Metody nowego menedżera głównych bohaterek, Gusa, okazują się nieco staroświeckie. Roddy, jego znajomy programista, proponuje więc, aby dogadały się ze znanym DJ-em, który mógłby je wypromować. Tak dochodzi do spotkania dziewczyn z popularnym Ertegunem. Niestety, nie jest on w ogóle zainteresowany wysłuchaniem ich piosenki, a załamana Tuesday w dość zaskakujący sposób doprowadza do małego pożaru w jego willi.

W tle przewijają się również inne wątki. Angela kontynuuje próby stworzenia piosenki, a brat Tuesday, Spencer, decyduje się na poszukiwania siostry, co nie do końca odpowiada ich matce, która chce uniknąć negatywnego rozgłosu przed zbliżającymi się wyborami.

Droga głównych bohaterek do debiutu trwa. Twórcy zdradzili nieco informacji i wiadomo już, że na tym skupi się pierwsza połowa serii, druga natomiast opowie o ich późniejszych perypetiach. Trzeci odcinek to nadal jedynie wprowadzenie, ale zrobione na tyle dobrze, że ani na chwilę nie nudzi. Duża w tym zasługa naprawdę barwnych bohaterów, spośród których na razie Carole i Tuesday wypadają chyba najsłabiej, co jednak wcale nie oznacza, że są nieciekawe. Po prostu w tym momencie jeszcze niewiele o nich wiemy, ale czasu na ich odpowiednie przedstawienie jest tyle, że na pewno pokażą nieco więcej cech niż tylko młodzieńczą ambicję i miłość do muzyki.

A jeśli już przy muzyce jesteśmy, to niesamowicie wypada moment, w którym bohaterki zaczynają śpiewać w pralni. Cała scena wygląda jakby była żywcem wyjęta z jakiegoś musicalu, szczególnie, gdy dołącza do nich mężczyzna, który podobnie jak one robi pranie. No i, o matko, jak to jest fantastycznie zrealizowane, zarówno pod względem animacji, jak i reżyserii, kiedy chwilę później cała sekwencja przenosi nas odrobinę dalej, gdy dziewczyny śpiewają już sfinalizowaną wersję tego utworu. Cudo.

Shin’ichirou Watanabe powrócił i dostarczył coś, co śmiało może w przyszłości kandydować nie tylko do miana serii sezonu, ale również najlepszej serii tego roku, jeśli tylko historia odpowiednio się rozwinie. Bo co jak co, ale o kwestie techniczne obawiać się raczej nie trzeba, a muzycznie długo nie będzie czegoś, co pod względem ambicji mogłoby Carole & Tuesday dorównać. Polecam wszystkim z całego serca.

To chyba ten moment, w którym wypadałoby spróbować odpowiedzieć na pytanie, na które odpowiedzieć się nie da – czy warto to oglądać. Nie da się, bo to Ikuhara, a jego serie można ocenić, kiedy się wie, o co chodzi, co zwykle następuje pod koniec. Po pierwszym odcinku miałem zawahanie, czy może aby tym razem nie będzie inaczej, ale nie – co prawda na początku zostaliśmy w nietypowym jak na Ikuharę tempie zalani dziwnościami z prawa i lewa, ale już ich wyjaśnianie przebiega typowo – czyli powoli.

To nie znaczy, że sam serial zwolnił, fabuła skoncentrowała się na rozwijaniu postaci – i bardzo dobrze. W pierwszym odcinku bohaterowie byli trochę pacynkami w wirze obłąkańczej akcji, teraz zdecydowanie nabierają charakteru. Odcinek trzeci koncentruje się na Encie i jego relacjach z Kazukim. Zakończenie poprzedniego epizodu nie było zmyłką, Enta czuje ewidentną miętę do Kazukiego, choć mało skutecznie wmawia sobie, że chodzi o piłkę nożną. Nie zaskoczyło mnie to specjalnie, bo relacje homoseksualne to konik Ikuhary – co prawda wcześniej to głównie wątki lesbijskie były na pierwszym planie, ale fakt, że postanowił kontynuować temat, nie dziwi. Ciekawi mnie, jak się to połączy z wszechobecnym motywem penetracji analnej.

Poza roztkliwianiem się nad meandrami psyche Enty nie zabrakło miejsca na potwora odcinka. Gdybym miał wskazać najsłabszy element tej serii jak na razie, to wybór byłby prosty. Są bo są, na pewno zapewniają sporo efekciarstwa, trochę podkreślają inne wątki poruszane w danym odcinku, ale o ich historyjkach zapomina się niemal natychmiast. Warto było zużywać czas antenowy na to? Chwilowo nie jestem przekonany.

Do czego jestem przekonany, to z pewnością grafika. Przez wszystkie trzy odcinki jest konsekwentnie cudna. Te kolory, te tła, to światło! Czasami kadry nie oddają urody filmu, tutaj jednak się to udaje. To nie znaczy, że o animacji można zapomnieć. Największe wrażenie robią powtarzalne sekwencje walk i magiczne knowania policjantów, ale i poza tym kilka scen zwraca uwagę; w tym odcinku na przykład sekwencje Kazukiego i Enty zostały ślicznie zanimowane, co ładnie podkreśla emocje w ich relacjach.

Ogółem więc polecam. Ja i tak od początku nie miałem wyjścia – za bardzo cenię tego reżysera, żeby nie śledzić jego nowej twórczości, ale nawet bez tego to technicznie świetna seria, która nie nuży przewidywalnością i póki co ładnie się rozwija.

Sprząta, gotuje, rozpieszcza a także gra w gry wideo. Można by rzec, człowiekbóstwo-orkiestra. Z tym ostatnim kiepsko jej jednak idzie, dzięki czemu Nakano ma okazję odebrać swoją nagrodę – dotknąć jej puszystego futra. Niestety, próby uniknięcia tego losu przez Senko-san powodują sporo hałasu, który może działać na nerwy sąsiadom.

Zirytowana hałasem sąsiadka przyłapuje parę na gorącym uczynku, a widok dorosłego faceta atakującego małą dziewczynkę musi wywołać wiadomą reakcję – telefon na policję. Sytuację udaje się jednak załagodzić, a Senko-san kusi nieznajomą poczęstunkiem. Dźwięki dochodzące z pustego brzucha nowej znajomej jednoznacznie potwierdzają, że taki rodzaj zachęty okazał się wyjątkowo skuteczny. Podczas posiłku dowiadujemy się kim, jest sąsiadka. To pracująca z domu studentka o nazwisku Koenji. Obecność i wygląd lisicy akceptuje stosunkowo łatwo, gdyż uznaje ją za cosplayerkę postaci z pewnego anime.

Żywienie trójki ludzi i pusta lodówka sprawiają, że trzeba wybrać się na zakupy. Senko-san początkowo chce wybrać się sama, ale czujny Nakano słusznie przewiduje, że lisica na zakupach może przyciągnąć uwagę postronnych osób. Najczarniejsze scenariusze co prawda nie sprawdzają się, ale Nakano zdąża zareagować, gdy Senko postanawia beztrosko pomóc sobie lewitacją w sięgnięciu po stojący wysoko produkt.

Trzeci odcinek po raz kolejny udowodnił, że Sewayaki Kitsune no Senko-san świetnie realizuje swoje założenia. Scena z Koenji była mocno naciągana, a sposób wytłumaczenia sytuacji i jej reakcja mało przekonujące, ale całość wypadła niezwykle zabawnie. Dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu charakteru bohaterki udało się momentalnie zmienić klimat rozmowy – z mocno podejrzliwego na przyjazny i nieco humorystyczny. Historia z zakupami to z kolei powrót do rozpieszczania Nakano, któremu po raz pierwszy od długiego czasu zwykłe zakupy sprawiły niezwykłą przyjemność dzięki obecności Senko.

Tytuł mogę polecić z czystym sercem wszystkim poszukującym ciepłego i zabawnego anime, które ukoi nerwy i odpręży po ciężkim dniu pracy czy nauki. Uśmiech, zachowania i sposób mówienia głównej bohaterki sprawiają, że od razu poprawia mi się humor. Twórcom nie brakuje pomysłów, więc nie mam obaw związanych z nudą czy wtórnością.

Stereotypowej ekspozycji przepakowanego maga i już-nie-tak-dopakowanej spółki ciąg dalszy – choć nie mogę powiedzieć, że byłam w stanie przewidzieć każdą kolejną scenę (jedna mnie, owszem, nieco zaskoczyła), całość pozostaje dokładnie w ramach gatunku, odhaczając po prostu kolejne schematy.

A zatem: Shin eskortuje panienki, znaczy zagrożoną przez Kurta Cecily i Marię dla towarzystwa, do szkoły, co staje się później przedmiotem wiadomych żarcików w stołówce oraz pretekstem do wielokrotnego eksponowania spłonionej dziewczyny i puszczania oka do widza, niestety w sposób też zbyt wiele razy widziany, by jeszcze bawił. Po pierwszej lekcji wychowawca opowiada klasie S o „grupach badawczych”, które są dokładnym odpowiednikiem japońskich szkolnych klubów (Shin je zresztą wspomina – bo to isekaj jest przecież, prawdaż). Efekt tej rozmowy jest taki, że cała klasa (przy okazji poznajemy resztę uczniów, tj. nazwiska i jeden rys charakteru, plus w przypadku dziewczyn obowiązkowe zbliżenie na biust) z nauczycielem na czele wmanewrowuje Shina w założenie nowego klubu, żeby pod jego przewodnictwem studiować „ostateczną magię”. Warto odnotować, że przez calutki czas Shin wydaje zdziwione okrzyki i robi miny, i tyle jego wkładu w rozwój sytuacji.

Tymczasem król zostaje poinformowany przez dwóch oficjeli, że w ostatnim roku bardzo wzrosła liczba przypadków demonizacji, a że stało się to w powolny i regularny sposób, podejrzewa się celowe działanie. Król nakazuje wezwać łowców demonów. Drugie tymczasem (i jedyne, co mnie nie tyle zaskoczyło, ile nie było na liście do odhaczania), to scena z ojcem Kurta, który postanawia go zdyscyplinować za niegodne zachowanie (tj. powoływanie się na swoją arystokratyczną pozycję w szkole magii, gdzie wszyscy są przecież równi), a w rezultacie stawiający się i wściekający chłopak trafia do domowego aresztu. Uziemienie młodego hrabiego pozwala na (w zamiarze gładkie, w odbiorze sztuczne) wprowadzenie pierwszego antagonisty – z rozmowy Shina z przybocznym Augusta dowiemy się, że Kurt zmienił się po spotkaniu w poprzedniej szkole (zapewne ichnim gimnazjum) z pewnym nauczycielem, nazwiskiem Schtrom, wygnanym z cesarstwa magiem noszącym przepaskę na obu oczach (oczywiście, nie jest ślepcem).

Jakby tego było mało, chłop ma ciemną cerę, białe włosy i głęboki głos, o czym przekonujemy się już w następnej scenie, kiedy wzywa go do Kurta zrozpaczona matka, żeby zadziałał swoim autorytetem na zbuntowanego potomka (wybitnie słaby to pretekst jest, naprawdę). Jakoż szemrany mag działa jak na Tego Złego przystało, a na spodziewane (od zeszłego tygodnia!) efekty nie trzeba długo czekać. Kiedy klasa S podąża na spotkanie dotyczące klubów (niby nie ma potrzeby, ale jakoś się w tym miejscu musi widocznie znaleźć), Kurt atakuje ich z zarośli, a następnie na ich oczach się demonizuje. Rzecz jasna, Shin odpiera atak w widowiskowy sposób. Przy okazji klasycznie odsyła na dalekie tył do niczego niepotrzebną resztę (zgadzają się po protestach, ale chyba tylko pozornie, sądząc po szybkości ponownego pojawienia się) i pokazuje kolejne swoje moce: zdolność wyczuwania złej woli (efekt polowania na demona, o czym uprzednie napomknięcie zatkało kolegów dokumentnie) oraz błyskawiczne samouzdrawianie. Zdolność oceny zamiarów i destrukcyjnych możliwości zdemoniałego Kurta prowadzi zaś naszego herosa do smutnego wniosku, że mimo dobrych chęci ocalenia go nie ma innej opcji niż ostateczna. Potem pozostaje tylko robić smutną minę (zresztą jedyny ładny kadr z twarzą w całym odcinku).

Cóż. Jak pisałam już poprzednio, wydaje mi się możliwe, że jeśli komuś nie przeszkadza oglądanie po raz enty tego samego, to dla fanów gatunku może to być w miarę strawna seria – dla mnie niestety problem polegał nawet nie na przewidywalności wszystkich elementów, od charakterów, przez relacje, po rozwój wątków, ani nie na łopatologicznym prowadzeniu fabuły z okazjonalnymi uproszczeniami i dziurami logicznymi, że nie wspomnę o uproszczeniach grafiki, pustych tłach i potknięciach animacji – po prostu wszystko to razem sprawiło, że straszliwie się nudziłam i za nic nie potrafiłam wciągnąć, a nawet!, nawet choćby lekko zirytować, że to takie głupie i schematyczne… Nuda i obojętność, ot co.

Tanya w sumie ma to, co chciała – święty spokój, życie cywila, szkolną sielankę… Gdyby tylko każdy rzut oka na kolegów z klasy nie przypominał jej, że świat, w którym się znalazła, jest jeszcze bardziej pokręcony niż jej poprzednie miejsce pobytu. Mała retrospekcja dotycząca zajścia z Aquą, Ainzem oraz żądną zemsty Albedo przypomina, że ktokolwiek stoi za porwaniem protagonistów czterech isekajów, dysponuje też możliwościami utrzymania w ryzach kłopotliwych uczniów. Poza tym w odcinku mamy jeszcze spięcie między Beatrice a kolejnym z nauczycieli, zaproszenie na imprezę integracyjną w postaci konkursu talentów, parę dialogów z udziałem różnych postaci oraz nowo odkryte pokrewieństwo dusz pomiędzy Rem a Albedo.

Prawdę mówiąc, zaczynam mieć troszeczkę dość tego czajenia się – trzy odcinki minęły, a ja mam wrażenie, że cały czas oglądam wstęp do czegoś, co w końcu pozwoliłoby lepiej zutylizować zebrane w jednym miejscu barwne osobowości. Bohaterowie przez większość czasu kiszą się we własnych grupkach towarzyskich, co jest wprawdzie zrozumiałe, ale niezbyt interesujące, a do tego sprowadza udane postaci do zestawu schematycznych i najbardziej charakterystycznych dla nich zachowań. Mniej już mi przeszkadza brak wyjaśnień dotyczących genezy ten dziwnej szkoły – w sumie to można zostawić na finał – ale dajcie mi więcej interakcji!

Czy warto sięgnąć po Isekai Quartet? Cóż, dla fanów któregoś (albo i wszystkich) z wymienionych tytułów na pewno będzie to lekkostrawna ciekawostka i okazja do pośmiania się z przerysowanych zachowań bohaterów. Na własnym przykładzie zaświadczam, że da to się oglądać bez dogłębnej znajomości wszystkich serii źródłowych, acz niewątpliwie traci się wtedy trochę smaczków, no i warto się przynajmniej pobieżnie orientować, kto jest kim w danym uniwersum. Ja będę seans kontynuować, chociaż na razie czuję się odrobinę rozczarowana tym, że scenarzyści albo wolą grać bezpiecznie i nie mieszać za bardzo postaci, albo też nie mają na to mieszanie zbyt wielu pomysłów i nie chcą się z nich za szybko wyprztykać.

Na aukcji zostaje za ogromne pieniądze sprzedany siedmiobarwny gołąb, gatunek pochodzący z Magmell. Ptaszek ten oprócz ładnego wyglądu ma też niespotykaną właściwość – może wyleczyć każdą truciznę. Chwilę po zakończeniu transmisji z aukcji u Anglera Inyou pojawia się Deysan – osobnik, który pticę kupił, z niezwykłą prośbą. Otóż chciałby, by Inyou pomógł mu odnaleźć zaginionych przyjaciół z dzieciństwa w niebezpiecznej Strefie 45 – z której pochodzi ptaszek i gdzie żyją najjadowitsze stworzenia. Problem polega na tym, że zaginięcie miało miejsce jakieś 30 lat temu…

Otóż trójca przyjaciół (z rodzicami) zamieszkała na Magmell (projekt migracyjny był, a co). Wpadli na pomysł, żeby sprawdzić, które stworzenie będzie najjadowitsze, więc łapali różne owady i nietoperze i zmuszali je do walki ze sobą – jasne, że to, które przeżyje, okaże się naj-. Coś jednak poszło nie tak (znaczy, głupota wieku dziecięcego się przyplątała) i jego kumple zostali otruci, a Deysan zostawił ich w dziczy i uciekł. Po czym nagle projekt migracji został zakończony, osadników wysiedlono z Magmell, i urwał się kontakt z pozostałymi rodzinami. Jeden z najmniej logicznych ciągów przyczynowo-skutkowych jaki widziałam. Bo wygląda to tak, że chłopaczek wrócił sam do domu, nikt się go o nic nie pytał, na przykład gdzie są koledzy (a podobno rodziny były bardzo blisko ze sobą), za to kazano im się wynosić z wyspy w tej chwili.

Mniejsza z tym, kotki w internetach powinny dłużej pożyć.

Generalnie poczucie winy Dysana sprawiło, że chciał zarobić wielkie pieniądze, by uratować (sic!) przyjaciół, i dlatego kupił upiornie drogiego ptaka oraz wynajął Anglera, by go do tego miejsca, gdzie zostawił kumpli, bezpiecznie z tymże ptakiem dostarczył. Logiki w tym nie ma (na litość, minęło 30 lat!), ale dobrze, niech mu będzie.

Inyou prowadzi zleceniodawcę do wyznaczonego miejsca (po drodze popisując się mocą i wiedzą, ot tak, żeby był kawałek nawalanki), po czym okazuje się, że jaskini mieszka wielki skorpion… oraz nietoperz. Z ludzkimi przymiotami. Magmell jest naprawdę pokręconym kontynentem, daję słowo, i ani grosza wytłumaczenia, dlaczego tak, a nie inaczej, z wyjątkiem „autor myślał, że będzie cool”. W każdym razie, przy dźwięku smutnych skrzypiec, odcinek kończy się w sumie pozytywnie.

Grafika już spadła na poziom, który prawdopodobnie będzie utrzymywać do końca serii – czyli krzywe postacie na planie dalszym, średnio narysowane zbliżenia twarzy, zabójcze owady i zwierzęta, ale na zasadzie „a co by było, jakby skorpion miał 10 metrów”, oraz ni przypiął, ni wypiął ładne tła.

Fabularnie też nie jest ciekawie. Mamy Anglera Inyou władającego jakąś tam mocą, mamy jego asystentkę, oraz „chemię” pomiędzy nimi, sprowadzoną do podkradania sobie żarcia i robienia głupich min. Mamy nowy kontynent, na którym wszyscy chcą zarobić i roi się tam od zabójczych zwierząt. Mamy zlecenia sprowadzające się do „panie Angler, ja chce na Magmell bo… „- tu wstaw Dylemat albo wydarzenie, które Nauczy Klienta Odpowiedzialności, Współczucia, Emocji, Czort-Wie-Czego. Obowiązkowo widzowi zafunduje się też Lekcję Moralną (ze skrzypcami w tle) oraz ironiczne uwagi wszystkowiedzącego Inyou, którego NIE DA się w jakikolwiek sposób polubić, bo nie ma nawet żadnych cech, z wyjątkiem tego, że Ocieka Zajedwabistością. W sumie to ani przygodówka, ani mordobicie, ani też seria filozoficzna – albo autorowi coś nie wypaliło, albo scenarzysta coś schrzanił. W każdym razie Gunjou no Magmell jest serią chyba tylko dla wyjątkowo odpornych na nudę osób.

Obrazek bez żadnego związku z treścią odcinka.

Po seansie tego odcinka mam wrażenie, że nieudane misje w wykonaniu Dorothei już na stałe zagoszczą w scenariuszu serii. Pamiętacie ten świstek papieru aukcyjnego z pierwszego odcinka, który okazał się fałszywką? Cóż, rzekomo nagle cała Czarna Księga Wróżek trafiła w ręce jakiegoś tam naukowca, więc ministerstwo od razu wysyła po owo tomiszcze agentów Dorothei. Żeby jeszcze zostali wysłani pod hasłem „to może być fałszywka, ale trzeba to sprawdzić” – ale nie, wiceminister kazał im jechać, bo to bez wątpienia prawdziwy egzemplarz, zaś uczony, w którego ręce trafiła księga, to specjalista i na pewno się nie myli. A jakiegokolwiek podstępu to już zupełnie nikt nie podejrzewa… Zgadnijcie co było dalej. Okazało się, że to podstęp, no niesamowite! Już nie skomentuję faktu, że byle złodziej jest w stanie dostać się do domu pełnego wartościowych przedmiotów i zwiać trójce(!) doświadczonych i wyszkolonych ludzi. A że jakimś cudem pod drzwiami uczonego prócz agentów Dorothei pojawiły się inne osoby łase na księgę? Cóż za zbieg okoliczności… Jakoś w końcu trzeba przedstawić widzowi kolejnych bohaterów, żeby nie wyszło sztucznie, prawda? Swoją szosą, kto wymyślał imiona tym postaciom? Free jeszcze jestem w stanie przełknąć, ale Bitter Sweet? Serio? Jeśli to nie jest pseudonim (a chyba nie jest), to ja się boję, co pojawi się w kolejnych odcinkach…

Cała „misja” Marii i Free miała chyba na celu wyłącznie wtłoczenie widzowi nowych informacji na temat wróżkowych ksiąg, bo ostatecznie bohaterowie wracają do domu z pustymi rękoma. À propos przekazywania wiedzy na ekranie – dawno nie widziałam tak sztucznie zaaranżowanej sceny. Żeby wiceminister musiał tłumaczyć szeregowej agentce podstawowe fakty dotyczące rozwoju nauki o wróżkach? Nie powinna była dowiedzieć się tego na teoretycznej części szkolenia? A nie. Przecież nie było żadnego szkolenia. Tak czy siak, kolejny odcinek, kolejna strata czasu, bo jedyną istotną informację dostajemy jeszcze przed czołówką – wojnę przeżyło zaledwie siedemnaścioro (siedemnastu? Bo z tego co widziałam, to do woja i pod nóż szli chyba tylko sami panowie) superżołnierzy. Na dokładkę dochodzi wątek osobistej tragedii Wolfa, którego późniejsza rozmowa z nowym graczem na przestępczej scenie była iście filozoficzna i zupełnie nierealna. Kto tak rozmawia? I w dodatku nie czeka na odpowiedź, tylko wychodzi…

Fakt, może i czepiam się szczegółów, ale tak na dobrą sprawę tutaj można czepiać się wszystkiego, a wyciągnięcie na wierzch także pomniejszych idiotyzmów może odwiedzie co poniektórych od marnowania czasu na ten serial. Bo to ma mieć dwadzieścia cztery odcinki. Nie dwanaście – dwadzieścia cztery… Dlaczego w takim razie darowano sobie zaprezentowanie działania Dorothei od środka i przy okazji pokazanie, jak Maria przygotowuje się do roli agentki? Oszczędziłoby to widzom sztywnych scen ekspozycyjnych wyjaśniających rzeczy, które bohaterka już dawno powinna wiedzieć…

Cóż, możliwe, że twórcy chcieli stworzyć coś ciekawego i złożonego. Nie wykluczam, że na papierze pomysł wyglądał ciekawie… Może, może… Morze jest głębokiego i szerokie, a scenariusz został napisany zwyczajnie nieudolnie, bo z jednej strony nie dowiadujemy się bardzo istotnych rzeczy, a z drugiej wciska się nam zupełnie nieistotne nazwy własne i fakty. Że to niby ma stworzyć pozory złożonej i ciekawej historii? Cóż, od trzech odcinków akcja właściwa leży i już nawet nie kwiczy. Za każdym razem dostajemy dosłownie ten sam schemat i jakoś mam wrażenie, że jest to droga donikąd. Gdyby zrobić scenariusz z głową, to bohaterowie nie musieliby co chwilę przypadkiem na siebie wpadać (i przy okazji prowadzić sztucznych rozmów w środku strzelaniny…) ani też w ten sposób poznawać innych ważnych graczy na wróżkowej scenie. Niby chodzi o pokazanie kilku punktów widzenia, ale może zamiast od razu je ze sobą zderzać bez jakiejkolwiek podbudowy, NAJPIERW wypadałoby przedstawić poszczególne grupy w ich własnym środowisku i jasno nakreślić motywy ich działania? Albo przynajmniej część z nich? Na razie to wygląda tak, jakby twórcy zupełnie nie mieli pomysłu na prowadzenie fabuły i jedynym sposobem rozwoju akcji było dla nich bezcelowe wrzucanie poszczególnych bohaterów w te same sceny nieprowadzące absolutnie donikąd. Żeby się tylko nie zapętlili, bo błędne koło im się tu zrobi…

To już na koniec i w skrócie: mimo ciekawego pomysłu, po zaledwie trzech odcinkach Fairy Gone jawi się jako seria zupełnie niepozbierana fabularnie z bardzo słabo wyreżyserowanymi scenami akcji i jeszcze gorzej skomponowanymi segmentami ekspozycyjnymi. Zupełnie nie potrafi zainteresować widza losami bohaterów, których obarcza wyjątkowo tragicznymi wydarzeniami z teraźniejszo-przeszłości. Miało to chyba sprawić, że będziemy im współczuć albo chociaż odrobinę się nimi przejmiemy. Cóż, coś tu nie wyszło, bo główna bohaterka jest co najwyżej irytująca, a reszta to jak na razie jednowymiarowe kukły. Dodajmy do tego niezłą, ale nierówną oprawę techniczną i dostajemy kolejny bezbarwny serial niby-sensacyjny, który ostatecznie zniknie w tłumie jakościowo mu podobnych. Tylko całkiem ciekawe na pierwszy rzut oka zaplecze fantasy, w dobie popularności serii z kategorii isekai stanowiące ewenement, mogłoby być elementem zachęcającym do oglądania. Szkoda, że wszystko inne nim nie jest.

Oj, coś czarno to widzę…

Takuyi i Yuki w towarzystwie mechaniko-hakera udało się uciec. Po raz kolejny. Zanim jednak będą mogli choć na chwilę odetchnąć (kiedyś… może…), muszą znaleźć sposób na wydostanie się z dziwnej strefy, w której czas nie dość, że zatrzymał się w jednym konkretnym punkcie nie tak odległym od pamiętnego dnia zagłady, to jeszcze pewne wydarzenia non stop się powtarzają. A że sprawa dotyczy idolkowego zespołu, Supreme 5, którego członkinie były ofiarami katastrofy sprzed trzech lat i że zarówno Geek (kolega haker), jak i Yuki byli fanami tejże grupy, bohaterowie nie mogą przejść obok tego kuriozum obojętnie…

Cóż, jestem w stanie zrozumieć, że pomoc w rozwiązaniu idolkowego konfliktu może też rozwiązać zagadkę sfery-pułapki, w której utknęli bohaterowie, ale poświęcenie temu praktycznie całego odcinka jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Znaczy, jeśli panienki jeszcze się pojawią w anime jako coś więcej niż retrospekcja czy żywe wspomnienie, to w porządku. Ale z rozmowy Yuki i Takuyi wynika, że te pojawiające się co jakiś czas widma, które niektórzy (w tym Yuki) mogą przywoływać jak pokemony, kiedy zajdzie taka potrzeba, to w gruncie rzeczy tylko ucieleśnienie żali/marzeń/silnych emocji osób pochłoniętych przez Lost. Skoro zaś problem idolek został rozwiązany, to jakoś nie wróżę im szybkiego (jeśli w ogóle) powrotu. Jest niby jeszcze kwestia ich szemranego menedżera, który przepowiedział ich zniknięcie (dosłownie zniknięcie, a nie rozwiązanie grupy), więc moooże coś gdzieś jeszcze na ich temat będzie. Jednakże biorąc pod uwagę, ilu jeszcze bohaterów ta historia ma w zapasie, wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Tak czy siak, z obecnej perspektywy cały trzeci odcinek to zwyczajna strata czasu. Śmiertelnie nudna strata czasu, ponieważ dopiero pod sam koniec coś się dzieje. A konkretnie pojawia się zaginiony i wyraźnie mocno psychopatyczny młodszy braciszek Yuki, który chce, żeby „wróciła do domu”. Dziewoja jest niezbyt chętna, więc młodociany delikwent zaczyna znęcać się nad Takuyą przy pomocy dziwacznego wisiora. To z kolei jeszcze mniej podoba się jego siostrze, która traci panowanie nad swoimi mocami, co kończy się tak:

Jak tu podsumować te trzy odcinki absurdu, idiotyzmów, nudy, sztampy i szkarady? Tragedia to może zbyt mocne słowo, bo ta seria już na etapie zapowiedzi nie wyglądała dobrze, ale słowo „chała” jak najbardziej pasuje. Głupie to, kompletnie bezbarwne i naprawdę, naprawdę brzydkie. No dobrze, kolorystyka jest całkiem przyjemna dla oka, ale to jest zaledwie kilka ujęć, w dodatku statycznych. Animacja na tym etapie cierpi na permanentną czkawkę, a przeskakiwanie między modelami 2D i 3D jest bolesne dla oczu. Z jedynym niezłym elementem w postaci openingu można spokojnie zapoznać się w oderwaniu od serialu, tak więc Shoumetsu Toshi zdecydowanie nie polecam, bo absurdy tego anime śmieszą tylko przez chwilę. Potem zostaje tylko ziewanie lub wzruszenie ramionami. Żadnych silniejszych emocji seria raczej w widzu nie wywoła.

Robby i Hachi, zdeterminowani, by opuścić Układ Słoneczny, zostają zmuszeni do kolejnego międzylądowania – tym razem na Plutonie. Jak się okazuje, sprowadzili ich tam miejscowy szef biura promocji wraz ze swoją córką, którzy zobaczyli, jak zbawienny wpływ na marketing turystyczny Marsa miała dwójka wędrowców. Jak łatwo zgadnąć, chcieliby powtórzyć ten cud na Plutonie – przypominającym biegun polarny, reklamowanym przez dwójkę maskotek z odzysku i głęboko oburzonym zredukowaniem do statusu planetoidy.

Porady (tym razem głównie Robby’ego) są zaskakująco zdroworozsądkowe i prowadzą do stworzenia planu, który – o dziwo – ma jakieś szanse zadziałać. Problem polega jednak na tym, że Pluton już wcześniej zaangażował agencję reklamową, która obiecała złote góry (oraz muzeum pewnego pana na M, którego galaktyczny ekspres odwiedzał w swoim czasie Plutona), opchnęła ww. maskotki, a teraz w osobach dwóch przedstawicieli pojawia się, by sprzedać dodatkowy gadżet marketingowy, czyli maskotkę w formie kilkunastometrowego mecha. Jak łatwo zgadnąć, państwu przedstawicielom nie w smak, że na ich terenie panoszą się jacyś amatorzy, co może oznaczać tylko jedno: konfrontację wielkich robotów w stylu, jaki nieprędko zapomnę. Dawno nie groziło mi w trakcie seansu tak gwałtowne zejście na zakwik.

Panowie wyruszają w dalszą podróż, w której zamierzam im towarzyszyć – RobiHachi to seria pełna staroświeckiego wdzięku, zaś zapowiedź odcinka potwierdza, że zamierza się trzymać kanonów retro science-fiction. Takiego pełnego Obcych w najróżniejszych kształtach i kolorach, biuściastych dziewcząt w obcisłych strojach i prawdziwych mężczyzn w czerwonych statkach kosmicznych. Oraz pana Yanga, z uporem godnym porzuconej femme fatale ścigającego Robby’ego.

Jeszcze się zobaczymy, gwiezdny kowboju…

Akcja zdecydowanie przyspieszyła tempo. Odniosłem dziwne wrażenie, że twórcy przypomnieli sobie o ograniczonym czasie antenowym, gdyż różnica w liczbie pokazanych wydarzeń względem dwóch poprzednich odcinków jest ogromna.

Dopiero co powstała żeńska drużyna baseballowa otrzymuje własny pokój klubowy i może również złożyć wniosek o przydział funduszy ze szkolnego budżetu. Waka układa plan treningowy, który od razu zostaje wcielony w życie.

Z nieba spadają również nowe członkinie, drugoklasistki: Yoshimi Iwaki oraz Aoi Asada. Ta pierwsza planowała jedynie dopingować drużynę, jednak gdy usłyszała o brakach kadrowych, od razu przyciągnęła koleżankę, by wraz z nią wstąpić do klubu. Żadna z nich nie ma doświadczenia w sporcie, ale to nie przeszkoda w przypadku tej drużyny. Nowy klub zwraca również uwagę szkolnej dziennikarki, Ayaki Nakano.

W centrum pałkarskim okazuje się, że Ayaki ma talent do uderzania piłki kijem, a w dodatku sprawia jej to wyraźną przyjemność. Gdy zbieranina amatorek zacięcie ćwiczy ten element gry, do jednego z boksów wchodzi piękna nieznajoma i posyła wszystkie piłki w eter. Ryou Shinonome ma bogatą przeszłość baseballową, zależy jej także na dostaniu się do porządnej drużyny, by mogła w przyszłości zostać profesjonalną zawodniczką. Zna się z Tsubasą, z którą zmierzyła się w finałowym meczu pewnych rozgrywek w przeszłości. Ryou jest przyjemna jest stado os po wdepnięciu w ich gniazdo, a najbardziej drażni ją to, że Tsubasa bawi się w klub baseballowy z nowicjuszkami, zamiast mierzyć wyżej.

Mimo przyspieszenia tempa akcji seria zachowuje swoje wszystkie dotychczasowe zalety. Nowicjuszki grają tak, jak można by się spodziewać po kimś bez żadnych umiejętności i stają się w cudowny sposób profesjonalistkami w jeden odcinek. Widać, że trening będzie długi i bolesny. Nie można też odmówić tytułowi zróżnicowanych bohaterek – można nawet zbyt zróżnicowanych. Co prawda dodaje to kolorytu akcji, ale momentami wypada niestety zbyt komicznie. Warstwa obyczajowa po raz kolejny prezentuje dobrze i ciekawie, dzięki czemu nie można narzekać na nudę. Hachigatsu no Cinderella Nine mogę polecić wszystkim szukającym przyzwoitej obyczajówki o sportowym zabarwieniu, a być może nawet fani baseballa znajdą tu coś dla siebie.

Tag Cloud