A otóż nadinterpretowałam (to przez te wszystkie romansowe sugestie bez wątpienia) i jak się okazało, Morioko wcale zaproszenia na kolację od Yuty nie przyjęła, lecz uprzejmie odmówiła. Co może i nieźle o niej świadczy, jako i o scenariuszu. Zrzuciwszy z serca ciężar tego problemu, radośnie pogrążyła się w grze, wspomagając wątłe zdrowie i odwagę używkami i niezdrowym jedzeniem, a sakiewkę wirtualnymi pieniędzmi zakupionymi w niedalekim supermarkecie. Co przy okazji daje pretekst do wprowadzenia osoby, którą mocno podejrzewam o bycie jedną z postaci w Fruits de Mer, i nawet obstawiam którą, ale to się dopiero przekonamy.

 

Tymczasem mamy też możliwość poobserwować Yutę w realu, jedzącego posiłek z kolegą z pracy – i zdobywającego informacje o Morioko, która niegdyś pracowała w tej samej firmie i była bardzo cenionym pracownikiem. (Przy czym nie jest to aż tak wielki zbieg okoliczności, jak w powyższym skrótowym opisie). Poza tym ów kolega, Koiwai, ze swoim wesołym i luzackim stylem bycia również nasunął mi pewne podejrzenia, aczkolwiek na razie mało konkretne. W każdym razie wygląda mi na postać, która będzie się pojawiała częściej. A scenka, którą odegrali z Yutą przy jedzeniu, mimo że właściwie bezcelowa, była zaskakująco sympatyczna i zabawna.

 

Tymczasem Morioko, wróciwszy do gry, konwersuje sobie spokojnie z miłym grubaskiem Pokotarou o zaletach życia online, kiedy na głowę spada jej (Hayashiemu właściwie) kolejny kłopot: drogi prezent od Lily, za który nie bardzo może się odwdzięczyć. Przyjąć, nie przyjąć? A co, jeśli Lily ma jakieś ukryte motywy? Niezupełnie zgodnie z pierwotnymi zamierzeniami, Hayashi zadaje jej to pytanie.

 

 

A otóż Lily rzeczywiście miała ukryty motyw. Obdarzywszy wpierw Hayashiego swoją smutną historią osoby cierpiącej z powodu nadmiernej popularności w wirtualnym świecie, wyznaje, że czuje się w jego towarzystwie tak dobrze, jak niegdyś z kimś innym w innej grze – tu przebitka, która mówi nam wszystko o dwójce bohaterów i ich przeznaczeniu dla siebie nawzajem, ale co tam – i proponuje zostanie partnerami. Nie bardzo wiem, co to znaczy w realiach gry MMO, oprócz noszenia pasujących wdzianek, ale Morioko tym razem zgadza się, i to z łopoczącym z radości sercem, chociaż wyrzuca sobie przy tym, że to nie licuje z jej wiekiem i w ogóle. Ale co tam…

 

 

Dla jasności, w powyższym opisie nie ma ani grama sarkazmu, choć oczywiście mógłby, a może nawet powinien się tam znaleźć, gdyby nie ogólne bardzo miłe wrażenie, jakie mam przy oglądaniu tej serii. Owszem, jest mocno przewidywalna, właściwie od początku wiadomo, że dwójka bohaterów tak czy siak skończy razem, a jak się przyjrzeć openingowi, to można by pewnie wyłowić kolejne pary; z przygodówką w świecie fantasty, o co można by ją podejrzewać, słysząc hasło MMO, nie ma absolutnie nic wspólnego; graficznie utrzymuje się na średnim poziomie, i to raczej w niskich warstwach. Ale postaci są po prostu bardzo sympatyczne, i to w obu wcieleniach, i bardzo chętnie poznam ich „realne” wersje oraz pokibicuję ich związkom, nawet jeśli będą one wymagały nagięcia trochę przez scenariusz zasad prawdopodobieństwa. W dodatku odpowiada mi humor, nie zawsze przewidywalny, a chwilami lekko autoironiczny. Miłe, ciepłe, zabawne i sympatyczne romansowe anime, po którym można się spodziewać happy endu – czego chcieć więcej na coraz dłuższe i chłodniejsze wieczory?

 

To był niezwykle satysfakcjonujący odcinek… dla mojego kota, który spędził przemiłe dwadzieścia trzy minuty na zabawie ze mną. Ale niech będą spokojne Wasze rozczochrane główki – jednym okiem dzielnie śledziłam niezbyt skomplikowaną fabułę i nie umknął mi żaden nudny szczegół. Otóż odcinek trzeci poświęcono kolejnemu zespołowi, Quell. Tym różni się on od pozostałych, że składa się z jednej wielkiej gwiazdy i trzech nic nieznaczących przyległości. Tyle że wspomniane przyległości w postaci bliźniaków, obdarzonych skrajnie odmiennymi charakterami (nie spodziewaliście się tego, prawda?) i niezwykle uczynnego okularnika, mają ambicję by dorównać sławnemu koledze. Dlatego też po odbębnieniu codziennej porcji promocji, ćwiczą taniec. Harują jak woły, wylewając hektolitry potu na parkiecie i marzą, by ich zdjęcia znalazły się na jakimś bilbordzie tuż obok podobizny ukochanego i podziwianego senpaja. Tymczasem rzeczony kwiat show biznesu biega z wywiadu na wywiad, promując nowy film ze swoim udziałem, ale gdzieś w głębi duszy zamartwia się, że nikt nie traktuje poważnie jego nowego zespołu. W końcu idolom udaje się spotkać na wspólnym obiedzie…

 

 

Postaram się krótko – poprzednia część, czyli lekko uniesiona nad warstwę mułu nibynóżka, okazała się wypadkiem przy pracy. Nasza muzyczna ameba dokonała żywota i na amen zapadła się w najgłębsze czeluście bajorka. I jedynie wygrywające w tle j-popowe rekwiem przypomina widzom, że powstało coś takiego jak TsukiPro The Animation. Dziękuję Niebiosom, że zdecydowałam się przygarnąć drugiego kota, który z taką radością pomógł mi przetrwać trzeci odcinek tej chały. Wyraz „nuda” nawet w niewielkim stopniu nie oddaje drętwoty, sztuczności i całkowitego braku życia, wylewających się z tego anime. Twórcy najwyraźniej uznali, że wystarczy spędzić z hal stado przystojnych baranów i seria sama się zrobi, a scenariusz, charaktery postaci oraz animacja są dla słabych. Nie widzę nawet cienia sensu wyliczać chociażby kilku idiotyzmów, zaprezentowanych w tej produkcji, zwyczajnie szkoda czasu mojego, jak i czytelników. Zainteresowanych odsyłam do dwóch poprzednich zajawek, które dość dobrze opisują problem, a właściwie całą taczkę problemów, jakie mam z tym anime. Nie warto, nawet dla zabawy, z przyjaciółmi, po kilku głębszych. Po prostu nie! Natomiast zainteresowanych ścieżką dźwiękową (zupełnie słusznie, to jedyna zaleta serii) gorąco namawiam do poczekania na OST.

 

Tego się można było spodziewać… Drugi odcinek kręci się wokół młodszej siostrzyczki bohatera – Kanaty. Dziewczę to gotowe jest wskoczyć braciszkowi do łóżka na jedno słowo, a gdy dowiaduje się, że ma dziewczynę, klei się do niego jeszcze bardziej. Rzecz jasna po to, żeby wywołać zazdrość Akiho.

 

Kanata, jak nie trudno się domyślić, jest równie zboczona co i reszta damskiej obsady. Nie ma żadnych zahamowań, a nawet miotła w trakcie sprzątania terenu szkoły wydała się jej idealnym obiektem do umilenia sobie czasu.

  

W międzyczasie Akiho, zainspirowana programem telewizyjnym, postanawia zrobić swojemu chłopakowi lunch. Cóż, nie wychodzi jej to za dobrze, więc prosi Shizuku o pomoc.

Z kuchni dobiegają takie odgłosy, iż Haruce uruchomiła się wyobraźnia, a jej dzieło widać powyżej. Cóż, nic w tym anime nie pozostaje wolnego od nawiązań seksualnych.

Ogólnie, całość wykorzystuje te same schematy co i w poprzednim odcinku, po prostu nudząc widza. Są nieco lepsze momenty, ale przez większość czasu jest po prostu nudno. Miłym dodatkiem były nawiązania do innych serii (nie trudno się domyślić jakich). Nie sądzę, że trzeci odcinek przyniesie powiew świeżości, za to niemal pewny jestem, że przyniesie kolejną zboczoną panienkę wieszającą się na głównym bohaterze. Cóż, przekonamy się o tym za tydzień.

Ok… W tym odcinku chyba chodziło o to, żeby pokazać, jakim to Shin jest genialnym knujem i strategiem, bo bardzo szybko spełnia obietnicę daną Hibikiemu – chłopak dostaje możliwość przespania się ze swoją dawną koleżanką. Wow, normalnie geniusz taki, że klękajcie narody! A tak na serio: sposób poprowadzenia fabuły bardziej sugeruje, iż wszyscy inni bohaterowie wykorzystują swój mózg w całości do podstawowych funkcji życiowych, do których myślenie zdecydowanie się nie zalicza. A, a propos zaliczania, Hibiki po raz kolejny udowadnia, że zdecydowanie nie ma czego w nim tolerować, a co dopiero lubić. Że Shin to szumowina pierwsza klasa, było wiadomo już od pierwszej minuty, ale twórcy usilnie starają się pokazać, że wśród pokładów głupoty, arogancji i ogólnie pojętej palantowatości, wypełniających głównego bohatera, można odnaleźć śladowe ilości sumienia i empatii. Taaaaak, właśnie widzę. Gdyby nie wdawać się w szczegóły wystarczyłoby napisać, że próby te wypadają żałośnie, ale skoro już mamy przed sobą tak uroczą scenkę to czemuż by jej nie opisać?

Idiotyczny ciąg wydarzeń sprawia, że Shiori, koleżanka Hibikiego z gimnazjum (dawniej ponoć niewinna jako ta lelyja, obecnie przewodnicząca samorządu „szkolnego” i twarda sztuka) zostaje szantażem zmuszona przez Shina do przespania się z głównym bohaterem, który w tym czasie nieziemsko się podnieca i odkrywa wręcz sens istnienia, wyobrażając sobie początki Ziemi z hasającymi dinozaurami i mamutami (serio, serio). Cóż, on przeżywa ekstazę życia, a Shiori próbuje nie zwymiotować… Kończy się to tak jak widać na zrzutkach, a całość miała być niby zabawna… Serio? Ten przymiotnik zdecydowanie tu nie pasuje, zaproponowałabym „obrzydliwe” i „żałosne”, bo po co silić się na subtelność, skoro twórcy nie mają jej za grosz? Och, jej…

A, w tle pojawia się jakiś tam ktoś w gronie pedagogicznym, chyba szycha. Dowiadujemy się, jakie osoby trafiają do tego elitarnego ośrodka, że można przemycić telefon komórkowy i ogólnie pojęta przemoc i molestowanie są na porządku dziennym. Dopóki wychowankowie nie mają kontaktu z komputerem wszystko gra!

Oprawa techniczna nie ulega ani polepszeniu, ani pogorszeniu, co oznacza mniej więcej tyle, że animacja non stop cierpi na czkawkę, a plumkanie w tle trudno nazwać muzyką. Chociaż nie, piosenka (Huijia de Lu) i obrazki towarzyszące napisom końcowym są ładne – jedyny plus tego anime…

Niewykluczone, że Wy również tak zareagujecie na to anime…

Powyższa zrzutka wyczerpuje zarówno zakres ekspresji bohaterek (żywsze emocje okazują jak dotąd tylko na widok ciastek), jak i zakres reakcji widza. Urahara pozostaje nudne i sztuczne, chociaż w tym momencie jakakolwiek zmiana na plus i tak wydawała się już niemożliwa.

Trzeci odcinek potwierdził moje wcześniejsze odczucia. Znowu dzieje się coś chaotycznie i bez sensu, zaś przez większość czasu podziwiamy bohaterki snujące się po mieście i jedzące słodycze. „Zombi” z końcówki poprzedniego odcinka okazały się całkiem zwyczajnymi bywalcami Harajuku, wraz z bohaterkami uwięzionymi w magicznej bańce. W związku z tym dziewczęta, zainspirowane przez panienkę prowadzącą stoisko z naleśnikami, postanawiają na nowo otworzyć swój sklep, jednak w trakcie przygotowań okazuje się, że Rito cierpi na chwilową niemoc twórczą. Gdzieś w tle przemykają Obcy, którzy pojawiają się na chwilę i natychmiast zostają pokonani.

  

Oskarżanie serii o ataku kosmitów na Harajuku o „brak realizmu” wydaje się idiotyczne, ale trudno nazwać to inaczej. Kosmici jako żywo nie stanowią poważniejszego problemu z punktu widzenia spójności scenariusza. Przyćmiewają ich bohaterki, które w ogóle nie próbują analizować sytuacji, w jakiej się znalazły, czy szukać sposobów wyjścia z niej (to ostatecznie ich broń zafundowała tę magiczną sferę), ani choćby starać się skontaktować ze światem zewnętrznym (zaraz: skoro jest dostęp do internetu, to dlaczego jednostronny). Owszem, trochę się tym przymusowym uwięzieniem niepokoją, ale w sumie, skoro są w miłym towarzystwie, to czym tu się przejmować? Na pewno nie kolejnymi dziwnymi rzeczami… A właściwie, jakoś tak nie miałam czasu zapytać: dlaczego jedna z panienek ma różki, a druga uszka i ogonek? Moda, mutacja, olewactwo projektanta?

 

Da się to wszystko wyjaśnić tylko na dwa sposoby: albo sfera magicznie wypełniła się oparami substancji psychoaktywnym i wszyscy znajdujący się w niej ludzie są na permanentnym haju, albo też ta seria to szalenie sprytna gra z widzem, w wyrafinowany sposób bawiąca się kliszami popkultury. No, oczywiście można jeszcze zastosować uświęconą tradycją metodę naukową, zakładającą, że warto poszukać najbardziej prawdopodobnej odpowiedzi. W takim przypadku ta odpowiedź brzmi: Urahara to niestety zwyczajny gniot, stworzony i zagrany przez ludzi pozbawionych odpowiednich talentów. Nie dziwi mnie, że poszedł do realizacji, ponieważ mogę sobie doskonale wyobrazić, jak przekonująco to wyglądało na wykresach marketingowców: słodkie dziewczęta! Słodkie słodycze! Akcja i wybuchy! Najnowsza moda! Promocja marki! Proszę, wystarczy to wszystko połączyć i słupki będą rosnąć z radosnymi piskami. Oczami duszy widzę jakiegoś duchowego krewnego Kuzu-P z Girlish Number, zacierającego ręce i liczącego jeny, które udało się kreatywnie zaksięgować na jego wydatki w nocnych klubach.

Aczkolwiek, z drugiej strony, to by znaczyło, że przynajmniej komuś ta seria się do czegoś przydała…

Chłopcy trenują, ponieważ za pół roku czeka ich egzamin na Magicznych Rycerzy – Asta katuje biedne głazy, a Yuno przygotowuje sierocińcowi zapas drzewa na cały rok. Tymczasem ich opiekunowie nie mogą się nadziwić, dlaczego mistrz książkowej ceremonii z pierwszego odcinka zgodził się na wyprawę Asty do stolicy, skoro chłopak mocy jako takiej nie ma. Twórcy przygotowali dla widzów także pożegnalną kolację i kilka migawek z podróży bohaterów na egzamin. I to by było na tyle…

 

Początek zapowiada, że może dostaniemy wreszcie jakieś konkrety, gdyż skupia się on na legendzie pierwszego Króla Magów. Niestety dalej mamy już tylko wspomniane w pierwszym akapicie scenki rodzajowe. Jednym słowem, jest nudno! Wszystkie wydarzenia są maksymalnie rozwleczone i fatalnie świadczą o anime. Rozumiem, że najpierw wypadałoby chociaż trochę przybliżyć świat przedstawiony, ale dlaczego twórcy z uporem maniaka stawiają wyżej rzeczy nieciekawe i zbędne nad interesującymi i posiadającymi potencjał. To wspólna podróż do stolicy wydaje się lepszym materiałem na scenariusz – po pierwsze, widz mógłby zobaczyć przynajmniej małe efekty żmudnych treningów, po drugie, byłaby to okazja do pogłębienia relacji bohaterów. Tymczasem rzeczona wyprawa ogranicza się do kilku slajdów, podczas gdy większą część odcinka zajmują kolejne próby Asty oświadczenia się siostrzyce i sielankowy obraz życia w sierocińcu. W zapowiedzi widzimy, że w następnej części nareszcie zacznie się egzamin, ale zgrzytam zębami na samą myśl, ile będzie on trwał.

 

Oczywiście seria nie pozbyła się ani pół wady, powiedziałabym że jest coraz gorzej. Asta nadal drze paszczę niezależnie od sytuacji, a Yuno pozostaje zimny niczym marmur. Cała kompozycja anime woła o pomstę do nieba, a w kolejce czekają grafika i muzyka. Naprawdę nie spodziewałam się cudów, liczyłam jedynie na przyjemne patrzydło pełne „nakama-power”, podbijania poziomów i prób spełnienia marzeń. Nic trudnego, powstało na pęczki podobnych średniaków. Tymczasem Black Clover nie potrafi wykorzystać ani jednego schematu w zadowalający sposób, tak jakby ktoś sabotował cały projekt, licząc na olbrzymią katastrofę. Obawiam się, że nie ma najmniejszego sensu sięgać po wersję animowaną i lepiej od razu poszukać mangi. Nie wyobrażam sobie, że komuś może sprawiać przyjemność oglądanie czegoś tak miałkiego i słuchanie wrzasków Asty. Niestety mamy do czynienia ze słabiutką pod każdym względem, niedofinansowaną i nijaką serią. Black Clover to animowana definicja porażki.

Jak widać młodym i ładnym japońskim nauczycielkom trudno znaleźć męża, więc jedynym wyjściem dla Nano Saikawy okazuje się zaaranżowane małżeństwo. Na pierwszym spotkaniu z przystojnym Souichirou kobieta jest nim oczarowana i bardzo łatwo daje mu się zaciągnąć do łóżka. Jest wręcz cudownie! Ale co to? Po zdjęciu okularów wychodzi na jaw, że facet, z którym Nano uprawia seks to jej nastoletni uczeń, Souji Kuga, młodszy brat planowego narzeczonego. Co teraz?

No tego… Widzicie jak to durnie brzmi, prawda? Logiki i dobrego smaku zabrakło już w mangowym pierwowzorze, który ma pretekstową fabułę, więc nie spodziewajcie się czegokolwiek sensownego po tym anime. Cóż, na każdy odcinek przypadają mniej więcej trzy minuty, a z trzech obejrzanych tylko w ostatnim sceny seksu zajmują mniej niż połowę czasu ekranowego… Aczkolwiek tak szczerze pisząc, to tego nawet seksem nazwać nie można – takie to niezdarne, koślawe i krzywe. I tu pojawia się bardzo poważny problem, bo co począć z anime, którego główny „atut” nie wywiązuje się ze swojego zadania? Może jednak jest tu jakaś warta uwagi historia miłosna? Hmm, nie. Płascy jak karta papieru bohaterowie żyją w jakiejś dziwacznej alternatywnej rzeczywistości, w której zaręczyny z niewyżytym smarkaczem to nic dziwnego, więc obie rodziny nie mają nic przeciwko i dają młodym błogosławieństwo. A że „związek” narzeczonych polega na tym, że młody ma chcicę, a nasza dziewoja jedynie płacze i przeżywa po cichu swój wielki dramat i równie wielkie niezdecydowanie? Och, jej…

Technicznie serial wypada… O Borze Szumiący, toż to ma w sobie tyle animacji, że niektóre pokazy slajdów wydają się bardziej dynamiczne. Muzyka? Jakiś tam ending jest, ale to nic szczególnego. A prócz niego? Coś tam niby było w tle słychać…

Szukacie uroczej miniaturki o dwójce zakochanych? Zawróćcie i więcej tu nie wracajcie!

Poprzedni odcinek zakończył się bardzo pokrzepiającą deklaracją, że (Novo)Cardia ma na kogo liczyć i dzielni panowie gotowi są skoczyć w ogień, by jej pomóc. Ogień jak ogień, ale śmierdzący zielony gaz też się liczy, prawda? A tak łatwo można było tego uniknąć… Ale w tym celu należałoby skutecznie zmusić do współpracy logikę, bo ta po dobroci na pewno tu nie przyjdzie. Hm, może wystawić któregoś z przystojnych panów jako przynętę? Teoretycznie można spróbować, ale i tak nie sądzę, by się skusiła… A w związku z jej brakiem nie przewiduję długiego życia dla fabuły, bo żeby posunąć jakoś akcję do przodu musiano zdecydować się na najbardziej durny pomysł, na jaki tylko mogli wpaść bohaterowie… Że nawet opiekun domu nie zaprotestował… O, właśnie poznajcie go: Saint-Germain we własnej osobie!

Za Frankensteina niesłusznie, ale jednak wyznaczono nagrodę, Cardię tropi gwardia królewska na polecenie Zmierzchu, więc nasi tytani intelektu wpadają na świetny pomysł zastąpienia świeżego wiejskiego powietrza miejskim smrodem, a że ich „przebrania” są dosłownie o kant tyłka potłuc i w każdej chwili mogą wpaść na swoich wrogów? Cóż… Czego się nie robi, by zgarnąć do drużyny kolejnego bizona! A że Van Helsing początkowo chce panów powystrzelać i zgarnąć panienkę, która ma mu pomóc w zemście na przywódcy Zmierzchu (tak, zamiast działać on im o tym wszystkim mówi na samym wstępie)? Pomyślałby kto, że nasz smutny łowca myśli… Ale nie! Jeden durny trik Lupina, mowa o przyjaźni i mamy następnego przystojniaka do haremu! Uff, to chyba wszyscy, chociaż kto tam twórców wie. Z drugiej strony jednak dostajemy coraz to wyraźniejsze sygnały, że scenariusz będzie pchał naszą heroinę w ramiona pana złodzieja, więc jeśli wszystko inne zawiedzie to może chociaż romans wypali? Bo to tak naprawdę jedyna nadzieja tej serii – krótkie spotkanie z czarnymi charakterami jedynie utwierdziło mnie w tym przekonaniu.

Tak w skrócie pisząc: głupie to, momentami naprawdę krzywe, piosenka z openingu kaleczy uszy, panowie to wycięte ze sztancy chodzące stereotypy, dziewoja sprawia, że amebie powinno przyznać się Nagrodę Nobla (w którejkolwiek dziedzinie…), a antagoniści zanim zajmą się knuciem powinni zmienić stylistę i fryzjera.

Królowa Wiktoria i przywódca Zmierzchu we własnej osobie!

No, to zobaczymy, co z tych homeopatycznych deklaracji wyjdzie…

Z odcinka na odcinek coraz gorzej. Tym razem można się już poczuć naprawdę zirytowanym. To trzeci raz, gdy tytuł zdradza, kto zginie (w tym przypadku Kurczak), poza tym przez pół odcinka leci jej backstory, więc choćby po tym można poznać, że jest do odstrzału. Wszystko układa się zresztą zgodnie z kolejnością znaków w chińskim zodiaku. Mogło się wydawać, że śmierć Węża psuje kolejność (powinien być nr. 6 do odstrzału), ale jako że ma brata bliźniaka, z dużą pewnością można założyć, że mogą się nawzajem wskrzeszać.

Jeszcze żeby przewidywalność była największym problemem tego odcinka – nie jest. Jeśli poświęci się chwilę na refleksję, jakie są postępy fabuły w epizodzie nr 3, to dostrzega się, że sprowadzają się one do „żywy trup Dzika zostaje zniszczony, Kurczak ginie”. Nic więcej nie ma znaczenia dla dalszej akcji, co więcej, szybki zgon Kurczaka czyni również poprzedni odcinek niemal całkowicie pozbawionym wpływu na przyszłość. Rozwoju głównej linii fabularnej nie ma więc prawie żadnego.

Dałoby się to nadrobić, gdyby każdy ocinek przedstawiał ciekawą odrębną historię, ale na razie wątek Dzika był niezły, Wilka banalny do bólu, ale przynajmniej krótki, a Kurczaka jest zwyczajnie nużący. Ma ona (no kto by się spodziewał) tragiczną przeszłość i jest wytrenowana w mordowaniu ludzi w „podstępny” sposób, co sprowadza się do udawania słodkiej dziewczynki, kiedy się da, i zrzucania na ludzi granatów, korzystając z pomocy ptaków. Morduje tymi metodami jakieś tam losowe ludki z mafii. Specjalnie efektowne ani emocjonalne to nie jest.

Tak więc globalna fabuła sprowadza się do redukcji ekipy, lokalna przynudza, a co najgorsze, z odcinka na odcinek gadania jest coraz więcej. Kurczak trajkocze cały czas, i gdyby chodziło w tym o jej ekspresyjny charakter, to nie zgłaszałbym uwag, ale ona zajmuje się głównie wyjaśnianiem fabuły. Tłumaczy, co chciała zyskać, oszukując Psa – wiemy to. Lekarze robią na niej testy medyczne, tłumaczy, że lekarze robią na niej testy medyczne – wieeemy to.  Wpada do siedziby mafii i kopiuje ich dane z komputera, tłumaczy, że jej zadaniem było skopiować dane z komputera – wieeeeemy to. Wyjaśnia (który to już raz?) działanie swojej mocy – wieeeeeeemy to. Palcem nie ruszy bez banalnego komentarza. Słuchać się tego nie da, a podczas jej spotkania z Małpą robi się wręcz niedorzecznie, bo jej wewnętrzny monolog zagłusza wypowiedzi Małpy. To tak elementarny błąd reżyserski, że nawet w filmach klasy Z się tego nie spotyka…

Książki Nisio Isina są znane z dużej ilości dialogów i monologów, ale na papierze czyta się dużo szybciej, niż ich słucha podczas seansu, i mają dużo więcej sensu jako narzędzie do przestawiania historii. W efekcie na ekranie z opowieści przygodowej zrobił się ciąg monologów ludzi snujących się po ulicach. Brawo. Inna sprawa, że scenariusz pochodzących z owej knigi póki co też robi niespecjalne wrażenie, więc z początkowo sporych nadziei na tę serię po trzecim odcinku niewiele zostało.

Nie przebrzmiały jeszcze miłosne deklaracje Hideyoshiego, a z prawie analogiczną ofertą zapukały do wampirzych bram wilkołaki Shingena Takedy. Zaloty obficie podlane sake nastąpiły w niedalekiej świątyni, ale były nieudane, bo Toyotomi nie ma ochoty dzielić się ani Yuzuki i jej krwią, ani (ewentualnym/upragnionym/zamierzonym) zwycięstwem nad Nobunagą, ewidentnie kreowanym tu na głównego antagonistę. Mimo to wrogowie z obu klanów pozostają w pełnej przyjaźni i świadczą sobie liczne uprzejmości.

 

 

Pretekstem do tychże jest fakt, że Yuzuki nieostrożnie rozsypała ziołowe pigułki Shingena – podobno suplementy, haha – dlatego z całego swego dobrego serduszka koniecznie chce pomóc w ponownym wytworzeniu ich. Szwenda się więc po lesie w towarzystwie szczeniaka Masanobu i protekcjonalnego Hideyoshiego, szukając ziół (których nigdy na oczy nie widziała, ale co tam, ważne są intencje), a potem wraz z kolejnym ogoniastym, Masakage, pełna poświęcenia przerabia je na pigułki. Ku zdumieniu wszystkich wpada też na pomysł ulepszenia receptury miodem, żeby nie były takie gorzkie (bo Shingen, chociaż duży chłopiec, ma z tym problem). Brawo, Yuzuki, zostaniesz naszym medykiem? Toyotomi na pewno nie ma nic przeciwko…

 

 

O rany, ile biszów nałapałam…

W tym momencie następuje atak tajemniczych sił, na co Shingen jakże logicznie reaguje, porywając dziewczynę na ręce i uciekając z nią przez tylną ścianę do lasu. Czy ja już tej sceny nie widziałam w pierwszym odcinku? Wysiłek sprawia jednak, że wilkołak dostaje napadu choroby i musi zdradzić Yuzuki utrzymywany w tajemnicy sekret, że z jego zdrowiem jest kiepsko. Jeden z jego towarzyszy, który się akurat przyplątał, bo tak chciał scenariusz, przejęty prosi ją o krew, która mogłaby pomóc, ale Shingen nie chce. Masatoyo (haha, pamiętam i odróżniam! Chyba…) odbiega, zaalarmowany jakimś dźwiękiem, a w efekcie Shingen musi stawić czoła yakumie, chroniąc siebie i Yuzuki – tę scenę też już chyba widziałam… Na szczęście akurat w chwili, kiedy ostatecznie opuszczają go siły, zjawia się reszta jego obstawy i możemy porzucić uroczą leśno-księżycową scenerię.

 

 

W ramach zakończenia mamy knującego Nobunagę, przyjacielskie pożegnanie klanów Takeda i Toyotomi oraz nowy ending, śpiewany, kto by pomyślał, przez nowo poznane wilkołaki – da się słuchać, ale patrzeć nie ma na co, bo oszczędności na animacji wręcz bolą. Generalnie, warstwa wizualna znowu chyba zubożała i zaczynam sądzić, że tak to będzie właśnie wyglądać – skoro mamy stworzenia nocy, to niech akcja dzieje się w nocy, a przynajmniej o zachodzie słońca / w blasku świec, żeby zalać wszystko ślicznym pomarańczowym blaskiem, który ładnie zaciera niedoróbki. I w sumie lepiej tak, bo zieleń w dzień znowu zostawiła mi powidok. Aczkolwiek trudniej w ten sposób (d)oceniać urodę biszy – to pewnie dlatego jest ich tylu, przecież masa przechodzi w energię, a ilość w jakość…

Bisz, który przeszedł w jakość.

Gwoli podsumowania nie bardzo wiem, co napisać, bo wydaje mi się to jak na adaptację gry Otomate zdumiewająco nieszkodliwe dla psychiki, choć oczywiście pełne mniejszych i większych głupot, służących wymuszeniu wbrew jakiejkolwiek logice i prawdopodobieństwu mniej lub bardziej romantycznych scen z udziałem kreowanej na wcielenie dobroci heroiny i kolejnych biszy, z mniejszym lub większym trudem zapamiętywanych i odróżnianych. Bywa to także mniej lub bardziej zabawne, dziś raczej mniej. Przy czym powtarzalność schematów osiągnęła jak na trzy pierwsze odcinki zdumiewający poziom – ciekawe, czy Yuzuki będzie odfajkowywać te same czynności w każdym klanie, z Odą włącznie? Może nawet to sprawdzę, a was nie zniechęcam – chyba po tych trzech odcinkach można sobie już wyrobić zdanie i zdecydować, czy warto tracić czas na tę bajeczkę, głupawą i przewidywalną, no ale w końcu nie dla fabuły się ogląda ekranizacje gier otome

Tag Cloud