Biorąc pod uwagę długość odcinków – 3 minuty, w tym ending – prościej i szybciej byłoby chyba czytającym te słowa sięgnąć po owe trzy odcinki i samodzielnie wyrobić sobie zdanie. A i ja bym zaoszczędziła czasu, bo więcej mi zajmie pewnie napisanie niniejszego tekstu niż ich obejrzenie, a nie liczę sobie tego seansu w poczet zysków… Strat co prawda chyba też nie, ale muszę przyznać, że jako fanka youkai, a szczególnie ich relacji z ludźmi, czuję się zawiedziona. Zapewne jest to właśnie kwestia długości: po prostu nie da się upchnąć za wiele fabuły w taki format. Kolejno: w pierwszym odcinku poznajemy tylko bohatera, który w szkole dostaje informację, że youkai imieniem Kanenogi-san wybrał(a?) go sobie na małżonka. Najwyraźniej nie jest to nic niezwykłego, że szkoła i świat działają w ten sposób, ale nie dostajemy żadnych wyjaśnień.

W drugim odcinku państwo młodzi zamieszkują razem i youkai odkrywa nadproża oraz japońskie jedzenie, a młody małżonek kłopocze się swoim zachwytem nad jego/jej zajedwabistym futerkiem i ogonkiem. W trzecim udają się oboje do szkoły i okazuje się, że jeden z kolegów bohatera też jest szczęśliwie zamężny, z prosiaczkowatym youkai z kompleksem łysienia, zatem obejrzymy kilka scenek na ten temat. Możliwe, że miały one być zabawne.

 

 

Gwoli wyjaśnienia powyższych trudności z rodzajami gramatycznymi (o biologicznych nie wspominając), nie wiadomo, jakiej płci (jeśli w ogóle jakiejś) są owe youkai, natomiast chłopcy określani są jako żony… i nawet ponoć istnieje w szkole klub żon, bez wątpienia tych z endingu. Nie żeby mnie to gorszyło czy coś, tylko znów podejrzewam, że miało to być zabawne, a ja się nie poznałam. Te momenty, kiedy na pewno miało być zabawnie, owszem, zauważyłam – bez efektu jednakowoż.

O postaciach wciąż niewiele da się powiedzieć – protagonista (no dobrze, przyznaję, nie pamiętam nawet jego imienia) to taki-sobie-zwyczajny-nastolatek: miły, uprzejmy, mieszka oczywiście samotnie, dobrze gotuje, ma dwukolorowe włosy; Kanenogi zaś to wielka maskotka, komunikująca się wyłącznie niewerbalnie i raczej niezbyt wylewnie, chyba że liczyć wylew śliny w miłosnym ugryzieniu. Może jakąś różnorodność i cokolwiek interesującego wniosą kolejne postaci, ale na ten moment nie wiem, czy czuję potrzebę zapoznawania się z nimi. Widzę w tej miniaturce pewną analogię do Miira no Kaikata, ale niestety jest ona baaardzo odległa i absolutnie nie ma co porównywać tych serii ani liczyć na podobne wrażenia. Choć chyba Jingai-san no Yome wygląda lepiej graficznie – pod tym względem jest nawet przyzwoicie. Niemniej… nie odradzam, nie polecam, kto chce, przekona się sam, straci zaledwie parę minut.

Ręka do góry, kto się spodziewał, że pokażą stosunek? Goblin Slayer ocenzurowany, Dakaichi ocenzurowane, ale w drugim odcinku Conception na pewno będzie full-wypas hentaj, aż wszystkim widzom kapcie pospadają…

 

Tak, jasne. Jak się okazuje, zgodnie z japońską tradycją zapoczątkowaną przez Clannad, wystarczy się poprzytulać, wziąć za rączki i pyk! Dziecko gotowe, Mahiru zaliczona, można przejść do obrabiania pozostałych pań metodą taśmową. W tym celu Itsuki i Mahiru zostają zapisani do szkoły wraz z pozostałymi dziewczętami (tu skrótowe przedstawienie każdego moebloba po kolei), a potem… Kurczę, chętnie streściłabym ten odcinek, ale to by wymagło od niego jakiejś… fabuły? Itsuki snuje się po ekranie, udaje się na hanami w towarzystwie wszystkich panienek, a przy okazji, zmuszony przez scenariusz (oraz Manę, które pozostaje silnym kandydatem na pierwsze miejsce na liście „maskotek, które wrzuciłoby się pod prasę hydrauliczną”), zadzierzguje bliższą znajomość z kapłanką konstelacji Raka. W międzyczasie mamy trochę mechaniki świata, znajomość w końcu owocuje dzieckiem, ale pierwsza wyprawa Itsukiego i jego dwóch małoletnich pomagierów do labiryntu kończy się spektakularną klęską. Cóż, trzeba wracać do dalszej produkcji potomstwa.

 

Chciałabym, żeby głównym problemem Conception był kretyński pomysł, na którym bazuje fabuła. Niestety powiem wprost: sam pomysł aż taki kretyński nie jest, oczywiście jeśli mówimy o… grze komputerowej. Daje graczowi jasne ramy i wytyczne, dostarcza okazji do interakcji z NPC-ami i w ogóle ma szanse jakoś tam działać. Gorzej jednak z adaptacją. Pomysł ten bowiem ma jedną wadę fatalną: Conception jako seria nie jest w stanie wykreować nawet cienia napięcia w związku z podstawową misją głównego bohatera. Siedzące w labiryncie Skażenia są daleko, a świat sprawia sielskie wrażenie. Dziewczęta o swojej powinności wiedzą, więc tak naprawdę Itsuki nie musi ich jakoś przesadnie zdobywać – tym bardziej, że one mają zdecydowanie dobrą motywację pod postacią groźby zagłady świata. Owszem, zostaje wprowadzony warunek, że „gwiezdne dziecko” będzie silniejsze, jeśli bohater i kapłanka lepiej się rozumieją, ale serio, też mi ograniczenie…

 

Nadal trudno oprzeć się wrażeniu, że poszczególne kawałki gry, w szczególności dotyczące przekazywania graczowi potrzebnych informacji lub artefaktów, są przenoszone na ekran całkowicie mechanicznie. Do tego nie jestem pewna, czy o tym pisałam, ale to anime jest nieludzko koślawe. Zawiera puste tła jak spod sztancy, umiarkowanie znośne zbliżenia oraz totalną popelinę, jeśli trzeba bohaterów pokazać z daleka lub w ruchu. O scenie „walki” z końca odcinka nawet nie wypada pisać, bo to żałosne było. Trzeci odcinek obejrzę z obowiązku, więc jeśli zaoszczędziłam jeszcze jakieś złośliwości dotyczące tej serii, to głównie po to, żeby mieć o czym pisać za tydzień.

Przyznam grzecznie, że odcinek trzeci nie był tak nudny jak drugi; był za to chaotycznie monotonny. Chyba należy się do tego przyzwyczaić, skoro mamy śledzić losy postaci po dwóch stronach barykady. Yin i Ning zostają obsypane wspaniałościami prosto z dziury fabularnej. Świecący na zielono miecz okazuje się jednym z dziesięciu starożytnich artefaktów, zaś Yun nie tylko uczy je, że jedną z funkcji bambusowego zwoju jest nielimitowana przestrzeń magazynowa (ach, te rozwiązania prosto z gier), ale także konstruuje dla Ning sztuczne ręce. Żeby nie było za różowo, niemiły pan z poprzedniego odcinka sprowadza posiłki i żeby zwabić osoby, które dały mu wycisk, morduje bezbronnych mieszkańców wioski. Ostatecznie trzeba pamiętać, że cesarstwo jest złe.

 

Tymczasem Zhao bez żadnych oporów moralnych wchodzi w nową rolę i zaczyna konstruować dla młodziutkiej cesarzowej nowe i lepsze machiny bojowe. Jako że jedna z nich już w tym odcinku zagroziła Yin i Ning, dramatyczna konfrontacja wydaje się kwestią niedalekiej przyszłości. W oddzielnej scence widzimy jeszcze byłego naczelnego inżyniera cesarstwa, Mo Henga, który wyjaśnia powody swojej dezercji. Jak się okazuje, starszy pan całe życie konstruował machiny wojenne, ale nie miał biedaczek pojęcia, że one są wykorzystywane do zabijania ludzi! Ot, siurpryza, nic dziwnego, że się dziadek nieco speszył i postanowił uciekać. Nie zamierza konstruować kolejnych machin dla rebeliantów, ale za to przekazuje im plany czegoś o wdzięcznej nazwie Zbroja Czarnego Ognia.

Jak się nad tym zastanowić, Ken en Ken zaskoczyło mnie tylko dwoma rzeczami. Po pierwsze tym, z jaką bezczelnością wpycha bohaterom potrzebne przedmioty i/lub stanowiska, w ogóle nie troszcząc się, że to może trochę tak naciąganie wyglądać. Po drugie tym, jak bardzo to wszystko rozwija się zgodnie ze schematami. Dialogi są drewniane, postaci sztuczne, a grafika – paskudna. Owszem, nadal trafiają się ładniejsze tła, ale co z tego, kiedy są nieruchome i puste (w przypadku pałacu cesarskiego sprawia to wręcz absurdalne wrażenie)? Ludzie rysowani są krzywo, a machiny to zastępy identycznych komputerowych modeli, w dodatku, jak się bliżej przyjrzeć, wcale nie takich ładnych. Zdaję sobie jednak sprawę, że ten rodzaj epickiej opowieści wojennej jest stosunkowo rzadkim gatunkiem w anime, więc jeśli kogoś bardziej interesuje szersze tło rozgrywki (którego na razie prawie nie poznajemy) i jest gotów przymknąć oko na niedociągnięcia innych składowych elementów, to kto wie, może uzna, że Ken en Ken nadaje się do oglądania. Ja rzucam zajawkowanie i serię z prawdziwą ulgą.

 

Teatru dwojga aktorów ciąg dalszy. Odcinek drugi podzielony został na dwie historie, które, co ciekawe, mają w sobie o wiele mniej szaleństwa niż to, co zaprezentował nam odcinek pierwszy. Humor co prawda nadal stoi na dobrym poziomie, ale w drugim odcinku wyraźnie został zbalansowany przez warstwę okruszkową i pewnie do takiej formy kolejnych odcinków będziemy musieli przywyknąć (czego absolutnie nie uważam za wadę).

Kamoi nadal zmartwiona jest faktem, że Misha nie ma przyjaciół i przesiaduje całymi dniami w domu oraz, cytując klasyka, „gra w grę”. Czy jest więc lepszy sposób, aby zbliżyć się do niej, niż zaprzyjaźnić się z nią w grze? Łatwiej powiedzieć niż zrobić, a w odmętach internetu na młode niewinne dziewczynki czeka wiele niebezpieczeństw, o czym sama zainteresowana szybko się przekonuje. Nic to jednak w obliczu przyjaźni, którą ma obdarować ją jej podopieczna. Sama historia jest bardzo zabawna, a za awatary postaci w grze twórcy należy się oddzielna nagroda.

Druga, całkowicie niezależna historia opowiada o wycieczce głównych bohaterek w góry. Wzięta z zaskoczenia Misha i jej nie do końca normalna opiekunka same w górach – w każdym innym przypadku martwiłbym się o dalszy ciąg wydarzeń, ale nie w tej historii. Druga połowa odcinka jest utrzymana w ciepłym i pogodnym tonie i co najważniejsze, pcha do przodu rozwój więzi pomiędzy bohaterkami. Dziewczynka coraz częściej zaczyna widzieć w swojej opiekunce cień zmarłej matki, a jej charakter tsundere jest po prostu przeuroczy.

Nie sądzę, aby w tym anime zaszły jakiekolwiek zmiany na przestrzeni dalszych odcinków. Na szczęście całkowicie rozwiane zostały obawy o możliwość naruszenia granic dobrego gustu i smaku. Ta historia to zabawna i pełna ciepła komedia, którą naprawdę szczerze polecam i wątpię, aby coś się w tej kwestii zmieniło. Bardzo dużymi zaletami są autentycznie sympatyczne postaci i świetna oprawa techniczna, z brylującymi aktorkami podkładającymi głosy, które ewidentnie świetnie się bawią i wkładają serce w to, co robią, co nadaje granym przez nie postaciom autentyczności.

Po narratorze i streszczeniu pierwszego odcinka kontynuujemy tam, gdzie się on skończył, czyli na pojawieniu się nieznajomych czarodziejów w trakcie walki Setha z Nemezis. Jak się okazuje zwą się Bravery Quartet, władają dosyć potężną magią i wędrują po świecie, walcząc z Nemezis. Oraz przypominają grupę, która się urwała z cyrku. Oferują mieszkańcom pomoc w ewakuacji, a zachwyconemu ich mocą Sethowi współpracę, jeśli tylko uda mu się przeżyć robienie za przynętę dla czasowo unieszkodliwionego potwora, kiedy oni będą ratować cywilów.

 

Wszystko idzie gładko, nasz dzielny bohater odciąga Nemezis, powodując przy tym coraz większe straty mieszkalne, tymczasem w banku Kwartet zabiera się za rabowanie skarbca, biorąc pozostałych mieszkańców (czyli Timmy’ego, jego ojca i tych, co siedzieli przy fontannie) jako zakładników.

 

Gdy w końcu Sethowi udaje się unieszkodliwić Nemezis i dotrzeć do banku, zastaje tam swoich nowych „przyjaciół” oraz dostaje lekcję życia nie tylko od nich, ale też od mieszkańców wioski, których próbuje ocalić. Generalnie brzmi ona, że skoro jesteś czarodziejem, to nieważne co byś zrobił, i tak cię obwinią za wszystko, a potem wydadzą Inkwizycji.

Połowa odcinka spędzona na rozwałce wiochy, połowa na wysłuchiwaniu rechotu i obserwowaniu prób zrobienia z Dona zabawnego osobnika. I kawałek na lekcję życia oraz sceny bohaterstwa w wykonaniu Setha. Kwartet wzbudził we mnie lekką irytację – serio, jak ktoś się ubiera jak klaun, zachowuje się jak klaun i mówi jak klaun, to nie potrzeba nawet złotego mafijnego zęba i imienia Don, żeby go podejrzewać. Nie powiem, żebym była zachwycona, zwłaszcza że jakimś dziwnym cudem w ogóle nie obchodzi mnie los bohatera, ani co się z nim stanie, tak samo jak los mieszkańców. Wprawdzie bohater nauczył się troszkę myśleć, ale nadal jest to za mało. Zobaczymy, co będzie po trzecim odcinku i czy uda się mu mnie do siebie przekonać. Bo jeśli nie, to przykro mi, ale się pożegnamy.

Obronienie wioski goblinów przed atakiem wilków (gadających, rzecz jasna) okazało się, jak stwierdził sam Rimuru, zaskakująco łatwe. Uzdrowienie rannych za pomocą nafaszerownia ich zapasem życiodajnych mikstur z własnego żołądka-inwentarza i zbudowanie płotu było tylko przygrywką, tak naprawdę całą sprawę załatwił glut i jego wypasione zdolności, z nieocenionym Predatorem i Mimikrą na czele. Aczkolwiek swoje zrobiła też stadna natura wilków, które po śmierci przywódcy przysięgły lojalność Rimuru.

 

Postawiło go to przed kolejnym kłopotem, który rozwiązał niemal salomonowo, mianowicie nakazał goblinom i wilkom połączyć się w dwuosobowe drużyny i wspólnie dbać o dobrobyt nowej społeczności. Żeby dokończyć dzieła, postanowił nadać wszystkim imiona – dotychczas ich nie mieli, jako zbyt niskie rangą potwory. Co prawda wyczerpało to jego zasoby magiczne (a wcześniej kreatywność), powodując konieczność regeneracji przez trzy dni, ale efekt był zaskakujący. Otóż nazwane gobliny ewoluowały w potężniejsze hobgobliny, a goblinki zyskały na urodzie; zmieniły się również wilki, przyjąwszy jako rodowe nazwisko Tempest.

 

Po ustaleniu pokojowych zasad współżycia w grupie i z innymi rasami (na razie nieświadomymi nowego status quo) pozostało zapewnić nowym podwładnym żywność, przyzwoite odzienie i schronienie – o ile z pierwszym nie ma kłopotu, drugie i trzecie wciąż przerasta możliwości zielonoskórych, o czworonogach nie wspominając. Ku radości Rimuru (odmłodzony) starszy goblinów sugeruje udanie się do miasta krasnoludów, jako znanych rzemieślników, na co naszemu glutowi aż świecą się oczy (których nadal nie ma, ale to nic nie szkodzi), więc hajda w drogę!

To było naprawdę urocze i zabawne, przesiedziałam cały odcinek z uśmiechem na ustach, który spełzł tylko na chwilę śmierci przywódcy wilków, przedstawioną ze stonowaną brutalnością – jest sikająca krew, ale wszystko się dzieje po ciemku… Co dziwne, nie odczułam tu dysonansu, a nawet podoba mi się, że przy tej sielance, którą stworzył Rimuru, był ten moment „realizmu”. Wprowadzają go też, wraz z naturalnym humorem, w pewnym sensie wewnętrzne monologi i komentarze gluta, który sam dziwi się temu, że mu się udało. Jest przy tym totalnie bezpretensjonalny, o lata świetlne odległy od jakiejkolwiek arogancji, z dziecięcą przyjemnością odkrywa swoje możliwości i otaczający świat, i generalnie jest tak rozbrajająco przesympatyczny, że to po prostu trzeba zobaczyć, nawet jeśli się w życiu nie planowało oglądać isekaja. Mam tylko nadzieję, że tak pozostanie, nawet jeśli pojawią się – a pewnością pojawią – bardziej stereotypowe motywy, co pozwoli też zadowolić fanów gatunku.

Jeszcze słowo o grafice i animacji – choć ta pierwsza może niektórym wydać się momentami nieco uproszczona, wcale nie przeszkadza to w oglądaniu, a nawet podkreśla sympatyczny klimat (przy czym nocny atak wilków miał w sobie jednak stosowną dawkę grozy); co do drugiej, nie zauważyłam poważniejszych problemów czy też krzyczących oszczędności. Pod tym względem jest moim zdaniem wystarczająco dobrze i w sumie nie wyobrażam już sobie, żeby było inaczej. Zresztą, jak widać w czołówce, pojawi się jeszcze sporo różnych postaci, więc nie przewiduję nudy ani w warstwie wizualnej, ani fabularnej. Dobrze, że zapowiedziano 24 odcinki.

Ten odcinek dla odmiany zawierał w równej proporcji mieszankę rzeczy przewidywalnych i mniej przewidywalnych. Chyba dla nikogo nie było zaskoczeniem, że superprzystojny celebryta Tomoya nie okazał się takim chodzącym ideałem, jakim był w poprzednim odcinku. Nietrudno było także odgadnąć, że osobą wspierającą Nanę w tym świecie okazał się nielubiany przez nią ojczym. Ciekawa była za to scena otwierająca odcinek, będąca kontynuacją tego, co widzieliśmy poprzednio – jak się okazało, Nana nie przeszła prania mózgu ani nie „wtopiła się” w wersję z aktualnego świata, tylko uczciwie doszła do wniosku, że małżeństwo z gwiazdorem to może być fajna sprawa. Co do nieprzewidywalnego – nie spodziewałam się, że ta historia płynnie przejdzie w nawalankę na supermoce, ale najbardziej nie spodziewałam się tego, że obie te płaszczyzny, bardzo okrucho-życiową i przygodową, da się całkiem sensownie ze sobą ożenić (gra słów zamierzona).

 

 

Nadal główną zaletą tego anime jest to, że bohaterki w większości przypadków zachowują się ze zdumiewającą wręcz logiką. Tu znowu wskażę scenę na początku, gdzie „aż się prosiło” o spiętrzenie nieporozumień, które jednak zostały wyjaśnione dzięki precyzyjnym pytaniom Chloe. Podobnie później Asuka w wersji survivalowej (ochrzczona przez swoją odpowiedniczkę „Seriouska”), przyłapana na eksterminacji królikopodobnych stworzonek, nie czai się i nie dziczy, tylko wyczerpująco odpowiada na pytania bohaterek. Tak naprawdę w tym odcinku znalazła się jedna nieładna dziura fabularna, ale musiałabym zdradzić zbyt wiele z przebiegu wydarzeń, żeby ją wytknąć.

 

Po trzech odcinkach pozostaje podkreślić, że ta mieszanka gatunkowa, jaką prezentuje Akanesasu Shoujo, nie każdemu będzie odpowiadać. Na pewno nie należy się zmuszać, szczególnie jeśli kogoś nie zainteresują bohaterki, bo jeśli mogę pokusić się o jakieś przewidywania, ich historie i interakcje będą przez większość czasu na pierwszym planie. To jedna z tych serii, które same prowadzą widza i którym trzeba zaufać, zamiast bezustannie starać się przyszpilić „o czym to ma być”. Przyznam, że mnie się podoba, co jest o tyle zdumiewające, że w ciągu ostatnich lat próbowałam ileś razy podchodzić do podobnych produkcji i za każdym razem odpadałam od nich z gwizdem. W tej coś zdecydowanie siedzi, acz proszę pamiętać, że to opinia po trzech odcinkach i fabuła może zapikować w dowolnym momencie w górę lub w dół, całkowicie zaprzeczając moim prognozom.

Moje oczy krwawią po tym, jak zobaczyłem animację poruszających się gałęzi na początku odcinka. Kontrast jest szczególnie wyraźny, jeśli chwilę wcześniej zobaczyło się Yagate Kimi ni Naru z całym dobrodziejstwem inwentarza. Potem poznajemy tytułową Jeanne podczas gdy odprawia tajemniczy rytuał. Modli się, aby angielskie wojska opuściły jej kraj, aby wojna się zakończyła i żeby urosły jej piersi (wiadomo, w życiu trzeba mieć priorytety).

Jej wesoły obrządek przerywa przybycie alchemika od siedmiu boleści (nie muszę chyba pisać, o kogo chodzi). Jak dowiedzieliśmy się w poprzednim odcinku, od siedmiu lat nie udało mu się stworzyć eliksiru i nic nie wskazuje, aby coś w tym temacie miało się zmienić. Astaroth ma do niego świętą cierpliwość. Sielankę (i kilka scen „humorystycznych”) przerywa atak na wioskę niejakiej La Hire z ferajną. W zamian za „ochronę” żądają oni przekazania całej żywności.

Kiedy już myślałem, że ta bajka nie może być bardziej absurdalna, okazało się, jak bardzo jestem w błędzie. Otóż w pewnym momencie główny bohater zaczął niemiłosiernie się ślinić. Jak wyjaśniła wróżka, przyjął tak dużą dawkę eliksirów, że jego organizm zaczął wytwarzać własny. To niesłychane wydarzenie przerywa atak angielskich żołnierzy, w którym o mało co nie ginie Jeanne. Przed niechybną śmiercią ratuje ją Montmorency, który wkłada jej połówkę kamienia filozoficznego w ranę i przekazuje wytworzony przez swoje ciało eliksir.

Później jest już tylko rzeź angielskich żołnierzy w wykonaniu „nowej” Joasi i skrótowa informacja, że jej moc trwa tylko trzy minuty, a przy okazji zmienia też jej charakter (bo przecież nie mogła zostać miłą i grzeczną dziewczynką).

O matko, jakie to beznadziejnie głupie. Do tego w drugim odcinku twórcy postanowili wrzucić jeszcze więcej fanserwisu i żarcików. Nie muszę dodawać, że wszystko to jest co najwyżej miernej jakości, nieustępującej w niczym tragicznej i prawie nie animowanej grafice. Lepiej już pewnie nie będzie, całe szczęście, że został mi tylko jeden odcinek do zajawkowania.

Okazuje się, że szkoła stoi nienaruszona, a nikt poza trójką głównych bohaterów nie pamięta walki Gridmana z kaijuu z poprzedniego dnia. Dodatkowo z klasy zniknęły ławki kilku osób, o których istnieniu jakby również wszyscy zapomnieli. Yuuta i przyjaciele z pomocą mężczyzny przedstawiającego się jako Samurai Calibur postanawiają odwiedzić domy zaginionych znajomych z nadzieją, że być może dowiedzą się czegoś od ich rodzin. Informacje, które uzyskują, niestety nie są zbyt optymistyczne – według krewnych ludzie, których widzieli jeszcze dzień wcześniej w szkole, od dawna nie żyją. Śledztwo przerywa ponowny atak kaijuu, w walce z którym Gridmana wesprze tym razem nowo poznany znajomy.

O matko, jakie to jest klimatyczne. Nie tylko za sprawą interesująco (przynajmniej na ten moment) napisanej intrygi, ale przede wszystkim dzięki fantastycznej reżyserii. Tak jak w poprzednim odcinku, tak i w tym przez trzy czwarte jego trwania w ogóle nie ma muzyki, co moim zdaniem bardzo zgrabnie buduje nastrój opowieści, który jest zdecydowanie największym atutem tej serii.

W tym odcinku możemy poznać bliżej dwie postaci, które w zeszłym tygodniu jedynie gdzieś przemykały. Pierwszą z nich jest wspomniany wyżej Samurai Calibur, bardzo ekscentryczny gość, noszący przy pasie cztery samurajskie miecze. Polubiłem go od pierwszego momentu, kiedy pojawił się na ekranie, a uroku zdecydowanie dodaje mu fakt, że facet… się jąka. A przy okazji będzie również przydatny w walce z kaijuu, ponieważ potrafi zmienić się w ogromny miecz.

Drugą z postaci jest Akane Shinjou, która dość niespodziewanie okazuje się twórczynią pojawiających się w mieście potworów. Dziewczyna struga je, a następnie tajemniczy Alexis, który podobnie jak Gridman pojawia się jedynie na ekranie monitora, ożywia je, powiększa i sprawia, że sieją chaos. Urocza Akane zdecydowanie ma jakiś problem ze sobą i jestem pewien, że odkrywanie jej motywów będzie jedną z głównych osi fabuły.

Muszę przyznać, że jak na razie jestem mocno zaskoczony tym, co ta seria prezentuje, i to w pozytywnym sensie. W przyszłym tygodniu ma mieć miejsce zapowiadany przez twórców zwrot fabularny. Zobaczymy, czy anime przy okazji nie straci tego, na czym na ten moment opiera swoją wyjątkowość.

Matko i córko, jakie to jest śliczne! Opening dosłownie zwalił mnie z nóg stroną wizualną, muzycznie było wprawdzie bez wielkiego „wow”, ale i tak całkiem nieźle. Sam odcinek rozpoczyna się rozmową Touko z jej najlepszą przyjaciółką Sayaką, której wyraźnie nie pasuje to, że ta druga wyraźnie interesuje się kimś innym niż ona, zresztą czy te oczy nie mówią wszystkiego?:

A wszystko obraca się wokół zbliżających się wyborów i chęci wciągnięcia w to wszystko na razie bardzo zagubionej tym wszystkim, co się wokół niej dzieje, Yuu. Na szczęście to anime ma jedną bardzo dobrą cechę, mianowicie bohaterki potrafią szczerze i otwarcie ze sobą rozmawiać. W związku z tym wydarzenia z końcówki poprzedniego odcinka są omawiane, a nie zamiecione pod dywan. Nikt nie udaje, że nic się nie stało, a to, co się dzieje, jest w miarę naturalnym następstwem poprzedzających wydarzeń. Poza tym obie główne bohaterki są naturalne i ogarnięte na tyle, aby nie tylko czerwienić się na swój widok, a konsekwentnie dążyć do realizacji swoich marzeń i pragnień, choć na razie widać, że mamy tu wiodącą prym Touko i nieco zagubioną w uczuciach Yuu.

Druga część odcinka mija na przygotowaniach do wyborów i kampanii wyborczej, jakiej nie powstydziłby się żaden kandydat na wójta gminy czy nawet małego miasteczka w Polsce (zawsze będzie mnie zadziwiać zaangażowanie japońskiej młodzieży w życie szkolne). W to wszystko zgrabnie wpleciono sceny pokazujące to, co dzieje się w sercach i głowach obojga dziewczyn.

Odcinek zakończono mocnym akcentem i osobiście uważam, że rozciągnięcie tego wszystkiego na dwa odcinki dobrze zrobiło klimatowi i pozwoliło uniknąć pośpiechu. Cały czas jednak boję się, że w pewnym momencie komuś skończą się pomysły i seria ucieknie w tani dramat, bo jednak trzeba przyznać że na razie bardzo zgrabnie balansuje na pograniczu okruchów życia, romansu i bardzo subtelnie zarysowanego dramatu. Nie wiem jednak, na jak długo starczy jej pary w kotle, aby utrzymać ten w miarę pogodny klimat podszyty jednak smutkiem – podczas seansu czuję, że nie mam co spodziewać się szczęśliwego zakończenia, choć mam nadzieję, że moje czarnowidztwo się nie spełni.

Nie obawiam się natomiast o rewelacyjną i momentami piękną oprawę wizualną. Zrzutki na prawdę nie oddają tego jak świetnie zrobiona jest ta seria. Mam nadzieję, że kolejne odcinki rozwieją moje powyższe wątpliwości i obawy i że na koniec będę mógł powiedzieć, że była to jedna z moich ulubionych historii romantycznych.

Tag Cloud