Minato bez dalszej zwłoki, przełykając dumę, zgłasza akces do klubu i zostaje przyjęty – nie bez oporów, które zgłasza oczywiście chmurny Kaito. Przekonanie go, by dał Minato szansę, to jeden z dwóch wątków tego odcinka. Drugi obraca się wokół Ryouheia, który w swej dobroduszności próbuje znaleźć sposób, by pomóc uwielbianemu koledze z dzieciństwa przezwyciężyć „lęk przed celem”. Szuka wyjaśnień w bibliotece, a przypadkowo spotkany łucznik kieruje go do sklepu, którego właściciel w ramach umowy barterowej udostępnia mu notatki kogoś, kto także na to cierpiał.

 

Potem wątki się schodzą: Ryouhei osiąga porozumienie z kuzynem z jasnej strony mocy, kyuutaśnym Nanao. Obaj planują, jak przekonać Kaito, by wszyscy mogli wystąpić grupowo w turnieju, a Minato mógł ćwiczyć bez obaw przed krytyką i spokojnie walczyć ze swoim lękiem. Plan jest iście mangowy, a wypala ni to przypadkiem, ni to z Wielkiej Woli Wszechświata, bo tak się jakoś składa, że wszyscy członkowie klubu słyszą prywatną rozmowę Minato z Seiyą, która pozwala im lepiej zrozumieć jego motywacje i szczerze go przyjąć. A Kaito, żeby nie wypaść z roli, postanawia dać szansę wierze Ryouheia w kolegę.

Tak oto mamy wszystko przygotowane pod turniej: ośmioro członków, i to mających już pewne doświadczenie (reszta chętnych odpadła, przestraszona ponoć warczeniem Kaito i tłumem fanek Nanao), rzut oka na przyszłych przeciwników i sugestię, że jest wśród nich geniusz (a jakże!), wreszcie w ostatniej scenie pojawia się trener z prawdziwego zdarzenia (ponieważ Tommy-sensei ma problemy ze zdrowiem), a jest nim… no któż, ach któż?

No dobrze, odfajkowujemy więc kolejne punkty potrzebne do stworzenia fabuły sportówki łamane przez melodramat. Tego drugiego nie ma na szczęście tak dużo, jak się obawiałam, przede wszystkim dlatego, że Minato wbrew pozorom jest chłopakiem zdecydowanym i tylko pozornie wycofanym, więc zamiast rozpaczać w kącie przez pół serii, postanawia jednak walczyć. Mnie też się spodobało jego wyznanie, którym ujął resztę klubu. Obok niego wyraźnie rysują się już charaktery czterech pozostałych chłopców (dziewczęta są raczej na dalszym planie) i choć żaden z nich nie wychodzi na razie poza stereotyp określany dwoma, może trzema cechami, to przynajmniej nie irytują za bardzo. Aczkolwiek nie wykluczam, że mogą się znudzić, jeśli pozostaną bez zmian. Niemniej, póki co nie widzę żadnych przeciwwskazań do oglądania, bo i temat ciekawy, i oprawa audiowizualna bez zarzutu, z tendencją do śliczna, i postaci da się wytrzymać bez bólu. A co przyniesie rozwój fabuły, przekonamy się. Ci, co znają produkcje KyoAni, pewnie mają na ten temat wyobrażenie, a reszta (jest jakaś reszta?) moim zdaniem spokojnie może zacząć zapoznawanie się z jego dokonaniami od tej serii.

W związku z koniecznością dodania do tworzonej opowieści nowej bohaterki, Suzuka pyta brata o znaczenie zwrotu „panchira”, który oznacza nic innego jak „błyśnięcie” majtkami. Mniej więcej takie oto sytuacje anime stara się wykorzystać do zagospodarowania czasu antenowego, żartowania i stworzenia pretekstu dla scen fanserwisowych. Z racji tego że rodzeństwo kompletnie nie ma pomysłu na nową bohaterkę, Yuu zaprasza na konsultacje Himuro i Ahegao W Peace sensei (to jest najgłupsza ksywka jaką spotkałem w całej mojej kilkuletniej historii oglądania anime).

Cała ta absurdalna sytuacja prowadzi do scen przebierankowo-bieliźnianych, które w zasadzie były tu celem samym w sobie, więc na tym polu twórca może odhaczyć sobie mały sukces. Niestety cały wysiłek scenariusza niweczy tu tragiczna wręcz oprawa graficzna z krzywymi, rozjeżdżającymi się twarzami i sylwetkami postaci – mamy tu doskonały przykład jak nie robić fanserwisu w anime.

Koniec końców okazuje się, że siostrzyczka wcale nie miała ochoty dodawać kolejnej bohaterki do swojej opowieści, a zrobiła to tylko dlatego, że była naciskana aby to zrobić. Po tym jak Yuu udaje się w końcu w jasnych i klarownych słowach wytłumaczyć jej, że jej twórczość była tak dobra, bo przenosiła na papier to co miała w sercu i że kocha to co napisała. Ona (całkowicie opatrznie rozumiejąc jego słowa) postanawia przepisać cały tom w jedną noc – postawa godna studenta dzień przed egzaminem.

Ore ga Suki na no wa Imouto Dakedo Imouto ja Nai to niestety całkowity niewypał. Historia jest niesamowicie sztuczna i naciągana, bohaterowie nieciekawi, ich charaktery strasznie płaskie, a oprawa techniczna woła o pomstę do nieba. Nie zbyt podoba mi się też samo zachowanie siostry, która już w tej chwili ma totalną obsesję na punkcie swojego brata i nie jest to element komediowy. Brat natomiast jest głupi jak but, totalnie nieciekawy, że o kojarzeniu przez niego faktów nie wspomnę. Ciężko będzie twórcom wybrnąć z tej sytuacji bez ofiar w ludziach, no chyba, że w dość typowy sposób utną serię w losowym momencie nie zamykając żadnego z wątków. Niestety anime nie ma niczego na swoją obronę tak więc bez żalu zakończę ten męczący seans na tych trzech odcinkach.

 

Przypadkowo poznany przez Minato młody mężczyzna nazywa się Masaki Takigawa i właśnie zbliża się do osiągnięcia swego celu: wystrzelenia dziesięciotysięcznej strzały z rzędu. Jak widać było już tydzień temu, z charakteru jest niezwykle sympatyczny i empatyczny, więc błyskawicznie dociera do sedna problemu chłopaka, czyli „lęku przed celem”. Zresztą sam podobno się z nim zmagał albo nawet dalej zmaga, tylko nie robi z tego dramy… znaczy, dramatu. Bez względu na to, czy istnieje taka jednostka chorobowa czy nie, wszyscy o tym mówią jako o czymś, co się łucznikom zdarza, i mają nadzieję, że Minato sobie z tym poradzi. Przypuszczam, że to tylko zwiększa jego panikę.

 

Ponieważ Tommy-sensei proponuje starszym członkom klubu udział w turnieju, w którym dziewczęta wezmą udział indywidualnie, a chłopcy mogą grupowo, o ile będzie ich pięciu, Seiya znów próbuje namawiać sąsiada do powrotu na ścieżkę łuku, pokazując przy tym coś jakby „mroczne oblicze”. Uh, przestraszyłam się normalnie. W tle rzecz jasna przesuwają się reminiscencje przegranych w gimnazjum mistrzostw i (już!) podwójne ilości poczucia winy. Znaczy, bez dramatyzowania się nie obejdzie, mam tylko nadzieję, że nie będzie go przybywało w postępie geometrycznym. Za to musiałam zweryfikować podejrzenie rzucone na stosunki rodzinne chłopaka, bo na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądają źle, ojciec wydaje się normalnym, miłym człowiekiem, dbającym o syna.

Jednak prawdziwy zonk dzisiejszego odcinka wiąże się z czymś innym. Kiedy Minato dochodzi do pewnego zaskakującego wniosku w związku z Masakim, a widz myśli: „No nie, znów to samo, KyoAni! Naprawdę nie można bez?”, rozwiązanie jest jednak inne. Nie chcę zepsuć wam zabawy, stąd te ogólniki – fajne to było i tyle. Chociaż nikogo raczej nie zaskoczy informacja, że pod wpływem tego spotkania i zachęcających, ale dalekich od nalegania słów Masakiego chłopak ostatecznie postanowi wrócić do ukochanego sportu.

Tempo rozwoju fabuły jest dobre, może nawet szybkie, postaci też nabierają stopniowo głębi, nie kryjąc przed nami emocji i sugerując swoim zachowaniem dalsze ich pokłady. Jak łatwo się domyślić, poziom dramatyzmu zauważalnie wzrósł i naprawdę mam nadzieję, że nie będzie dużo większy, bo zbyt łatwo tu o przesadę i popadnięcie w absurd. Niemniej ciągle jestem do serii pozytywnie nastawiona, w czym niemała zasługa sympatycznego Masakiego oraz bardzo ładnej oprawy graficznej i muzycznej.

Zleceniodawcą porwania Masaru okazuje się brat jego ojca, paskudny typ, któremu nie powierzyłabym opieki nawet nad karaluchem. Staruszek uśmiecha się obleśnie i próbuje wcisnąć bratankowi kit, że jako jedyny troszczy się o niego (i jego pieniądze) i dlatego bardzo chciałby go adoptować. Cóż, może i chłopiec jest płaczliwy, ale nie głupi – doskonale zdaje sobie sprawę, że właśnie trafił w łapy niebezpiecznego człowieka, który nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć upragniony cel. Tymczasem Shirogane i Kato z pomocą Ashihany próbują dostać się do doskonale chronionej rezydencji rodziny Saiga…

 

 

Co mogę powiedzieć po trzecim odcinku? Na pewno Masaru nie ma łatwego życia – w domu wuja odnajduje zapiski ojca, świadczące o tym, że traktował syna jak narzędzie, konieczne do wprowadzenia w życie wyjątkowo okrutnego planu. Istnieje prawdopodobieństwo, że z jakiegoś powodu ten plan wyjdzie całemu światu na dobre, a ojciec głównego bohatera wcale nie był ostatnim sukinsynem, ale na razie są to tylko przypuszczenia. Relacja opiekunów chłopca nadal ślicznie ewoluuje. Dowiadujemy się co nieco o Shirogane, która także nie miała łatwego dzieciństwa ( w sumie nie miała go praktycznie wcale), a Narumi ponownie udowadnia, że serce ma większe od rozumu. Dzieje się dużo, nie zabrakło kolejnych efektownych pojedynków lalkarzy i sporej porcji informacji. Było kilka dramatycznych momentów, sporo krwi (twórcy nie cackają się z pokazywaniem śmierci i okrucieństwa) i piękna przemiana Masaru, do którego dociera, że jeżeli chce żyć, musi stać się silniejszy. Była też zapowiedź interesującego sojuszu – mam nadzieję, że dojdzie on do skutku, bo lubię takie nietypowe układy (a poza tym, Takahiro Sakurai!). To się po prostu rewelacyjnie ogląda, anime ma niesamowite tempo, ale historia wciąga i mimo natłoku wydarzeń oraz postaci, wcale nie wydaje się chaotyczna. Protagoniści są prostolinijni, ale nie można zarzucić im naiwności. Na razie brakuje mi autentycznych czarnych charakterów, bo już teraz widać, że Ashihana to postać niejednoznaczna i poza nielicznymi przypadkami (wuj Masaru) mamy raczej podział na biel i szarość.

 

Technicznie jest dobrze. Co prawda zdarzają się już wyraźniejsze wpadki, ale kiedy potrzebna jest dynamika czy dokładność, rysownicy przykładają się do pracy. Podoba mi się też zaangażowanie aktorów w powierzone im role i naprawdę udane odwzorowanie charakterów (niemalże pozbawiona emocji Shirogane, która jednak nie brzmi jak robot, i rewelacyjny Ashihana, brzmiący jak urodzony cwaniak). Miałam spore oczekiwania względem Karakuri Circus i na razie twórcy nie zawiedli mnie ani razu. Anime jest ciekawe, fabuła dobrze poprowadzona, bohaterowie sympatyczni i po prostu widać, że za całość odpowiadają ludzie znający się na swojej pracy i lubiący starocie. Już jest fantastycznie, a to dopiero początek!

Beelzebub i Mullin razem na randce – no prawie, bo tylko wyskoczyli wspólnie do kawiarni, ale jako że wokół same zakochane pary, wygląda to jak randka. Władczyni (świadomie lub nie) chce nawet nakarmić chłopaka swoim deserem, ale jego zjada trema, a jej ręka drętwieje, więc nic z tego nie wychodzi.

Podczas późniejszego spaceru wpadają przypadkiem na Astarotha – upadłego anioła, który ewidentnie wkurza Beelzebub, kobieciarza klejącego się niemiłosiernie do Jej Wysokości. Niestety w pewnym momencie Mullin nie najlepiej dobiera słowa, co sprawia, że Beelzebub odchodzi i znika, a w ślad za nią idzie upadły anioł. Okazuje się, że dziewczyna poczuła się smutna, kiedy jej podwładny stwierdził, że dobrze wyglądają razem z Astarothem. Ewidentnie mamy tu ten moment, gdy bohaterka wie, że coś czuje, ale nie wie jeszcze, co dokładnie, chociaż fakt, że się popłakała, dobrze świadczy o kierunku rozwoju wydarzeń. Miło, że mimo moich obaw coś w temacie romansu pary głównych bohaterów ruszyło do przodu, choć na razie dość nieśmiało.

Upadły anioł zaczyna traktować asystenta Beelzebub jak swojego rywala, ewidentnie smoląc cholewki do jego szefowej (i każdej innej panny, którą ma w zasięgu wzroku), aż do momentu, gdy odnajduje go jego „dziewczyna”, a konkretnie asystentka, niejaka Sargatanas, która szybko i sprawnie robi z nim porządek.

Nie ma tu za wiele do opisywania, bo fabuły jest relatywnie niewiele. Jest za to bardzo fajny klimat i niezwykle urocza zgraja postaci, których nie sposób nie polubić. Oprawa techniczna jest prościutka, ale idealnie pasuje do przyjętej konwencji i świetnie spełnia swoją rolę. Beelzebub-jou no Oki ni Mesu Mama to świetna komedia wykorzystująca niezwykle pokręconą wizję Piekła jako miejsce akcji, zaś głównym motorem napędowym jest ogólnie pojęta słodycz i udane elementy komediowe. Istotne jest natomiast, że podczas seansu uśmiech prawie cały czas gości na twarzy, co jest kluczowe, kiedy ogląda się komedię.

Trzeci odcinek bez żadnych wstępów przenosi nas do wróżkowego królestwa Wiosennych Wzgórz, gdzie okropnie znudzona księżniczka Salodeah nie ma najmniejszej ochoty wysłuchiwać kolejnej lekcji historii. Brak stosownej edukacji okaże się bardzo pechowy, gdy podczas przefruwki po lesie księżniczka znajdzie przeuroczy mieczyk wbity w skałę – a wyciągając go, uwolni Zło. Kiedy, jakiś czas później, do królestwa przybywa kupiec Jamo w towarzystwie Yuu i Merc, nasz tytułowy apatyczny chłopak zostaje czym prędzej wezwany przed oblicze królowej. Na odległej górze zalęgła się czarna mgła, zaś za mgłą kryje się pożerający wiosnę smok. Yuu – niechętnie jak zwykle – podejmuje się misji „uleczenia” potwora, zaś w ślad za nim wyrusza Salodeah, która planuje podrzucić mu mieczyk, ale tak, żeby się nie wydało, że to ona go zabrała. Po drodze natykają się jeszcze na dwójkę wróżków płci przeciwnych ze zwaśnionych rodów, zaś koniec odcinka następuje przed skompletowaniem drużyny poprzez dokooptowanie do niej jeszcze jednego wróżka.

 

 

Brzmi to wszystko banalnie i nie będę udawać, że ta seria jest pod jakimkolwiek względem odkrywcza. Pytanie jednak, czy musi być? Fabuła odcinka, chociaż przewidywalna, toczyła się wartko. Postacie – zarówno główne, jak i epizodyczne – są w sumie bardzo sympatyczne. Do tego, o ile do rysunku i animacji można mieć chwilami zastrzeżenia, o tyle tła pozostają prześliczne. Podtrzymuję wcześniejszą teorię, że to właśnie one w największym stopniu bronią Merc Storia, ponieważ wszystkie naiwności fabuły łatwiej przełknąć, gdy ma się do czynienia z baśnią.

 

 

Prawdę mówiąc, trochę żałuję, że zapowiedziano tylko dwanaście odcinków. Mam wrażenie, że ta seria spokojnie wybroniłaby się w dłuższym formacie, więcej czasu przeznaczając na poszczególne odwiedzane przez bohaterów królestwa. Ale nie będę narzekać – nie jest to rzeczy wybitna, za to leciutka i ciepła, a przy tym bezpretensjonalna. Na pewno nie dzieło, które będę polecać po zakończeniu sezonu, ale coś, co na razie zamierzam oglądać z prawdziwą przyjemnością.

Mimo intensywnych treningów (których nie widzimy, bo to wymagałoby animacji), jakim jest poddawany Itsuki, potwór z labiryntu nadal kopie tyłek zarówno jemu, jak i jego progeniturze (czego nie widzimy, bo to wymagałoby animacji). Itsuki dowiaduje się jednak (w scenie pokazywanej w tak dalekim planie, by nie wymagało to animacji), że być może w wyniku podwójnego rytuału przyszłyby na świat silniejsze gwiezdne dzieci. Na czym polega podwójny rytuał? Ależ oczywiście na trójkąciku! Na razie jednak Itsuki wraz z Mahiru zostaje wysłany do pobliskiego gorącego źródła, co skutkuje początkowym zbliżeniem dusz, potem zaś poważnym ich poróżnieniem. Skoro na kuzynkę nie można liczyć, jedną z partnerek Itsukiego zostaje pani doktor Reona, zaś drugą – spotkana przypadkiem na mieście Falun, ekstrawertyczna i bezpruderyjna tancerka. Tu obowiązkowa scena, podwójne cudowne (na)poczęcie oraz koniec odcinka.

 

 

Zaznaczam, że nadal nie krytykuję samego pomysłu i opartej na nim gry – kto wie, to może nawet działać. Nie zmienia to faktu, że Conception w wykonaniu studia Gonzo szoruje brzuchem po dnie tak, że bardziej się już nie da. Odcinek trzeci stanowi na to doskonały dowód. Fabularnie jest kompletnie niepozbierany – złożony z niedopasowanych scen, między którymi nie da dopatrzeć się związków przyczynowo-skutkowych, a do tego chaotyczny czasowo. Rozwój postaci i relacji między nimi nie istnieje; najlepszym przykładem scena z Falun, dająca się streścić do wyboru przez Itsukiego pozycji z zodiakalnego menu i zamówienia z dostawą do domu. Wizualnie jest jak zawsze, to znaczy możemy podziwiać piękne pejzaże, seksowne ujęcia i… kogo ja próbuję oszukać? O, ale przecież seiyuu zwykle nie zawodzą! Cóż, w tym przypadku najwięcej kwestii w odcinku miał chyba Mana, czyli szalenie zabawny maskotek, którego głos wywołuje gwałtowną potrzebę ukojenia starganego zmysłu słuchu jakimiś przyjemniejszymi dźwiękami. Na przykład drapaniem gwoździa po szkle.

Studio Gonzo postanowiło chyba stworzyć awangardowy rodzaj serii ecchi. Zamiast koncentrować się na maskowaniu damskiej nagości różnymi sprytnymi wybiegami, zrezygnowano z niej niemal całkowicie, zastępując bodźce wizualne gadaniem. Dużą ilością gadania, w większości w wykonaniu Many, do którego idealnie pasuje określenie „erotoman-gawędziarz”. Efekt końcowy… Cóż, świntuszyć też trzeba umieć. Jak łatwo zgadnąć, serdecznie odradzam seans Conception nawet na próbę, chyba że ktoś koniecznie chce się przekonać, że nic a nic nie przesadzam. Chociaż… Powiedziałabym, że jest to seria rozwijająca wyobraźnię. Trzeba jej naprawdę dużo, żeby zobaczyć w tym cokolwiek najodleglej chociażby seksownego.

Tym razem odcinek jest wyraźnie podzielony na dwie części. W pierwszej pracownicy sklepu zmagają się z przedstawicielami handlowymi wydawnictw, którzy sprawiają im same problemy. Bo jak powiesić plakat, skoro nie ma już gdzie szpilki wcisnąć, jak nie przyjąć ręcznie robionych gadżetów, stosu ulotek, czy stojaczka, skoro tak ładnie namawiają? Niestety, Honda-san ma problemy z asertywnością, i w przeciwieństwie do bardziej zaprawionych w bojach współpracowników nie umie zdecydowanie odmawiać. Co ciekawe, pojawia się tu także cameo Frederica Toutlemonde’a, właściciel Euromangi i przewodniczącego komitetu organizującego Kaigai Manga festiwal w Tokio (oczywiście podkładany przez samego zainteresowanego), który najpierw wykupuje stos mang na festiwal, a potem sam próbuje opchnąć im francuską mangę shoujo do sprzedaży…

 

 

W drugiej części mamy natomiast problemy z klientami, którzy przychodzą do sklepu, szukając „czegoś ciekawego do czytania”.  Oraz pracowników, którzy na hasło „manga shoujo, trzy tomy”, rzucone przez człowieka czterdziestoletniego, są w stanie podać kilka(naście?) tytułów spełniających kryteria… To, z czym w końcu klient wyszedł – to zupełnie inna sprawa.

Fabuły praktycznie w serii nie ma, są scenki rodzajowe ze sklepu prezentowane przez Hondę-narratora, na tle statycznych plansz – bowiem ruchoma animacja też praktycznie nie istnieje. Generalnie Gaikotsu Shoten’in Honda-san można obejrzeć jako ciekawostkę, jeśli ktoś chciałby się zorientować, jak wygląda praca w sklepie z mangami, zwłaszcza wiedząc, że sam autor mangi w takowym pracował, oraz w jaki sposób działa japoński rynek wydawniczy, bowiem tych informacji dostarczanych jest sporo w trakcie odcinka.

Do Kamoi dociera, że w życiu młodej panienki Takanashi brakuje czegoś niezwykle istotnego, czym dla każdego dziecka jest chodzenie do szkoły. Po szczerej rozmowie z ojcem dziewczynki okazuje się, że jej wygląd zbyt mocno różnił się od wyglądu rówieśników, przez co skupiała ona zbyt dużo uwagi, co dla dziecka w jej wieku nie jest niczym dobrym. O przerwaniu publicznej edukacji zaważył także fakt, że po śmierci matki Misha miała ojcu za złe że ją okłamał, bo przecież ona była grzeczną dziewczynką, a mama i tak odeszła, co poskutkowało eskalacją buntu u małej.

Jednak Tsubame ma swoje (może nie najbardziej eleganckie ale niesamowicie skuteczne) sposoby na przekonanie małej, aby ta jednak wróciła do szkoły (wybór mniejszego zła jest tu chyba dobrym określeniem). Nie można jednak odmówić trafności niektórym z jej argumentów. Dziewczynka idzie więc do szkoły, gdzie zmierzyć się musi z niekontrolowanym rozrostem populacji chomików. W sumie szkoła okazuje się nie takim strasznym miejscem, a główna bohaterka zyskuje w oczach rówieśników dzięki charyzmie i skutecznemu rozwiązaniu problemu. W międzyczasie Kamoi zostaje aresztowana za wtargnięcie do szkoły na lotni…

Uchi no Maid ga Uzasugiru! to pomimo kontrowersyjnej tematyki niezwykle udana komedia z elementami okruchów życia. Duża w tym zasługa brylującej pary głównych bohaterek, między którymi czuć prawdziwą chemię (oczywiście w tym dobrym tego słowa znaczeniu). Zaskakujący jest także fakt, że nawet żarty balansujące na granicy dobrego smaku śmieszą i nie wzbudzają kontrowersji, czego mimo wszystko się obawiałem, zasiadając do seansu. Całości dopełnia bardzo przyzwoita oprawa graficzna ze świetną mimiką postaci (szczególnie Mishy) i rewelacyjną pracą seiyuu które nadają granym przez nie postaciom autentyczności. Gorąco polecam, aby dać szansę tej historii i mam wielką nadzieję, że twórcom uda się utrzymać poziom do końca.

Moje obawy dotyczące kwalifikacji Momo do pracy w szeregach Tsukikage stały się rzeczywistością. Dziewczyna sobie kompletnie nie radzi, działa zbyt emocjonalnie, a także przysparza problemów reszcie zespołu. Czego jednak można było się spodziewać po treningu, gdzie po przeskoczeniu jednej sceny z kompletnej ciamajdy stała się na chwilę perfekcyjną agentką?

 

Tymczasem w Moryo trwają kłótnie, która z ich przedstawicielek ma stawić czoło Tsukikage. Walkę pomiędzy Byakko a Dolte wygrywa ta pierwsza, tak więc waleczna lolitka rzuci wyzwanie obrończyniom pokoju w mieście.

 

Podczas zorganizowanej zasadzki, członkinie Tsukikage zostają rozdzielone. Część zespołu musi walczyć z robotami, a Momo wraz Fuu zostają zaatakowane przez Byakko. Swoją drogą, czy obszerne przedstawianie się przez członkinię organizacji przestępczej to na pewno najlepszy pomysł? W każdym razie mimo początkowych problemów nasze dwie słodkie panienki radzą sobie z przeciwniczką, którą udaje im się też pojmać.

Niestety, Tsukikage nie ma wielkiego pożytku z więźnia – jej wspomnienia zostają wymazane dzięki substancji, którą zażyła w formie słodyczy przed wyruszeniem na misję. Moryo może dalej knuć nikczemnie plany bez większych obaw o zdradzenie swojej lokalizacji.

Release the Spyce to seria kompletnie nieudana. Brakuje sensu i umiejętności w prowadzeniu wydarzeń, fabuła pełna jest idiotyzmów oraz dziur, a bohaterki niczym się nie wyróżniają. Nawet sceny akcji nie zachęcają do pozostania przy ekranie – brakuje im dynamiki, a ich przebieg jest często bezsensowny i nieciekawy. Co prawda tytuł nie zawiera nic obrzydliwego czy nadmiernie odrzucającego, ale czas niezbędny na obejrzenie odcinka można zdecydowanie lepiej zagospodarować.

Tag Cloud