I znów – nie było najgorzej. Co prawda nudziłam się lekko przez większą część odcinka, a ożywiłam – też lekko – dopiero pod koniec, ale narzekać na razie przesadnie nie ma na co. Owa większa część składała się z dwóch wątków. Po pierwsze, bardzo skrótowo przedstawionych nieskutecznych prób naszej grupki zyskania potrzebnych im punktów, a przy okazji zacieśnienia więzi z nową członkinią (to oczywiście udane). Próby były nawet przeciwskuteczne, bo punktów jakoś ubywało – a to zadziorna Żółta Lavie pyskowała na wykładzie, a to niezdarna Zielona Lynette stłukła wazę i szybę, a to Fioletowa Ashley* odpaliła magiczną strzałę nie tam gdzie trzeba, a to Tiara zepsuła magiczny sprzęt latający. Tylko Rosetta nie popełniła niczego szczególnego, za to znika tajemniczo po godzinach, więc dziewczyny, zamiast obradować nad sposobem zdobycia owych punktów, postanawiają ją śledzić, wietrząc romans (Zielona).

W połowie drogi straciwszy Rosettę z oczu, dziewczyny zatrzymują się w kafejce na odpoczynek. Pracuje tam jedna z uczennic, więc zastanawiają się, czy i ich koleżanka sobie nie dorabia, ale po co, skoro jest szlachetnie urodzona? Tiara oczywiście też, jak słusznie zgadują, a my już wiemy – choć ona nie chce im ujawniać, że jest wręcz księżniczką. Jest miło, ale trzeba dalej kontynuować śledztwo, a czeka ich nie lada odkrycie. Czy po spotkaniu Rosetty na przeszukiwaniu śmietnika dziewczyny zmienią zdanie o niej…? Fakt, jej rodzina zbiedniała, ale nie jest jeszcze tak źle: po prostu w ramach różnych zleceń robiła właśnie za petsitterkę i zgubiła kaczora. No to teraz szukamy kaczora Alfreda!

Tym razem okazuje się, że najskuteczniejsza w poszukiwaniach – przy odrobinie szczęścia – jest Lavie, na ogół sprawiająca wrażenie grupowej baka. Ashley i Lyn bowiem mają swoje fiksacje, które je odciągają od poszukiwań, choć zamiłowanie Zielonej do książek ostatecznie się przyda do schwytania złośliwego ptaka (nowe zaklęcie), kiedy tamte dwie wylądują w wodzie. Tiara uniknęła tego dramatycznego losu uratowana przez Rosettę, co dało następnie asumpt do miłych wspomnień z ich dzieciństwa oraz powrotu do zwyczaju zawracania się do siebie nawzajem skróconymi imionami: Tia i Rose. Milutko.

By to uczcić, obie przyjaciółki (tamta trójka poszła odpocząć i się wysuszyć) idą na miasto, gdzie na lewitującej magicznie scenie ma się odbyć koncert Orkiestry. Właśnie występuje zespół supernova, konkretnie trzy dziewczyny, z którymi zderzyła się Tiara poprzednio, w bardzo seksi pseudomundurkach. No i dowiadujemy się, czemu będzie służył mariaż magii i idolkowania: wyzwolona podczas koncertu energia widzów przetwarzana jest przez ową Orkiestrę na manę podtrzymującą funkcjonowanie miasta. Ma to nawet sens. Rzecz jasna, Tiara – i bez wątpienia reszta – też będzie chciała stać się częścią Orkiestry, zatem od przyszłego tygodnia gambare!

Hm, nadal nie było szkodliwie, i właściwie nie bardzo mam się do czego przyczepić prócz kilku drobiazgów. Po pierwsze, nieco szwankujące tempo: pospieszna akcja – a raczej ciąg powiązanych ze sobą lekko komediowych scen – na początku i nudnawy z racji przesadnego rozciągnięcia środek; częściowo wynagrodził to pokaz supernowej, którego, o dziwo, dało się też słuchać. Po drugie, delikatny fanserwis yuri, też w wersji z przymrużeniem oka, nadal jest obecny i choć mnie nie drażni, to zwyczajnie uważam go za niepotrzebny i nieuzasadniony. Po trzecie, miasto jest bardzo ładne i szczegółowe, ale puste; statyści pojawiają się tylko tam, gdzie to naprawdę niezbędne. Animacja bez większych wpadek, kolorystyka oraz gra świateł ładna, nadal nie podoba mi się główna bohaterka. Chyba jestem nawet trochę zainteresowana trzecim odcinkiem…?!

 * Tak naprawdę zapamiętałam tylko jej imię – reszta trójki sprawdzona w sieci.

Kazuya Kinoshita to dwudziestoletni student pierwszego roku, do tej pory raczej zadowolony z samodzielnego życia w wielkim mieście. Niestety, po miesiącu związku bez żadnego ostrzeżenia rzuca go dziewczyna. Załamany tą sytuacją trafia na stronę oferującą „dziewczynę na wynajem” w cenie pięciu tysięcy jenów za godzinę. W chwili słabości postanawia zamówić jedną z nich, wybraną losowo.

Już następnego dnia spotyka się na randce marzeń z niezwykle sympatyczną Chizuru Ichinose. Po cudownie spędzonych chwilach przychodzi jednak moment otrzeźwienia – na stronie znajduje opinie innych klientów, co dobitnie przypomina mu, że zachowanie dziewczyny było tylko grą aktorską. Postanawia spotkać się z nią raz jeszcze, aby nie tylko wyrzucić z siebie frustrację ale także zapytać się, jak dziewczyna się z tym czuje. Chizuru początkowo sprytnie unika tematu i stara się panować nad nerwami, ale ostre wyrzuty, jakie robi jej Kazuya, sprawiają, że wybucha gniewem i uświadamia mu, co myśli o jego postępowaniu. Tym sposobem poznajemy jej prawdziwy charakter. Charakter, który ma znacznie więcej sensu niż zachowanie bohatera…

Wydarzeń przyjmują jednak nieoczekiwany obrót, gdy Kazuya dostaje telefon od rodziców, że jego babcia zemdlała. Czym prędzej pędzi do szpitala, a Chizuru podąża z nieznanego powodu za nim. Na miejscu okazuje się, że babci nic poważnego nie dolega, a większe zamieszanie wywołuje to, iż przyprowadził kogoś ze sobą. Sama zainteresowana wychodzi z inicjatywą przedstawienia się jako jego dziewczyna. Niestety, pociąga to za sobą falę jeszcze bardziej nieoczekiwanych zdarzeń. Babcia Kazuyi postanawia przedstawić znajomym ze szpitala śliczną dziewczynę wnuczka. W szpitalu leży też babcia Chizuru i bardzo szybko okazuje się, iż obydwie seniorki się znają. Mimo rozpaczliwych prób ucieczki, bohaterowie zostają złapani. Teraz czeka ich niełatwe zadanie wykaraskania się z tego kłamstwa. Ostatecznie postanawiają za jakiś czas ogłosić, że się rozstali. Kazuya nie zamierza więcej korzystać z usług Chizuru, ale życie szykuje mu kolejne niespodzianki. Jego silne postanowienie bardzo szybko zaczyna słabnąć, gdy chłopak na dziedzińcu uczelni zauważa swoją byłą wraz z jej nowym chłopakiem. Co gorsza, chwilę później natyka się na Chizuru… Oj, coś czuję, że dalszych komplikacji  w relacjach nie zabraknie.

Szczerze mówiąc, nie miałem szczególnych oczekiwań względem tego tytułu. Zostałem jednak pod pewnymi względami pozytywnie zaskoczony. Po pierwsze bardzo dobrze wypada Chizuru, która profesjonalnie podchodzi do wykonywanej pracy, ale także potrafi wyrazić własne zdanie, gdy partner zacznie przeginać. Nie znamy na razie powodów, dla których zarabia w taki akurat sposób, ale miejmy nadzieję, że będą trzymały się kupy. Bardzo dobrze wypada też relacja głównej pary po zajściu w szpitalu – postanawiają poważnie porozmawiać i wyjaśniają sobie nawzajem swoją sytuację. Dowiadujemy się niemal wszystkiego o życiu rodzinnym Kazuyi, mającego naprawdę dobre powody, by okłamywać własną babcię. Nieco gorzej wypada jego początkowe podejście do usług świadczonych przez Chizuru – oburzenie było naprawdę bezpodstawne i głupie z jego strony. Dobrze przynajmniej, że szybko zostaje uświadomiony w temacie swojej bezmyślności. Nietrudno jednak określić, w jakim kierunku rozwiną się wydarzenia. Zapowiedź kolejnego odcinka oraz cały wianuszek dziewcząt ukazany w endingu jednoznacznie zapowiadają komedię romantyczną zawierającą cały harem kandydatek.

Oprawa wizualna to połączenie naprawdę atrakcyjnych projektów postaci żeńskich ze znacznie gorszymi projektami męskimi. Animacji jest niewiele, ale wygląda raczej dobrze. Przeciętnie wypadają tła, które są po prostu ubogie, za to liczba ukazanych lokalizacji skutecznie niweluje efekt wtórności i nijakości. Oprawa dźwiękowa co prawda nie pozostaje zbyt długo w pamięci, ale spełnia swoją rolę, podkreślając nastrój. Opening (w tym odcinku pełniący rolę endingu) jest radosny i przyjemny dla ucha, co w wypadku takich serii jest dość istotną zaletą. Bardziej obeznani fani anime od razu rozpoznają też zespół, który go wykonuje – the peggies, znane z czołówki do Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl Senpai no Yume o Minai. Pozytywnie zaskakuje też praca aktorów głosowych, zwłaszcza Sory Amamiyi użyczającej głosu Chizuru. Świetnie udawało jej się nie tylko odgrywać rolę miłej dziewczyny na randce, ale także przekazać emocje wywołane nietypowymi sytuacjami. Gorzej wypadł za to Shun Horie (Kazuya), który nieco gubił się w scenach załamania emocjonalnego bohatera. Różnica doświadczenia była widoczna, a raczej słyszalna bardzo wyraźnie.

Kanojo, Okarishimasu po pierwszym odcinku pozostawiło pozytywne wrażenia. Zapowiada się na dość przyjemną komedię romantyczną, chociaż zdaję sobie sprawę, że w przypadku tego gatunku dużo rzeczy może pójść nie tak. Nie mówię jednak „nie” i chętnie sięgnę po kolejny odcinek.

Rozpoczyna się finał Wielkiego Turnieju, w trakcie którego okaże się, czy w końcu, po 150 latach dominacji nie-ludzi, to właśnie człowiek przejmie tytuł najsilniejszego na świecie. Do walki stają niejaki Peter Grill i jakiś tam minotaur. Widz oczywiście wie, że wynik jest z góry przesądzony, zwłaszcza, iż z trybun obserwuje Petera jego ukochana, Luvellia, a sam bohater ma Cel – po wygranym turnieju wraz z ukochaną przejść do jakichś konkretów.

 

Turniej oczywiście wygrywa Peter, który zostaje ogłoszony najsilniejszym człowiekiem na świecie, po czym narrator grobowym głosem oznajmia, iż zdobywa on sławę i chwałę, oraz wpadnie w sieć intryg, których nie jest w tej chwili świadomy. Rzecz jasna nasz bohater po skończonej walce chce jak najszybciej dostać się do ukochanej, z nadzieją na coś więcej, jednak chwilowo to coś więcej może dostać od ogrzych siostrzyczek, z którymi jest w gildii. Albowiem to właśnie młodsza z nich, na środku zatłoczonej ulicy, głośno się zapytuje, czy nie dałby jej swojego nasienia. Bez żadnych podtekstów, ale wiadomo, że ogry są najsilniejszą rasą i szukają najlepszych dawców, żeby dzieci były też najsilniejsze, a skoro on wygrał, to mógłby się przespać z nią, c’nie? Albo z jej starszą siostrą, która się też pojawia i też domaga seksu z tego samego powodu. (Notabene, nie rozumiem, czemu obie panie są tłumaczone jako ogry, skoro wyraźnie widać, że są oni, ale nie zamierzam poświęcać temu większej uwagi poza zarejestrowaniem faktu, że technicznie rzecz biorąc itd.). Na szczęście naszemu dzielnemu wojowi udaje się ukradkiem wymknąć i spotkać się z ukochaną w kościele.

   

Niestety, nie zanosi się jednak, że będzie coś więcej, albowiem po pierwsze, tatuś dziewczęcia jest szefem gildii. Po drugie, Luvellia jest kompletnie i totalnie nieświadoma (a przynajmniej tak stara się wyglądać), skąd się biorą dzieci, i dalej twierdzi, że gdy para bardzo się kocha, to musi się pomodlić i wtedy bocian im podrzuci dziecko na pole kapusty. Tak, że po trzecie, w tej chwili dalej, ku rozczarowaniu Petera, nie nabyła odpowiednich wiadomości (albo trolluje otoczenie na potęgę) i wszelkie próby na razie kończą się i będą kończyć na trzymaniu za rączki. Nad czym Peter boleje, ale przechodzi nad tym do porządku dziennego i nie zmusza do niczego.

 

Jest też totalnie nieświadomy, że z racji zdobycia przez niego tytułu najsilniejszego człowieka na świecie zaczyna się wyścig o to, kto zdobędzie jego cenne nasienie, a siostrzyczki posuną się nawet do podstępu, by swój cel osiągnąć. Oczywiście w swoim pokoju w gospodzie Peter znajduje najpierw jedną, a potem drugą, obie kuszące seksownie, wyginające się i w obcisłych ręczniczkach… i oczywiście daje im zdecydowany odpór, wygłaszając płomienną mowę, że jest wierny i żadna ogrzyca go nie złamie. Tu narasta dramatyczna muzyka, panienki zrzucają ręczniki, pokazując najgorszą cenzurę, jaką widziałam w życiu, która jednak wystarcza, by stanął słonik bohatera, po czym nadchodzi ranek, zastając Petera w łóżku z dwiema wyraźnie zadowolonymi, śpiącymi ogrzycami.

  

 

Po pierwsze – jest to adaptacja mangi erotycznej, więc przypuszczam, że scen będzie więcej, przy czym nie było seksu pokazanego sensu stricte. Po drugie, jeśli ktoś chce, to wersja bez cenzury jest też już dostępna, takie standardowe cycki z sutkiem i reszta golizny, ale choć raz z cenzurą radzę obejrzeć – takiego kuriozum wyglądającego, jakby ktoś szybko musiał taśmę wydrapywać scyzorykiem, dawno nie widziałam. Fabułka prosta jak budowa cepa – na cnotę (khy, khym) bohatera czyhają piękne panienki z różnych krajów, a on się opiera (EKHEM!), wygłasza frazesy o wierności, a potem i tak władzę przejmuje ten drugi. Kwestię intryg pozostawię, bo jeśli będą jakieś, to nie ma szans przy tym tempie prowadzenia i topornych gagów, oraz wewnętrznych monologów bohatera rozpaczającego nad niewinnością Luvelli, żeby coś z nich wyszło przy tej liczbie odcinków. Osobna kwestia jest Luvellia – która albo jest totalną dziewicą w tym mentalną, albo mega trollem (wolałabym postawić na to drugie, niemożliwe, żeby nie widziała, skąd się biorą chociażby małe kotki i pieski).

Graficznie na razie cała para poszła w cycki i fałdki tkaniny na leżących panienkach, potem na wygląd postaci żeńskich i bohatera, który jest standardowym, przystojnym blondynem z kaloryferem i miłym uśmiechem. Poza nimi mamy chamską cenzurę, sporo „komiksowo-SD-czkowych” ujęć, i łatanie teł statystami w bezruchu. Czyli standard. Zobaczymy, jak bardzo będzie widać w kolejnych odcinkach dopracowanie przyszłych pretendentek w stosunku do całej reszty postaci występujących w anime.

Na sam początek oglądamy poranek z życia Retto. Zaczyna się od dość erotycznego snu z Kirarą, po czym bohater zostaje zbudzony przez psa trzymającego damskie majteczki w zębach. Gdy odzyskuje je właścicielka (oburzona, że nie miał odwagi sam ich wziąć, tylko wykorzystał zwierzę do tego celu), spod kołdry bohatera wychodzi kolejna niewiasta. Ta, jak się okazuje, pomyliła pokoje i spała z nim całą noc. Jednak to nie koniec porannych przygód. Podczas śniadania podanego przez różowowłosą dochodzi do kolejnej zbereźnej sceny, znowu z udziałem psa. Tak, w tym domu wszystkim tylko chędożenie w głowie.

Jednak to wszystko jest jedynie wstępem do głównego wątku odcinka. Podczas zebranie HxEros Kirara odmawia wspólnego zamieszkania i udziału w projekcie. Czemu? Gdyż obraża się o to, że ma potencjał do tej roboty. Potencjał oczywiście polega na możliwości odczuwania energii „eros” a przekładając na język polski – jest ponadprzeciętnie napalona seksualnie. Przez resztę odcinka główny bohater niemrawo podejmuje próby rozmowy z nią, ale widząc niechęć dziewczyny, postanawia się poddać. Przynajmniej poznajemy kolejne fakty z przeszłości (związane z niezwykłym popędem seksualnym Kirary od wczesnych etapów pokwitania!). Dziewczyna dowiaduje się też, dlaczego Retto tak zależy na walce z Kiseichuu – przyczyną jest atak na nią w przeszłości. Od razu widać, że ta informacja ma na nią pozytywny wpływ.

Oprócz nudnego przemieszczania się bohaterów po ekranie nie zabrakło „walk” z przeciwnikiem. Retto pokonuje robala atakującego losową dziewczynę na ulicy, a nieco później teren szkoły bohaterów odwiedza kosmiczna osa, która za cel wybiera chłopaka ze złamanym przez Żelazną Damę sercem. Widząc scenę i chłopaka w potrzasku, zagrożenie stara się zażegnać sama Kirara, oferując własną energię w zamian za wypuszczenie nieszczęśnika. Na szczęście na miejscu zjawia się Retto, który momentalnie rozprawia się z wrogiem. Jednak to nie koniec emocji! Zarówno on, jak i Kirara tracą ubrania (chyba użył również jej energii do walki?), a ze względu na wezwaną na miejsce policję muszą szybko się gdzieś schować. Po bliskim kontakcie cielesnym i uświadomieniu sobie własnych uczuć Kirara postanawia dołączyć do HxEros i zamieszkać z resztą bohaterów. Szybko okazuje się, że będzie to życie obfitujące w erotyczne sytuacje, a jej potencjał jest ogromny… Na jeden strzał załatwia wielkiego Kiseichuu, który pojawił się wieczorem podczas integracyjnej kąpieli czwórki bohaterek…

Szczerze? Jest nudno i nijako. Pozostaje jedynie cieszyć się, że całkowicie zrezygnowano z animacji podczas scen walk – przeciwnicy padają po jednym ciosie, co nie wypala wzroku widzom i nie wzbudza zażenowania jak w poprzednim odcinku. Rzecz jasna nie brakuje fanserwisu we wszelkich formach i odmianach. Został ocenzurowany, ale narysowany jest na tyle przyzwoicie, że nie odrzuca od ekranu. Nie ma się co oszukiwać, że nie będzie on głównym tematem tego anime, a potwory są tylko jego uzupełnieniem… Czy to źle? Widziałem gorsze serie, widziałem gorsze charaktery postaci, co nie znaczy, że tytuł ten znajdzie uznanie wśród kogokolwiek szukającego w nim czegoś poza fanserwisem i sytuacjami erotycznymi. Na szczęście nie ma tu nic bardzo odrzucającego od ekranu, przez co po seansie można być co najwyżej mocno wynudzonym, a nie obrzydzonym.

Shin’ichi Sakurai, świeżo upieczony student drugiego roku studiów, najbardziej w świecie ceni sobie spokój i samotność. Pewnego dnia natyka się na Hanę Uzaki, którą zna z liceum (z zajęć pływackich). Dziewczyna właśnie rozpoczyna studia na tej samej uczelni i wyraźnie chce spędzić ze starszym znajomym trochę czasu, czym jednak ten nie jest w ogóle zainteresowany, przez co pierwszy rok mija i nic się między nimi nie dzieje. Gdy spotykają się ponownie – Shin’ichi jest już na trzecim roku, Hana zaś na drugim – dziewczyna postanawia działać bardziej stanowczo, aby nie stracić kolejnych miesięcy. To początek trudnych chwil dla biednego Shin’ichiego.

Shin’ichi dowiaduje się, że odwołano mu zajęcia, a ponieważ tego dnia nie pracuje, ma całe popołudnie dla siebie. Znaczy, chciałby mieć, bo znów pojawia się Hana. Choć chłopak mówi, że wolałby spędzić ten czas w samotności, po zrobieniu mu awantury wśród ludzi Uzaki dopina swego – aby nie wyjść na okrutnego człowieka, Sakurai musi ją gdzieś zabrać. Wybór pada na kino. Hana naśmiewa się ze znajomego, że lubi w pojedynkę oglądać filmy. Tłumaczenie, że przecież każdy człowiek powinien relaksować się po swojemu, niewiele daje – dziewczyna i tak wie lepiej i dalej nazywa bohatera samotnym ponurakiem. Nic dziwnego, że cierpliwość chłopaka się kończy i postanawia on zareagować nieco dobitniej niż poprzez krzyk. Mimo to zgadza się wziąć znajomą na seans, ba, płaci za swój i jej bilet zebranymi wcześniej punktami, co także jest dla Hany powodem do nieprzyjemnych uszczypliwości. Zadowoleni po seansie bohaterowie powoli wracają do domu, gdy Hana oświadcza, że zamierza kupić sobie nowe słuchawki. Shin’ichi tym razem się nie opiera, choć pewnie gdyby wiedział, co go czeka w środku sklepu… Tam bowiem Uzaki, zamiast zająć się szukaniem słuchawek, woli testować różne sprzęty, np. fotel do masażu. Hm, tak, to wyśmienita okazja do ukazania bohaterki jęczącej niczym podczas stosunku („to naprawdę tylko masaż!”). Bohaterowie korzystają też z VR. Sakurai dostaje przypadkiem cios od Hany, później zaś łapie ją… cóż, wiadomo za co, myląc z jakąś ośmiornicą.

Po wirtualnych przeżyciach Shin’ichi nabiera ochoty na prawdziwe wyzwanie, postanawia więc poodbijać bejsbolowe piłki. Niezbyt mu idzie, czego nie omieszka skomentować Hana. Przestaje jej być do śmiechu, kiedy podczas swojej próby, oczywiście bez rozgrzewki, dostaje silnego bólu pleców. Wyraźnie przejęty chłopak każe jej udać się do domu, ona jednak woli pójść z nim na kolację. Ostatni punkt wspólnego dnia początkowo wydaje się przebiegać normalnie, do czasu, aż Sakurai orientuje się, że dziewczyna zjadła mu całego kurczaka – co więcej, nie powstrzymuje się przy drugiej porcji.

Następnego dnia Hana zaczepia Shin’ichiego, licząc, że znowu gdzieś pójdą – tym razem bohater wymawia się pracą. Zastanawia się jednocześnie, dlaczego Hana tak bardzo się zmieniła od czasu liceum – najwyraźniej w szkole była mniej nieznośna. Ostatecznie stwierdza, że parę chwil z nią nie może być takie złe, czego jednak szybko żałuje, gdy Hana zaczyna narzekać na ból pleców – a robi to rzecz jasna przy ludziach, tak, jakby chodziło o coś zbereźnego.

Zadajmy sobie parę pytań. Czy komedia, w której bohaterka paskudnie naśmiewa się ze sposobu spędzania wolnego czasu innej osoby jest zabawna? Nie. Czy może w ogóle śmieszyć ktoś nabijający się z bohatera, bo np. źle odbił piłkę? Jeszcze czego. O, a dziewczyna pojękująca na fotelu do masażu albo chłopak przypadkowo łapiący ją za cycka i nawet nieorientujący się, za co złapał – czy to oznacza ubaw po pachy? Przepraszam bardzo, ale nie. Ani ubaw po pachy, ani najmniejszego uśmiechu. Uzaki-chan wa Asobitai! jest po prostu irytujące. Wkurzające. Powiedziałabym wręcz, że wstrętne, stara się bowiem – mocno nieudolnie – rozśmieszać widzów topornymi żartami z najniższej półki, w głównej mierze skupiającymi się na wielkich piersiach Hany. Podczas oglądania czułam zażenowanie i czuję wciąż, gdy piszę te słowa. Żaden z epizodów mnie ani przez moment nie rozśmieszył – uśmiechnęłam się co najwyżej na widok mordki kota, choć po zastanowieniu stwierdzam, że jest bardziej straszna niż zabawna. Kiepskie gagi nie są jednak, niestety, jedyną wadą serii. Tą największą jest główna bohaterka. Nie potrafię polubić osoby śmiejącej się z innej albo zwalajacej winę na kogoś innego za własną nieodpowiedzialność. Hana jest okropna, niby dorosły człowiek, a zachowuje się jak dziewczynka z podstawówki ryjąca ze śmiechu z byle powodu i nieprzejawiająca najmniejszego szacunku do rozmówcy. Nie przypominam sobie, by jakakolwiek inna postać z anime mnie tak zirytowała jak ona już po pierwszym odcinku. Pod koniec zasugerowano, że Hana była kiedyś inna. Nawet jeśli i nawet jeśli rzeczywiście później się poprawi albo otrzymamy sensowne wyjaśnienie zachowania bohaterki, nie zmienia to faktu, że twórcy zaczęli bardzo kiepsko, a jak wiadomo – pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Sakurai przy Uzaki wygląda na dojrzałego i rozsądnego chłopaka, ale i on czasem nie wytrzymuje i reaguje gwałtowniej na poczynania koleżanki – aczkolwiek uważam, że i tak odznacza się wyjątkową cierpliwością i łagodnością. Nie wzbudził on we mnie takich emocji jak Hana, choć nie powiedziałabym też, że zyskał moją sympatię. Innych bohaterów, poza kilkoma epizodycznymi, nie uświadczymy. Może gdy akcja nie będzie skupiała się wyłącznie na perypetiach biednego chłopaka i jego prześladowczyni, seans okaże się znacznie lepszy, bo na chwilę obecną anime nie da się po prostu oglądać.

Kiepsko się też na serię patrzy ze względu na oprawę audiowizualną. Grafika nie dostarcza cudów – chyba pierwszy raz odkąd piszę zajawki miałam problem ze zrobieniem przynajmniej paru ciekawych zrzutek. Hana prezentuje się brzydko (szczególnie jej oczy), oczywiście też musiała zostać obdarzona wielkim biustem; szkoda, że przy okazji nie otrzymała bardziej kobiecej sylwetki. Sakurai natomiast wygląda nijako. Jeszcze gorzej wypada animacja, istniejąca jedynie kiedy trzeba, a to i nie zawsze. Ruch wśród tłumu, którego też zresztą niewiele, prawie nie występuje, a główni bohaterowie to nawet sztywno stoją. Muzycznie też seria nie jest dla mnie – zarówno opening, jak ending sprawia, że chcę natychmiast puścić sobie coś dobrego. Muzyka w tle jakaś tam płynie i tyle dałoby się w sumie o niej powiedzieć. Co do seiyuu, Naomi Oozora dobrze się sprawdza w roli najbardziej irytującej postaci sezonu (nie wierzę, że czeka mnie spotkanie z kimś gorszym), Kenji Akabane natomiast nie zawsze brzmi naturalnie, zwłaszcza w momentach złości. Na ogół jednak nie jest z ich pracą bardzo źle i jakoś się ich słucha.

Cóż powiedzieć – odbębnię dwa następne odcinki i pożegnam się z tą żenującą komedią. Chyba że naprawdę anime się polepszy. Nadzieja w innych bohaterach i w tym, że pojawi się jakiś wątek przewodni, oglądanie bowiem zbioru kiepskich gagów prędzej czy później znudzi. Przede wszystkim zaś liczę, że główna bohaterka przestanie wkurzać.

Świat po wielkich zniszczeniach. Mała Natsume towarzyszy ojcu i jego znajomym w badaniach terenowych. Przerywa je nagłe pojawienie się wielkiego potwora, którego atak kończy się śmiercią niemal całej ekipy. Dziewczynka przeżywa, traci jednak prawą rękę. Mijają lata. Akcja przenosi się do ogromnej ruchomej fortecy. Z przemów młodych wychowanków sierocińca, w tym Natsume, dowiadujemy się, że zwie się Deca-Dence i jest zamieszkiwana przez niedobitki ludzkości. Niemal wszyscy ludzie bowiem zginęli w zetknięciu z różnokształtymi monstrami, gadollami. Zagrożenie z ich strony, pomimo utworzeniu schronienia, bynajmniej nie minęło – ciągłą walką i obroną twierdzy zajmują się żołnierze Siły, to jest Gearsi, wykorzystując przy tym energię życiową gadolli, oksyon (która służy także do zasilania fortecy). Drugą część mieszkańców stanową tzw. Tankersi, którzy wspomagają Gearsów poprzez m.in. naprawianie zbroi. Wspomniana młodzież z sierocińca właśnie ma rozpocząć pierwsze prace jako przedstawiciele tej drugiej grupy. Inaczej swoje życia wyobraża sobie Natsume, niestety, ku jej wielkiemu zdziwieniu, jej zgłoszenie do Sił zostaje odrzucone. Proteza zamiast silnej, sprawnej ręki z pewności stanowi główną przeszkodę, jednak upór dziewczyny jest jeszcze większy i nie słabnie, mimo żartów ze strony innych czy rozmowy z przyjaciółką, Fei, dostrzegającej niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą walka z gadollami.

Marzeniami marzeniami, trzeba jednak pracować. Natsume zostaje podopieczną mechanika zbroi, Kaburagiego – przez pięć lat ma czyścić zewnętrzne ściany fortecy. Zajęcie ciężkie i śmierdzące, a gdy dodać do tego chłodnego i nieskorego do rozmów szefa, nijak nie da się nim cieszyć. Pewnego dnia Natsume, podczas mało dla niej komfortowego spotkania z chłopakiem o imieniu Fennel zauważa bukłak Kaburagiego. Idzie do niego i w zamian za zwrócenie zguby prosi o zorganizowanie dla niej przyjęcia powitalnego. Rozmowa przenosi się do wnętrza mieszkania (czy jak to nazwać) mężczyzny; wtedy też najmocniej zderza się optymizm i wola walki nastolatki z obojętnością i chłodem mężczyzny, wprost twierdzącego, że pewnych rzeczy nie da się zmienić i że lepiej dla dziewczyny będzie, jeśli porzuci marzenia o zostaniu Gearsem. Dyskusję przerywa dziwny dźwięk. Z drugiego pomieszczenia wydostaje się… mały gadoll, którego Kaburagi przygarnął. Po początkowej próbie pozbycia się stwora Natsume, widząc, że jest zupełnie niegroźny, zaprzyjaźnia się z nim i nazywa Pipe.

Podczas kolejnego dnia pracy Natsume oświadcza, że nie zamierza się poddać, co Kaburagi kwituje krótkim „rób, co chcesz”. Ten dzień okazuje się też wyzwaniem dla fortecy – w jej stronę zbliża się spora grupa gadolli, wśród których znajduje się olbrzymi niczym twierdza giland. Do walki z mniejszymi monstrami dowództwo na czele z Minato wysyła Gearsów. Wskutek niemądrych działań Fenella on, jego znajomy, Natsume i Kaburagi spadają poza fortecę. Znajomy ginie, nastolatkę zaś ratuje Kaburagi, który, pożyczając sprzęt od poległego Gearsa, pokazuje, że nie spędził całego życia na byciu mechanikiem. Dzięki jego niebywałym umiejętnościom sytuacja z „małymi” gadollami zostaje opanowana, nadal jednak pozostaje olbrzym. Tu broń Gearsów się nie sprawdzi – Minato wydaje rozkaz aktywacji działa Deca-dence. Z fortecy wyłania się wielka broń i jednym strzałem powala gilanda, wcześniej osłabionego utratą znacznej ilości oksyonu.

Pierwszy odcinek oryginalnego anime od studia Nut minął mi stosunkowo szybko i prawie bezboleśnie, jednak bez efektu „wow!”. Wprowadzenie przebiegło tak, jak by pewnie każdy się spodziewał – tragiczne zdarzenie z dzieciństwa Natsume, przedstawienie głównych bohaterów i ich odmiennych spojrzeń na życie, a następnie walka z gadollami. Z drugiej strony pewne sceny, o których nie wspomniałam w opisie, każą snuć różne domysły na temat prawdziwego znaczenia i roli fortecy, ludzi ją zamieszkujących czy potworów. Chodzi głównie o ostatnie sekundy odcinka, tak dziwne i odmienne od reszty, że nie wiem, co o nich sądzić. Także krótka scenka Kaburagiego z tajemniczym kimś każącym mu „wyplenić wszystkie pluskwy ze świata” pobudza wyobraźnię. Możliwe zatem, że seria nie okaże się zwykłą przygodówką nastawioną wyłącznie na szybką akcję, tylko pozytywnie zaskoczy ciekawym rozwinięciem motywu postapokaliptycznego świata, choć złożoności świata przedstawionego czy fabuły jak np. w Shingeki no Kyojin raczej nie ma co się spodziewać.

Do anime przyciągają również główni bohaterowie. To typowy duet przeciwieństw, na który miło się patrzy i aż nie można się doczekać kolejnych interakcji między energiczną dziewczyną a spokojnym mężczyzną. Jednocześnie należy zauważyć, że żadna z tych kreacji nie jest przejaskrawiona, a tym samym nieznośna w oglądaniu – Natsume potrafi rozważnie dyskutować, z kolei Kaburagi nie wydaje się ciągłym ponurakiem. Dobre wrażenie dopełnia praca seiyuu. Tomori Kusunoki świetnie brzmi jako energiczna i pełna wdzięku nastolatka, podobnie jak Katsuyuki Konishi nie zawodzi w poważnej roli byłego żołnierza znużonego życiem – co jak co, ale zdecydowanie lepiej wychodzą mu takie postaci niż odgrywanie pajaców jak np. w 7 Seeds. Poza głównym duetem poznajemy, na razie niezbyt dokładnie, kilka postaci, m.in. nieco głupkowatego Fennela, sympatyczną Fei, arogancką Linmei czy odważną panią żołnierz, Kurenai. Nie można zapomnieć też o Pipe, obślizgło-słodkim (z akcentem na drugie) stworku Kaburagiego – nie wątpię, że stanie się ulubieńcem wielu widzów.

Napisałam, że pierwszy odcinek oglądało mi się prawie bezboleśnie. Niestety, graficznie seria mnie trochę rozczarowała. Kiepskie CGI aż razi w oczy, kreska zaś ogólnie jest średnia i już przy najmniejszych oddaleniach korzysta z uproszczeń, przez co postaci wyglądają mało starannie. Trudno też o podziwianie teł – parę ładniejszych ujęć się zdarzy, ale poza tym nic ciekawego. Gadolle natomiast prezentują się niczym wytwory wyobraźni dziecięcej, które dorośli powiększyli tak aby były choć trochę straszne. Na razie takie różnorodne projekty potworów nie przekonują mnie, zobaczymy, czy się przyzwyczaję. Dostajemy jednak także – i ciekawe, czy tak zostanie do końca – bardziej niż porządną animację, tak więc przynajmniej na sceny akcji (jeśli przymknie się oko na CGI) powinno się dobrze patrzeć. W tle pobrzmiewa ładna i dobrze dobrana do wydarzeń muzyka. Kawałek w openingu śpiewany przez Konomi Suzuki nie brzmi porywająco; nie sądzę, by pełna wersja coś w tym zmieniła. Mimo powyższych zastrzeżeń będę oczekiwała kolejnych odcinków, ciekawa, jak wszystko się potoczy.

Muszę wyrazić mój zachwyt – cóż za przepięknie zanimowane mordobicie! Porwała mnie choreografia bezprecedensowo głupich pojedynków, przecudna symfonia kopnięć i uderzeń pięścią, z domieszką kija do baseballu i drewnianego miecza… No cud, miód i orzeszki. Jak oni pięknie fruwają, skaczą i wyginają się w celu zrobienia bliźniemu krzywdy – animowana poezja. Cały seans miałam taki uśmiech, jak pewien prezes telewizji, kiedy dostał 2 miliardy.

Fabuła The God of High School (przynajmniej na razie) nie wydaje się skomplikowana – oto trójka bohaterów bierze udział w eliminacjach do turnieju, który ma wyłonić najsilniejszego licealistę w kraju. Zwycięzca, niczym Aladyn, będzie mógł poprosić o cokolwiek i jego życzenie się spełni. Swojego szczęścia próbują: narwany Jin Mori, obdarzony świetnym refleksem i złotym serduszkiem; urocza Mira, mająca słabość do dobrze zbudowanych gości i Han Daewi, spokojny i opanowany młody człowiek. Ale takich jak oni nie brakuje, co pokazuje już pierwsze starcie na arenie.

Niestety nie trwa ono zbyt długo, ponieważ większą część odcinka zajmuje rowerowy pościg za motocyklistą – równie efektowny i dynamiczny jak cała reszta, więc trudno uznać czas mu poświęcony za stracony. Poza tym gdzieś na drugim planie majaczą ludzie organizujący imprezę, wysoko postawieni i obdarzeni niezwykłymi umiejętnościami. I chociaż bardzo chciałabym napisać coś więcej, jestem zbyt oszołomiona i podekscytowana wizją drugiego odcinka. To było po prostu dobre – dynamiczne, pełne energii i świetne pod względem technicznym. Niby prosta bijatyka, ale wykonana w sposób wzorcowy i zdecydowanie zachęcająca do sięgnięcia po ciąg dalszy. Zwłaszcza, że historia ma do zaoferowania trochę więcej niż pojedynki.

Jak już wspomniałam, technicznie nie ma się do czego przyczepić. Ktoś przepuścił małą fortunę na pierwszy odcinek, a ktoś inny świetnie się bawił, rysując go i wprawiając w ruch poszczególne szkice. Ale to nie jedyne zalety anime – ścieżka dźwiękowa też wyróżnia się na plus, chociaż nie jest to typ muzyki, którego słucham na co dzień.  Czołówka to animowano-muzyczny majstersztyk, podobnie jak rapowanka pojawiająca się w odcinku.

Nie ukrywam, że jestem zachwycona – The God of High School sprawia wrażenie serii na wskroś nowoczesnej i z wyższej półki. To świetna rozrywka nie tylko dla widza. W każdej minucie czuć, że twórcy bawili się równie dobrze i całą swoją miłość do anime przelali w to urocze mordobicie. Koniecznie oglądać!

PS Nie mam zamiaru w pierwszej zajawce snuć smutnych przypuszczeń, zostawię je sobie na później. Chociaż kto wie, może nie będą potrzebne. Czego sobie i Wam życzę.


Dwa tysiące lat temu żył osobnik tak silny, że zniszczył ludzkość, spalił las duchów, a nawet zabił bogów. Znany był jako Król Demonów. Teraz wraca do świata żywych, aby… Podjąć naukę w szkole Delsgade, mającej kształcić jego następców?! Już od pierwszych minut nie można mieć złudzeń – główny bohater tego anime to najsilniejszy osobnik na scenie. Bez problemu radzi sobie z zaczepkami arystokratycznych rywali i wręcz znęca się nad jednym z nich podczas pojedynku egzaminacyjnego. Znajcie jednak jego dobre serce – przywraca nieszczęśnika do życia dzięki zaklęciu wskrzeszającemu, gdyż musiał kilka razy udowodnić dumnemu słabeuszowi, że na nic jego krzyki i przechwałki. Przez cały szereg egzaminów idzie niczym burza, niszcząc przy okazji kryształ mierzący magiczną moc kandydatów do szkoły.

Rzecz jasna zniewaga, jaka spotkała przedstawiciela arystokracji, nie mogła pozostać bez konsekwencji. Bohater zostaje zaatakowany przez kolejnego przeciwnika, który wydaje się znacznie silniejszy. Może i jest, jednak w zestawieniu z umiejętnościami prawdziwej reinkarnacji Króla Demonów wypada dość blado i ponosi sromotną klęskę. Anos Voldigord, bo tak nasz bohater się nazywa, przy okazji po raz kolejny dręczy przeciwników, katując ich zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Rzecz jasna, wszyscy wychodzą z tego cało, ot, takie to zło wcielone wróciło na świat. Plotka o tych wydarzeniach obiega całą szkołę, zaś na domiar złego reinkarnacja samego Króla Demonów zdaniem egzaminatorów akademii nie nadaje na jego następcę. O ironio!

Jednak nie samą walką Anos żyje. Podczas egzaminów poznaje Mishę Necron, dziewczynę o niezwykłych zdolnościach magicznych. Nawiązują w miarę przyjazne stosunki, zaś bohater już pierwszego dnia zaprasza ją na domowy obiadek do swoich rodziców. Przy tej okazji dowiadujemy się nie tylko, że rodzice najsilniejszego z demonów są dość oryginalną parą, zachwyconą zdolnościami syna, ale także ciekawostki na temat jego wieku. Od jego urodzin minął zaledwie miesiąc, a proces jego wzrostu zapewne wywoła uśmiech na twarzach osób znających cykl gier The Sims. Niestety, na temat samej Mishy nie dowiadujemy się zbyt wiele – jest spokojną, życzliwą światu dziewczyną, która niezbyt często zabiera głos. Na pewno nie brakuje jej wiedzy i umiejętności, ale na więcej musimy poczekać.

Oprawa wizualna pozytywnie zaskakuje, zwłaszcza jeśli wcześniej obejrzało się Dokyuu Hentai HxEros. Projekty postaci są znacznie milsze dla oka, a antagoniści samym wyglądem przynajmniej takich przypominają. Przyzwoicie wypadają też sceny walk, gdzie zobaczymy sporo animacji i efekciarskiego użycia magii. Nie jest to może poziom najlepszych anime z gatunku, jednakże stanowi miłą odmianę po tym, co widziałem w wyżej wymienionym tytule. Na dodatek mamy jakąś ścieżkę dźwiękową, która w najważniejszych momentach była nie tylko zauważalna, ale też podkreślała nastrój wydarzeń.

 

Maou Gakuin no Futekigousha nie odkryło przed nami na razie zbyt wiele kart. Widać jednak pozytywy – główny bohater ma wprawdzie moc pozwalającą mu na wszystko, ale także charakter pozwalający patrzeć na niego bez kręcenia nosem. Na pewno poznamy też wiele nowych postaci, które tu i ówdzie pojawiały się na ekranie. Po pierwszym odcinku mam co prawda sporo obaw, gdyż dysproporcje umiejętności między Anosem a resztą obsady mogą zrobić się denerwujące, ale jeśli poboczne postaci i kolejni antagoniści będą coś sobą reprezentować, jest szansa na przeciętnego, a może i ponadprzeciętnego przedstawiciela gatunku.

Na Ziemi pojawiają się Obcy nazywani Kiseichuu. Nie wyrządzają bezpośrednio szkód fizycznych planecie, nie zabijają ludzi. Odbierają im jednak zdolność odczuwania podniecenia seksualnego, a pozbawionemu jej gatunkowi grozi wyginięcie z prostego powodu – całkowitego zaprzestania reprodukcji. Czy znajdzie się ktoś, kto stawi czoło tak okrutnemu przeciwnikowi?

Retto to z pozoru zwykły uczeń szkoły średniej. Ma kolegów, z którymi ogląda świerszczyki, ma też koleżankę z dzieciństwa, zwaną w klasie Iron Maiden ze względu na jej podejście do płci przeciwnej. Kirara nie tylko nie utrzymuje kontaktów z chłopakami, ale także nie dotknie bezpośrednio niczego, co płeć męska wcześniej trzymała w dłoni. Z opowieści Retto wynika jednak, że w dzieciństwie taka nie była – zachowywała się normalnie wobec wszystkich, a z samym zainteresowanym bardzo często flirtowała. Pewnego dnia pojawia się kolejny Kiseichuu, który zaatakował idolkę podczas występu, pozbawiając zarówno ją, jak i widownię „H-energy”, czyli energii podniecenia seksualnego. Retto, jako pierwszy HxEro (przecież określenie bohatera w języku angielskim to połączenie litery „H”, w japońskim symbolizującej seks, oraz „Ero” od „Erotic”, czyż to nie oczywiste?), rzuca wyzwanie wrogiemu najeźdźcy! Po wygranej walce dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy. Po pierwsze, istnieje pewna niedogodność związana z gadżetem XERO, pozwalającym bohaterom wykorzystywać H-energy do walki. Po każdym jego użyciu ubranie zostaje zniszczone, a nieszczęśnik zostaje nago tam, gdzie się akurat znajdował. Energię niezbędną do walki trzeba też jakoś naładować, zapewne poprzez erotyczne myśli czy działania, chociaż tego się na razie możemy jedynie domyślać. Właśnie w związku z tym drugim wymaganiem ponowny atak kosmicznego robaka przysparza sporych problemów bohaterowi. Na szczęście (chociaż początkowo zdawać by się mogło, że nieszczęście), jest z nim Kirara, którą podczas ucieczki trzyma za rękę w dorosły sposób (przeplatając palce). Dziewczynie przypomina się scena z dzieciństwa, gdzie właśnie takim gestem zacieśniała z nim więzi. Dziewczyna powoli otwiera swoje serce, a wraz z nim na nowo uwalnia erotyczną energię w wymownej scenie przypominającej orgazm. Tym razem Kiseichuu nie ma szans, ilość energii jest tak ogromna, że Retto przy jej pomocy wysyła przeciwnika w niebyt. Dziewczyna proponuje, że będzie pomagać w walce z najeźdźcą…

Wprowadzenie do fabuły może nie wypada fatalnie, ale dobre też nie jest. Główny bohater wydaje się kompletnie nieciekawą postacią, motywuje go jedynie chęć zemsty za odebranie jego przyjaciółce H-energy, co niby miało zmienić jej zachowanie. Szkoda tylko, że już na pierwszy rzut oka widać, iż nie tu leży problem. Po czasie wyjaśnia się też, że Kirara nie została przez Kiseichuu skrzywdzona – robal nie mógł wyssać jej całej energii, ponieważ tyle jej miała już jako dziewczynka. Zawstydziła się, że jest tak zboczona i tylko erotyczne myśli jej w głowie, przez co zamknęła się na kontakty z płcią męską… Logika pierwsza klasa. Przynajmniej wybór nastolatków na bohaterów ma sens – ze względu na okres dojrzewania w głowie im tylko jedno, więc sił do walki nie powinno im zabraknąć. Może to i stereotypizacja, ale przynajmniej ma jakieś podstawy w rzeczywistości. Zrozumieć można też, że piątka HxEros ma zamieszkać razem, a że główny bohater do dyspozycji dostał cztery partnerki – energii erotycznej mu nie powinno zabraknąć! No chyba, że wcześniej nie wytrzyma fizycznie… Szkoda też, że źli Obcy są tak bezpłciowi i nudni, że zapewne erotyczne życie Retto będzie tutaj głównym tematem…

Oprawa techniczna nie odrzuca aż do momentu, kiedy pojawiają się sceny walki. Projekty postaci co prawda oryginalnością ani jakością wykonania nie grzeszą, ale da się na nie patrzeć. Mimo raczej nieziemskiego zachowania damskich piersi anatomia jest w miarę przyzwoita. Jednak już pierwsza scena walki okazuje się ciężką próbą – czegoś tak absurdalnie źle wykonanego nie widziałem dawno. Próbkę macie na jednej ze zrzutek powyżej. Trudno w ogóle opisać te sceny – tło się rozmywa, bohater udaje, że się porusza i tajemniczym wyrzutem energii wysyła przeciwnika w niebo. Później powtarza niemal to samo, tylko z koleżanką pod rączkę… Litości. Niestety, na goliznę też nie ma co liczyć – ocenzurowane zostało niemal wszystko, nawet ujęcia majtkowe. Ścieżka dźwiękowa niemal nie istnieje, co tylko podkreśla nijakość serii. Co gorsza, udawany przez seiyuu Kirary orgazm raczej śmieszy niż ekscytuje, zwłaszcza że wywołało go trzymanie za rączkę. Nieco lepiej wypada ending, którego da się słuchać. Jest dość rytmiczny, dynamiczny i w miarę pogodny, wpisując się w znośną odmianę j-popu. Animacja mu towarzysząca pasuje do samego anime, dodając nutkę parodii i komedii.

Czy polecam komuś to anime po pierwszym odcinku? Nie. Czy całkowicie je skreślam? Też nie. Widziałem w życiu gorsze chały, a w tym przypadku jest przynajmniej kilka pozytywnych elementów. Nie spodziewam się jednak, że poziom znacząco wzrośnie, za to ryzyko stoczenia się w otchłań kiepskiej erotyki i udawanych orgazmów jest bardzo duże, bez szans na lepszą akcję czy animację walk… Z recenzenckiego obowiązku zobaczę jeszcze dwa odcinki, a w tym trudnym czasie możecie mi towarzyszyć, o ile nie odrzuciły Was absurdy tego dzieła.

No cóż, nie było to na razie tak idolkowe, jak się obawiałam – nie moje klimaty zupełnie – aczkolwiek opening, czemuś umieszczony w połowie odcinka, nie pozostawia złudzeń, że tak będzie, choć w wariacji na temat, powiedzmy, że oryginalnej. Świat rzeczywiście jest magiczny, jak głosiły zapowiedzi, w dodatku wygląda trochę jak takie bardziej cywilizowane fantasy i jest całkiem przyjemny dla oka, co skłania mnie do nieco większej niż przewidywana życzliwości względem serii. Na razie.

Główna bohaterka – tak typowa, jak to możliwe, czyli różowowłosa, jakby nieco nieporadna i bardzo urocza, a poza tym bez wątpienia utalentowana – udaje się dyliżansem do akademii pod wezwaniem wiedźmy Flory, zdaje się kogoś w rodzaju półbogini, bo wszyscy się do niej modlą. Akademia jest wyłącznie żeńska i wypasiona, jak się patrzy, poza tym ma chłodną dyrektorkę o wyglądzie uczennicy, mnóstwo fajnych zajęć magicznych do wyboru (!) i hierarchiczny a głupi system rang, o którym później.

Nasza bohaterka, Tiara – diademik, który nosi, jest jakoś istotny, nie wiem więc, czy imię znaczące, czy przypadek – po krótkim zwiedzaniu miasta łatwo zapisuje się do akademii, udowodniwszy tylko swój magiczny potencjał. Dyrektorka przydziela ją do grupy, w której znajduje się Rosetta, przyjaciółka Tiary z dzieciństwa – następuje radosne spotkanie po dwóch latach, iluś miesiącach i 14 dniach, Rosetta pamięta to dokładnie, ja nie. Sempajka oprowadza nową po szkolnych hektarach i rozmaitych magicznych wykładach i ćwiczeniach. Tiara nie wiedzieć czemu mdleje na widok eksplozji wywołanej magiczną strzałą. Wychodzi na to, że była słabego zdrowia, ale leczący efekt przyniosły piosenki śpiewane jej przez starszą siostrę, z którą zresztą ma chyba obecnie popsutą relację. Nie przeszkadza jej to śpiewać owej piosenki w hołdzie uroczemu nocnemu pejzażowi miasta. Kolorowe latarnie faktycznie były śliczne.

Wcześniej, podczas oprowadzania, Rosetta przedstawiła też Tiarze resztę ich grupy (razem jest ich oczywiście piątka, sama w sobie ewidentnie liczba magiczna, przynajmniej w anime). Może za tydzień zapamiętam ich imiona i przypiszę je do właściwych kolorów włosów, bo na razie żadna z dziewcząt nie przykuła wystarczająco mojej uwagi. Ale też żadna mnie nie zirytowała, to już plus. Wieczorem w jadalni Tiara wpada na trójkę innych dziewcząt, z których jedna ma najwyraźniej jakąś ansę do wspomnianej starszej siostry, z marszu przeniesioną na młodszą. Poza tym okazuje się, że uczennice, prócz tego że działające i uczące się w grupach samopomocowych, dzielą się na trzy rangi: najwyższą czarną, potem czerwoną i niebieską (lapis). Wyznaczają one kolejność jedzenia, kąpieli i zapewne inne przywileje, a wynikają z osiągnięć grup. Co więcej, w szkole stosowana jest daleko posunięta odpowiedzialność zbiorowa, tzn. jeśli komuś w grupie źle idzie, cierpi cała grupa. A Tiara trafiła właśnie do kompletu z czterema leserkami, którym grozi wydalenie za złe wyniki…

Ach, był jeszcze niby żarcik skierowany do fanów yuri (Tiara będzie dzielić pokój z Rosettą), trochę wciśnięty na siłę, ale nieszkodliwy. Generalnie, na razie nie wygląda to szkodliwie ani dla mojej psychiki, ani dla zmysłów – kolorki są jasne i pastelowe, większość elementów tworzonych w 3G nie boli, a niektóre nawet są ładne; piosneczki śpiewane przez seiyuu przeleciały mi przez uszy równie bezboleśnie i niemal niezauważalnie, bo żadna przesadnie nie piszczy. W większym stężeniu może być gorzej. Ale żeby nie było, że całkiem nie mam zastrzeżeń – coś jest nie tak z buzią Tiary, która mi się niezbyt podoba, a poza tym sylwetki dziewczyn momentami lekko się deformują tu i tam, choć nie jest to żaden dramat. No i mają biusty normalnej wielkości! To też plus jak dla mnie. Podsumowując: nie żywię żadnych oporów przed obejrzeniem kolejnego odcinka, a bynajmniej nie spodziewałam się, że to napiszę.

Tag Cloud