No dobra, to była masakra – bardzo dosłownie i odrobinę w przenośni. Ale może zacznijmy od początku.

Drugi odcinek skończył się w momencie, kiedy na horyzoncie pojawił się dziwny obiekt, a z piasku wyłoniły się małe statki, z pokładu których zamaskowani żołnierze zaczęli strzelać do bezbronnych mieszkańców Wieloryba i gdyby nie Sami, to Chakuro byłby jedną z pierwszych ofiar. Na wyspie wywiązuje się coś pomiędzy walką a rzeźnią, bo z jednej strony mamy zupełnie niczego niespodziewające się ofiary w postaci dzieci lub ludzi pozbawionych mocy, a z drugiej zdeterminowane jednostki w postaci Lykos czy Ouniego. Z trzeciej strony pojawia się jeszcze starszy brat Sami, który próbuje zapanować nad chaosem i zebrać ocalałych. Generalnie nikt nie wie, co robić, a kiedy ktoś zaczyna podejmować sensowne kroki, żołnierze ze Skylos (bo tak nazywa się obiekt, który jak się okazuje, przybył w poszukiwaniu zagubionej wyspy Lykos) dostają rozkaz odwrotu, a ich dowódca, niejaki Orca i w dodatku starszy brat Lykos, zostawia ją „na pastwę” mieszkańców Falainy.

Potem mamy zbiorowy pogrzeb ofiar i  ultrakrótki okres żałoby. I wydawać by się mogło, że to wszystko tak powinno wyglądać, ale po seansie tych dwóch odcinków mam spore wątpliwości. Ok, takie rzeczy jak zupełny chaos i prawie zerowy opór ze strony mieszkańców Wieloryba można przełknąć, bo żyjąc w zupełnej izolacji od reszty świata nie są oni przyzwyczajeni do niespodziewanej agresji. Ale cała reszta? Już niekoniecznie. W ogóle cała akcja oddziału ze Skylos była tak chaotyczna i zagadkowa, że nie bardzo wiadomo, co tak właściwie chcieli osiągnąć. Teoretycznie mają wrócić za tydzień i rozprawić się z resztą populacji wyspy, ale ci, którzy powinni być najbardziej zainteresowani trochę tam po cichu cierpią, acz w gruncie rzeczy wygląda to tak, jakby jeden dzień wystarczył, by cała sytuacja wróciła do normy. Żadnych pytań, żadnej agresji i wielkiej rozpaczy czy szoku. Nikt nie żąda wyjaśnień od Rady Starszych, która ma swoje wielkiej plany, a kiedy Ouni przynosi ważne informacje dorośli mają do niego pretensje, że w obronie swoich przyjaciół i w interesie wszystkich innych zabił sporą część wrogich żołnierzy i wpadł na pomysł, żeby przesłuchać dwójkę ocalałych. Serio? To chyba tak nie powinno działać… Słowem: burdel na kółkach.

No dobrze, czwarty odcinek nie jest już tak chaotyczny, bo przynosi kilka ważnych odpowiedzi w zestawie z całą ilością nowych pytań, ale przy okazji wraca do irytującej przeplatanki momentów poważnych z humorem, który zupełnie nie pasuje do sytuacji. I jeśli tak ma wyglądać ciąg dalszy, to nie jestem pewna, czy będzie można nazwać tę serię udaną. Będę szczera i napiszę, że zupełnie nie wiem, jak po tych kilku odcinkach ocenić „Dzieci Wielorybów”, co jak na razie całość stoi okrakiem między ciekawą wizją świata i fabułą z prawdziwym potencjałem a chwilami kompletnie niezdarną realizacją scenariusza i być może zamierzonymi niekonsekwencjami (bo sporo rzeczy wymaga tu wyjaśnienia i sprecyzowania).

Trochę szkoda, bo ostatnimi czasy rzadko pojawia się seria fantasy, która przynajmniej na pierwszy rzut oka stanowi powiew świeżości. Jeszcze bardziej szkoda byłoby zobaczyć taką masę potencjału zmarnowaną z powodu słabej realizacji (acz to nie jest wina wyłącznie twórców anime). Cóż, niewątpliwym atutem anime pozostaje oprawa techniczna, bo wyraźnie widać, że cały budżet nie poszedł na olśniewający pierwszy odcinek, a został dobrze rozplanowany. Pomijając upiorne komputerowe morze piasku, cała reszta od płynnej animacji, poprzez ładne projekty postaci i szczegółowe tła po bogatą kolorystykę sprawia, że Kujira no Kora wa Sajou ni Utau to bez wątpienia jedna z najładniejszych serii tego sezonu. Dodajmy do tego jeszcze przyjemną dla ucha ścieżkę dźwiękową z bardzo udanymi piosenkami na czele i dostajemy serię, na której można przynajmniej zawieść oko. Gorzej, że przyszłość fabuły wygląda jak fatamorgana na pustynnym horyzoncie. Cóż, czas pokaże na ile wizja w oddali okaże się prawdziwa…

Jeśli chcecie wiedzieć, co tak zszokowało bohaterów, będziecie musieli oglądać dalej!

Początek odcinka wydał mi się nadzwyczaj normalny. Aki zapowiedziała rodzicom, że wpadnie do nich jej chłopak. Reakcje były dość standardowe – ojciec zaczął się nieco stresować, a matka zachowała spokój.

 

Szybko jednak wyszło na jaw, że Haruka łatwo mieć nie będzie. Jeśli myśleliście, że zachowanie jego wybranki wynika znikąd, to jesteście w grubym błędzie – została sumiennie wychowana przez matkę, od bardzo wczesnego dzieciństwa. Dowiedzieliśmy się tego dzięki wspomnieniom ojca. Haruka po przybyciu na miejsce musiał się najpierw zmierzyć z nieokiełznaną erotyczną fantazją najpierw jej matki, a później i samej Aki. Za to z jej ojcem dogadał się niemal błyskawicznie bez słów, obydwaj dobrze rozumieją trudy i znoje codziennego życia z obydwiema paniami…

 

Para głównych bohaterów wybiera się na randkę. Aki postanowiła zaczerpnąć wiedzy najpierw od matki, a później z telewizji, a wypadową tych dwóch sił okazało się być przechylenie głowy o trzydzieści stopni. Dziewczyna była tak zajęta próbą odpowiedniego zachowania, że dopiero Haruka podsumowujący randkę zdołał ją otrzeźwić. Po chwili rozpaczy, aby udobruchać dziewczynę, zaprasza ją na kolejną randkę, tym razem na Hanami (podziwianie rozkwitu wiśni). I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że dziewczyna rozchorowuje się w szkole. Cała randka staje pod znakiem zapytania, ale nawet przy trzydziestu-dziewięciu stopniach gorączki nie opuszczają jej myśli związane z wiadomym tematem.

 

Na całe szczęście Aki wyzdrowiała, więc w niedzielę razem z Haruką ruszyli na randkę. Tylko po to, żeby na miejscu zastać płatki wiśni zrzucone z drzew przez wcześniejszy deszcz. Załamaną dziewczynę znowu na duchu podnosi bohater, tym razem zapraszając ją na Hanami za rok. Dziewczyna jest zachwycona faktem, że cały rok będą razem.

Boku no Kanojo ga Majime Sugiru Shobitch na Ken to anime przeciętne. Ma swoje dobre strony, jak zdrowego na umyśle protagonistę czy przedstawianie życia szkolnej pary od kuchni – wizyty u rodziców czy randki. Niestety, ma też masę wad. Po pierwsze spora część humoru erotycznego wrzucona jest na siłę, przez co kompletnie nie pasuje do nastroju danego wydarzenia. Są też absurdalne i niesmaczne elementy, jak chociażby metody wychowania Aki przez jej matkę, dotyczące bądź co bądź malutkiego dziecka. Po drugie stado dziewcząt, które jeszcze zostanie rozbudowane, bez wyjątku wiesza się na szyi bohatera. Czy seria nadaje się do oglądania? To zależy, czy jesteście w stanie zignorować najgorsze elementy. Jeśli tak, to seans będzie dość przyjemny, a muszę przyznać, że anime ma swoje słodkie i romantyczne momenty, na które aż chce się popatrzeć.

Ok, romantyczne deklaracje na razie się nie powtórzyły, ale za to dostajemy inne ciasteczka. Tak się fajnie złożyło, że trzeci odcinek sponsoruje literka „T”, jak „trening” i „trauma”. Pierwsze odbywa się w związku z genialnym planem porwania fryzjerskiego koszmaru z zeszłego tygodnia – przywódcy Zmierzchu, Finisa, który jak się potem okazuje złem wcielonym jest. Bo? Chyba „bo tak”, ale o tym się jeszcze przekonamy.

Tak czy siak, dzielni panowie postanawiają porwać jego i przy okazji pociąg, którym rzekomo ma podróżować. Źródło informacji znane nam nie jest, ale to przecież Lupin, jego dane nie mogą się mylić. I pewnie gdyby nie fakt, że nasza (Neo)Cardi(n)a też pragnie wziąć udział w tej operacji, może dowiedzielibyśmy się czegoś o planowaniu całego przedsięwzięcia albo coś. Nie, przecież pokazany w migawkach „trening” dziewoi z każdym z panów jest ważniejszy! Swoją szosą, heroina to albo geniusz, że tak szybko się uczy, albo jej harem ma zbiorowy instynkt leminga i żadnego z przystojniaków nie obchodzi to, iż dziewczyna jako najsłabsze ogniwo może cały plan spierniczyć do tego stopnia, że któreś z nich może zginąć. No, trudno najwyżej będzie i jednego lub dwóch (może nawet trzech?) idiotów mniej, a Zmierzch dorwie bohaterkę, wypatroszy ją z „serducha” i wreszcie będzie mógł wprowadzić w życie swój plan dominacji nad światem (bo cóż innego mogliby planować?). Yay!

Z kolei „T” jak „trauma” odnosi się do najnowszego nabytku, czyli Van Helsinga, który w milczeniu cierpi strasznie, ale że nasze serduszko zauważyło w jego oczach smutek, to oczywiście nie można było tego zostawić na potem. Dowiadujemy się, że dzielny łowca pracował dla Zmierzchu, bo go szantażowali i biedny musiał wymordować całą rodzinę wampirów, do których się przywiązał… Ale zaraz, jakie wampiry? A no jak się ekspresowo streszcza nam Doktor F. kilka lat wcześniej doszło do pogromu krwiopijców z chyba rozkazu królowej i na pewno z inicjatywy Zmierzchu. Tak czy siak, masakra była straszna i z rzezi rodziny panującej ocalała tylko jedna osoba, która obecnie bawi się w złodzieja i kradnie co ważniejsze wąpiórze skarby, a że dziewoja musi jakoś sprawdzić swoje umiejętności, panowie chóralnie zgadzają się na kolejny do miasta, tym razem na aukcję, by złapać tajemniczego „kradzieja” i zgarnąć kasę za jego głowę. Ale wiecie, no tego… was też tak jakby szukają? Nieee, nikt nie zwróci na was uwagi…

I faktycznie, nikt nie przejmuje się naszą podejrzaną zgrają, bo show kradnie wampirzy podlotek, który wszem i wobec ogłasza kim jest i tak dalej. Wywiązuje się walka, małolat poznaje Van Helsinga i deklaruje, że chce się zemścić. Pan bez mrugnięcia okiem zgadza się na pojedynek i opuszcza grupę, która oczywiście leci za nim. Nie odpuszczą przecież takiej okazji do zdobycia kasy! Nie no, wiecie… Heroina przejęła się smutkiem w oczach młodego wąpierza i stwierdziła, że trzeba obu panom pomóc. I tym sposobem dostajemy kolejnego samca do zestawu! Tym razem coś dla fanek nieletnich…

O, ale wiecie co? Zaczynam chyba lubić Van Helsinga. Jegomość może i połknął kij od szczotki, ale to, że nie użala się nad sobą otwarcie (to robi główna bohaterka, komentując smutek w jego ślepiach) i jego reakcje na pomysły całej reszty to taki mały promyczek światełka w całej tej otchłani głupoty. Bo serio, to jest głupie, bardzo głupie. I ma drewnianych bohaterów. Ale nawet byłoby ładne, gdyby nie zatrudniono animatorów, ponieważ nieruchome ujęcia prezentują się naprawdę dobrze. Muzyka gdzieś tam w tle sobie pogrywa. A, no i gdyby jeszcze wyrzucić piosenkę z openingu, to byłoby znośnie. A tak to w sumie nie wiem – harem jak każdy inny. Może lepszy niż reszta z tego sezonu, ale w porównaniu do większości to jednak zdecydowanie niższe stany średnie. Opcjonalnie wyższe stany mierne. Nie wiem, sami zdecydujcie.

P.S. Nic jednak nie pobije treningu kondycyjnego – panienka popiernicza po lesie w swoim cudownym stroju i ani razu o nic nie zahaczyła! To się nazywa zwinność.

Poprzedni odcinek zakończył się pojawieniem samego Samorządu i kategorycznym zakazem korzystania z pomieszczeń klubowych. Jak się bowiem okazuje to od niego zależy, czy klub zostanie powołany do życia, a jak na razie nieodwołalna decyzja brzmi: Absolutny zakaz! I nie pomaga nawet Gomon-sensei, nauczyciel, którego wybrali do opieki nad klubem. Co więcej, w momencie, gdy zostaje zwołane przez Samorząd nadzwyczajne zebranie w sprawie zakazu tworzenia tego typu „klubów”, opiekun uświadamia dziewczętom, że muszą przekonać nie tylko uczniów i Samorząd, ale też jego, jaka jest potrzeba, by taki klub zaistniał. A kto zostaje wydelegowany do wygłoszenia przemowy? Ależ oczywiście, że Minoa!

 

Tak mniej więcej przedstawiają się wydarzenia z początku i końca odcinka, środek natomiast zapełnia wyprawa całej gromadki do Akihabary, gdzie Minoa przeżywa swoje pierwsze hurtowe spotkanie z japońska popkulturą. Mamy rozmowę na temat cosplayów i dylematów cosplayera, o light novel i adaptacjach oraz o battle anime. Ale przede wszystkim o zasadzie „trzech odcinków”, czyli o tym w jaki sposób twórcy wprowadzają na początku postacie i fabułę, by w końcu „coś” ruszyć albo nagle zmienić całkowicie klimat serii właśnie w trzecim odcinku, a jak wiele osób nie może się doczekać i nie wychodzi poza te trzy, a nawet dwa odcinki. A to w ekstremalnych wypadkach powoduje czasem zawieszenie produkcji.

 

Anime-Gataris generalnie utrzymuje się mniej więcej na ustalonym poziomie – sympatyczna komedia szkolna o wprowadzaniu nowicjusza do świata popkultury japońskiej, ładnie narysowana (przynajmniej bohaterowie, ponieważ w tle mamy albo plansze, albo statyczne postacie). To co może lekko drażnić niektórych widzów jest bardzo wyraźne puszczanie oka przez twórców – a to mamy przeróbki (czasem dosyć pomysłowe) tytułów filmów, seriali, książek, a to nawiązanie do wydarzeń ze znanego tytułu, a to burzenie czwartej ściany, ba, w tym nawet jest mini-bajt na fujoshi, oczywiście zaprezentowany i skomentowany z całkowitym rozmysłem, jako bajt.

 

Pytanie zasadnicze brzmi, czy takie prowadzenie fabuły, czyli rozmawiamy o anime i uświadamiamy Minoę, utrzyma się się końca serii, czy, jak zasugerowali twórcy, po trzecim odcinku zmieni się całkiem klimat, nastąpi coś dramatycznego i wszystko się wywróci do góry nogami? No, w końcu w materiałach promocyjnych zapowiadano, że jakiś koniec świata miał być?

 

Ale mam w tym sezonie zajawkowym tempo, ale mniejsza z tym. Odcinek trzeci UQ Holder utwierdza mnie w przekonaniu, że nie mamy do czynienia z niczym ponad całkiem solidną acz bardzo przewidywalną porcją haremówkowej rozrywki. Jak można było się domyślić bohaterowie wraz z kilkorgiem nowo poznanych osób przybywają do kwatery głównej organizacji mieszczącej się na niewielkiej wyspie całkiem niedaleko windy (spodziewałem się trochę więcej kina drogi ale trudno).

Na miejscu Touta wraz z Kuromaru dowiadują się, że aby dołączyć do elitarnego grona będą musieli pomyślnie przejść próbę która polega na zadaniu chodź jednego ciosu wybranemu przeciwnikowi, który już należy do klanu. Głównemu bohaterowi przypada jedna z jego przyszłych haremetek Isht Karin (można sobie połamać język), a nasz osobnik o niesprecyzowanej płci będzie walczył z Gengorou.

Oczywiście odcinek upływa na treningach, zapoznaniu kolejnej dziewczyny, która o dziwo nie jest nieśmiertelna i pracuje na wyspie jako pomoc (ukłon w stronę fanów fartuszków). Równie dziwnym by było gdyby protagonista i jego kolega/koleżanka oblali test więc mamy w odcinku małego power-upa w postaci miecza z funkcją kontroli grawitacji, co ni mniej ni więcej oznacza, że można dość dowolnie zmieniać jego masę. Oczywistym jest również to, że główny bohater bardzo szybko uczy się nim perfekcyjnie władać, co przekłada się na zwycięstwo w próbie i dołączenie do szacownego grona członków UQ Holder. Podobnie Kuromaru wykorzystując trik użyty wcześniej przez Toute wygrywa swój pojedynek.

Na koniec mamy jeszcze szlachetne ratowanie damy w opałach (jak myślicie po co komu była dziewczyna w fartuszku bez mocy?) oraz trochę wątpliwej jakości efektów specjalnych w postaci tragicznie wyglądających jaszczurów.

I to by było na tyle jak mawiał klasyk. Nie wyczuwam tu niestety niczego wiekopomnego, ale anime ma zadatki na całkiem sympatyczną serię przygodową. Postacie na czele z głównym bohaterem nie są irytujące, historia póki co umiarkowanie wciąga, ale nie jest też jakoś przeraźliwie nudna, a oprawa audiowizualna jest akceptowalna chodź o fajerwerkach nie ma mowy. Jest też kilka smaczków z nawiązaniami do starej serii, ale póki co równie dobrze mogło by tych elementów nie być. Decyzję o oglądaniu bądź porzuceniu pozostawiam Wam.

 

W mieszkaniu Itsukiego popsuł się klimatyzator, który pełnił zimą rolę grzewczą. Naprawa ma się odbyć za trzy dni, a do tego czasu bohater postanowił polecieć na Okinawę. Ot, w celach zdobycia doświadczenia niezbędnego do napisania jednej ze scen z jego light novel. Oczywiście poleciały z nim Nayuta i Miyako, a Haruto musiał odmówić w związku z pracami nad anime będącym adaptacją jego powieści. Podczas kolacji na wyspie, Nayuta znowu zaczyna nawijać o miłości i seksie, a Itsuki udaje z całych sił, że nie rozumie co do niego mówi. Za to a po odmowie podania jej alkoholu wykonuje fellatio na gotowanym jajku. Ech ta codzienność twórców…

Do kolejnej rozmowy o Nayucie dochodzi w trakcie późnowieczornego spotkania Itsukiego i Miyako w hotelowym pokoju. Po kilku piwach chłopak otwiera się przed nią i wyjaśnia, że oficjalnie odmówił Nayucie po jej pierwszym wyznaniu i jednocześnie przyznaje się, iż jakieś uczucia względem niej posiada. Jego wygląd w oczach Miyako znacznie się po tym poprawia, lecz ta druga informacja zdecydowanie nie poprawia jej humoru.

 

Następnego dnia dwie ślicznotki postanawiają nago wykąpać się w zimnym oceanie, przy czym niestety widać jedynie przekaz podprogowy – „kupta bluraye, kupta!”

Po powrocie, do Itsukiego wpada Setsuna Ena, jeden z ilustratorów. Panowie (tak, panowie!) zdecydowanie się lubią, do tego stopnia, iż wspólnie lecą na Hokkaido. W jakim celu? Nażreć się aż do spuchnięcia. Ech ci nowobogacze… Jednak nie to jest tu najważniejsze – podczas tego wypadu głębiej poznajemy Itsukiego, który zdecydowanie zdaje sobie sprawę jaki poziom prezentują jego prace, zresztą przyznał się do tego już przed Miyako, proponując jej twórczość Nayuty zamiast własnej.

I byłoby dobrze, gdyby odcinek skończył się zanim do Itsukiego wpadł „braciszek”. Po obfitym obiedzie przygotowanym ze składników przywiezionych z Hokkaido, Chihiro na odchodne zaprasza brata w odwiedziny podając przykład, że rodzice się ucieszą. No tak, skąd Itsuki miałby wiedzieć, że zamiast młodszego brata ma młodszą siostrzyczkę? No przecież nie od rodziców! Przecież nie widać po jej zachowaniu i sylwetce! No skąd, przecież to niemożliwe do odgadnięcia, a rodzice nie poinformowali. Może oni też nie wiedzą?

Imouto sae Ireba Ii to anime, które mogłoby być dobrą obyczajówką po wycięciu części głupstw w niej przedstawionych. Główny bohater ma sporo zalet, a Nayuta i Miyako nie są denerwujące, widać też, że mają choć trochę osobowości. Fabuła związana z pracą twórców może się tutaj dość ciekawie rozwinąć. Po czołówce widać, iż jeszcze nie wszystkie postaci przedstawiono, więc seria może zyskać jeszcze na urozmaiceniu obsady. Czy warto oglądać dalej? To zależy od Was, ale poza dwiema scenami dotyczącymi młodszych siostrzyczek z twórczości Itsukiego, seria nie zaprezentowała nic absolutnie dyskwalifikującego jej do oglądania. I wygląda na to, że chore fantazje nie będą tematem przewodnim, więc raczej nie odrzuci już od ekranu.

Nie chwaliłem jeszcze czołówki tej serii, a wypada, bo zdecydowanie jest co. Kyoumen no nami (Odblaski na falach) autorstwa piosenkarki YURiKA perfekcyjnie pasuje do klimatu tej serii. Jest w tym utworze lekkość i niewinność, ale pod płaszczykiem pozornej prostoty utwór ten skrywa wiele ciekawych pobocznych linii melodycznych, z których kilka zawiera niepokojące dysharmonie, burzące jego sielskość przy bliższym wsłuchaniu się. Z całym Houseki no Kuni jest bardzo podobnie.

W poprzednim epizodzie Fosfo został pożarty i strawiony przez gigantycznego ślimaka wodnego. W tym Diament próbuje przywrócić ją do poprzedniego stanu, a właściwie przekonać kogoś do pomocy, ponieważ pozostałym kryształom jest to całkowicie obojętne. Większa część akcji to ukazywanie, jak bardzo Fosfo nie była lubiana. Jako że mieszkała z pozostałymi kryształami przez 300 lat, ciekawie jest zastanawiać się, jak wyglądały ich relacje przez tak długi okres czasu. Tłumaczy to też po części brak zaangażowania jego towarzyszy: kryształy niezbyt dobrze rozumieją ideę śmiertelności, co podkreśla również jedna z ich rozmów, w której są lekko zniesmaczone niezwykłą dla nich reprodukcją i umieraniem zwierząt.

Tak więc akcji tym razem nie ma prawie wcale, to niemal czyste okruchy życia, i bardzo mi z tym dobrze, choć nie twierdzę, że to nie w tej serii przede wszystkim chodzi. Gdybym miał wskazać jej najważniejszy aspekt, to postawiłbym na grafikę, ale w dobrym sensie – nie kosztem fabuły i postaci, ale jako kluczowy środek wyrazu. Mnóstwo tu scen wyrażających się niebanalnym kolorem i kompozycją, wręcz poetyckich. Walka ze ślimakiem przy zachodzącym słońcu, Diament biegnący przez nocny las, abstrakcyjna, lecz piękna scena rekonstrukcji Fosfo – urokliwych momentów jest w tym odcinku wiele, dość, aby nabrać ochoty na jeszcze więcej w przyszłości.

 

Tym razem odcinek podzielony jest bardzo wyraźnie na dwie części. W pierwszej dowiadujemy się, skąd się wzięła obsesja Maiki na punkcie zagranicy i jesteśmy świadkami nie-randki, a w drugiej obserwujemy kolejne zderzenie bohaterki z rzeczywistością, tym razem z istnieniem komiksów doujishin i ich odbiorcami.

Okazuje się, że obsesja Maiki rozpoczęła się w wieku lat pięciu, gdy do ich przesiaknietego tradycją domu przyjechał blond gość z zagranicy. Był on tak fascynujący dla młodego dziecięcia, iż rzeczone dziecię stwierdziło, że jest zmęczone tradycją i chce za granicę. Albo przynajmniej kawałek tej zagranicy mieć w domu. Co z kolei sprowadziło się do chęci pofarbowania włosów na blond, wielogodzinnym wgapianiu się w figurę brodatego starszego mężczyzny, stojącego pod siecią znanych wszystkim zagranicznych jadłodajni (nota bene, jak się okazuje to była pierwsza miłość Maiki), czy też domaganie się od rodziców zainstalowania komina w domu, żeby bohaterka mogła złapać sobie Mikołaja. Wszystkiego tego dowiadujemy się w trakcie rozmowy z rozespanym Dino, na którego Maika przypadkiem nadepnęła,  a który odsypiał noc zarwaną na oglądaniu anime ze słodkimi dziewczętami. Dzień jak codzień i zachwycony deptaniem menadżer, jak zwykle. Za to następujące później wydarzenia doprowadzają do umówienia się rzeczonego z Maiką na nie-randkę – bowiem bohaterka jest absolutnie nieogarnięta w tej materii, a menadżer żyje w świecie fantazji z anime.

Druga część generalnie sprowadza się do tego, iż klient zostawia w kawiarni doujinshi dla dorosłych, którego okładka wstrząsa Maiką do głębi i zostawia ślad na jej umyśle do końca życia… A przynajmniej dopóki nie znajduje się właściciel, co jest dla bohaterki jeszcze większym szokiem. Na plus należy zaliczyć, że dorosła już Mafuyu (ta mała, co gra młodszą siostrzyczkę) zdecydowanie uniemożliwia nieletniej Kaho dorwanie się do komiksu. Za to faktycznie, próby wybadania klientów przez Maikę w kwestii własności zguby były zabawne.

 

Jako adaptacja 4-komy Blend-S spełnia swoje zdanie dobrze, poszczególne epizody przechodzą dosyć płynnie w kolejne i generalnie anime trzyma się na stałym poziomie (przynajmniej po tych trzech odcinkach). Z kolei postacie są celowo skonstruowane na stereotypach. Mamy tu dwudziestosześcioletniego blond Włocha, absolutnie bez asertywności, z obsesją na punkcie anime, stereotypów dziewcząt z anime i wielbiciela naturalnych japońskich dziewcząt, co i rusz puszczającego krew z nosa, jak bohaterka na niego spojrzy „sadystycznie” – czyli generalnie stereotyp zachodniego męskiego wielbiciela japońskiej popkultury. Mamy stereotypowe niewinne japońskie dziewczę, wychowane w tradycyjnym, japońskim domu (według wyobrażeń zachodnich), zapatrzone w stereotypowe zachodnie wzorce. Celowo powtarzam „stereotypowe” ponieważ Blend-S na owych stereotypach i ich wyśmiewaniu jest oparte. I jeśli ktoś to lubi oraz chce popatrzeć na ładną, pastelową kreskę (która jak na razie też jest stereotypowa, ale utrzymuje jakość), to Blend-S jest dla niego jak znalazł. Zwłaszcza, że w następnym odcinku w końcu dojdzie czwarta kelnerka – według zapowiedzi typ „Starszej siostry”.

 

 

Do dzisiejszego odcinka najbardziej pasuje chyba słowa „poruszający”. Także „piękny”, „mądry”, „smutny”… Ale im więcej określeń wyszukuję, tym bardziej zacieram wrażenie i gubię ulotny klimat, którym tchnie ta najprostsza z możliwych historia o życiu i umieraniu – a raczej życiu, które się nie kończy, lecz powraca do natury, by dać życie. To trzeba zobaczyć i poczuć.

Porwanie Chise przez tajemniczego nieznajomego na smoku ostatecznie okazuje się tylko psikusem spłatanym Eliasowi – który zresztą ani na moment jej nie opuścił, co każe mi coraz lepiej myśleć o jego zdolnościach, a na moment, przyznaję, w nie zwątpiłam. Lindel wbrew pozorom jest ponoć starszy nawet od Ainswortha i opiekuje się wyspą-rezerwatem smoków. Schronienie znalazły na niej ostatnie ich gatunki (owszem, przywodzą silnie ma myśl dinozaury, ale niech będzie, ma to nawet swoisty urok). Jak się okazuje, zarówno smoki, jak i magowie są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Chise, o ile ukończy szkolenie, może być ostatnią przedstawicielką swego rodzaju.

 

Podczas gdy magowie omawiają swoje sprawy – tym razem to najwyraźniej Elias występuje jako instancja kontrolująca – Chise zajmuje się trójką niedawno wyklutych smoczych  maluchów, co wymaga mnóstwo sił do zabawy. Kiedy małe wreszcie padają zmęczone, zbliża się do wielkiego starego smoka imieniem Nevin, który jest już bliski śmierci. Przywodzi jej to na pamięć własny niedawny zamiar odebrania sobie życia. A wtedy okazuje się, że smok potrafi czytać w myślach… Ich rozmowy nie będę streszczać, by nikomu nie psuć przyjemności oglądania. Jest „pogodna mądrym smutkiem”, jak pisał Staff, i w piękny, subtelny sposób dotyka najważniejszych kwestii istnienia.

Przy tej okazji dostajemy także, dzięki rozmowie Eliasa i Lindela, kolejne informacje na temat Sleigh Beggy, którą jest Chise. Wyraźnie widać, że daje jej to ogromne zdolności i wspaniałe możliwości, ale jednocześnie stanowi dla niej ciężar i zagrożenie. Zatem na Eliasie spoczywa wielkie zadanie, by pomóc jej sobie z tym radzić. Bardzo, bardzo chętnie zobaczę, jak też się im to będzie układało.

Graficznie – pozostanę przy prostych określeniach jak „piękne”, mimo surowości krajobrazu wyspy i nieco zabawkowych projektów smoków, oraz „doskonała robota”. Nie zabrakło uroczych esdeczków, tak potrzebnych przy poważnym klimacie opowieści. W dodatku w odcinku pojawia się prześliczna nastrojowa piosenka, potwierdzając, że także muzycznie nie ilość jest ważna, ale jakość. Cóż mogę więcej powiedzieć? Ci, co znają mangę, wiedzą, a reszta moim zdaniem powinna się jak najszybciej zapoznać przynajmniej z anime.

 

Za trzecim razem uznałem, że na trzeźwo się nie da. W związku z tym to nie jest tak, że z Dies Irae nie wiążą się dobre wspomnienia. Przeciwnie – Paulaner Hefe-Weissbier Naturtrüb to piwo sycące, ale zarazem orzeźwiające dzięki delikatnej kwaskowatości, która przywiodła mi na myśl owoce cytrusowe.  Jeszcze podkreśla to jego piękna pomarańczowa barwa, w połączeniu z lekko goździkowym, korzennym zapachem idealnie wpasowująca się w jesienny okres. Życie nie składa się jednak z samych przyjemności, ba, co poniektórzy pomyleńcy z własnej nieprzymuszonej woli nie dość że oglądają, to jeszcze tracą czas na opisywanie opadów japońskiego przemysłu anime. I jak tu niektórych zrozumieć…

Pierwszą rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę, jest że protagonista, czegokolwiek by nie powiedział, brzmi jak 40-latek zniszczony życiem. Krótkie spojrzenie na listę płac ujawnia, że gra go 44-latek. Czy zniszczony życiem? Skoro musi grać w takich rzeczach, pewnie tak. Poza tym, skoro już go zatrudnili, to zapewne musiał oglądać ten serial, i to wielokrotnie, co na pewno nie pomogło. Drugą istotną rzeczą jest, że nadal do diabła kompletnie niczego nie rozumiem. Przyczyny tego stanu rzeczy mogą być dwojakiego rodzaju. Pierwszą może być Paulaner. Drugą – że scenarzyści to skończeni idioci.

Postacie najpierw znajdują w śmieciach nazistowskiego księdza, z którym idą do kościoła gadać o niczym, po czym z mroku wyłania się tajemnicza postać, która na pewno nie jest – PODKREŚLAM – na pewno nie jest, rywalem protaga, z którym tłukł się w poprzednim odcinku. Protag idzie spać, po czym we śnie, albo i nie, zabija przypadkową dziewuchę w parku, albo i nie. Przychodzą naziole i się z nim tłuką. -„O, Frau Motteschmetterling, ja bym go chętnie zabił, bo tak!”  – „Więc go zabij, albo i nie, Herr Majorze Flohkakerlakeregenwurm!” Wpada jakaś nowa narodowa socjalistka. – „Wy go tu nie zabijajcie, bo nie można, tak kazał Kapitan Wespemückefliegebien…” nieważne, nie po to wygraliśmy wojnę, żeby musieć słuchać tego germańskiego bełkotu. Naziole czegoś chcą od protaga, do tego się to chyba sprowadza. W związku z tym zapisali się do jego klasy w liceum. Aha.

Ale to nie jest tak, że to zła adaptacja visual novel. To idealna adaptacja – ledwo animowane sylwetki przewijają się na pomijalnych tłach i gadają w nieskończoność. Naprawdę czujesz się, jakbyś w to grał, tylko klikać nie trzeba, więc łatwiej się żłopie Paulanera. Polecam!

 

Tag Cloud