Różnice światopoglądowe doprowadzają do rozdźwięku pomiędzy Hikaru a Lalą – ta pierwsza ma zwyczaj działać instynktownie i bez zastanowienia, druga zaś wierzy w moc komputerowych analiz i układanie starannych planów. Przedmiotem konfliktu staje się natomiast Gwiezdny Pendant, który podobno może wskazać drogę do ukrytych mocy Gwiezdnych Księżniczek. Jak jednak wiadomo, zgoda buduje, a niezgoda rujnuje, więc dopiero po dojściu do porozumienia i wymianie informacji udaje im się odnaleźć magiczny gadżet zawierający moc jednej z książniczek. W tym momencie na scenę wkraczają jednak podwładni nowej wysłanniczki zła, tym razem nawiązującej wyglądem do japońskich tengu. Tu następuje obowiązkowa walka i odzyskanie błyskotki, która otwiera bohaterkom drogę do jednego z gwiezdnych pałaców, gdzie Księżniczka Byka opowiada im pokrótce o misji, jaka przed nimi stoi.

 

 

Chciałabym być optymistką, ale na razie dzwonki ostrzegawcze odzywają się coraz głośniej. Pierwszym problemem nowej odsłony Precure jest sama Hikaru – od czasu Suite Precure nie spotkałam w tym cyklu tak irytującej bohaterki. Podejrzewam, że w sporej mierze odpowiada za to zgrzytliwy i niewyszkolony głos seiyuu Eimi Naruse, ale zachowanie Hikaru także pozostawia wiele do życzenia. Jest pewna subtelna granica pomiędzy bohaterką niemądrą i porywczą, a bohaterką za głupią, by powierzać jej główną rolę… Pozostaje tylko nadzieja, że za kilka odcinków Hikaru się wyrobi, a scenarzyści zapomną o większości jej manieryzmów, zostawiając tylko powtarzany neologizm kirayabai (który jest mniej więcej tak samo sztuczny, jak mechokku w Hugtto! Precure, ale co robić).

 

 

Długofalowo bardziej mnie niepokoją dwie inne rzeczy. Pierwszą jest niezdolność scenarzysty do stworzenia podstawowego ciągu przyczynowo-skutkowego, co widać we wnioskach, jakie wyciągają w tym odcinku bohaterki. Ani jedno z zaprezentowanych tutaj kilku „skoro A, to na pewno B!” nie trzyma się po prostu kupy, a to nie wróży zbyt dobrze spójności głównego wątku, kiedy już uda nam się go odgrzebać spod błyszczących gwiazdek. Drugim jest komercyjność serii – zarówno w Hugtto! Precure, jak i w Kira Kira Precure à la Mode ten aspekt był odpowiednio stonowany – widoczny, ale nie przytłaczający. Tutaj widać aż za dobrze, że powiązanie mocy Gwiezdnych Księżniczek z magicznymi długopisami (sic!) ma służyć tylko uzasadnieniu wprowadzenia do fabuły łatwo sprzedających się gadżetów.

Nie po to jednak śledzę ten cykl od lat, żeby dać się łatwo zniechęcić – kto wie, może nowe bohaterki uratują sprawę, a scenarzysta ma w zanadrzu jakieś pomysły? A może, jak w Mahou Tsukai Precure!, fabuła zmieni się w chaotyczną gmatwaninę pomysłów i rozsypie całkowicie? Dowiemy się za rok…

Oto prawdziwy przełom w cyklu Precure – po raz pierwszy od lat pojawia się w nim wojowniczka… w nowym kolorze. Można się oczywiście spierać, czy Lala, albo raczej Cure Milky, nie reprezentuje podgatunku precurek niebieskich, jednakże jej kostium nie ma charakterystycznego dla nich odcienia błękitu. Nie da się go również zakwalifikować jako jednoznacznie zielonego (przypomnijmy – precurka zielona pojawiła się dotychczas zaledwie dwa razy). Obserwacja i porównania skali kolorystycznej wskazują jasno, że Cure Milky to pierwszy znany przypadek precurki turkusowej.

 

 

Poza tą szokującą kolorystyczną aberracją odcinek rozwija się w sposób raczej przewidywalny. Lala próbuje naprawić statek kosmiczny (bezskutecznie, bo inaczej mogłaby się zawinąć i polecieć), poznaje ziemskie jedzenie i – przynajmniej chwilowo – stara się ukrywać przed autochtonami. Bycie precurką chodzi jej po głowie, jednak wynik komputerowej analizy prawdopodobieństwa przekonuje ją, że to niemożliwe. Oczywiście co innego twierdzi Hikaru, upierająca się, że można być, kim tylko się chce. I to właśnie miał na myśli wieszcz, gdy pisał słowa: czucie i wiara silniej mówią do mnie niż mędrca szkiełko i oko – wystarczy odrobina wiary oraz kryzysowa sytuacja, by na scenę wkroczyła Cure Milky.

Wygląda na to, że Star Twinkle Precure będzie serią z wyraźnie zaznaczonym motywem przewodnim, czyli gwiazdami, zodiakiem oraz astrologią. Jak się okazuje, celem bohaterek jest poszukiwanie mocy dwunastu gwiezdnych księżniczek (reprezentujących oczywiście znaki Zodiaku), ale na razie nie dowiadujemy się jeszcze, jak to dokładnie ma wyglądać. Zapewne będzie się wiązać z odwiedzaniem magiczno-gwiaździstej przestrzeni, do której w poprzednim odcinku Fuwa zabrała Hikaru. Ciekawsze jest to, że po raz kolejny nie zobaczyliśmy charakterystycznego dla cyklu wielkiego potwora tygodnia, zaś w charakterze przeciwnika ponownie pojawił się Kappard wraz z zastępem anonimowych podwładnych. Nie wydawało się też, by jego działania bezpośrednio krzywdziły ludzi czy też wykorzystywały jakiś rodzaj negatywnej energii, jednak nie wierzę, żeby jakiś motyw w tym stylu nie krył się jeszcze w nieujawnionych odmętach fabuły. Przed nami trzeci odcinek, poświęcony – jak wynika z zapowiedzi – międzygatunkowym problemom komunikacyjnym.

Jak zawsze przypomnienie: serie z cyklu Precure mają scenariusz rozpisany na cały rok. Pierwsze trzy odcinki trudno traktować jak reprezentatywną próbę, więc te zajawki, bardziej niż którekolwiek inne, są oparte na moich przeczuciach i przemyśleniach bardziej niż na konkretnych obserwacjach.

 

W dodatku pierwszy odcinek Star Twinkle Precure idzie dość utartym torem: dziewczynka spotyka maskotkę, a potem ląduje przed nią statek kosmiczny… No dobrze, będę łagodniejsza. Hikaru Hoshina, jak się od pierwszych scen dowiadujemy, uwielbia oglądać gwiazdy przez niedużą lunetkę, a potem rysować w zeszycie fantastyczne konstelacje. Jej najnowsze dzieło nieoczekiwanie ożywa i przemienia się w uroczą latającą maskotkę, która zsyła na bohaterkę kolorowy sen o gwiazdach, a potem znika. Niezrażona Hikaru wyrusza na jej poszukiwania – z małą pomocą donuta obłaskawia puchate stworzonko i nawet zdąża mu nadać imię Fuwa. Tu właśnie pojawia się statek kosmiczny, wiozący dwoje kosmitów – meduzopodobnego Prunusa oraz Lalę, która zapewne czystym przypadkiem wygląda jak urocza dziewuszka. Poszukują oni Fuwy, ale jak się okazuje – nie tylko oni. Przeciwnicy przylatują chmarą UFO, dowodzoną przez złowrogiego Kapperda, zaś ich celem jest pochwycenie Fuwy, będącej podobno kluczem do władzy nad wszechświatem. Tu z kolei następuje obowiązkowa kotłowanina, w wyniku której Hikaru przemienia się w Cure Star i przepędza intruzów, gdzie pieprz rośnie.

 

 

Tyle faktów, a teraz wrażenia. Po pierwsze, chociaż Precure zwykle jest słodko-cukierkowe, odnoszę wrażenie, że paleta barw w tej serii jest jeszcze słodsza i jaśniejsza od przeciętnej. Nie mówię, że to źle, pytanie zresztą, jak to będzie wyglądać po kilku odcinkach. Po drugie, czołówka od razu zapowiada cztery wojowniczki, co oznacza, że zespół zbierze się zapewne raczej szybko (druga wojowniczka wkracza na scenę już w drugim odcinku). Oczywiście skoro są cztery, nie zdziwię się, jeśli w połowie serii uda się dokooptować jeszcze z jedną czy dwie – ale na to poczekajmy. Po trzecie, wróg wydaje się zwodniczo wręcz prosty. Po kilku seriach, w których przeciwnikami bohaterek były różne ucieleśnienia negatywnych emocji dziwnie jest zobaczyć kogoś z prostym planem „władza nad światem”, acz możliwe, że zwierzchnictwo Kapperda jest bardziej wyrafinowane w swoich zamysłach. Ciekawostką był brak potwora tygodnia, zastąpionego na razie bandą anonimowych szeregowców – których nie widziałam w tym cyklu od bardzo, bardzo dawna.

Widzę też na razie jedną wyraźną wadę, która może zaważyć na ocenie całej serii. Zatrudniona do roli Hikaru idolka Eimi Naruse ma fajny głos, ale musi się nauczyć grać. I to jak najszybciej, bo na razie jej entuzjastyczne poskrzekiwania kaleczą nieco ucho.

Ta seria to czyste złoto! Przede wszystkim stało się to, na co liczyłem, czyli zredukowano do minimum obecność narratora. Poza tym scenę, która zabrała trzy początkowe minuty poprzedniego odcinka, tym razem skrócono.

Odcinek rozpoczyna się dywagacjami na temat „pierwszego razu” i doświadczeń poszczególnych osób w tym temacie. Zszokowani Miyuki i Chika nie mogą pojąć, jakim cudem wyglądająca jak wzór cnót wszelakich Kaguya ma tak bogaty bagaż doświadczeń seksualnych i bez skrępowania wypowiada się o rzeczach, jakie im się nawet nie śniły. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach a ta historia ląduje na mojej liście TOP 10 najśmieszniejszych nieporozumień w anime.

Druga historia tak zabawna już nie była, ale nie zeszła poniżej poziomu wyznaczonego przez historie z pozostałych dwóch odcinków. Zabawa w dziesięć pytań i cała związana z tym dedukcja przewodniczącego ubrana w formę pojedynku na Dzikim Zachodzie została zwieńczona całkiem udaną i rozbrajającą konkluzją.

Ostatnie kilka minut odcinka poświęconych zostało samej Kaguyi i problemom bogatych ludzi. Jakże niezwykła może okazać się piesza podróż do szkoły dla kogoś, kto każdego dnia pokonuje tę drogę limuzyną! Najlepsze jednak dopiero przed nami, ponieważ twórcy przygotowali niespodziankę – specjalną wersję endingu, w której nie można się nie zakochać i którą trzeba zobaczyć. Jestem jak najbardziej na tak, anime całkowicie mnie urzekło, to dokładnie ten typ humoru, który lubię i te charaktery bohaterów, za którymi przepadam. Nie sądzę, by komukolwiek udało się coś zepsuć w tej adaptacji i gorąco polecam rzucenie okiem, szczególnie że oprawa audiowizualna również nie pozostawia wiele do życzenia.

Miyako sobie grabi, szczególnie jeśli chodzi o traktowanie młodszej siostry, która ewidentnie bardzo ją kocha. Natomiast dziewczyna w podręcznikowy wręcz sposób ignoruje ją, skupiając się na Hanie i Noi. I to w zasadzie jest główny wątek fabularny odcinka. Rozwiązanie problemu jest tyle proste, co infantylne, a wcześniej mamy okazje patrzeć, jak słodkie dziewczynki robią słodkie rzeczy, a jakże!?

Tak więc w odcinku obserwujemy dziewczynki podczas lekcji, kiedy to w ramach projektu klasowego tworzą grę mającą pomóc starszej siostrze Hinaty walczyć z jej problemem w kontaktach międzyludzkich, bawiące się podczas powrotu do domu w omijanie oświetlonych przez słońce miejsc i przymierzające ubrania w czasie obowiązkowej wizyty w domu sióstr Hoshino. Żadna z tych rzeczy nie była ani pasjonująca, ani nawet ciekawa, może momentami słodka i odrobinę zabawna, ale to o wiele za mało, abym nie patrzył co chwila na zegarek w oczekiwaniu na koniec.

Niestety jak dla mnie formuła tego anime wypaliła się po zaledwie trzech odcinkach. Nie mówię, że jest źle, ale dla mnie przeraźliwie wręcz nudno. Osoby lubiące małe słodkie dziewczynki robiące słodkie rzeczy może i znajdą tu coś dla siebie, ale ja wynudziłem się niesamowicie podczas tego epizodu. Żarty zaczynają być nieznośnie powtarzalne, małe bohaterki są milutkie, ale nijakie, a Miyako odpycha mnie swoimi reakcjami ocierającymi się o kodeks karny.

Największym plusem pozostaje naprawdę ładna oprawa wizualna i całkiem nie najgorsza praca seiyuu. Niestety to dla mnie o wiele za mało, żeby wytrwać przy tym anime. Na pewno znajdzie ono rzeszę fanów ale ja zdecydowanie nie należę do jego grupy docelowej.

Bogowie animacji znowu wzięli mnie z zaskoczenia, zatem spieszę poinformować czekających z niecierpliwością na te spóźnione nieco wieści, że w trzecim odcinku nic się nie zmieniło i Circlet Princess nadal nie jest warte oglądania; możliwe, że nawet bardziej niż przedtem. Fabułę streszcza, co następuje: trójka dziewczyn przeżywa spotkanie z panem „najwspanialsza istniejąca sztuczna inteligencja” zamkniętym w bransoletce, przy czym zielona i żółta mają do niego zaskakująco zdrowe, tj. podejrzliwe podejście, podczas gdy różowa entuzjastycznie uznaje go za superdopalacz i oczekuje, że zrobi ją „silną”, by mogła znaleźć się na szczycie i ponownie stawić czoło czerwonowłosej wojowniczce. Dokooptowana chyba z łapanki i z racji braku umiejętności językowych szarowłosa (Rosjanka!) dopełnia magicznej liczby klubowiczek i po króciutkim treningu polegającym na dawaniu różowej łupnia przez żółtą wszystkie jadą na ów zapowiedziany mecz towarzyski.

 

Żółta i brązowa (ta druga po krótkim oporze) przegrywają swoje sety, co oznacza, że mecz jest przegrany i trzecia para nie wystąpi, ale jak wiadomo, reguły są po to, żeby je łamać, a granatowa przewodnicząca drużyny Takamori też pogrzebała w sieci i chce ujrzeć różowe zjawisko w akcji, zatem wystawia do walki z nią ichniego asa (asową? asicę?), czyli żółtą nr 2. W myśl wszelkich schematów nasza bohaterka z przypadku najpierw znowu obrywa, potem doznaje przypływu sił i zdolności, teoretycznie uzasadnionego światłymi radami zgryźliwej bransoletki, praktycznie jedynie wolą scenarzystów, po czym wygrywa set, co cieszy w zasadzie wszystkich, z granatową na ringu i czerwoną za kulisami włącznie. Yay!

To jest tak słabe, że aż denerwujące. Postaci są nie tylko stereotypowe, ale wręcz idiotyczne, z główną idiotką na czele, wizualia, mimo ślicznych buziek dziewcząt, en masse przyprawiają o ból zębów z żałości, a fabuła jest do bólu pretekstowa, tylko nie wiem do końca, czy stanowi pretekst do pokazywania obleczonych w kombinezony dwunożnych klepsydr (chwilami na granicy połamania), czy może jednak reklamowania oryginalnej gry. Na mój gust, to też serii raczej nie wychodzi, a jako osobne dzieło nie tylko się niczym nie broni, ale wręcz prosi, żeby ją litościwie dobić.

Na koniec kadr, który można uznać za ładny,
ale niekoniecznie za powód do oglądania serii.

W dzisiejszym odcinku Kemurikusa: The Sunny Edition bohaterki trafiają do Oceanarium, czyli kolejnego miejsca uwiecznionego na rysunkach w szkicowniku Kyururu. Ale czy na pewno? Budynek wygląda znajomo, jednak brakuje przy nim amfiteatru, w którym odbywały się pokazy. Na szczęście z pomocą mogą przyjść przyjaźni tubylcy, tym razem w (zwierzo)osobach Butlonosa oraz Uszanki Kalifornijskiej? Tym razem jednak nowe znajome okazują się odrobinę bardziej ekscentryczne niż zwykle i chociaż są bardzo życzliwe, uważają za rzecz oczywistą, że za każdą czynność należy im się nagroda. Tu z kolei z pomocą przychodzą najpierw ciastka, potem zaś pomysłowość Kyururu i całe towarzystwo udaje się łodzią w miejsce, gdzie – jak widz domyślił się zapewne od samego początku – spoczywa zatopiony amfiteatr. Niestety, ten widok nie stanowi dostatecznej stymulacji dla wspomnień Kyururu, dlatego bohaterkom nie pozostaje nic innego, jak wyruszyć w dalszą drogę.

 

 

Odcinek miał swój urok, chociaż gag z „nakładaniem” stereotypowych zachowań tresowanych fok i delfinów na zwierzo-dziewczynki zużył się chyba troszkę za szybko (no i trudno nie pamiętać, że pokazy w oceanariach od pewnego czasu są przedmiotem dość ostrej krytyki). Gorzej, że scenarzyści mieli wyraźnie problem z zapełnieniem czasu – na początku odcinka wepchnięto streszczenie wydarzeń z poprzedniego, zaś końcówka jest wyraźnie rozciągnięta, żeby starczyło do napisów końcowych. Odnoszę wrażenie, że Kemono Friends lepiej sprawdziłoby się w formule dwunastominutowej, która pozwoliłaby zachować to, co dobre z odcinków, a jednocześnie przykroić zbędne dłużyzny. Graficznie seria trzyma podobny standard, jak poprzednio, czyli prezentuje naprawdę ładne tła i dość oszczędną, komputerową animację.

Powiedziałabym, że najciekawszym doświadczeniem będzie chyba równoległe śledzenie Kemono Friends 2 oraz Kemurikusa, żeby porównywać podobieństwa i różnice. Jeśli chodzi o podobieństwa i różnice z Kemono Friends jako takim, to na razie trudno o czymś wyrokować. Formuła epizodów jest zbliżona, ale nowy zestaw zwierzęcych bohaterek daje nowe możliwości. Tak naprawdę pytanie, czy i na ile podobne okaże się rozwiązanie głównego wątku – i czy ta seria nawiąże jakoś fabularnie do poprzedniej. Otwarte zakończenie pierwszej części pozwala na spore pole manewru, pytanie jednak, czy ze względu na kotłowaninę z prawami autorskimi i okolicznymi scenarzyści nie dostaną polecenia, by udawać, że wcześniejsza odsłona nie istniała w ogóle.

Uwaga końcowa: jakby tak wyrzucić z dialogów słowa sugoi, omoshiroi oraz tanoshii, to bohaterki praktycznie przestałyby się odzywać…

Fuutarou lekkiego życia korepetytora mieć nie będzie, bo choć z Miku poszło mu dość gładko, to Nina nie zamierza tak łatwo złożyć broni. Sęk w tym, że na razie nie za bardzo wiadomo, o co jej chodzi. Tymczasem kolejna lekcja nie dochodzi do skutku właśnie dzięki jej wysiłkom i dzień skończyłby się pewnie dość nudno, gdyby chłopaka nie dopadła skleroza i nie musiał wrócić się po zostawione w domu dziewczyn notatki.

A tam wpada na paradującą tylko w ręczniku i w dodatku ślepą jak kura (brak soczewek kontaktowych) bohaterkę odcinka. Gdy już wydaje się, że zdoła wyjść bez szwanku z tej dwuznacznej sytuacji, szukająca soczewek dziewczyna zrzuca na siebie stojące na półce książki. W przypływie heroizmu Fuutarou osłania ją własnym ciałem przed nieuniknionym wypadkiem i zamiast otrzymać nagrodę za swoje poświęcenie, zostaje wzięty za zboczeńca, który napadł bezbronną siostrzyczkę, i grozi mu zakończenie kariery korepetytora. Oczywiście cała sprawa kończy się wyjaśnieniem nieporozumienia, a niezadowolona z takiego obrotu sprawy Nino wybiega przed budynek i zwija się w kłębek. Nawet niezwykle głęboka rozmowa między nią i protagonistą niczego nie zmienia, a odcinek kończy się bez żadnej konkluzji poza tą, że prawie nic się w ich relacji nie zmienia. I tylko Miku chodzi cały odcinek, czerwieni się i rozmyśla, czy aby przypadkiem nie dopadła jej strzała Amora.

Pewnie w kolejnym dostaniemy rozwikłanie zagadki, ale szczerze mówiąc, nie wiem, czy po tym, co widziałem, mam ochotę kontynuować seans. Całe zajście z Nino i oskarżenie chłopaka o nieczyste zamiary było jak dla mnie mocno naciągane. Również pomysł na wadę wzroku dziewczyny, przez którą rzekomo myli bohatera z siostrą, jakoś do mnie nie trafił. Poza tym rozczarowuje poziom zaprezentowanego humoru. Pierwszy odcinek jeszcze jakoś się pod tym względem bronił, ale później było już niestety coraz mniej zabawnie, a podczas odcinka trzeciego nie zaśmiałem się ani razu. Poniżej średniej wypada także oprawa wizualna, postacie strasznie się deformują, tła są takie sobie, a animacja ogranicza się do niezbędnego minimum, przy czym nawet wtedy bywa sztuczna. Zerknę z ciekawości na kolejny odcinek i jeśli wątek rozpoczęty w tym zostanie jakoś przyzwoicie zamknięty, to będę kontynuował seans, a jeśli nie, to nie zamierzam się z tym męczyć, bo jest kilka przyjemniejszych serii w tym sezonie.

Poznajemy kolejną magiczną dziewczynę, zapewne byłą członkinię Magical Five – Mahou Shoujo Just Cause Mię. Wraz z dwójką partnerów jest w trakcie misji polegającej na rozbiciu siedziby kartelu narkotykowego. Po zakończeniu akcji znajdują człowieka, który jest niemal żywym trupem. Zanim jednak zostanie ubity przez bliżej nieznane magiczne zaklęcie, wypowiada nazwę „Babel Brigade”.

Kurumi, która przeniosła się do szkoły Asuki, próbuje dopasować się do nowego środowiska i towarzystwa. Dowiadujemy się też nieco o jej przeszłości – była prześladowana w szkole, z tego też powodu nie cierpi bezradnej siebie z tego okresu i bardzo entuzjastycznie podchodzi do roli mahou shoujo. Co ciekawe, nowa uczennica jest zazdrosna o kontakty Asuki z innymi dziewczętami. Czyżby szykował się popularny dla tego gatunku motyw shoujo-ai?

Ze względu na Asukę Kurumo, mimo niechętnego nastawienia do Nozomi i Sayako, postanawia wybrać się z nimi na basen. Cóż, nie mogło zabraknąć odcinka pokazującego nasze bohaterki w kostiumach kąpielowych.

Niestety, ten dzień nie kończy się dobrze. Nozomi zostaje porwana przez ludzi, którzy znają jej ojca i zapewne chcą się na nim zemścić. Pojawia się także nielegalna mahou shoujo, którą poznaliśmy w poprzednich odcinkach. Coś dziwnie czuję w kościach, że Nozomi czekają raczej nieprzyjemne chwile.

Po raz kolejny jestem pozytywnie zaskoczony rozwojem wydarzeń w Mahou Shoujo Tokushusen Asuka. Widać tu pomysł na fabułę, ukazane wątki łączą się w logiczną całość, tempo akcji jest płynne, a przedstawianie nowych postaci wypada naturalnie. Krótko mówiąc, jest ciekawie i sensownie, a to nieczęsto spotyka się w tym gatunku. Muszę też pochwalić za to, że w standardowym odcinku basenowym (czy też plażowym, zależnie od okoliczności) bardziej skupiono się na wątkach fabularnych, aniżeli na pokazywaniu wdzięków bohaterek. Fanserwisu rzecz jasna nie zabrakło, jednakże nie był on głównym tematem.

Z czystym sumieniem mogę polecić serię wszystkim fanom gatunku mahou shoujo, ale nie tylko. Znaleźć tu coś dla siebie mogą widzowie szukający dobrej akcji i ciekawej fabuły. Za to odradzam wszystkim, którzy chcą jedynie nacieszyć oko bohaterkami, no chyba, że akurat lubią takie nienaturalne i nieanatomiczne kształty.

I co ja mam z tym począć… Czy to serial, czy to reklama prowincji Fukushima i parku rozrywki Spa Resort Hawaiians? Twórcy ze studia Gaina, które jest ulokowane w regionie, przebąkiwali, że chcieliby pomóc okolicy w powrocie do turystycznej atrakcyjności, która sporo ucierpiała po awarii elektrowni atomowej. Czy było to z dobroci serca, czy bardziej dla uzyskania finansowego wsparcia, nie wiem, ale stawiam raczej na to drugie. Inną serią krajoznawczą o krótkich odcinkach było Omae wa Mada Gunma o Shiranai, a główna różnica jest taka, że ta druga seria mi się podobała.

Dla jasności – widzicie kadry – to anime jest ładne, stylowe i niepowtarzalne. Prezentuje piękną, ciepłą kolorystykę, ekspresyjne projekty postaci, szczegółowe tła i wszystko to idealnie pasuje klimatem do tańca hula, o którym seria ma opowiadać. Piszę „ma” bo w trzech pierwszych odcinkach mamy okazję przez kilka sekund zaobserwować dziewczyny w hawajskich strojach i na tym obecność hula na razie się kończy. Tak, to serial o tańcu hula, w którym prawie nie ma hula. Jest ledwo zipiący szkolny klub hula, którego członkinie nie potrafią tańczyć, a który zostaje niespodziewanie ożywiony przez przybycie energicznej nowej entuzjastki.

Innymi słowy, to najbardziej sztampowa fabuła szkolno-sportowego anime, jaką tylko da się stworzyć. Odcinki trwają 4 min 45 sekund, w tym czołówka 1 minutę, a tyłówka 45 sekund. Zostają 3 minuty na akcję i zamiast poświęcić je na główną atrakcję programu, czyli hawajskie klimaty, twórcy prezentują serię banalnych szkolnych scenek. Ślicznie ukazanych, ale kiedy treść kuleje, to i forma nie pomoże.

Może wynikać to z budżetu. Grafika jest piękna, ale animacji niemal nie ma. Twórcy oszczędzają jak się da. Dzięki temu, że jest to serial tak mocno przestylizowany, udaje im się to w zaskakującym stopniu maskować. Niemal nie kłuje to w oczy. Niemal. Niemniej na przedstawienie w ten sposób z powodzeniem tańca nie ma szans, co może być powodem, dla którego się jeszcze nie pojawił. Uważam więc serię za porażkę. Anime o tak krótkich odcinkach musi operować w formule teledysku – w każdym odcinku przykuwać uwagę na te kilka minut prostą, wyraźną i emocjonalną koncepcją. Hulaing Babies tego nie robi.

Tag Cloud