Pomyliłam się, licząc na szybszy rozwój fabuły. Może i trzeba upchnąć w jednym sezonie dwie grupy, ale do premiery jeszcze daleko… Na razie panowie zaczynają próby do nowej sztuki i idzie im to zgodnie z przewidywaniami, czyli beznadziejnie. Do tego Masumi wytyka kolegom wszelkie potknięcia, Itaru urywa się przy każdej możliwej okazji, Citron potyka się na najprostszych japońskich słowach, zaś Tsuzuru i Sakuya grają jak dwie kłody drewna. Wprawdzie chęć szczera i zapał sprawiają, że te nieporozumienia powoli zaczynają zanikać, ale mimo wszystko próby posuwają się zbyt wolno w stosunku do limitu czasowego. Izumi wpada na genialny pomysł (teraz…?) i pyta menedżera, czy nie mógłby się skoncentrować z kimś z dawnej ekipy i poprosić, by wpadł udzielić paru dobrych porad.

W ten sposób na scenę wkracza jegomość z dawnej „wiosennej” trupy (nazwiska nie chciało mi się zapisywać). Ogląda próbę i w myśl najlepszych japońskich tradycji (przynajmniej zgodnie z tym, czego nauczyły mnie manga i anime) punktuje wszystkich po kolei, wyjaśniając, czemu są beznadziejni, ale nie raczy wyjaśnić, co mogliby zrobić, żeby się poprawić. Pewnie sami mają do tego dojść. W ramach doznawania objawienia Sakuya prosi kolegów, by przespali się z nim na scenie (wzdech, może chociaż TO by uratowało tę serię) i tu następuje scena męskich pogaduszek i wykrzykiwanych deklaracji. Potem zaczyna wszystkim iść lepiej, co oczywiście oznacza, że w cieniu za kulisami czai się już straszliwy Kryzys, który zagrozi powodzeniu spektaklu. Moje szczęście polega na tym, że nie muszę się już dowiadywać, jaki i dlaczego.

Seria pozostaje rozpaczliwie nieatrakcyjna wizualnie – da się zaczepić oko na paru zbliżeniach, ale kadrowanie leży i płacze, tła są puste i sztuczne, a bohaterowie poruszają się w stopniu absolutnie minimalnym. Nad jakością fabuły nie ma się nawet co pastwić – tę serię mogłaby uratować jakaś samoświadomość, ale nie, wszystko tu jest śmiertelnie poważnie i przyrządzone na wzruszająco. Obserwując podejście bohaterów do stojącego przed nimi zadania, nie potrafię nie życzyć im widowiskowej klapy, ale niestety, za dobrze znam prawidła gatunku, by mieć na to nadzieję. Nie oglądać – nawet dla fazy, bo prędzej uśniecie niż ją złapiecie.

Już na początku okazuje się, że pierwszy koncert Shinjego będzie pojedynkiem z Rebel Cross. Głosować będzie publiczność, więc muszą dobrze wypaść na scenie, prezentując nową piosenkę. Niestety mimo pewnej według nich wygranej, zwycięzcą pojedynku zostaje Shinji.

Rage nie może się pogodzić z tym, że mimo chodzenia do tej obrzydliwej szkoły dla obrzydliwych bogaczy, całkowitej zmiany stylu i muzyki, oraz tylu prób – przegrali. Daiya wspomina, że znali się od dziecka, ale nie rozumie, dlaczego Rage tak się buntuje. Po kolejnej awanturze o to, że nie stara się wystarczająco podczas prób, Rage oskarża Daiyę o to, że stracili ducha zespołu i gdzieś znika. Po długich poszukiwaniach, i podpowiedzi Shinjego i Matsumoto, Daiya odnajduje go w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło, czyli na starej scenie.

 

Trzeci odcinek ma przybliżać widzowi dwóch członków zespołu, jednak robi to bardzo nieudolnie. Ja rozumiem, ideały buntownicze sprzedane dla komercyjnej papki wzbudzają irytację, ale kompletna niezdolność do porozumienia się pomiędzy bohaterami, którzy, jak twierdzi scenariusz, znają się od dziecka i są nierozłączni, jest absolutnie nie do przyjęcia. Tym bardziej, że jak się potem okazuje są zdolni do porozumienia się prawie bez słów. To w końcu o co chodzi? O efekt dramatyczny zapewne i o długi bieg z przemyśleniami Daiyi. Oraz o to, by widz usłyszał, jak się przez pięć minut kłócą wirtualni idole, udający, że robią dokument o sobie samych. Brrr…

   

Pod względem graficznym seria utrzymuje poziom, dalsze plany zatracają na szczegółowości, bliższe są w większości kadrowane od pasa w górę. Okazjonalnie zdarzają się wpadki w postaci krzywych twarzy i/lub profili, natomiast występy sceniczne, jak wspominałam poprzednio, składają się z tych samych powtarzalnych sekwencji CGI, co w pozostałych odcinkach.

ARP Backstage Pass nie porywa na razie ani bohaterami, ani fabułą (poza tym co to za fabuła, prawdziwi wirtualni idole kręcą anime o sobie?), piosenki stoją na przeciętnym poziomie. Co do choreografii natomiast, to bolesny jest fakt, że wygląda jak spod sztancy – taka sama jak w każdym wirtualnym występie, męskim czy żeńskim.

Szczerze mówiąc, nie wiem nawet, komu toto polecać, bo „duszy” w tym produkcie nie ma ni krztyny.

Ufff… po bajzlu, jakim był odcinek drugi, znowu jest dobrze. Kiedy twórcy koncentrują się na jednej historii, wychodzi im zdecydowanie lepiej. Zamiast chaosu wątków, akcja tym razem kręci się wokół „nocy żywych trupów”, w którą pakują się główni bohaterowie. Jak co roku wysokie stężenie magii sprawia, że jej ofiary wstają z martwych i przez jedną noc włóczą się po Dziurze, pragnąc (czego by innego!) mózgów.

Szkoda, że już na wstępie musiałem się zirytować, bo wszystkie powyższe informacje zostały wprost podane przez narratora na początku odcinka. Scenariusz i reżyseria… nie są tu zbyt mądre, niestety. Okazja, żeby te same informacje przemycić w naturalnej formie, pojawia się dosłownie trzy minuty później! Do Dziury wkraczają Shin, Noi i Fujita, a jako że ten ostatni nie ma najmniejszego pojęcia, co się dzieje, aż by się prosiło, aby to Shin (który z Dziury pochodzi) przekazał te informacje. Co jak co, ale ekranizacja Dorohedoro prosiłaby się o więcej kreatywności.

Nie jest tak, że nie ma jej wcale. Inwazja umarlaków nie jest traktowana specjalnie serio (raczej jako okazja do gore i żartów), i co miłe, znalazło się miejsce dla kilku pomysłowych wizualnych nawiązań. Symulowanie ujęć z ręki nagranych kiepską kamerą, klimatyczne plansze rodem z horrorów z lat siedemdziesiątych, sporo ujęć wyjętych z tego gatunku – wszystko to przyjemnie ożywia seans, jednocześnie dając chwilę satysfakcji, kiedy się skojarzy aluzję.

O ile umarlaki to raczej tło, tak właściwa fabuła, tzn. konflikt między rodziną Ena a Nikaido i Kaimanem (oraz przeszłość tego ostatniego) wciąga całkiem, całkiem. Jest sporo akcji, sporo dialogów na luzie, a zarazem przemyca się całkiem sporo informacji. Pod tym względem odcinek spisuje się najlepiej z dotychczasowych, gdyby nie nieszczęsny narrator, mógłbym nawet powiedzieć, że jest naprawdę dobrze.

Z drugiej strony należy się najwyraźniej pogodzić, że postacie będą w tej serii paradowały sztywno jak kukły (mimika też leży). To w sumie ciekawe – walki zanimować dobrze, a normalnego ruchu nie… widać zapewne, w czym specjalizowali się animatorzy. Po staremu częściowo wyrównują to wspaniałe tła, ktoś w studiu Mappa wyraźnie jest też fanem motoryzacji: po raz pierwszy pojawia się mechaniczna latająca miotła; w mandze te urządzenia są detalem na boku, a tutaj jakiś animator z ogromnym pietyzmem zmajstrował trójwymiarowy model, po czym poświęcono temu obiektowi całą scenę. Urocze!

Poza tym jak odcinek temu zaczął mnie irytować seiyuu Kaimana, tak teraz dołączyła do niego seiyuu Nikaido. Ta postać to kobieta-drwal, a za każdym razem kiedy ją słyszę, mam przed oczami dwudziestoletnią drobną Japonkę. Sprawdziłem, i, bez zaskoczenia, z dokładnie taką aktorką mamy do czynienia.

Ostatecznie wygląda na to, że manga jest sporo lepsza. Zerkałem na odpowiednie fragmenty akcji i tu i tu, z czego wnioski są niestety jasne. Serial oddaje trochę od siebie (tła, tripową muzykę, trochę eksperymentów w animacji), ale więcej zabiera (brudną kreskę, pomysłowość w kadrowaniu, ekspresyjność postaci). Jeżeli kogoś ciekawi świat i postacie, polecam zmienić medium. Preferujący animację pewnie się nie wynudzą, ale studio Mappa ma większe możliwości.

W 2016 roku prefekturę Kumamoto nawiedziło silne trzęsienie ziemi, które nie tylko spowodowało śmierć kilkudziesięciu osób, ale wyrządziło olbrzymie straty materialne, a jednym z najbardziej zniszczonych zabytków jest Zamek Kumamoto, którego odbudowa (z przyległościami) ma zakończyć się za jakieś… szesnaście lat. Planując rewitalizację prefektury, władze kraju nie zapomniały również o sile medium, jakim jest anime, więc postanowiono stworzyć wizytówkę wracającego do czasów świetności regionu. A przynajmniej tak sugerował opis serii… W praktyce dostajemy kilkunastoodcinkową miniaturkę, która może i rozgrywa się w prefekturze Kumamoto i mimochodem wspomina o jej odbudowie, ale na przestrzeni trzech odcinków promowanie regionu kiepsko jej wychodzi.

Natsuna niespodziewanie po czterech latach dostaje wiadomość od internetowej koleżanki, Itsuki, która chce się z nią spotkać. Dziewczynom rozmowy jednak nie udaje się nawet na dobrą sprawę naprawdę zacząć, bo niespodziewanie serwer gry, w której się spotkały, zostaje wyłączony, i główna bohaterka zostaje z jedną krótką wiadomością, starym adresem znajomej i mnóstwem obaw. Pod wpływem impulsu postanawia jednak udać się do Kumamoto, by odnaleźć Itsuki, ale okaże się to znacznie trudniejsze niż przypuszczała…

I jak na razie faktycznie, z poszukiwań nici, bo adres nieaktualny, a w urzędzie nikt Natsunie z oczywistych względów poufnych informacji podać nie chce. Cóż robić? Dobre pytanie, bo od tej pory dziewczyna poznała irytującą nastolatkę zadurzoną w miejscowym policjancie i pobawiła się trochę z nią i jej znajomymi. Ani jakichś charakterystycznych atrakcji prefektury, ani ciekawostek, ani przydatnych informacji widzowie nie uświadczą w trzech pierwszych odcinkach, które fabuły mają w sobie tyle co kot napłakał, bo ich długość (bez napisów końcowych) to zaledwie trzy minuty. W dodatku oprawa techniczna, chociaż charakterystyczna w swoim minimalizmie, nie pozwala na niczym oka zawiesić. W tle dominuje jeden mało urodziwy wątek muzyczny, chociaż piosenki towarzyszące napisom końcowym są całkiem, całkiem. Pytanie tylko, czy to wystarczy, żeby zachęcić do dalszego oglądania? Być może, ale ja raczej sobie odpuszczę dalszy seans.

Niespodziewane wyburzenie czwartej ściany…

Co prawda drugi odcinek wyraźnie zwolnił i był mniej ciekawy niż pierwszy, ale nie zabrakło dobrego humoru, więc seans uznaję za udany. Trzeci odcinek trudno ocenić, bo twórcy podjęli niezbyt trafioną decyzję, aby podzielić go na dwie części. Pierwsza z nich bezpośrednio kontynuuje wątek dyskusji z wielkim wężem, druga zaś opowiada o widmie atakującym ludzi małego miasteczka. I gdyby jeszcze cokolwiek te dwie historyjki łączyło, to jeszcze pół biedy, ale Kyokou Suiri ma budową epizodyczną i wrzucenie końca i początku dwóch niepowiązanych ze sobą wątków (z dwuletnim przeskokiem czasowym pomiędzy nimi) nie było najlepszym pomysłem. Fakt, że i w jednym i w drugim przypadku mamy do czynienia z czyjąś śmiercią, ale i tak nie mają one ze sobą nic wspólnego. Mam nadzieję, że kolejne wątki będą lepiej rozplanowane i będą się kończyć wraz końcem odcinka, a nie w połowie…

Tak czy siak, tak jak pisałam w poprzednio – nie fabułą, a postaciami ten serial stoi. W relacjach głównych bohaterów co prawda niewiele się zmienia (znaczy, po dwuletnim przeskoku pojawiła się jak na razie tylko Kotoko, a wiemy, że panienka rzeczywistość odbija wyjątkowo skutecznie), ale powróciła za to była dziewczyna Kurou i z duetu protagonistów zrobiło się trio. Dziewczyna traumę przeżyła i nie za dobrze radzi sobie ze wspomnieniami, ale tak ogólnie życie sobie jakoś ułożyła i aktualnie jest policjantką we wspomnianym powyżej małym miasteczku, które prześladuje duch zmarłej w tragicznych okolicznościach, a jeszcze wcześniej zniesławionej idolki, Karin Nanase. O samym widmie na razie wiadomo niewiele, ale kolejny odcinek (lub odcinki) przybliżą jej historię, a przy okazji pokaże, jak protagoniści dogadują się ze sobą po latach.

Technicznie od początku nic się nie zmieniło, więc jest nieźle, aczkolwiek zarówno ending jak i opening średnio przypadły mi do gustu, bo linia melodyczna w obu jest fajna, ale wokale jakoś mi tam zupełnie nie pasują. Aczkolwiek to zdecydowanie kwestia gustu, więc być może ktoś znajdzie swój muzyczny hit sezonu.

Czy nadal polecam to anime? Jak najbardziej, ale z zastrzeżeniem, że nie jest to typowa seria akcji. Dużo tu gadania, epizodyczna fabuła do najbardziej odkrywczych nie należy, a i bohaterowie, choć charakterni,  są wyjątkowo specyficzni, więc żeby się dobrze przy oglądaniu bawić, koniecznie trzeba Kurou i Kotoko polubić. W innym przypadku raczej nie ma co liczyć na dobrą zabawę.

Była dziewczyna i (może) obecna dziewczyna…

Czas na kolejny wieczór pełen wrażeń. Tym razem nasi bohaterowie będą odkrywać nowe doznania, a podpowiedź znajdziecie w kadrze wyżej!

Pub to nie tylko miejsce rozrywki, ale także wymiany wielu ciekawych opinii. Po jednej z nich, dotyczącej zrozumienia płci żeńskiej w sprawach łóżkowych, Stunk postanawia wraz z ekipą przejść do czynów. Wybierają się do przybytku oferującego…

Tymczasową zmianę płci! Magiczny eliksir sprawia, że panowie zmieniają się w panie. Jest też rzecz jasna odwrotna możliwość. Po chwili dzieją się cuda i można nacieszyć się nowym ciałem, głosem i możliwościami!

Mam jednak złą wiadomość dla wszystkich, którzy fakt ten chcieliby wykorzystać do niecnych celów poza burdelikiem – wyjść nie można aż do momentu, kiedy eliksir przestanie działać.

Nic jednak straconego, nie będzie czasu, żeby się nudzić! Oprócz zmiany płci, przybytek oferuje rzecz jasna możliwość odbycia stosunku z wybraną panią lub panem. Szybki przegląd katalogów i ekipa oddaje się niezwykłym doznaniom. Po drodze dostajemy też masę informacji na temat sukubów, inkubów i możliwości do wyboru… Gusta jak zwykle się różnią, a gwiazdą wieczoru po raz kolejny zostaje Crimvael, którego zainteresowania i ciekawość świata wprawiają w osłupienie wszystkich naokoło.

Można by pomyśleć, że tytuł ten ma tylko jeden cel – pokazać erotyczne sceny. Rzeczywistość udowadnia, że jest zupełnie inaczej. Wykreowano świetne, komediowe postaci, które nie są w żadnym razem żałosnymi napaleńcami. Doskonale wypadają także pracownice w przybytkach rozpusty – są zadowolone z pracy, napalone i ciekawe doznań, nie przywołują na myśl żadnych negatywnych skojarzeń. Sama „akcja” jest tak skonstruowana, że po prostu bawi i zadziwia, a wielu zapewne odkryje fetysze, o jakich jeszcze nie słyszało. Wykorzystanie barwnej obsady jest naprawdę dobre, a recenzje wystawione przez zaangażowanych niezwykle przekonujące. Co więcej, nie brakuje nowych i świeżych pomysłów, przez co seria nie staje się nudna i schematyczna. Cóż mogę powiedzieć? Polecam wszystkim, którym tematyka i erotyczne sceny nie przeszkadzają.

Zbliża się Dzień Sportu. Koyuki ma pretensje do nauczyciela, że ten nie potrafi przywołać do porządku Hanadoriego, który cały czas sprawia mu kłopoty. Ten jednak odbija piłeczkę, stwierdzając, że przynajmniej Hanadori wie, czego chce w życiu, w przeciwieństwie do Seriego, który nawet nie zaczął się zastanawiać, co chce robić w przyszłości.

Następnie poznajemy nowego bohatera – Kosiarza Heliusa, w tym życiu Hibikiego Kimiyę, który twierdzi, że zna Miguela z poprzedniego życia. Niestety, ma też kosę, którą wysyła Koyukiego i Hanadoriego wprost do gabinetu pielęgniarki. Tam, po wyjaśnieniu skomplikowanej historii przeszłego wcielenia, okazuje się, że Hanadori natrafiwszy na kogoś, kto jest nawet bardziej chuuni niż on, odmawia współpracy. Dopiero po łzawej opowieści o tym, jakiego Hibiki ma parszywego pecha w życiu i jak tego pecha przynosi innym, zmienia zdanie.

W końcu nadchodzi wyczekiwany przez Koyukiego Dzień Sportu, w którym będzie mógł się zemścić na Hanadorim za wszelkie krzywdy przeszłe, przyszłe i teraźniejsze. Na razie jednak Hanadori jest najpierw zajęty kibicowanie drużynie, a potem przerażającą próbą tańca z dziewczyną, co nie kończy się zbyt dobrze. Dość powiedzieć, że podsumowanie Tsukimiyi, który wymawia Koyukiemu, że ten się cały czas martwi i ocenia innych, ale nie chce ich zostawić w spokoju, trafia celnie w punkt.

Pod względem graficznym zmieniło się o tyle, że sporą część odcinka postacie spędzały w roli SD-czków, tym razem w o wiele bardziej sprzyjających sytuacjach. Większą rolę mieli też nauczyciel i koledzy z klasy bohaterów, którzy przestali być tak anonimowym tłumem i miejscami zyskali jakiś głos.

Z niejakim zdziwieniem stwierdzam, że trzeci odcinek okazał się o wiele łatwiejszy do strawienia niż poprzednie dwa razem wzięte. Być może jest to zasługa kilku celnych uwag wygłoszonych przez postacie, a odnoszących się do przyjmowania pewnych ról społecznych czy podporządkowywania się ich standardom. Być może jest to spowodowane wprowadzeniem kolejnej postaci, w przypadku której dostajemy wyjaśnienie, dlaczego się zachowuje tak, a nie inaczej. Być może dlatego, że w tym odcinku większą rolę odgrywa nauczyciel, który musi z nimi wytrzymywać. A może chodzi o to, że ograniczono użalanie się bohatera nad własnym losem i generalnie jego chamstwo. Jeśli seria pójdzie w tę stronę, to być może będzie się nadawała do oglądania. Jeśli jednak bohaterowie wrócą do starych nawyków, to cienko to widzę.

Ibuki wraca do drużyny, ale jego koledzy nie są tym przesadnie zachwyceni, co akurat nie powinno dziwić. Wielu z nich zadaje sobie pytanie, czy warto dawać mu drugą szansę po takim numerze, dlatego Natsusa proponuje pewne rozwiązanie – zbliża się mecz między pierwszym i drugim składem, więc jeżeli Ibuki okaże się przydatny podczas niego, będzie mógł zostać, a jeżeli da ciała, zostanie klubowym „niewolnikiem”. Nikt specjalnie nie protestuje, więc na drugi dzień „kolega marnotrawny” pojawia się na boisku, ku radości młodszych kolegów, wciąż uważających go za wzór. Rozpoczyna się najbardziej przewidywalny, pozbawiony emocji i dynamiki mecz, jaki widziałam…

Wynik dla nikogo nie będzie zaskoczeniem – drugi skład przegrywa, ale Ibuki pokazuje się z dobrej strony, a po uzyskaniu zgody uczniów trzeciego roku zostaje w drużynie. Jedyną dobrą rzeczą związaną z trzecim odcinkiem, jest fakt, że po napisaniu tej zajawki mogę rzucić Number 24 w trzy diabły. Twórcy rozdmuchują problemy dorosłych facetów, portretowanych niczym stadko nierozgarniętych, emocjonalnie niestabilnych gimnazjalistek, po czym próbują wcisnąć widzowi kit, że to szalenie interesujące. Stado biszy, których nie sposób rozpoznać po imionach, niebezpiecznie się rozrasta, a co jeden, to bardziej pretensjonalny. Te chodzące męskie słodkości zachwycone swoimi senpaiami z boiska, udawani studenci z wymiany mówiący po japońsku z fatalnym angielskim akcentem oraz najlepszy przyjaciel Natsusy o ekspresji słupa telefonicznego… Zgroza, powiadam Wam.

Gwoździem do trumny okazuje się animacja, bo na co komu tłum przystojniaków, który się praktycznie nie rusza? Sport w tym anime to parodia – cała para idzie w pokazanie lecącej piłki, podczas gdy postacie pozostają nieruchome. Zresztą twórców bardziej interesuje reakcja po udanym zagraniu niż samo zagranie i rugby w ogóle.

Serii brakuje jakiegoś motywu przewodniego, właściwie nie wiadomo, po co bohaterowie udają, że uprawiają sport. Z drugiej strony całość jest tak okrutnie pusta i plastikowa, że w żadnym wypadku nie można tu mówić o anime obyczajowym ze sportem w tle. Dialogi są sztuczne i wyjątkowo płytkie, a między postaciami nie ma żadnej więzi. Ot, pokaz takich sobie slajdów. Radzę omijać szerokim łukiem.

Kolejny odcinek, kolejny wieczór zmagań ze zgrają uroczych kocic. Nowa słodka przybłęda co chwila gdzieś znika: a to zmienia miejsce snu na toaletę, a to ląduje pod stołem z jedzeniem. Czy wspominałem, że Azuki wymyśliła dla niej imię? Przywitajcie się z Sugar Cane!

Widać też, że mała nie bardzo może przywyknąć do życia w domu Shigure i najwyraźniej tęskni za Chocolą, która znalazła ją na ulicy. W pewnym momencie postanawia więc wyruszyć do cukierni, czym przyprawia wszystkich o ból głowy.

Chocola przez cały dzień zastanawia się bezustannie, jak też znalezione kociątko radzi sobie w nowym środowisku. Jest zatopiona w myślach w stopniu, który przeszkadza jej w normalnym funkcjonowaniu, nic więc dziwnego, że informacja o zaginięciu kotki wprawia ją w autentyczną panikę.

Wszyscy wyruszają rzecz jasna na poszukiwania, ale zgubę odnajduje Chocola – w miejscu, w którym spotkały się po raz pierwszy. Teraz pozostaje tylko uprosić właściciela, aby zgodził się przyjąć Sugar Cane pod dach cukierni.

Wyjątkowo zły to był odcinek. Pomijając oczywisty fakt, że wiało nudą, sceny, w których postacie miały okazywać swoje emocje, wypadły bardzo sztucznie. Nie potrafiły nawet na moment przekonać mnie, że na ekranie rzeczywiście dzieje się coś wzruszającego. Do tego wszystkiego dorzucono jeszcze zbędny fanserwis, który tylko pogarsza niespójny charakter serii.  Na szczęście mogę już się pożegnać z oglądaniem tego tytułu, co i Wam, drodzy czytelnicy, polecam.

22/7 – odcinek 3

Kolejna dyrektywa Ściany jest odrobinę bardziej racjonalna: wyznacza datę debiutanckiego koncertu dziewcząt za około miesiąc. One biorą się za próby, natomiast menedżer z pomocnikami – za organizowanie sali; jak się bowiem okazuje, Ścianę stać na gigantyczny kompleks szkoleniowy dla kilkorga dziewcząt, nie stać za to na wybudowanie własnej auli. Ostatecznie zostaje znaleziona salka z widownią na 200 osób, z oprzyrządowaniem, którego stan budzi pewne zastrzeżenia. Tymczasem Miu ćwiczy dzielnie, chociaż rola liderki ją mocno przytłacza. Zaczyna jednak koncert z myślą, że nie może zawieść koleżanek, i idzie jej nawet nieźle do momentu, gdy na widowni dostrzega własną matkę, która otrzymała w końcu poprzedniego odcinka tajemniczy liścik. To oczywiście wywołuje całkowity paraliż Miu w części poświęconej na konferansjerkę, gdy dziewczęta mają się przedstawić publiczności. Podobny paraliż towarzyszy jej na początku drugiej piosenki, wtedy jednak system dźwiękowy zawodzi i grupa traci podkład muzyczny. Po chwili konfuzji Miu doznaje olśnienia, siada do pozostawionego w kulisach fortepianu i kontynuuje melodię, umożliwiając koleżankom dokończenie numeru wokalno-tanecznego. Oczywiście jej występ, pokazany na telebimie, zachwyca też publisię, więc wszyscy są szczęśliwi, a ja najbardziej, bo trzeci odcinek właśnie się skończył i mogę przerwać oglądanie tego szajsu.

W zajawce pierwszego odcinka uznałam 22-7 za próbę pokazania idolek w nieco bardziej dramatycznym świetle. Wydaje mi się, że muszę to odwołać (chociaż licho wie, jakie dramaty się tam jeszcze kryją) – seria jest dokładnie taką samą serią idolkową jak wszystkie. Różnica polega tylko na tym, że zwykle główna bohaterka ma ujmować widzów radością życia i pragnieniem dawania ludziom szczęścia, natomiast Miu jak na razie bierze po prostu odbiorców na litość. Popatrzcie, jaka jest biedna, słodka i niepewna siebie! Tylko pogłaskać po główce i wspierać, kupując koszulki, kubeczki, wachlarzyki i co tam jeszcze popadnie! Pozostałe dziewczyny dostały sztampowo zaprojektowane osobowości, których nawet nie bardzo mają kiedy zaprezentować, bo scenariusz nie zostawia im na razie na to czasu – niech czekają na swoje pięć minut (dosłownie, zapewne).

Do pustych pomieszczeń i nieruchomych ujęć doszło teraz markowanie animacji podczas koncertu. Polega to na zamianie dziewcząt w trójwymiarowe kukiełki, na tyle toporne, że wyraźnie ktoś to zauważył i polecił, by podczas tańca pokazywać je głównie od tyłu. Reszta opękana jest pokazywaniem dziewczyn na takich zbliżeniach, żeby było widać tylko ich kawałki – jak sądzę, ma to dodawać ujęciom dynamiki, a jednocześnie pozostawiać większość animacji poza kadrem. Efekt jest sztywny i rozpaczliwy. Muzyka pozostaje przeciętną gatunku, choć warto zauważyć, że ending jest wykorzystywany do promowania kolejnych kawałków zespołu. Niestety, ale z punktu widzenia zachodniego widza nie jest to seria nawet średnich lotów – to taki odpowiednik wdzięczenia się na scenie i sprzedawania widzom ucukrowanych, całkowicie sztucznych i wyreżyserowanych zachowań jako „autentycznych charakterów” idolek.

Co powie Ściana, co powie Ściana…?

Tag Cloud