko nadal kuśtyka o kulach cały odcinek, a między Hitomi a nim czuć jednak lekką miętę… zobaczymy, co z tego będzie.

„Upojne noce z mnichem” i „Nastoletni łobuz na męża” zaczęły tradycję (miejmy nadzieję, że nie taką długą…) ekranizacji mang josei z dużą ilością seksu i pretekstową fabułą w postaci jednosezonowych miniaturek po trzy-cztery minuty na odcinek. I po omawianym tu anime widać, że każdy kolejny tytuł będzie bił rekordy głupoty i brzydoty… Ale może przejdźmy do sedna.

Hana Natori ma dwadzieścia pięć lat i jest bez pracy, a że akurat nastoletnia kuzynka, do której jest bardzo podobna, kompletnie nie przejmuje się obowiązkiem szkolnym i grozi jej powtarzanie roku, matka tejże wpada na genialny pomysł, aby to właśnie bezrobotna chodziła za nią do liceum. Cóż, pierwszy dzień tytułowej dwudziestopięcioletniej licealistki w roli Kaho Miyoshi szkole nie wygląda szczególnie dobrze, a sytuacja robi się jeszcze ciekawsza, kiedy Hana wpada na kolegę sprzed lat, Akito Kaniego, który aktualnie jest członkiem wielce szanownego ciała pedagogicznego. Mężczyzna z miejsca poznaje dawną koleżankę, ale obiecuje nie zdradzić jej sekretu pozostałym. Nie przeszkadza mu to jednak w dobieraniu się do dziewoi. Znaczy, teoretycznie legalnie może, ale no tego… Tak jakoś nie wypada…

Durne to było niesamowicie, postaci charakterów nie mają za grosz, a prym wiedzie tu oczywiście główna bohaterka, która asertywności ma w sobie tyle, co ścierka do podłogi. „Przystojniak” serii udaje dorosłego faceta, a w głowie mu jedynie seks z teoretycznie pełnoletnią kobietą, która zachowuje się jak nastolatka chowana w szklarni. Ciekawe, czy poznamy prawdziwą Kaho Miyoshi, bo z opowieści wynika, że ma charakterek i mogłaby robić za pełnoprawną protagonistkę, a nie materac dla napalonego delikwenta..

Wersja, która wpadła mi w ręce była cenzurowana, więc dużo „mięska” nie uświadczyłam, ale po seansie Omiai Aite wa Oshiego… wcale nie żałuję, bo rzeczone sceny nie były nawet średniej jakości. Cała reszta, czyli grafika, animacja i muzyka, prezentuje się wyjątkowo krzywo i biednie – ruch jest wyjątkowo toporny, dynamiki nie ma tu za grosz, a rzępolenie w tle niczego słuchalnego nie przypomina.

Cóż, nie wątpię, że w kolejnych sezonach trafią się następne anime w tym stylu, ale każdy kolejny seans utwierdza mnie w przekonaniu, iż są to minuty stracone, które można przeznaczyć np. na obranie marchewki i jabłek do obiadowej surówki, bo to przynajmniej jest zdrowe, smaczne i ma sens…

20-letnia Michiru Amatsuki w pogoni na karierą decyduje się przeprowadzić do Tokio. Zamieszkuje w tak zwanym „domu współdzielonym”, którego lokatorkami są trzy kobiety – 27-letnia Kae Midorikawa, 26-letnia Nao Kiriyama oraz jej młodsza siostra, 21-letnia Makoto Kiriyama. Panie wspólnie spędzają czas wieczorami, a najlepszym sposobem na odstresowanie się po ciężkim dniu jest łyk czegoś mocniejszego.

Założenia serii są proste, na dodatek odcinki trwają zaledwie dwanaście minut. Jak się okazuje, jest to idealna długość, bo w standardowych dwudziestu kilku minutach z łatwością można by popaść w niepotrzebne dłużyzny. Każdy odcinek ma motyw przewodni, powiązany oczywiście z prezentacją (i degustacją przez bohaterki) konkretnego napoju alkoholowego. W pierwszym odcinku towarzyszyliśmy Michiru przy aklimatyzacji w nowym miejscu zamieszkania, a do tego poznaliśmy piwo Yebisu. Następnie przyszedł czas na dylematy modowe (dotyczące ubioru w miejscu pracy) oraz popijanie wódki Shochu. W trzecim odcinku natomiast, przy wtórze otwieranego piwa Suiyoubi no Neko, mogliśmy się przekonać, że kondycja pracownika biurowego nie jest idealna i warto o nią zadbać. Do każdego trunku przekąski gratis!

Ogląda się to całkiem przyjemnie, na pewno lepiej niż emitowane niedawno nijakie Osake wa Fuufu ni Natte kara. Co prawda tam zaprezentowano interesujące przepisy na drinki, ale poza tym było raczej nudno. Tym razem zamiast przepisów dostajemy porady dotyczące serwowania danego napitku, a to przecież też jest nie lada sztuka! Sporą zaletę stanowią oczywiście dojrzałe bohaterki, zachowujące się stosownie do swojego wieku. Nie, nie znaczy to, że są opanowane i poważne, a wręcz przeciwnie – to grono nieco szalone, zaprzątające sobie nieraz głowę drobiazgami maści wszelakiej, niekoniecznie dotyczącymi ważkich spraw. Wciąż jednak to pracujące kobiety, nie zaś nastoletnie uczennice – różnica, która dla wielu może być szczególnie istotna. Seria zresztą całkiem nieźle portretuje obyczajowość młodych tokijczyków, nie pomijając nawet takich kwestii, jak dzień przymusowego kończenie pracy w firmie o czasie, bez zostawania na nadgodziny.

Fanom okruchów życia polecam w ciemno i to nawet przy tak bogatym w ten gatunek sezonie. Nie nastawiałabym się co prawda na żadną perełkę, drugie Wakako-zake to raczej nie będzie, ale wydaje mi się, że w swojej roli „umilacza czasowego” seria sprawdzi się idealnie. Zdecydowanie to najciekawsza propozycja wśród krótkometrażowych anime z tego sezonu, warto więc chociaż zerknąć na pierwszy odcinek. Tyle wystarczy, by przekonać się, czy to coś dla nas, bowiem w dalszej części klimat w ogóle nie ulega zmianom.

Wrzaskozaur pokonany, więc czas przystąpić do planowanych treningów, żeby świeżo upieczeni piloci jak najszybciej przyzwyczaili się do nowych ról. Chwilowy brak zagrożenia nie oznacza jednak spokoju, ponieważ nerwowa atmosfera z pola bitwy przeniosła się do wnętrza fortecy. Przyjaciółka Hiro bardzo martwi się plotkami na temat 002 i próbuje przekonać chłopaka, żeby nie spoufalał się z nią zbytnio, ta z kolei bardzo przywiązała się do niedoszłego pilota i uparcie twierdzi, że tylko jej „kochanie” jest w stanie wspólnie z nią zasiadać za sterami Franxxa, reakcje pozostałych są wyjątkowo zróżnicowane – od kibicowania Hiro po skrajną wrogość i niechęć. Oj, łatwo nie będzie, tym bardziej, że niby szefostwo zainteresowało się sytuacją nastolatka, ale nie ma zamiaru podejmować żadnych pochopnych decyzji, a próba pilotażu w innej parze kończy się dla Hiro niepowodzeniem…

Oj, Darling, Darling, cóż z tobą począć? Z jednej strony nie masz w sobie nic wyjątkowo oryginalnego, z drugiej twórcy stawiają na wyjątkowe dziwactwa i absurdy, z trzeciej kompletnie brak ci subtelności i walisz widza po głowie łopatą (ten system pilotażu jest wyjątkowo przedmiotowy i po prostu niesmaczny, a parodią toto raczej nie jest, bo powaga i podniosłość chwilami aż wylewają się z ekranu), a z czwartej jednak miewasz niezłe momenty, zarówno komediowe, jak i poważniejsze… Pomijając również jeden czy dwa charaktery, których z założenia mamy nie lubić, to ta kilkuosobowa gromadka prezentuje się całkiem sympatycznie i ma potencjał rozwinąć się w fajne osobowości.

Cóż, biorąc pod uwagę, że anime ma mieć ponad dwadzieścia odcinków, to po pierwszym akcja wyraźnie zwalnia. Nie powiem, żebym to, co obejrzała jakoś bardzo, bardzo mnie zachęciło, bo twórcy już zdradzili się z kilkoma głupimi pomysłami, subtelnością nie grzeszą i mimo że nie traktują serii do końca poważnie, to trudno podobnie podchodzić do niej z perspektywy widza. Te wszystkie metafory i „głębokie” nawiązania… Ja wiem, że główni bohaterowie to nastolatki, ale bez przesady… Jak bardzo natchnieni mogą być młodociani piloci, którzy teoretycznie doskonale wiedzą, do czego zostali stworzeni? Kiedy mieli czas zacząć filozofować i zastanawiać się nad sensem życia? Hmmmm…

Technicznie jest jak najbardziej w porządku. Graficznie spadku formy nie zauważyłam, chyba że już od początku będziecie uczuleni na wygląd robotów czy postaci, ale z niewiele da się zrobić. Sama animacja, kolorystyka i wykonane są dobrej jakości, podobnie jak ścieżka dźwiękowa, która może i nie wybija się szczególnie z tła, ale jest niezła. Ładnie nawet brzmi ending Torikago w wykonaniu seiyuu głównych bohaterek, zupełnie natomiast nie mogę przekonać się do piosenki z czołówki, która ze względu na wokal zupełnie mi nie podchodzi…

Oj, Darling, Darling co z ciebie wyrośnie? Dobre pytanie, ale mimo dość znaczących wad i schematyczności pewnie będę kontynuować seans, bo lubię mechy, a ostatnio ich stosunkowo niewiele.

Do trzech razy sztuka, prawda? Taaaa….

Da się już wychwycić ogólny obraz urojeń twórców, dotyczących tego, jak powinna wyglądać wciągająca historia. Pierwszym kluczowym elementem jest zaczęcie każdego odcinka od sceny pozbawionej sensu. Żeby wzmocnić efekt, najlepiej, aby dotyczyła postaci, którą widzowie pierwszy raz widzą na oczy – tym razem niejakiego Youzena. Poza tym dobrze ją umieścić w jakimś nonsensownym miejscu – obserwujemy Youzena dumającego na tle… przestrzeni kosmicznej? Chyba. W monologu skierowanym niby do siebie, a faktycznie do widzów, Youzen wyjaśnia nam, że ma mroczną tajemnicę i trudne dzieciństwo, po czym rzuca w stronę ekranu „nie muszę otwierać serca na nikogo innego, poradzę sobie sam!”. Jeszcze nawet nie wiemy, z kim mamy właściwie do czynienia, a już znamy jego największą tajemnicę, i w słowach tak prostych, że nawet dziecko zrozumie, wyjaśnia nam on swoją osobowość. Brawo!

Aby reszta odcinka utrzymała poziom pierwszych minut, najważniejsze to nie tracić rozpędu. Czołówka przepełniona elektronicznym wyciem o kilka poziomów głośności powyżej reszty serialu dobrze spełnia to zadanie. Nauczyłem się już szybko wyłączać dźwięk, ale tych kilka sekund, zanim to zrobię, wzbudza uczucie, jakby ktoś wbijał mi szpilki w uszy. Reszta muzyki jest lepsza, bo wywołuje jedynie głęboką apatię, a nie fizyczny ból. To misz masz elektroniki, sztampowych orkiestralnych standardów, gitarowych i fortepianowych solówek, które nie pasują do siebie nawzajem, nie pasują do klimatu serii, i do poszczególnych scen też nie pasują.

Aby skutecznie utrzymać uwagę widza, jeden wątek to za mało. Należy wziąć dwa wątki, po czym skakać od jednego do drugiego w losowych, nieprzewidywalnych momentach. Im mniej pasujące do siebie są te historie, tym lepiej! Weźmy wydarzenia w stolicy, gdzie postacie popełniają honorowe samobójstwa, a wieloletni przyjaciele na skutek knowań Dakki stają po przeciwnych stronach barykady i zaczynają bratobójczą walkę, wszystko to na tle zachodzącego słońca i fortepianowych solówek. Przeplećmy to sceną z Taikoubou robiącym sobie żarty z Youzena na tle sielskiej łączki. Co może pójść źle?

Wybór wątków również jest nieprzypadkowy. Fabułę trzeba posuwać jak najszybciej do przodu, więc lecimy od kluczowego wydarzenia do kluczowego wydarzenia. „Kluczowe” nie implikuje „najciekawsze”, a na polu walki o zmieszczenie się w dwudziestu trzech odcinkach poległy już postacie, klimat i świat przedstawiony, niemniej widząc poziom kompetencji autorów, może i lepiej mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. Ważnym kryterium wyboru materiału z mangi jest też ewidentnie omijanie walk i scen akcji, na które jenów w portfelu było brak. Walkę między cesarzem Chuu a Hiko, której wyciąć nie było jak, udało się ściąć do piętnastu sekund, niemal pozbawić animacji, i jeszcze przerwać w połowie przeskokiem do Taikoubou droczącego się z Youzenem.

Co w tej serii jest dobrego? Dalej tła. Seiyuu są znośni. Fabuła, jeśli rozpatrywać ją jako listę zdarzeń, nie sposób ich przedstawienia, nie jest zła. Pewnie też dalej pozostanie nie najgorsza, kompletny brak kreatywności twórców na szczęście raczej powstrzyma ich przed grzebaniem w ogólnym zarysie historii z mangi. Cała reszta już utonęła we wszechogarniającej taniości i bylejakości.

 

Hazuki czyni postępy w używaniu magii. Potrafi już ożywić stos dyń, po czym robi cyrkowy show z ich wykorzystaniem. Niestety, dalej nie potrafi korzystać z mocy książki, jednak jej trenerka jest zachwycona magicznym talentem dziewczyny.

 

Odcinek przybliża widzom kilka kwestii. Dostarcza nowe informacje o magicznym świecie i reprezentacjach innych krajów, a także o „plamach”, z których trzeba oczyszczać magiczne książki, by nie zostały przez nie pochłonięte – wtedy oryginalna historia (a także moc) zostanie utracona.

Codzienne wypady do magicznego świata i związane z tym późniejsze powroty do domu nie mogą pozostać niezauważone przez rodzinę. Hazuki oszukuje matkę, iż dołączyła do szkolnego klubu, jednak tego nie kupuje jej przyszywania siostra. O dziwo, zamiast ją śledzić, po prostu zadaje pytanie, gdzie niemal codziennie wybiera się po lekcjach. Wytłumaczenie Hazuki jest na tyle chaotyczne, iż siostra rozumie je nieco opacznie… Cóż, przekonanie siostry, że chodzi o spotkania z chłopakiem z innej szkoły, do tego dobrze ustawionym finansowo, nie jest złe z punktu widzenia świeżo upieczonej czarodziejki. Zdecydowanie lepsze, niż wzięcie jej za psychicznie chorą z powodu opowieści o magicznym świecie.

Nieubłaganie zbliża się Hexennacht, a pierwszy pojedynek eliminacyjny już za miesiąc. Przedstawiony nam sędzia to czyste zło, do tego fundamentalista przeciwny udziałowi Hazuki, jako osoby niepochodzącej z magicznego świata. W szkole zjawiają się też reprezentantki innych krajów: Maria Rasputin, Li Xeumei, Mahakali… Oryginalnie i pomysłowo, no nie?

Okazuje się też, że niektóre narody są do Japonii nastawione nieco bardziej przyjaźnie. Arthur Pendragon oraz Agathe Arier chcą dla Shizuki oraz jej szkoły jak najlepiej, jednak ona uparcie trwa przy decyzji o wciągnięciu do turnieju Hazuki. Sama zainteresowana też się zjawia, próbuje użyć książki, by dać dowód postępów treningu i zalicza kolejną porażkę. Rzecz jasna, po całym czarowaniu kończy naga, bo tak.

Märchen Mädchen to przeciętny przedstawiciel gatunku. Powiela wszystkie możliwe błędy, fabuła i wydarzenia nie mają logicznego ciągu, tak samo próżno doszukiwać się logiki w decyzjach Shizuki. Niby próbuje się pokazać trening Hazuki, ale przy takiej skali czasowej niemal na pewno dojdzie do powtórzenia schematu z opanowaniem magii w nieprawdopodobnie krótkim czasie. Seria może odrzucić osoby nielubiące lolit (zwłaszcza nagich), a także fanserwisu stosowanego bez żadnego ładu czy potrzeby. Wszyscy inni muszą ocenić, czy warto poświęcić czas na przeciętną do bólu serią, czy lepiej zagospodarować go w inny sposób.

Cóż mogę powiedzieć nowego po trzecim odcinku, równie uroczym i znakomitym jak dwa poprzednie? Formuła też jest ta sama, z niewielkimi odchyleniami, mianowicie znów mamy dwie opowieści, przedzielone krótkim przerywnikiem, który jest tym razem utrzymaną w sepii retrospekcją. To podkreśla miniaturowość tych okruszków, ale też spaja je w całość, czyli żyjący własnym, bogatym życiem świat małych ludków, gadających zwierząt i niemal równie ważnych roślin, z dodatkiem odrobiny magii, traktowanej tu zresztą jak nauka.

Krótko mówiąc, podarunek od Sen, który Hakumei chciała wykorzystać do produkcji fajerwerków, w połączeniu ze skupionym przez szklaną kolbę promieniem słońca pozbawił dziewczyny dachu nad głową. Jednak Sen wraz ze swoimi napędzanymi dźwiękiem podkomendnymi podjęła się odbudowy; tymczasem mieszkanki domku udały się biwakować pod gołym niebem.

 

Jak się okazuje, dla Hakumei to nie pierwszyzna i sprawnie buduje nie tylko namiot z liści, ale i profesjonalne palenisko, na którym Mikochi może przyrządzić domowy posiłek. (Przy okazji, niezmiennie bawi mnie, rozczula i napełnia podziwem sposób, w jaki dziewczyny radzą sobie z różnymi produktami spożywczymi, często zupełnie niedopasowanymi do ich rozmiarów. I ten chrząszcz w zaprzęgu!)

 

 

Powrót do domu odbudowanego w stylu lubiącej eksperymenty i kości Sen dostarczył nieco wrażeń, ale bohaterki są raczej z tych, co mądrze godzą się z rzeczywistością, umiejąc cieszyć się z małych i zwykłych rzeczy, i nie desperują nad tym, na co nie mają wpływu.

Potwierdza to druga opowiastka, w której ponownie ujrzymy Hakumei w roli speca od prac kojarzonych raczej z płcią męską. Terminuje ona – przynajmniej teoretycznie – u majstra Iwashiego, nieco szorstkiej i zgryźliwej na pierwszy rzut oka łasicy. Jednak szybko przekonamy się, że w rzeczywistości to dobry… cóż, słowo człowiek chyba jednak pasuje najbardziej (cudny jest i tyle).

 

 

Razem przystępują do remontu wiatraka i wszystko się świetnie układa, aż niemal w ostatniej chwili następuje wypadek, na szczęście bez groźnych skutków, ale Hakumei przez to traci cały humor i pogrąża się w czarnych myślach na temat swojej nieudolności. Widać, że ta praca to coś, na czym, wbrew okazywanej zwykle beztrosce, jej bardzo zależy. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki reagują na to zarówno Iwashi, jak i Mikochi, każde inaczej okazując troskę i wsparcie. Skutecznie.

 

Szczerze mówiąc, streszczanie tych historyjek wcale im nie służy, bo odziera je z cudownego klimatu, którego można doświadczyć tylko oglądając tę przeuroczą, a jednocześnie zupełnie nieprzesłodzoną serię. Mnóstwo wrażeń kryje się między wierszami wypowiadanych dialogów, w widokach, minach i reakcjach postaci, w tym wszystkim, co czasem tak trudno nazwać, a co składa się na ogromny i skomplikowany świat relacji międzyosobowych. Jest to pokazane w rewelacyjny i mądry sposób, daleki od łopatologii, a przy tym na wysokim poziomie estetycznym, bo nic nie szwankuje i nawet oszczędności są robione elegancko, a całość przywodzi mi na myśl wielką, ilustrowaną przez najlepszych artystów księgę baśni. Kolejne karty przewraca się z fascynacją i wzruszeniem, powoli, by docenić bogactwo i kunszt rysunku oraz głębię i złożoność ukrytego w nim przekazu. Jestem przekonana, że jeśli do samego końca serii będziemy oglądać niespełna dziesięciominutowe migawki z codzienności leśnych skrzatek – nikt chyba zresztą nie powie, że pozbawionej przygód i wyzwań – to będą to równie mądre i ciepłe historie z iskrą pogodnego humoru, a czasem i małą zadrą, w swej pozornej prostocie i baśniowości mówiące jednak o prawdziwym i naprawdę dobrze przeżywanym życiu.

Tag Cloud