Takuyi i Yuki w towarzystwie mechaniko-hakera udało się uciec. Po raz kolejny. Zanim jednak będą mogli choć na chwilę odetchnąć (kiedyś… może…), muszą znaleźć sposób na wydostanie się z dziwnej strefy, w której czas nie dość, że zatrzymał się w jednym konkretnym punkcie nie tak odległym od pamiętnego dnia zagłady, to jeszcze pewne wydarzenia non stop się powtarzają. A że sprawa dotyczy idolkowego zespołu, Supreme 5, którego członkinie były ofiarami katastrofy sprzed trzech lat i że zarówno Geek (kolega haker), jak i Yuki byli fanami tejże grupy, bohaterowie nie mogą przejść obok tego kuriozum obojętnie…

Cóż, jestem w stanie zrozumieć, że pomoc w rozwiązaniu idolkowego konfliktu może też rozwiązać zagadkę sfery-pułapki, w której utknęli bohaterowie, ale poświęcenie temu praktycznie całego odcinka jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Znaczy, jeśli panienki jeszcze się pojawią w anime jako coś więcej niż retrospekcja czy żywe wspomnienie, to w porządku. Ale z rozmowy Yuki i Takuyi wynika, że te pojawiające się co jakiś czas widma, które niektórzy (w tym Yuki) mogą przywoływać jak pokemony, kiedy zajdzie taka potrzeba, to w gruncie rzeczy tylko ucieleśnienie żali/marzeń/silnych emocji osób pochłoniętych przez Lost. Skoro zaś problem idolek został rozwiązany, to jakoś nie wróżę im szybkiego (jeśli w ogóle) powrotu. Jest niby jeszcze kwestia ich szemranego menedżera, który przepowiedział ich zniknięcie (dosłownie zniknięcie, a nie rozwiązanie grupy), więc moooże coś gdzieś jeszcze na ich temat będzie. Jednakże biorąc pod uwagę, ilu jeszcze bohaterów ta historia ma w zapasie, wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Tak czy siak, z obecnej perspektywy cały trzeci odcinek to zwyczajna strata czasu. Śmiertelnie nudna strata czasu, ponieważ dopiero pod sam koniec coś się dzieje. A konkretnie pojawia się zaginiony i wyraźnie mocno psychopatyczny młodszy braciszek Yuki, który chce, żeby „wróciła do domu”. Dziewoja jest niezbyt chętna, więc młodociany delikwent zaczyna znęcać się nad Takuyą przy pomocy dziwacznego wisiora. To z kolei jeszcze mniej podoba się jego siostrze, która traci panowanie nad swoimi mocami, co kończy się tak:

Jak tu podsumować te trzy odcinki absurdu, idiotyzmów, nudy, sztampy i szkarady? Tragedia to może zbyt mocne słowo, bo ta seria już na etapie zapowiedzi nie wyglądała dobrze, ale słowo „chała” jak najbardziej pasuje. Głupie to, kompletnie bezbarwne i naprawdę, naprawdę brzydkie. No dobrze, kolorystyka jest całkiem przyjemna dla oka, ale to jest zaledwie kilka ujęć, w dodatku statycznych. Animacja na tym etapie cierpi na permanentną czkawkę, a przeskakiwanie między modelami 2D i 3D jest bolesne dla oczu. Z jedynym niezłym elementem w postaci openingu można spokojnie zapoznać się w oderwaniu od serialu, tak więc Shoumetsu Toshi zdecydowanie nie polecam, bo absurdy tego anime śmieszą tylko przez chwilę. Potem zostaje tylko ziewanie lub wzruszenie ramionami. Żadnych silniejszych emocji seria raczej w widzu nie wywoła.

Robby i Hachi, zdeterminowani, by opuścić Układ Słoneczny, zostają zmuszeni do kolejnego międzylądowania – tym razem na Plutonie. Jak się okazuje, sprowadzili ich tam miejscowy szef biura promocji wraz ze swoją córką, którzy zobaczyli, jak zbawienny wpływ na marketing turystyczny Marsa miała dwójka wędrowców. Jak łatwo zgadnąć, chcieliby powtórzyć ten cud na Plutonie – przypominającym biegun polarny, reklamowanym przez dwójkę maskotek z odzysku i głęboko oburzonym zredukowaniem do statusu planetoidy.

Porady (tym razem głównie Robby’ego) są zaskakująco zdroworozsądkowe i prowadzą do stworzenia planu, który – o dziwo – ma jakieś szanse zadziałać. Problem polega jednak na tym, że Pluton już wcześniej zaangażował agencję reklamową, która obiecała złote góry (oraz muzeum pewnego pana na M, którego galaktyczny ekspres odwiedzał w swoim czasie Plutona), opchnęła ww. maskotki, a teraz w osobach dwóch przedstawicieli pojawia się, by sprzedać dodatkowy gadżet marketingowy, czyli maskotkę w formie kilkunastometrowego mecha. Jak łatwo zgadnąć, państwu przedstawicielom nie w smak, że na ich terenie panoszą się jacyś amatorzy, co może oznaczać tylko jedno: konfrontację wielkich robotów w stylu, jaki nieprędko zapomnę. Dawno nie groziło mi w trakcie seansu tak gwałtowne zejście na zakwik.

Panowie wyruszają w dalszą podróż, w której zamierzam im towarzyszyć – RobiHachi to seria pełna staroświeckiego wdzięku, zaś zapowiedź odcinka potwierdza, że zamierza się trzymać kanonów retro science-fiction. Takiego pełnego Obcych w najróżniejszych kształtach i kolorach, biuściastych dziewcząt w obcisłych strojach i prawdziwych mężczyzn w czerwonych statkach kosmicznych. Oraz pana Yanga, z uporem godnym porzuconej femme fatale ścigającego Robby’ego.

Jeszcze się zobaczymy, gwiezdny kowboju…

Akcja zdecydowanie przyspieszyła tempo. Odniosłem dziwne wrażenie, że twórcy przypomnieli sobie o ograniczonym czasie antenowym, gdyż różnica w liczbie pokazanych wydarzeń względem dwóch poprzednich odcinków jest ogromna.

Dopiero co powstała żeńska drużyna baseballowa otrzymuje własny pokój klubowy i może również złożyć wniosek o przydział funduszy ze szkolnego budżetu. Waka układa plan treningowy, który od razu zostaje wcielony w życie.

Z nieba spadają również nowe członkinie, drugoklasistki: Yoshimi Iwaki oraz Aoi Asada. Ta pierwsza planowała jedynie dopingować drużynę, jednak gdy usłyszała o brakach kadrowych, od razu przyciągnęła koleżankę, by wraz z nią wstąpić do klubu. Żadna z nich nie ma doświadczenia w sporcie, ale to nie przeszkoda w przypadku tej drużyny. Nowy klub zwraca również uwagę szkolnej dziennikarki, Ayaki Nakano.

W centrum pałkarskim okazuje się, że Ayaki ma talent do uderzania piłki kijem, a w dodatku sprawia jej to wyraźną przyjemność. Gdy zbieranina amatorek zacięcie ćwiczy ten element gry, do jednego z boksów wchodzi piękna nieznajoma i posyła wszystkie piłki w eter. Ryou Shinonome ma bogatą przeszłość baseballową, zależy jej także na dostaniu się do porządnej drużyny, by mogła w przyszłości zostać profesjonalną zawodniczką. Zna się z Tsubasą, z którą zmierzyła się w finałowym meczu pewnych rozgrywek w przeszłości. Ryou jest przyjemna jest stado os po wdepnięciu w ich gniazdo, a najbardziej drażni ją to, że Tsubasa bawi się w klub baseballowy z nowicjuszkami, zamiast mierzyć wyżej.

Mimo przyspieszenia tempa akcji seria zachowuje swoje wszystkie dotychczasowe zalety. Nowicjuszki grają tak, jak można by się spodziewać po kimś bez żadnych umiejętności i stają się w cudowny sposób profesjonalistkami w jeden odcinek. Widać, że trening będzie długi i bolesny. Nie można też odmówić tytułowi zróżnicowanych bohaterek – można nawet zbyt zróżnicowanych. Co prawda dodaje to kolorytu akcji, ale momentami wypada niestety zbyt komicznie. Warstwa obyczajowa po raz kolejny prezentuje dobrze i ciekawie, dzięki czemu nie można narzekać na nudę. Hachigatsu no Cinderella Nine mogę polecić wszystkim szukającym przyzwoitej obyczajówki o sportowym zabarwieniu, a być może nawet fani baseballa znajdą tu coś dla siebie.

Licealista Kaito Jin przeprowadza się wraz z rodzicami z Tokio do Nagoi w prefekturze Aichi. Nie może się doczekać spotkania z miejscową kulturą i przyzwyczajeniami, odmiennymi od tokijskich, w pierwszej chwili jednak przeżywa rozczarowanie. Globalizacja robi swoje – zarówno dorośli, jak i nastolatkowie mówią i zachowują się zupełnie zwyczajnie. Do bohatera uśmiecha się w końcu szczęście, gdy przypadkiem na jego drodze staje Monaka Yatogame, lokalna patriotka, która dzięki wychowaniu przez babcię mówi bardzo charakterystycznym lokalnym dialektem. Monaka wprawdzie wstydzi się swojego sposobu mówienia, a do tego nie lubi tokijczyków, ale Kaito jest dziewczyną zachwycony. W dodatku okazuje się, że Monaka nie tylko uczęszcza do tego samego liceum, ale i należy do tego właśnie klubu, do którego odgórną decyzją wychowawcy zostaje przypisany bohater.

Yatogame-chan Kansatsu Nikki to kolejny przedstawiciel swojego podgatunku – serii powstałych wyłącznie po to, by promować jakiś region lub jakieś miasto w Japonii. Fabularnie nie wychodzi poza schemat nowego przybysza poznającego obyczaje miejscowych i nie wygląda na to, by chowało jakieś asy w rękawie. Na minus można jak zwykle policzyć pewną hermetyczność – widz zachodni nie wie na przykład, co z wymienianych przez Kaito „lokalnych obyczajów” jest (zarzuconym) faktem, a co tylko mitem. Na plus – pełną energii Monakę, zachowującą się jak nafuczony kot w ludzkiej skórze – jeśli komuś wyda się urocza, przypuszczam, że to może wystarczy na seans, biorąc pod uwagę, iż odcinki mają po trzy minuty. Nie jest to niestety ten poziom absurdalnego szaleństwa, jaki prezentowało emitowane niedawno Omae wa Mada Gunma o Shiranai, raczej prosta wariacja na temat komedii haremowej, nadziewana ciekawostkami związanymi z Nagoją i jej okolicami.

Tym razem gwiazdami odcinka są Kannon (Guanyin) i Seishi (Mahasthamaprapta), ze względu na teologiczne zaszłości, których nawet nie chce mi się streszczać, będący rodzeństwem. Punktem wyjścia fascynującej fabuły jest demonstracja niezdecydowania Kannona, który jest skłonny raczej przytakiwać wszystkim innym, niż dokonać jakiegokolwiek wyboru. Tymczasem Miroku (Budda Maitreja) ma dość bycia traktowanym jak dziecko i wyprawia się za przypadkowo zauważonym w świątyni starszym panem, obarczonym wyjątkowo dużym brzmieniem nieczystości, czy też raczej ziemskich pragnień. W ślad za nimi udaje się Seishi, dla odmiany szukający okazji do samodoskonalenia, by zyskać w oczach Kannona, i już niebawem obaj szlachetni Niebianie trafiają do lokalnego klubu seniora. Gdy dowiaduje się o tym Kannon, dochodzi z kolei do wniosku, że jest dla Seishiego za mało interesującym partnerem konwersacyjnym i postanawia dokształcić się w temacie, dołączając do innego klubu. W tym wszystkim miotają się oczywiście Bonten i Taishakuten, potrzebni jak piąte koło u wozu, ale wymagani jako teoretycznie centralne postaci.

Odcinek kończy wprawdzie scena o charakterze dramatycznym, ale naprawdę nie zdziwiłoby mnie, gdyby w pierwszych minutach następnego całe zajście rozeszło się po kościach, a panowie zajęli się czymś ważniejszym, na przykład przyrządzaniem budyniu albo zawracaniem pobliskiej rzeki kijem. Najlepsze, że ja nawet widzę, jak to ma działać – gdzie tu ma być komizm, a gdzie padają kwestie mające skłonić widza do zastanowienia się nad sobą lub przekazać mu fakty dotyczące panteonu buddyjskiego. Tyle że to wszystko jak nie działało, tak nie działa; bohaterowie zamiast zabawni, wydają się żałośnie głupi, zaś intryga pełna nieporozumień i niedomówień na poziomie starego i marnego shoujo jest w sumie nudna jak flaki z olejem.

Prawdę mówiąc, od początku nie spodziewałam się po tej serii absolutnie niczego i tylko z tego powodu mogę napisać, że mnie nie rozczarowała. Widać, że scenariusz próbuje powiązać jakoś cechy charakterystyczne poszczególnych panów z cechami odpowiadających im bóstw, ale jest to mocno naciągane za uszy. Zbyt duża liczba bohaterów oraz ograniczenia wynikające z formuły (to jednak nie parodia, więc wszyscy muszą być prawi, dobrzy i święci) sprawiają, że postaci to wycięte z papieru kartoniki, w które seiyuu nie są w stanie wlać życia (zresztą nie wydaje mi się, żeby szczególnie próbowali). Namu Amida Butsu! nie jest nawet komiczne w sposób niezamierzony – jest mdłym i nijaki produktem komercyjnym, niczym więcej.

Po cichu liczyłem, że trzeci odcinek przyniesie zmianę głównej pary i zobaczymy walory innej nauczycielki. Niestety, dalej mamy do czynienia z Kaną oraz Ichirou.

Ku mojemu zaskoczeniu, odcinek oprócz cycków pokazał nam historię związaną z Kaną! W krótkiej retrospekcji dowiadujemy się, że jako nastolatka była bardzo nieśmiała i zupełnie nie potrafiła rozmawiać z obcymi ludźmi. Z tej patowej sytuacji pomógł jej wyjść tajemniczy dzieciak, który postanowił skoczyć z mostu, aby zostać dorosłym (niesamowite mity krążą na tych japońskich wsiach). Chwilę później okazuje się, że ów dzieciak to Ichirou, a Kana postanawia mu podziękować w wiadomy sposób.

Mamusia bohatera z takiego obrotu sprawy jest niesamowicie zadowolona. Ja też, gdyż na tym odcinku kończę moją przygodę z tym wybitnym dziełem japońskiej animacji. Krótka wstawka „fabularna” to zdecydowanie za mało, aby zrównoważyć bezsens przedstawianych tu scen. Nawet porządnego fanserwisu na razie tutaj nie uświadczymy, gdyż wszystko zmasakrowano cenzurą. Nie polecam tego tytułu nikomu, szkoda czasu.

Dla odmiany, trzeci odcinek zamyka się w ciągu jednej nocy i zawiera zakończenie rozpoczętego wątku, a przy okazji prezentacji głównych bohaterów. Jak można się było spodziewać, złotooki do nich ostatecznie dołączy, choć na razie nie wiadomo, na jakich zasadach. Za to doskonale widać, że pozbyć się go będzie trudno, a w dodatku przysporzy kłopotów. Jest to bowiem ni mniej, ni więcej aztecki bóg zwany Starym Kojotem (wersja oryginalna nie do wymówienia, na plus wyjaśnienie dziwacznego wyglądu i zwierzaka z openingu), niegdysiejszy przyjaciel (?) Seimeia, którego dopatrzył się w Aracie, rzeczywiście skórze zdjętej z przodka. Cała zaś intryga z uwięzieniem agentów w podziemiach starego szpitala wypełnionego ożywionymi zwłokami (lokalna odmiana zombi) miała na celu tyleż zwrócenie na siebie uwagi chłopaka, co zabawienie się. Jak wiadomo, Kojot z amerykańskich mitów to bożek raczej niezbyt sympatyczny, a jego ulubionym zajęciem jest płatanie figli – tyle że czasem przyjmują one rozmiar katastrofy i skutkują ofiarami śmiertelnymi. Widać, że i ten nie jest od tego, wykazując się nie tylko dziecięcym rozkapryszeniem i dziewczyńskim obrażalstwem, jak to celnie podsumował Arata, ale i całkowitą obojętnością na ludzkie życie. Szczerze mówiąc, to chyba właśnie on jest jednak tym elementem, co do którego mam największe obawy w tej serii – jakby nie mogła pozostać zwykłym serialem sensacyjnym z wątkami nadprzyrodzonymi, tylko koniecznie musiał się w niej znaleźć piękny i amoralny demon klejący się obsesyjnie do głównego bohatera…

Reszta prezentuje się całkiem nieźle właśnie jak na serial sensacyjny: co prawda Seo nieostrożnie podąża za kolegami wprost w objęcia zombi, ale za to sprawnie operuje ową taśmą, która rzeczywiście ma moc tworzenia magicznych barier, a także innymi wynalazkami skutecznymi przeciw Innym. Sakaki nie traci zimnej krwi w obliczu zagrożenia i jest opiekuńczy w stosunku do kolegów, zaś szef jednostki Senda okazuje się operatywny i ma dobre układy nie tylko z innymi sekcjami (jedna trójka przybyła na pomoc i dzielnie stawiała czoła zombi na powierzchni), ale też z policją, zwłaszcza z pewnym detektywem przydzielonym do spraw wymagających tuszowania udziału w nich nadprzyrodzonych bytów. Wszyscy oni działają sprawnie, spokojnie, odpowiedzialnie i całkowicie profesjonalnie oraz logicznie. To mi się naprawdę podoba i nawet Arata wydaje się niezłym nabytkiem dla tej organizacji, bo wykazuje się jednak zdecydowaniem kiedy trzeba, a także szybkim i trzeźwym myśleniem oraz dobrą pamięcią. A że ma dobre serce i stara się uratować wszystkich, którzy są zagrożeni – trudno w sumie mieć mu to za złe… Ponadto zarysował się ciekawy wątek zaginięć dziewcząt, w które może być zamieszany jakiś demon, a jedna z nich była siostrą Sakakiego; coś takiego zawsze dobrze robi serialowi sensacyjnemu. Fabuła na razie jest spójna, poszczególne elementy pasują do siebie całkiem nieźle i mają jakieś sensowne uzasadnienie. Dlatego mam szczerą nadzieję, że namolny Kojot tego wszystkiego swoim zwyczajem nie zepsuje…

Ponieważ odcinek rozgrywa się w nocy, za wiele materiału na zrzutki nie wyłapałam, ale całość mimo wszystko wydaje się pozostawać na przyzwoitym rzemieślniczym poziomie, nie robiąc bohaterom krzywdy większej niż konieczna – używane oszczędnie esdeczki dodają zdecydowanie smaczku i stanowią udany element humorystyczny, a do nietypowych oczu niektórych postaci można się przyzwyczaić. Nawet opening i ending niekoniecznie muszą być przewijane, zatem z pewną ostrożnością polecam serię do zainteresowania się – czarnym koniem sezonu raczej nie będzie, ale przy odrobinie szczęścia może być całkiem przyzwoitą rozrywką na wiosenne wieczory.

Daję tej serii olbrzymi kredyt zaufania, ale po trzecim odcinku czuję, że chyba nie spełni moich niezbyt wygórowanych oczekiwań. Był on zwyczajnie nudny, bo ktoś uznał, że dwadzieścia minut encyklopedycznego wykładu w formie wewnętrznego monologu bohatera to świetny pomysł, żeby wyjaśnić, dlaczego i w jaki sposób trenuje… Nigdy nie byłam fanką mordowania kotków poprzez próby tłumaczenia, jak działają supermoce w anime, a niestety w trzecim odcinku Kimetsu no Yaiba twórcy urządzili prawdziwą kocią masakrę. W sensie, po cholerę mi to wiedzieć, zwłaszcza jeżeli nie ma to najmniejszego sensu – wystarczyło pokazać, że bohater dzięki bieganiu po górach zmienia się w nadczłowieka… Byłby to nie pierwszy i nie ostatni raz. Inna sprawa, że przez cały odcinek biegał po lesie z mieczem i gadał sam do siebie. Dopiero pod koniec COŚ zaczęło się dziać, ale niestety szybko ucichło.

Może seria odzyska formę, kiedy na scenie pojawią się nowe postaci, będące kontrastem dla jęczącego Tanjirou (serio, mógłby już przestać). Zresztą anime w ogóle wyjdzie na dobre, kiedy zaczną dominować dialogi, bo na razie krucho z tym. Urokodaki pojawia się i znika, wygłaszając pojedyncze sentencje (nie liczę pompatycznego wstępu), ale niestety brak mu wdzięku i charyzmy Clinta Eastwooda, a siostra głównego bohatera chwilowo zapadła w śpiączkę i nawet nie warczy. Cóż, jakiś postęp jest, w końcu minęły prawie dwa lata od wydarzeń z pierwszego odcinka – bohater ma dłuższe włosy i nauczył się machać mieczem, a to zawsze coś. Owszem, wyzłośliwiam się, ale chwilowo seria na to zasłużyła. Po ciekawym pierwszym odcinku i niezłym drugim napięcie całkowicie siadło i nie dzieje się nic godnego uwagi. Żarty przez większość czasu są żałosne i zupełnie nie spełniają swojej roli.

Całość ratuje solidna oprawa graficzna i piękna muzyka. Nie skreślam Kimetsu no Yaiba, bo tkwi w nim spory potencjał, ale patrząc na kolejne odcinki i głównego bohatera, nie sądzę, żeby wyszło poza przeciętną przygodówkę. Istotny jest fakt, że na razie nie zauważyłam żadnych wad, które całkowicie dyskwalifikowałaby tę serię – po prostu obawiam się, że twórcy dość wiernie trzymają się oryginału, który niekoniecznie dobrze współgra z medium, jakim jest anime. Tempo wydarzeń jest zbyt wolne, a tłumaczenia zbyt łopatologiczne i często zbędne. Ta seria pilnie potrzebuje „mięska”, bo czym jest przygodówka bez przygód i pojedynków?

Tym razem motywem przewodnim jest klubowa wycieczka do parku rozrywki, która jeszcze przed wejściem zamienia się w klasyczną randkę, ponieważ przewodnicząca w ostatniej chwili odwołuje swój udział. Cóż, Nanako doskonale wie, po co przyszła i rollercoastery zdecydowanie nie są na pierwszym miejscu. Gorzej z Busujimą, który co prawda odbija większość sygnałów wysyłanych przez koleżankę, ale przynajmniej daje się namówić na królicze uszka. Zresztą, każdy facet by się dał…

Odcinek był cudownie uroczy i zabawny – słodka Nanako jest kuta na cztery nogi, a w osiągnięciu sukcesu przeszkadza jej tylko niedomyślność Eijiego. Poza tym, nie mogę się zdecydować, kto wzbudza we mnie większą sympatię – opiekuńczy tatuś bohaterki czy jej wyjątkowo pozbierany młodszy brat. Oczywiście zostaje jeszcze nowo utworzony klub stalkerów, z którym, jako widz, się utożsamiam. Z rzeczy mniej fajnych, odrobinę męczy mnie świadomość, że oryginał to czteropanelówka, która nadal się ukazuje i której fabuła opiera się między innymi na nieporozumieniach pary głównych bohaterów. Co za tym idzie, chyba nie mam co liczyć na jakiś większy romantyczny sukces Nanako, chociaż kto wie…

Pod względem technicznym seria pozostaje bez zmian, jest poprawnie, ale bez rewelacji. Widać pewną niechlujność w projektach postaci, kiedy widać je w oddaleniu. Na szczęście wszystkie niedoróbki rekompensują seiyuu, którzy fantastycznie odgrywają tę komedię pomyłek. Naprawdę nie wiem, co jeszcze mogę napisać, żeby zachęcić do oglądania Senryuu Shoujo – to wyjątkowo udana i ciepła komedia szkolna, która w  krótkim odcinku zawiera więcej niż niejedna seria w dwunastu. Owszem, nie jest to nic odkrywczego, ale twórcy zgrabnie bawią się schematami i robią wszystko, żeby widz kibicował bohaterom. Jeżeli jest jeszcze ktokolwiek, kto zastanawia się czy warto, to podpowiadam, że jak najbardziej TAK!

Nariyuki zostaje uszczęśliwiony wiadomością, że jego podopieczne muszą uzyskać średni lub wyższy wynik w nadchodzących egzaminach międzysemestralnych. Jeśli się im nie uda, to dyrektor sugeruje, by je namówić na zmianę zdania, jednak bohater, mając w pamięci powody, dla których dziewczęta chcą zdawać to, co chcą, zapewnia go, że mu się uda. Po jego wyjściu z gabinetu dziewczęta przypadkiem podsłuchują wymianę zdań pomiędzy dyrektorem a jedną z ich dawnych „tutorek”. Uważa ona, że Nariyuki jest leniwy i niedbały, w związku z tym, jeśli na testach nie osiągną odpowiednich efektów, należy go zwolnić. Z obowiązku tutora oczywiście, nie wywalić ze szkoły… Tymczasem egzaminy są za tydzień.

Ogata zaprasza Nariyukiego do rodzinnej restauracji, by pomógł jej w nauce. Po porządnym powtórzeniu i dzięki determinacji uczennicy udaje jej się zaliczyć test z literatury na dosyć wysoko. Niestety, w przypadku Furuhashi jest mały, maleńki problem… Panienka umiera na przeziębienie i zdecydowanie nie nadaje się do niczego, a zwłaszcza do pisania testu z matematyki. Nie chce jednak podchodzić do niego w drugim terminie, bowiem nie uda się jej zdobyć wymaganej liczby punktów.

Takemoto wpada zatem na pomysł, jak to rozwiązać – po prostu Furuhashi musi wyzdrowieć… W związku z tym zaprasza Yuigę, żeby wspólnie się poopiekowali chorą w jej domu. Bohater, poinstruowany przez Furuhashi, że ma wejść sam, bo nie ma mu kto otworzyć, pakuje się jej z rozpędu do jej pokoju. Ups, fanserwis. Na szczęście zbesztanie przez przyjaciółkę oraz inne pokusy cielesne nie zmniejszają determinacji Nariyukiego do wlania wiedzy do głów, i skutkiem tego obu panienkom udaje się przekroczyć magiczną granicę średniej (ku wyraźnemu niezadowoleniu różowowłosej panienki).

Druga część odcinka koncentruje się na Uruce i jej skrywanych uczuciach do bohatera. Jej przyjaciółki dziwią się, że jeszcze nie powiedziała o nich Yuidze… Po czym zabierają ją na zakupy i każą w nowym stroju (różowej kiecce) przystąpić do ataku. Uruka wpada potem (oczywiście) przypadkiem na bohatera, po czym mamy prezentację ciągu przemyśleń o tematyce romantycznej oraz udawanie pary, by wygrać coś, o czym marzy młodsza siostra Yuigi.

Graficznie, jak było do przewidzenia, w dalszych ujęciach jakość spada, często drastycznie, za to chyba się zwiększyła częstotliwość występowania SD-czków. Fabularnie seria na razie trzyma równy poziom przeciętnej szkolnej komedyjki romantycznej o bohaterze i jego haremie. Yuiga jest szczery i naiwny oraz ma zdrowe odruchy, panienki prezentują łatwo rozpoznawalne typy, nie ma też większych dramatów, ani uczuciowych, ani szkolnych (co nie znaczy, że z czasem się nie pojawią). Ogląda się toto szybko i przyjemnie, bez większych przemyśleń i analizowania kto z kim i gdzie. Ot, przyjemna jednokrotna seryjka na wiosnę.

Tag Cloud