No kawaii, kawaii są te podrygi przecież…

Twarzą w twarze z nowymi współspaczkami, Mile musi stawić czoła rytuałowi jikoshoukai, w jej wyobraźni bliskiemu procesowi sądowemu i torturom, bo dziewczyny głupie nie są i widzą, że coś ściemnia, zwłaszcza twierdząc, że jest zupełnie początkująca w magiczne klocki. Ale jakoś się wywija, bo dzwonek wzywa na pierwsze zajęcia, które są testem zdolności i umiejętności, zarówno fizycznych, jak i magicznych. Mimo starań, by wypaść przeciętnie, Mile udaje się wyróżnić pokonaniem doświadczonego łowcę (zirytował ją komentarzem o płaskiej desce) i skopiowaniem jakby nigdy nic autorskiego zaklęcia Reiny. Natomiast ciekawość Pauline zwiększa wybitnie widok Mile, która w lesie przeprowadza chyba coś w rodzaju autoterapii (afirmacji?) w obliczu własnoręcznie zrobionego nendroida. Nic dziwnego, że dziewczyny znów próbują ją przemaglować, tym razem przy herbatce, nie pozwalając sobie wciskać rozmaitych bredni, w tym dyżurnej o rodzinnej sekretnej technice, ale znów w końcu dają jej spokój. No bo przecież z czego byśmy się śmiali za tydzień…

Nazajutrz opiekun grupy (to jest kurs przyspieszony, który w pół roku ma z uczniów zrobić łowców w randze D, a nawet C) wyznacza zadania, które wymagają dobrania się w drużyny. Nasza czwórka ma upolować dziesięć królików-jednorożców, co proste nie jest. Mile oczywiście zrobiłaby to pewnie pstryknięciem palców, ale uporczywie nie chcąc się wyróżniać, postanawia zamiast tego podciągnąć koleżanki. Reinę i Pauline uczy zaklęcia wodnego, które zwiększa szybkość i precyzję ich ataków, ale w przypadku Mavis trening przypomina raczej szkolenie ninja albo wiedźminki… Króliki nie mają szans. Jak się okazuje, skalne golemy, odpowiednie dla łowców o trzy rangi wyżej, też nie, a nasza urocza drużyna jako jedyna zdaje szkolny test i jednocześnie nawiązuje pierwszą nić przyjaźni.

No cóż, nie jestem pewna, czy ubijanie magicznych stworzeń oznacza robienie uroczych rzeczy, ale dziewczyny z pewnością są urocze, przynajmniej z wyglądu i ubioru. Do tego dwie są sprytne, w tym jedna wbrew pozorom merkantylnie wyrachowana, a druga trochę tsundere, trzecia jest prostoduszna, a czwarta jest pechowym głuptaskiem, z uporem godnym lepszej sprawy próbującym ukryć to, czego się ukryć nie da. Co wraz z esdeczkami, typowymi przerysowanymi animkowymi reakcjami i nawiązaniami do innych serii (większości nie łapię, ale widzę, że są) lub gatunków ma być oczywiście zabawne. No, dla mnie nie jest, ale nie twierdzę, że nikomu się na pewno nie spodoba… zwłaszcza że jest też całkiem ładnie narysowane i nieźle zanimowane, a często to wystarczy, żeby się dobrze bawić przed ekranem.

Aha, opening w wykonaniu czterech aktorek straszy akustycznie i wizualnie, ending ciut mniej, ale tylko ciut.

Drugi odcinek wpada niestety prosto w pułapkę adaptacji scenariusza gry na scenariusz anime – zdecydowanie za bardzo widać, że postacie drugoplanowe zachowują się jak NPC-e. W grze jest całkowicie naturalne, że gracz musi dowiedzieć się dokładnie, co i gdzie powinien zrobić, albo że otrzymuje kolejne kawałeczki układanki podane tak, żeby na pewno je zauważyć. W serii wypada to, mówiąc łagodnie, dość nienaturalnie, podobnie jak reakcje bohaterów. Pewnie dałoby się to zgrabniej rozwiązać, bo intryga tymczasem zdecydowanie się zagęszcza.

Uratowana w poprzednim odcinku dziewczyna pamięta tylko własne imię, Matoi – a także imię Asha, ten jednak nie ma pojęcia, czy i skąd mogliby się znać. Kiedy jednak on i Afin otrzymują misję przeprowadzenia zwiadu na powierzchni planety Naverius (tak, tej samej, co w zeszłym odcinku), nieoczekiwanie dowiadują się, że ma im towarzyszyć także Matoi. Plus należy się za to, że misją ma dowodzić doświadczona wojowniczka Kohana, zaś bezpośrednie zwierzchnictwo także jest zdumione decyzją „góry” o wysłaniu na powierzchnię planety przypadkowego cywila.

Początkowo zwiad przebiega zgodnie z planem – bohaterowie radzą sobie zarówno z miejscową fauną, jak i z mrocznymi pomiotami, kiedy zaś sytuacja wymyka się trochę spod kontroli, pomaga im znajdujący się akurat w pobliżu Gettemhult. Czyli ten nabzdyczony weteran z poprzedniego odcinka, który ponownie wygłasza kilka kwaśnych uwag, po czym znika. Szybko jednak możemy zauważyć, że Kohana zachowuje się odrobinę dziwnie, w końcu zaś, po próbie zaatakowania bohaterów, ucieka… O co chodzi? To wyjaśniają kolejne pojawiające się w dogodnym momencie postacie i ma to związem z mroczną materią cieknącą z mordowanych pomiotów. Ash i spółka postanawiają jak najszybciej odszukać Kohanę, jednak natrafiają tylko na jej ciało… Które błyskawicznie zostaje zgarnięte przez statek ARKS. Wydawałoby się, że to oznacza koniec misji, ale zdumieni bohaterowie słyszą odmowę, gdy proszą o możliwość powrotu do bazy. Misja ma być kontynuowana.

Widać doskonale, że ARKS skrywa mroczne tajemnice, przy czym „skrywa” może być pewnym eufemizmem, jeśli wziąć pod uwagę, z jaką łatwością natrafiają na nie świeżo zaciągnięci rekruci. Powiedziałabym, że odcinek dobrze wyważył ilość zagadek i pytań podsuniętych widzowi, z udzielanymi informacjami, a obraz, jaki się na razie wyłania, jest w miarę spójny, choć zdecydowanie mroczny. Problemem jest niestety sposób prowadzenia historii. Jeśli w dalszym ciągu będzie on polegał na tym, że w odpowiednim momencie pojawia się jakaś losowa postać i wygłasza akurat potrzebne wyjaśnienie, to czarno to wszystko widzę… Może, ale tylko może, chodzi tylko o wprowadzenie odpowiedniej porcji informacji, a fabuła zacznie się rozwijać bardziej płynnie. Mam na to nadzieję, bo wydaje mi się, że byłoby warto.

Sosuka (Szary) i Uta (Różowy) – czyli twórcy piosenki z poprzedniego odcinka – odwiedzają Saku (Niebieskiego) w pracy. Tak się składa, że jest to knajpka serwująca curry i znajdują się tam też Kai (Brązowy) i Mike (Czerwony), z Klubu Archeologicznego. Oczywiście wszyscy pożerają i zachwycają się smakiem curry, do tego stopnia, że Kai zirytowany pochwałami kolegi z klubu wyzywa Saku na pojedynek – na gotowanie. Zaś okazja do tego będzie przednia, ponieważ Klub Archeologiczny jedzie w weekend z nauczycielem fizyki, Washiho (Ciemny Kucyk), w celu zbadania Białego Muru na zajęcia terenowe do pierwszego Okręgu. A konkretnie na plażę.

 

Po przyjeździe następuje krótka odprawa w wykonaniu Washiho, na zasadzie: zajęcia polegają na obserwacji i wysnuwaniu wniosków i na dzieleniu się nimi i… a, dobra, wy się pluskajcie, a ja idę do lasu zbadać ruinki. Tak więc Kai i Saku gotują curry, reszta się moczy, niekoniecznie w kostiumie kąpielowym lub gra na telefonie (to sporo scenek rodzajowych o spędzaniu dnia na plaży), a nauczyciel znajduje prawdziwy teleport na plażę. Gdzie akurat trafia na moment degustacji curry.

 

Przyjemną atmosferę psuje, ale tylko na bardzo krótko, próba złapania przez Saku zjawy na pełnym morzu oraz szybciutkie RKO, ponieważ delikwentowi wydawało się, że łapie zjawę (i wypowiada życzenie o to, żeby siostra wyzdrowiała), a tak naprawdę to skoczył do morza w momencie pikselozy i zatrzymania się świata (nie pytajcie, jak). Oczywiście po tak dramatycznym wydarzeniu wszyscy zgodnie idą spać w namiotach.

 

A wszystko obserwują koty.

Naprawdę, dawno nie widziałam odcinka tak bardzo pozbawionego jakiejkolwiek treści, fabuły, czegokolwiek, oraz bohatera tak mdłego i pozbawionego… czegokolwiek? Nawet eksploracja ruinki jest nudna jak falki z olejem. Niech mi ktoś odda te 20 minut życia spędzonego na oglądaniu niczego, okraszonego na dodatek nudną piosenką…

Drugi odcinek o afrykańskich korposzczurach wypadł odrobinę lepiej niż pierwszy, ale tylko dlatego, że tym razem mocno ograniczono żarty fizjologiczno-seksualne. Ponownie zaserwowano zlepek w zamierzeniu śmiesznych scenek z życia pracowników dużej korporacji i ponownie niewiele z nich nawiązywało do pracy. Była więc rozmowa o diecie, a także dywagacje na temat spożytkowania gorącej wody w wannie (zupa z tukana wcale nie brzmi źle) oraz wizyta w dżungli w poszukiwaniu mokele-mbembe, czyli legendarnego stworzenia, które podobno mieszka w pobliżu wody (na zlecenie szefa). Poszukiwania nie należą do zbyt intensywnych, ale bohaterom udaje się spotkać kappę i czupakabrę…

Nadal mam poważne wątpliwości, co do celowości powstania tego anime – ktoś przegrał zakład i to jego kara, czy jak? Ani to śmieszne, ani ciekawe, ani ładne. Bohaterów da się opisać dwoma przymiotnikami, a ich zachowania są do bólu przewidywalne, co sprawia, że wiemy co zrobi lub powie postać, zanim się to wydarzy. Jedynym jasnym punkcikiem w bardzo długim i ciemnym tunelu okazał się szef naszej trójki, czyli leciwy żółw. Jego monolog na temat noszonego na głowie pliku banknotów oraz warunki delegacji sprawiły, że przynajmniej raz się uśmiechnęłam. Nie zmienia to jednak faktu, że już nie mogę doczekać się trzeciego odcinka i możliwości rzucenia tego w diabły.

Tak naprawdę jedynymi profesjonalistami, biorącymi udział w tym wątpliwym przedsięwzięciu są seiyuu. Nawet jeżeli zmuszono ich do pracy szantażem lub za karę (przegrany zakład i te sprawy), wywiązują się ze swoich obowiązków doskonale. Niestety nie można tego samego napisać o ekipie produkcyjnej, z grafikami na czele. Warstwa wizualna jest paskudna, a komputerowe wstawki przypominają efekty sprzed ponad dwudziestu lat. Ruchy postaci są zupełnie przypadkowe i nienaturalne, zupełnie nie pokrywają się z dialogami – na przykład bohaterowie bezładnie machają rękami, tak jakby chcieli wykonać jakąś czynność, ale nic z tego nie wychodzi. Gdyby nie dialogi, można by uznać ich ruchy za jakiś szamański taniec. Plumkania w tle muzyką za bardzo nazwać się da, a czołówkę i ending przewijam, co by szybciej uporać się z odcinkiem.

Podsumowując, nędza i rozpacz. Dałoby się to strawić tylko i wyłącznie w formie miniatury z góra pięciominutowymi odcinkami, a tak mamy coś dla masochistów…

Ciąg dalszy wprowadzenia do fabuły wygląda moim zdaniem jeszcze lepiej – choć nie ustrzegł się drobnych nieścisłości, przynajmniej wyjaśniono (a raczej zasugerowano), że godne Sherlocka (tego z serialu BBC) wnioskowanie Ichinose rzeczywiście ma pewne podstawy… powiedzmy, magiczne. Biorąc pod uwagę całokształt świata przedstawionego, jakoś łatwiej mi to przełknąć. Oprócz nas wprowadzany jest do nowych obowiązków Seiji Nanatsuki – najpierw przez szefa ze skłonnością do nadawania podwładnym zaskakująco oczywistych pseudonimów (np. Snajper, Samuraj, Ninja, Świeżak – zgadnijcie, komu przypada ten ostatni), następnie przez samego Ichinose, który jest tu chyba głównym oficerem dochodzeniowym (i trochę szołmenem przy okazji, ale bez denerwującej przesady).

Siódemka teoretycznie zajmuje się sprawami związanymi z organizacją terrorystyczną Nine – ponoć czczącą smoki i zneutralizowaną dziewięć lat temu, więc z braku laku „podkradają” innym wydziałom przestępstwa. Tym razem chodzi o zabójstwo czterech na pierwszy rzut oka niepowiązanych ze sobą polityków, zabitych jednej nocy w ten sam sposób, ciosem noża w serce. Ichinose całkiem sensownie rozsyła kolegów do różnych zadań (sam wizytuje z młodym miejsca zbrodni), po czym okazuje się, że politycy jednak mieli coś wspólnego. Rzecz miała kilka warstw, przez które jednak ludzie Siódemki sprawnie się przebili, aż wreszcie świadek, przyparty do muru przez Ichinose, sypnął współdziałających ze sobą z racji ideologicznych morderców. Jeszcze tylko scena aresztowania w wykonaniu Seijiego i Ichinose, który nie najlepiej biega, ale radzi sobie inaczej – tego to nie opiszę ani nawet zrzutki nie zrobię, bo szkoda spoilerować, ale uwierzcie, to trzeba zobaczyć! – i finito na dziś, a ja już bym chciała kolejny odcinek, bo naprawdę się dobrze bawiłam i szczerze pośmiałam.

Albowiem nie tylko mroczny, ale przy tym całkiem wygadany (na szczęście – ten głos! xxxxxxxxxxx Tu ursa kasuje rozmaite wyznania, których się jednakowoż nie powinno czynić publicznie…) Ichinose mnie zauroczył, sama animka też mi się bardzo podoba. Jest w niej przede wszystkim fantazja, inteligentny humor (zwłaszcza cudna rozmowa szefa i młodego, faktycznie całkiem jak na świeżaka ciętego w myśleniu i języku), szybkie tempo, akcja (scena walki aż mnie ożywiła, co było też zasługą dynamicznego podkładu muzycznego), sympatyczne postaci mające do siebie dystans, bardzo dobre wizualia (nawet jeśli ulice świecą często pustkami, wnętrza są bogate i ładne, nie wspominając o postaciach) i dobrze dopasowana muzyka, a charyzmy Ichinose z naddatkiem wystarcza, żeby przykryć niewielkie dziury i niedoróbki scenariusza. No, może z wyjątkiem głębokiej rany ciętej na udzie, która mogłaby się skończyć krwotokiem tętniczym, a w kolejnej scenie nawet plamy na spodniach nie było. Ale nie takie rzeczy my widzieli i łykali, a poza tym dobrze jest!

 

No proszę, myślałam, że opękam sprawę łatwo, a tu zaskakująco skomplikowane okazało się ustalenie, czym właściwie zajmują się w swojej klubowej działalności bohaterki. Strzelają – ale nie kulkami, a laserem do wyposażonej w czujniki tarczy. Terminy, które moi bardziej zaawansowani w tematyce koledzy wypluli w końcu z siebie brzmiały laser tag oraz trenażer strzelecki, acz może dla uproszczenia będę pisać o karabinkach laserowych?

Tu od razu należy uprzedzić wszystkich tych, którzy w tym momencie postanowili sięgnąć po tę serię z nadzieją na kolejny już w anime mariaż słodkich dziewcząt i militariów. Rifle Is Beautiful to czystej wody przedstawiciel nurtu cute girls doing cute things, to zaś oznacza, że bohaterki większość odcinka spędzają na jedzeniu ciastek, porównywaniu swoich figur, prawieniu sobie komplementów, chodzeniu na zakupy, wygłupianiu się i jedzeniu czipsów. Czujcie się uprzedzeni. Fabuła jest pretekstowa: urocza Hikari, która wraz z przyjaciółką, odpowiedzialną i dojrzałą Izumi, od kilku lat bawi się w ww. sport, w liceum postanawia się zapisać do klubu strzeleckiego. Jak się okazuje, klub ma zostać właśnie zamknięty, jeśli nie znajdzie czterech członkiń, ale ta przeszkoda zostaje pokonana tak szybko i łatwo, że nie jestem pewna, po co w ogóle się pojawia. Tak się bowiem składa, że do tego samego liceum uczęszczają jeszcze dwie dziewczyny uprawiające strzelectwo laserowe (no muszę to jakoś nazwać…), w dodatku obie od razu i bez żadnych zastrzeżeń godzą się na dołączenie do klubu. Wszystkie cztery dziewczyny są dla siebie miłe, jedzą sobie z dzióbków i w ogóle kwitnie sielanka do tego stopnia, że nie da się napisać, o czym właściwie był odcinek. Ot, garść uroczych (w założeniu) scenek, luźno osnutych wokół strzelania.

Jak bym była złośliwa, zauważyłabym, że sport wybrano idealny do anime o ograniczonych zasobach finansowych i ludzkich. Karabinki są oddane ze szczegółami, podobnie jak towarzyszący im osprzęt, a nawet stroje ochronne (swoją szosą, ktoś mądrzejszy musi mi wyjaśnić, po co one, przecież taka broń nie ma chyba odrzutu?). Dziewuszki są słodkie. Zaś animacja… Powiedzmy, że jej rola w przypadku sportu polegającego na staniu nieruchomo i celowaniu do tarczy, nie jest szczególnie kluczowa. Seria zdecydowanie przeznaczona dla amatorów słodkich dziewcząt robiących cokolwiek, z wyraźnym naciskiem na cokolwiek. Zobaczymy, czy w najbliższych dwóch odcinkach zechce się wyklarować jakikolwiek motyw przewodni.

Osobą winną ataków na Mizuki okazuje się pewien trzecioklasista po prostu zazdrosny o Watase, którą jakiś czas wcześniej poprosił o chodzenie. Dziewczyna zamiast jasno dać adoratorowi do zrozumienia, że nie ma zamiaru się z nim spotykać, przypadkowo narobiła mu nadziei. Efekty są jakie są – senpai niecierpliwie czeka na odpowiedź (przekonany, że będzie pozytywna) i mierzi go, że Watase spędza tyle czasu z nową koleżanką zamiast z nim. Pytanie brzmi, jak pozbyć się natręta i jednocześnie zapewnić Mizuki bezpieczeństwo? Aby (w spokoju, nie stalkowani) znaleźć rozwiązanie kłopotliwej sytuacji, bohaterowie udają się do domu Nakamury… Cóż, chłopak ma fantazję – ściany pokoju zdobią repliki mieczy i innej broni, a także jego portret z poprzedniego wcielenia, zaś na półkach piętrzą się książki o dziwnych tytułach. Noda jest zachwycony, reszta spogląda trochę niepewnie, a kiedy Nakamura wychodzi zaparzyć herbatę, Takashima znajduje pod jego łóżkiem dwie mroczne księgi! (Swoją drogą, za dobrze wie gdzie szukać…) Otóż czarne tomiszcza skrywają mangową relację z poprzedniego życia nieślubnego dziecka anioła i demona! I niech reakcja, pozginanych ze śmiechu w pół bohaterów wystarczy Wam za komentarz… Wracając jednak do problemu dziewcząt – klubowicze wpadają na genialny pomysł, żeby ktoś udawał chłopaka Watase, nieoczekiwanie wybór pada właśnie na Nakamurę.

Reszta odcinka to relacja z randki Watase i Nakamury, na którą zaproszony zostaje namolny trzecioklasista, co by przekonał się o nierozerwalnej, głębokiej więzi łączącej tę dwójkę. Co więcej, zdaniem Nakamury łączącej ich już w poprzednim życiu, kiedy to Watase nosiła imię Rosary i była prostą córką kowala, a tak naprawdę reinkarnacją jednego z czterech archaniołów… Naprawdę, nie będę nikomu psuć zabawy. Ponieważ ten odcinek należy do dziecka z zakazanego związku, które ma uwięzionego w prawej ręce boga ciemności, pełen jest on patetycznych przemów i mrocznych sekretów tego świata, które poznacie skąpani w strugach zimnego deszczu…

Co ja mogę napisać, seria kupiła mnie już pierwszym odcinkiem. Bohaterowie są uroczo odjechani, a przy tym niemożebnie sympatyczni – w sensie, mimo swoich dziwactw pozostają grupą pełnych empatii osób, które po prostu dają się lubić. Twórcy nie ośmieszają ich w złośliwy czy chamski sposób, a jedynie wykorzystują skłonność do specyficznej megalomanii, w sumie nieszkodliwej dla otoczenia. Podoba mi się Mizuki, która cały czas punktuje celnymi komentarzami oraz racjonalizmem. Nie sądzę żeby trzeci odcinek zmienił cokolwiek – Chuubyou Gekihatsy Boy to jedna z najlepszych komedii w sezonie jesiennym. Oprócz atrakcyjnej warstwy fabularnej, seria zachęca też wizualnie. Nie ma tu fajerwerków graficznych, ale całość przyciąga ładną kolorystyką i dbałością o szczegóły. Słodkie to wszystko, ale nie aż tak, żeby wywołać mdłości.

Wydarzenia z końcówki poprzedniego odcinka wyraźnie wpływają na postawę Natsuki względem Takumy. Dziewczyna zaczyna darzyć bohatera uczuciem, a także próbuje wspierać go i podbudować jego poczucie własnej wartości.

 

Jednak nie warto marnować czasu na rozczulanie się! Wraca szkolne życie, a cała grupka musi tym razem stawić czoło wynikom egzaminów semestralnych. Zdecydowanie źle wypadają one dla Natsuki, jednak nie jest to najgorszy przypadek. Takuma ląduje na samym dole listy pomimo swojego uwielbienia dla nauki. Co poszło nie tak? Ano chłopak ma trudności z koncentracją, gdy znajduje się w grupie ludzi, w tym przypadku w klasie… Co gorsza, zostaje gdzieś wezwany poprzez szkolny radiowęzeł. Takie wezwanie zaraz po publikacji wyników egzaminu nie może oznaczać nic dobrego…

Jednak to, co Takuma zastaje na miejscu, przekracza jego najgorsze oczekiwania. Otóż zostaje skuty łańcuchami! Za chwilę jednak pojawia się Itsuyo, która takim uroczym podstępem rozpoczyna randkę w celu podniesienia poziomu bitewnych umiejętności. Standardowy zestaw zagrań ze szkolnego romansu nie przynosi jednak skutku, co nieco zniechęca walkirię… Dziewoja załamana jest podwójnie, gdyż marzyła o tym, aby ojciec Odyn poklepał ją po głowie za dobrze wykonaną robotę. Ech, ten kompleks tatusia…

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! W trakcie przygotowań do lekcji wychowania fizycznego Itsuyo ucina sobie pogawędkę z Natsuki i postanawia się nie poddawać w kwestii osiągnięcia wyższego poziomu.

Okazja do kolejnego flirtowania nadchodzi dość szybko. Chwilę po rozpoczęciu lekcji na terenie szkoły pojawia się kolejny potwór. Całe stado walkirii jest zdziwione, gdyż przewidywania boga Odyna dotyczące pory przyzywania demonów się nie sprawdzają. Cóż zrobić, Natsuki aktywuje swoje moce i bierze się za robotę, jednakże w tym przypadku niezbędna będzie pomoc Itsuyo – tego konkretnego złego nie da się ponoć pokonać fizyczną formą ataków, a takimi dysponuje blondwłosa walkiria. Tak wiec czas wskoczyć na wyższy level – tym razem miejscem chędożenia jest składzik! Co może pójść nie tak? Ano wszystko. Itsuyo mimo szczerych chęci nie potrafi oddać się erotycznym igraszkom, a Takuma, widząc zapłakaną niewiastę, klepie ją po głowie.

I puff, tak powstał Chocapic Itsuyo zyskuje więcej mocy. Teraz tylko całus w policzek i trzeba ruszać na pomoc siostrze, która znalazła się w niemałych, śliskich tarapatach…

Duet walecznych sióstr bez problemu radzi sobie z wrogiem – łańcuchy Itsuyo łapią go w pułapkę, a Natsuki wielkim ostrzem go niszczy. Ej, chwila… Czy tylko według mnie to nie ma sensu? Przynajmniej tym razem twórcom wystarczyło sił, aby pokazać sceny walki, do tego całkiem przyzwoicie wykonane pod względem animacji.

Oglądanie Val x Love nie jest prostym zadaniem. Jest tu niestety cała masa elementów, które odrzucają od ekranu i sprawiają, że seans mocno się wydłuża. Kuleje tempo akcji i rozplanowanie wydarzeń w czasie. Notorycznie przerywane zostają sceny, które powinny zostać rozwinięte i wpłynąć na relacje i rozwój postaci. O samych bohaterach też nie mogę nic dobrego powiedzieć. Zachowanie Takumy jest nienaturalne i przerysowane do tego stopnia, że widz nie potrafi ani mu współczuć, ani zrozumieć (i słusznie!) jego zachowania. Nie wiadomo po co Itsuyo przyprawiono kompleksem Elektry, bo sam koncept postaci o dwóch twarzach, nieco napalonej nastolatki udającej przed całą szkołą odpowiedzialną przewodniczącą byłby do zaakceptowania. Ogólnie, sama koncepcja zyskiwania siły dzięki interakcjom seksualnym, jakkolwiek naciągana i bardziej pasująca do hentaja, mogłaby się obronić przy nieco większej sensowności konstrukcji świata, akcji i charakterów postaci. Co więcej, fanserwis jest dość udany, dotychczas pokazane wdzięki pań są niezłe anatomicznie, a całą tę bieliznę projektowała osoba z niemałą wyobraźnią i wyczuciem, ponieważ w większości scen wygląda ona naprawdę seksownie. Po małych modyfikacjach dałoby się z tego zrobić przeciętną, ale nieobrażającą inteligencji widza serię, jednakże na to się nie zanosi. Zobaczę jeszcze następny odcinek, który zaprezentuje wielkiego antagonistę, a także nieco ignorowaną z nieznanych przyczyn trzecią siostrę – Mutsumi, ale wielkich nadziei i oczekiwań nie mam.

Iruma, ceniąc sobie swoje życie i nie chcąc zostać obiadkiem dla jakiegoś demona, nie garnie się do szkoły. Niestety, ma bystrego dziadziusia, który przewiduje wszelkie problemy i umiejętną manipulacją dusi możliwe zalążki jakiegokolwiek sprzeciwu jeszcze zanim się dobrze wyklarują. A szkole zaś, bo oczywiście Iruma do niej idzie, dzieciaki mają zostać podzielone na grupy, odpowiednio do tego, jakiego chowańca przywołają.

Od samego pojawienia się głównego bohatera przed szkołą w każdej sekundzie odcinka towarzyszy mu wiernie i radośnie Asmodeus, wierzący bez mrugnięcia okiem we wspaniałość Irumy i nalegający, by ten nazywał go Azu. Za plecami panów przewija się więcej postaci, większość to bezimienny tłum uczniów, używany tylko jako miernik jedwabistości Irumy, ale część z nich została wyróżniona, jak choćby blond dziewczę, uratowane przez bohatera w poprzednim odcinku, które chyba chce do niego zagadać, ale jakoś tak okazji brakuje, pojawiająca się na chwilę rygorystyczna przewodnicząca samorządu czy występująca już pod koniec odcinka hiperaktywna zielonowłosa dziewoja.

W tym odcinku na pierwszy plan wysuwa się jednak Naberius Kalego, nauczyciel mający nadzorować rytuał przywoływania chowańców. Osobnik srogi, nietolerujący niesubordynacji i jawnie okazujący Irumie wrogość. Nie wierzy on w niesamowitość głównego bohatera i ma zamiar uważnie mu się przyglądać. Tak, można śmiało stwierdzić, że się na niego uwziął.

Iruma boi się na początku, że podczas rytuału przywoływania poniesie porażkę, ale szybko uświadamia sobie, że właśnie taka porażka uwolniłaby go od konieczności chodzenia do szkoły, a może nawet od świata demonów i bez dalszych obaw przystępuje do przywoływania chowańca. Oczywiście wiadomo, że musi mu wyjść, ale i tak efekt mnie zaskoczył (a do tego przepakowanie Irumy akurat w tym przypadku zostało całkiem sensownie wytłumaczone). Ta absolutna puchata słodkość… Nie, nie pokażę na zrzutkach, to jest zbyt piękny moment i chyba najzabawniejszy od początku serii, polecam ten odcinek chociażby dla tego puszka… okruszka…

Narrator, o dziwo, pojawia się wtedy, kiedy akurat ma sens powiedzenie paru zdań, więc nie tylko nie przeszkadza, ale też odpowiednio dopełnia scenę. Muzyczka wydaje mi się nieco lepsza w tym odcinku albo po prostu przyzwyczaiłam się do tego plumkania, w każdym razie na pewno pasuje ona swoją lekkością do historii, wtapiając się prawie niezauważona w tło. Animacja nadal próbuje się za bardzo nie forsować, więc może dożyje do ostatniego odcinka. Zaczynam myśleć, że jest to całkiem sympatyczny tytuł…

John Watson zmierza do Baru Pipecat znajdującego się we wschodniej części okręgu Shinjuku, w rozrywkowej dzielnicy Kabukichou. Chce wynająć detektywa do zbadania dziwnych wypadków, które dzieją się w szpitalu, w którym pracuje, na miejscu jednak zamiast sławnego detektywa zastaje stado ekscentrycznych indywiduuów (znaczy detektywów) oraz bar dla może drag queen. I bardzo przypadkiem zostaje wplątany w rozwiązywanie sprawy morderstwa młodej kobiety przez (nie)sławnego Jacka Rippera (znaczy, Kuby Rozpruwacza na nasze).

 

Pani Hudson wynajmuje bowiem mieszkania detektywom, którzy pracują u niej w swoistej „agencji” – gdy tylko jest jakaś sprawa, zaczyna się wyścig dla chętnych, zaś nagrodę zgarnia detektyw, który rozwiąże sprawę. Tak jest i w tym przypadku – oprócz Szerloka do sprawy przystępują dwaj inni – Kyougoku  Toujin i Michelle Belmont, z czego pierwszy jest koszmarnie zarozumiały i brzydzi się brudu, natomiast drugi jest byłym detektywem. Poza tym, skoro to wyścig o kasę, to podkładanie świni także musi być – i oczywiście nie w wydaniu Szerloka, o nie… On ma inne maniactwa.

 

W każdym razie po zbadaniu ciała, odwiedzeniu klubu z panienkami i pożarciu ryżu z brzoskwinią, na prośbę Jamesa Moriarty’ego, tu akurat w ciele chłopaczka o wielkim intelekcie i piekielnie się nudzącego, zostaje wyjaśnione co się zdarzyło, jak i kto. W postaci „rakugo” opowiadanej przez Szerloka na scenie, w której jest sobą i kilkoma innymi postaciami naraz… W sumie ciekawe podejście.

 

Graficznie jest interesująco – jeśli chodzi o widoczki i tła, jest poprawnie, jeśli chodzi o wygląd postaci en face – jest dobrze, jeśli natomiast odwrócą się profilem lub półprofilem, to większość postaci cierpi na płaskość twarzy, orli nos i końską szczękę. Co generalnie i całościowo nie jest wcale takie złe – niestety w dalszych ujęciach gdy widać całą postać bardzo traci ona na jakości – tak że szału nie ma. Chwilowo chyba najlepiej dopracowana jest pod tym względem pani Hudson.

 

Na pewno ten, kto pisał scenariusz, miał jakieś pojęcie o Szerloku jako takim, ale wygląda też na to, że za wszelką cenę próbował „uatrakcyjnić” fabułę, postacie i w ogóle wszystko. Na razie po pierwszym odcinku wychodzi coś, co stara się być jednocześnie opowiastką detektywistyczną, komedią i… no w sumie nie wiadomo czym, bo chyba tylko na razie w miarę trzyma klimat rozrywkowej dzielnicy z brudnymi, wąskimi uliczkami.

Tag Cloud