Nie wiem, czy to celowy zabieg scenarzysty, czy też tak wychodzi przez przypadek, ale odcinek trzeci ma w gruncie rzeczy identyczną konstrukcję jak drugi.

  

Pierwsza połowa zostaje poświęcona wprowadzeniu nowej postaci, Kanon Shimury, blondynki w typie „bogata nieznośna panienka” (w komplecie z irytującym śmiechem), podobno odpowiedzialnej za to, że bohaterkom wymówiono salę przy świątyni. Motywy Kanon są proste i jasne – dawniej rywalizowała zaciekle (i bez powodzenia) z An w gimnastyce artystycznej, teraz zaś jest oburzona tym, że jej rywalka rzuciła ten sport bez słowa wyjaśnienia. Mniej proste i jasne są jej metody, ponieważ zupełnie jak znudzone dziecko, domaga się uwagi na najróżniejsze, rzadko kiedy racjonalne sposoby. Trzeba powiedzieć, że jej historia została wpleciona w fabułę zgrabniej niż historia Roko, a przy tym okazała się naprawdę dobrym kawałkiem komedii, nawet jeśli cały ten fragment nie ma nic wspólnego z głównym tematem serii.

  

  

Wracając jednak do głównego tematu, Roko proponuje zastępcze miejsce – nieużywane perony na stacji kolejowej. Przyznaję, że jest to pomysł bardzo fajny, po pierwsze dlatego, że nietypowy, a po drugie dlatego, że mający sporo sensu. Oczywiście przedstawienia pod gołym niebem są narażone na nieprzewidziane trudności z powodów pogodowych (tym bardziej w czerwcu, zazwyczaj bardzo deszczowym w Japonii), ale bohaterki nie zamierzają się łatwo poddawać. Gdzieś tam w tle krąży coraz bardziej oburzona Kanon (mająca zdecydowanie za dużo wolnego czasu), która w pewnym momencie zajmuje także miejsce na scenie.

  

Najciekawsze jednak przychodzi na sam koniec, w postaci bolesnego, ale absolutnie nieuniknionego zderzenia z rzeczywistością. Smutny pan zawiadamia nasze bohaterki o istnieniu praw autorskich i praw do marki, co oznacza natychmiastowy zakaz korzystania z wizerunku Kamidaio i sprzedawania gadżetów z nią (a także z Kajudaio) powiązanych. To by znaczyło, że w przyszłym odcinku będziemy pewnie świadkami narodziny tytułowych Cheer Fruits – trochę szkoda, że nie nastąpiło to wcześniej, ale co zrobić, zajawki się kończą.

   

Action Heroine Cheer Fruits z jednej strony przekroczyło moje wstępne oczekiwania („idolkowa papka” to to nie jest), ale z drugiej strony narobiło smaku na coś więcej niż faktycznie dostałam. Na plus serii przemawia to, że jest w miarę przyzwoicie osadzona w rzeczywistości – w odróżnieniu od większości idolkowych nie polega na bohaterkach, które chcą coś robić, bo sercem czują, że to dobry pomysł. Wszystkie dziewczyny mają jakąś realną podbudowę pozwalającą uwierzyć, że poradzą sobie w przedstawieniach wymagających ekwilibrystyki i sprawności fizycznej. Małomiasteczkowa rzeczywistość, próby w świątyni czy na stacji kolejowej, amatorska oprawa przedstawień, stosunkowo nieliczna (chociaż wierna) widownia to też miła odmiana po nadmiernie wyidealizowanych opowieściach z podobnego nurtu. Bohaterki są sympatyczne i dość rzeczowe, nawet An nie jest aż tak oderwana od rzeczywistości, jak może się w pierwszej chwili wydawać. Na minus przemawia to, że postanowiono za wszelką cenę wcisnąć w to elementy słodko-dziewczynkowo-idolkowe, co sprawia, że fabuła rozłazi się w obszernych dygresjach służących głównie do pokazania, jakie urocze i zabawne są bohaterki. Więcej konkretów dobrze by zrobiło, podobnie jak mniej stereotypów – Kanon jest już tak sztampowa, że bardziej się nie da. W sumie jednak mogę zarekomendować tę serię do oglądania – raczej fanom gatunku, ale wydaje mi się, że sprawdzi się też po prostu jako lekka komedia na lato.

Otwarcie drugiego odcinka pokazuje, że poprzedni cytat z Nietzschego nie stanowi motta całej serii, tym razem bowiem wita nas sentencja autorstwa La Rochefoucaulda. W twórczości obu panów można co prawda wyłowić wspólny rys, ale mam wrażenie, że to czysty przypadek. Dopatrywanie się głębszej myśli w tym zabiegu jest pozbawione sensu, ponieważ ktoś (autor pierwowzoru?) posiłkował się po prostu jakimś zbiorem aforyzmów, żeby brzmieć mądrzej. Trochę szkoda, „klasa nihilistów” brzmiało dumnie.

   

Dramatyczna końcówka odcinka pierwszego wydaje się nie mieć przełożenia na to, co dzieje się w odcinku drugim. Klasa D ma lekcję na basenie, panuje sielska atmosfera, biusty falują, krople wody ściekają po pośladkach, bohater snuje swoje stałe rozważania, jaki to z niego outsider i nikt go nie lubi, bo on nie chce, żeby ktoś go lubił, ale ludzie to są tacy i owacy. Szybko okazuje się, że jednostek tzw. „myślących” jest niewiele. Należą do nich, oczywiście, nasz główny bohater i naczelna tsundere. Ich rozmowa prowadzi do retrospekcji i szybkiego zestawiania wskazującego, że klasa D uzbierała całe 0 punktów, co w oczywisty sposób dowodzi, że są podludźmi i śmieciami i ogólnie po co żyją. Ogólnie groza straszna, więc dlaczego ziewam? To jest również idealny moment na wyjaśnienie, na jakich zasadach zyskuje się i traci punkty (takie rzeczy powinny być wyjaśnione najpóźniej na pierwszej lekcji), oraz zapewnienie, że nasze odpady społeczne mogą poprawić swoją pozycję podczas testów semestralnych. Pojawia się również groźba: jeśli ktoś obleje kolejny sprawdzian, zostanie wyrzucony! Jak napisałam – groza! Zamiast wziąć dupy w troki i się, być może, uczyć, dzieciaki odpowiednio strzelają focha na cały świat; udają, że nic się nie stało i kontynuują taniec nad przepaścią; wygłaszają truizmy i motywujące gadki, których nikt nie słucha, ewentualnie obrażają jedni drugich tudzież angażują się w haremowe przepychanki, a czas płynie, płynie… Na koniec okazuje się, że egzaminy wszystkim poszły bardzo dobrze! Rozumiem, że uczyli się z latarką pod kołdrą, bo nic z tego nam nie pokazano.

Na scenę wkracza mroczny knuj, przewodniczący samorządu uczniowskiego, który z jakiegoś dziwnego powodu uwielbia czaić się w mroku, oraz dwójka uczniów klasy A – dziwnym trafem chodzi o pannę z lila włosami i wielkiego łysego osobnika, których zaprezentowano nam podczas ceremonii rozpoczęcia roku szkolnego w poprzednim odcinku. Niesamowite, że to były przypadkowe NPC, prawda? W międzyczasie główny bohater staje się obiektem poważnych obserwacji naczelnej tsundere, która zaczyna podejrzewać, że nie jest on taki zwyczajny, jak się z pozoru wydaje. Takoż i jest w istocie.

   

   

Ogólnie odcinek okazał się straszliwe nudny, niby cały czas coś się dzieje, ale prezentowanych wydarzeń mogłoby wcale nie być, a rozwój postaci leży i kwiczy. Finałowa rewelacja, jakoby nasz główny bohater był wszechstronnie utalentowanym (i wysportowanym przy okazji) geniuszem w przebraniu, jest prawdziwą wisienką na torcie. Z jakiegoś powodu odkrycie to ma sprawić, że powinnam go polubić, bo jest fajny, pełen życiowej mądrości i tak naprawdę w głębi duszy troszczy się o innych. No chyba sobie jaja robicie…

Helloł! Tu trzy szósteczki! Wróciłem!

Już na początku odcinka Joseph i Robert odnajdują kolejne subtelne poszlaki sugerujące, że w okolicy dzieją się niepokojące rzeczy – w zamkniętym pokoju natrafiają na mumię pryncypała i Biblię Szatana. Czyżby był to długo poszukiwany dowód obciążający lokalny kler? Bohaterowie dochodzą do wniosku, że niestety nie, śledztwo musi trwać dalej. Jednak nic straconego, z pewnością nie jest to problem, z którym nie poradzi sobie potęga rozumu.

W imię fabuły, animacji, postaci, opuść ten serial Szatanie! A kysz!

Roznegliżowany młodzian krzyczący, że jest diabłem? Traktujemy go krucyfiksem i wodą święconą. Nie działa? Z tego wniosek, że po prostu był naćpany. Tak właśnie działa rozum. Więcej: był naćpany, a wcześniej gwałcony przez księdza! Robert jak zawsze wie, jak najlepiej podsumować sytuację, zadając retoryczne pytanie „Kto by się spodziewał, że katolicki ksiądz wykorzysta seksualnie ucznia?”. Rzecz jasna nikt by się nie spodziewał, to kompletnie niespotykana sytuacja.

Ciekawy fakt na dziś: walnięcie Biblią w głowę natychmiast pozbawia przytomności.

Inny przykład: spotykamy kobietę, która opowiada nam, że jej ojciec przyleciał na statku kosmicznym, a ona sama poczęła Syna Bożego, którego prezentuje nam w postaci szmacianej lalki. Panią lekarze po chwili odprowadzają do szpitala psychiatrycznego, z którego ot tak sobie wyszła. Protagoniści notują uważnie każde jej słowo. Następnie używają rozumu i efekty są niesamowite. Okazuje się, że lokalny kler to tak naprawdę naziści, którzy przylecieli do Ameryki Południowej sterowcem.

Oryginalne z tego połączenie: w jednym miejscu kościół, liceum i szpital psychiatryczny. Kiedy się zastanowić, co się dzieje w tej serii, nabiera to niespodziewanie wiele sensu.

Ostateczny tryumf rozumu: strażnik widział latającego, tryskającego krwią młodziana w katedrze. Wyjaśnienie może być tylko jedno: strażnik jest prawie ślepy, bo dekadę wcześniej spadł z klifu i uszkodził sobie korę wzrokową, a młodzian nie latał, tylko był duszony w powietrzu, co tak go wyprowadziło z równowagi, że o wszystkim zapomniał i dostał stygmatów.

Tak było. To pewnie ten sam facio, co wcześniej targał posąg Maryi tam i z powrotem, więc w sumie kto wie? Krzepę chłop ma.

Wszystko to udowadnia, że bohaterowie wielkimi krokami zbliżają się do wyjaśnienia Zbrodni. Tak wielkimi, że ją minęli i teraz muszą zawracać. Nic nie szkodzi, droga z powrotem na pewno też będzie rozrywkowa, tylko gdzie są krew i flaki? Gwałcone, przywiązane do łóżka młodziany, naziści i duszenie aż do wywołania stygmatów wprowadzają elementy BDSM, które szczerze doceniam, ale żeby tak bez gore? Jestem nieco rozczarowany.

To dobrze, że twórcy bez przerwy wprowadzają nowych młodzieńców, ale nie rozwijają starych. Nie tak się buduje porządne yaoi!

Trzeci odcinek minął, i co ja w sumie mogę dodać? To wspaniały serial. Jest pięknie narysowany (a już tła szczególnie), pięknie zanimowany, z doskonałą muzyką, niczego sobie seiyuu, a jako całość jest niezwykle spójny i klimatyczny. Tak więc co do wykonania, konsekwentnie złego słowa nie da się powiedzieć, ale tak naprawdę nie uważam tego za najważniejsze. Potrafię wyczuć, kiedy mamy do czynienia z serialem wykonanym z sercem, i to jest dokładnie ten przypadek. Twórcy nie stawiają na akcję (która, znając mangę, też będzie, nie ma się o co martwić), ale na bohaterów, do których podchodzą z wielką uwagą, wręcz czułością, i to naprawdę procentuje.

Ten odcinek odwraca częściowo naszą uwagę od Rico i koncentruje się na Regu, który też okazuje się mieć swoje przemyślenia, obawy i cele. Jest jak najdalszy od bycia wyłącznie chodzącą bronią masowego rażenia, tę funkcję pełni niejako przy okazji. Można było mieć obawy co do tej serii związane z tym, że główni bohaterowie to dzieci. Nie tylko widać, ale czuć to po nich – twórcy na szczęście nie postarzają ich mentalnie na siłę, ale to nie czyni akcji dziecinną. Przeciwnie, to jedno z dojrzalszych w sensie artystycznym anime w ostatnich czasach, a w tym sezonie nie ma nawet większej konkurencji.

Przygoda bohaterów tak naprawdę dopiero się zaczyna – dopiero w przyszłym odcinku możemy spodziewać się ich pierwszej wizyty w Otchłani, ale już śledząc krótkie przebitki, które jej dotyczą, wspomnienia, mapy, da się wyczuć jej niezwykłość i poetyckość. Made in Abyss z pewnością nie zapowiada się na anime dla każdego, ale na anime z wizją i sercem, a to zdecydowanie ważniejsze.

 

Bohaterowie podróżują w samo serce wcale-nie-Alp, do siedziby organizacji Chronos, zwabieni obietnicą Miny, że znajdą tam dokumenty rzucające światło na zapomnianą przeszłość Victo. On oczywiście jest wyluzowany i radosny, Kiri nieufny i ponury, zaś Mina klei się do Victo i nazywa go „darling” co najmniej raz w każdej kwestii.

  

Jako że Victo i Kiri podobno nie są tak głupi, jak na to wyglądają, bez trudu potrafią odgadnąć, że to zaproszenie może się okazać pułapką. I, cóż za niespodzianka, okazuje się pułapką! Celem tajemniczego Mistrza jest pieczęć czasu w ciele Victo, ponoć jedyna oryginalna i w ogóle taka bardziej od innych. Podobno ma raz na zawsze rozwiązać problem demonów pożerających czas, ale mogę się założyć, że Mistrz ma jakieś własne i prywatne plany… Dalej zaczyna się chaos z poplątaniem. Victo i Kiri uciekają z siedziby Chronosa, po czym ten pierwszy tam wraca, żeby jednak poszukać dokumentów. Mistrz wysyła za nimi stado sługusów, z czego jeden przystojniak (założę się, że miał być przystojny…) władający ogniem postanawia zamordować Kiriego, bo tak. Mina gotowa jest zdradzić swego Mistrza, bo o wrednym planie zamordowania Victo nic nie wiedziała, na razie jednak miota się w tle bez celu. Victo na najwyższym piętrze siedziby Chronosa spotyka dziwną damę, która może, acz nie musi, być prawdziwym bóstwem.

  

Trzeci odcinek nie przynosi odpowiedzi na pytanie, jak zakończy się ten epizod – walka Kiriego z ogniowym gostkiem jeszcze trwa, rozmowa Victo z cycatą omc-boginią jeszcze trwa, miotanie się Miny jeszcze trwa. Przynosi za to jednoznaczną odpowiedź na pytanie, czy warto tę serię oglądać. Otóż: nie warto. Jasne, może mieć pewne walory rozrywkowe, jeśli widziało się jeszcze niewiele anime, albo też jeśli jakieś elementy lub postaci przypadną danemu widzowi do gustu. Jednak trudno dopatrzeć się tutaj czegoś poza składanką znanych motywów, do tego krzywo rysowaną. Przede wszystkim jednak Jikan no Shihaisha to seria kompletnie pozbawiona duszy, jakiejś iskry, która zdarza się nawet w tytułach nieudanych. To sztampowy produkt, teoretycznie łączący atrakcyjne dla widzów motywy, ale praktycznie robiący to bez cienia pomysłu i wyczucia. Nie ma przy tym niezamierzonych walorów komicznych, jest tylko i po prostu nużący.

 

Chłopcy nadal ćwiczą, ale najistotniejszy jest fakt, że trener Asaki dostrzegła w Tomokim COŚ i uparła się, że wyśle go na Olimpiadę. Ale że na zawody tej rangi nie jedzie się ot tak, przed bohaterami postawiono bardziej realny cel – otóż mają się zakwalifikować na obóz treningowy, który odbędzie się w Chinach, taka przebieżka przed Olimpiadą. Już teraz widać, że kandydatów do reprezentacji jest tylko trzech i to pod warunkiem, że Okitsu zmotywuje się lub zostanie zmotywowany do pracy. „Przyjaciele” Tomokiego, czyli gadatliwi Ryou i Reiji, są zbyt zazdrośni o poświęcany mu przez trener Asaki czas, żeby zauważyć, że sami są sobie winni. Podczas gdy Sakai harował jak wół i wypełniał polecenia nieobecnej trener, oni tracili czas na inne rzeczy. Teraz, zamiast wziąć się do roboty, wolą odgrywać się na koledze za własne błędy i mówiąc niekulturalnie, olewają go. Na szczęście Tomoki wreszcie uwierzył w siebie i zamiast przejmować się byle czym, trenuje jak szalony.

 

 

Fabuła powoli, ale to bardzo powoli, ruszyła z miejsca. Nie zmienia to faktu, że nadal zawiewa nudą – podczas sesji treningowych zawodnicy więcej gadają niż skaczą do wody, przy czym rozmowy też do najciekawszych nie należą. Tomoki analizuje swoje sportowe cele, ewentualnie peroruje o poszukiwaniu sensu życia (najczęściej we własnej głowie), Youichi czasem rzuci jakąś światłą uwagą, a Okitsu zbywa wszystkich jednym krótkim zdaniem. Normalnie festiwal mentalnych klonów Clinta Eastwooda, tylko że jego jednozdaniówki to klasyka – krótko i zawsze w punkt, a tu mamy krótko i o niczym. Poza tym anime nadal brakuje spójności i pozostaje zlepkiem scen z życia, poszatkowanym i fatalnie dobranym. Na przykład, zastanawia mnie, co się nagle wydarzyło, że Tomoki postanowił wreszcie spotkać się z Miu. Przez pierwsze dwa odcinki chodził struty i wyraźnie niezadowolony, że zgodził się na chodzenie, a teraz jak gdyby nigdy nic umawia się na randkę w parku i zachwyca przygotowanym dla niego jedzonkiem. Gdzie tu sens, gdzie tu logika?

Dive!! nie jest złe, ale przerażająco wręcz nijakie i mdłe. Relacje między bohaterami nie istnieją – wszyscy funkcjonują obok siebie, zamiast razem. Najbardziej życiową sceną jak dotychczas była krótka, ale emocjonalna wymiana zdań między Tomokim a jego bratem. Cholera jasna, większość bohaterów trenuje razem od kilku ładnych lat, a zachowują się, jakby poznali się godzinę temu. Gdyby chociaż się nie lubili, ale nie, oni traktują się nawzajem jak powietrze. Po tych trzech odcinkach naprawdę nie jestem w stanie wskazać nawet jednej rzeczy, dla której warto sięgnąć po Dive!!. Grafika jest byle jaka, ze skłonnością do brzydkich krzywizn, muzyka zupełnie nie zwraca uwagi, postaci są drewniane i irytujące, a fabuła drepcze w miejscu. Istnieje bardzo malutka szansa, że coś się ruszy w czwartym odcinku, ponieważ na końcu trzeciego pojawia się jakiś enigmatyczny i ekscentryczny anonim i zaczepia Youichiego. Co prawda, gość wygląda tak, że nawet na miejscu postawnego licealisty wiałabym gdzie pieprz rośnie, ale biorąc pod uwagę rodzaj serii, to pewnie jakiś rywal z ego wielkości Tokyo Tower. Ale przynajmniej wygląda na osobę, której nie sprawia trudności wypowiedzenie kilku zdań naraz… Cóż, ja z czystej, masochistycznej ciekawości obejrzę jeszcze kolejny odcinek, ale szczerze mówiąc, nie polecam, bo zwyczajnie nie ma czego.

Plan się powiódł, choć nie miał prawa, i w końcówce poprzedniego odcinka Junichi i Yukana zostali parą. W tym momencie każdy facet, który nie uważa się za samca alfa, zadaje sobie pytanie, co taka dziewczyna widzi w takim facecie jak ja. To pytanie nie omija również głównego bohatera. Jego rozmyślania przerywa spotkanie z kolegami (tymi, co pretendują do zostania wiecznymi prawiczkami), którzy w pierwszej chwili czują się winni, że wkopali kolegę w to całe „błaganie o chodzenie”. Cała jednak ich skrucha znika bez śladu, kiedy chłopak dostaje niespodziewaną fotkę od swojej ładniejszej połówki.

Koniec końców cała czwórka po bardzo błyskotliwej drodze rozumowania dochodzi do wniosku, że najszybszym sposobem na posunięcie szeroko zakrojonej akcji utraty dziewictwa przez kolegę do przodu jest zaproszenie gyaru na karaoke. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, szczególnie że w klasie Yukana informuje wszystkich obecnych, że od wczoraj chodzi z Yunichim. Szczęście chłopaka polega na tym, że jest ona najbardziej konkretną dziewczyną na jaką mógł trafić, i to ona zaprasza na karaoke jego. Nie muszę dodawać, że Junichi spodziewa się po tym zaproszeniu nieco więcej niż powinien.

W wyniku komicznej burzy mózgów z udziałem czterech składowych jego osobowości (to trzeba zobaczyć) chłopak postanawia, że złoży na ustach wybranki „pełen pasji pocałunek”. Dziewczyna jednak w mistrzowsko przezabawny sposób rozgrywa tę sytuację, chociaż później wyraźnie widać, że traktuje to wszystko bardzo poważnie pomimo dość swobodnego zachowania. Niestety przyglądająca się z ukrycia wychodzącej z klubu parze Ranko zwiastuje kolejną porcję kłopotów dla głównego bohatera.

To anime jest bezbłędne, tak jak rewelacyjna jest manga, na bazie której powstało, mimo że twórcy trochę kombinują, co widać po zbyt wczesnym wprowadzeniu Nene i Yui. Mam jednak nadzieję, że radosna twórczość scenarzystów nie posunie się zbyt daleko. Yukana i Junichi kradną to show – w niej najbardziej podobają mi się momenty, kiedy pokazuje delikatne i uczuciowe wnętrze. Poza tym w genialny sposób potrafi się droczyć i umie idealnie zapanować nad buzującymi hormonami chłopaka. On na razie nie bardzo wie, co ma ze sobą zrobić, nie wie, co ona planuje, nie ma przy okazji żadnego doświadczenia z kobietami, więc porusza się jak dziecko we mgle. Strona audiowizualna nadal nie zachwyca, ale dziewczyny prezentują się ślicznie. Jest też trochę fanserwisu, ale wykorzystywany jest on w celu rozśmieszenia widza, więc nie powinien nikogo od tej produkcji odrzucić. Nie spodziewam się rewolucji w odcinku trzecim (o ile twórcy anime nie dołożą za wiele od siebie), więc już teraz gorąco polecam oglądanie.

Gdyby nie jakieś tam wydarzenia, składające się na te dwadzieścia przecierpianych przeze mnie minut, nie miałabym o trzecim odcinku nic nowego do powiedzenia, bowiem tak jak poprzednie, i bez wątpienia następne, rozgrywa się w tempie wyścigów ślimaków. Ewentualnie dryfu kontynentów. Nie uległy też zmianie ani uboga grafika ze sztywną animacją, ani plumkająca sennie muzyka relaksacyjna w tle (dobrze by się przy niej spało, ale musiałam oglądać). Żeby było śmieszniej, odcinek znowu zaczyna się sceną biegu Harukiego, pewnie zamiast. Zatem Haruki biegnie… mija nasz wspaniały supermarket, niedaleko szkoły wpada na pochmurnego bisza (ale to nie jest ten rodzaj anime), potem… co było potem, już zapomniałam… aaa, Towa mówi mu, że widział w szpitalu Mashiki z jakimś chłopakiem. Ale Haruki uważa, że Mashiki nie jest taka, cokolwiek miałoby to znaczyć, i robi to, w czym jest najlepszy, czyli nic, więc zirytowany Towa bierze sprawy w swoje ręce i wypatrzywszy owego chłopaka na korytarzu, zaczyna go śledzić, zresztą razem z przewodniczącą, z którą jest już w bardzo dobrej komitywie.

Chłopak ów – pomijam imiona i nazwiska, bo prościej ich identyfikować po dwóch cechach charakterystycznych na krzyż, jakie mają – jest przewodniczącym dwuosobowego klubu gotowania i w szpitalu odwiedza swojego byłego lekarza, o czym dowiadują się Towa i wierna Mami. Nie jest też chłopakiem Mashiki, aczkolwiek z pewnością jest/będzie czyimś (no dobra, swojej koleżanki z klubu), co bez żenady ujawnia opening, zabijając jakiekolwiek ewentualne zaciekawienie widza pairingiem w pół sekundy.

  

  

W tym czasie Haruki jest świadkiem kłótni, o ile nie napaści członków klubu lekkoatletycznego na jednego ze swoich – to ów wspomniany pochmurny bisz, nazwiskiem Asumi (akurat zapamiętałam), a przyczyna nieważna, bo była chyba dość pretekstowa. Ratuje go od dalszego uszkodzenia buźki taktyczna i milcząca interwencja długowłosej bibliotekarki – znaczy kolejna para już jest znana, hurra – wspomaganej przez Harukiego, a następnie pojawienie się panów z samorządu szkolnego, kolejnych biszów (tak, oni też stoją przed tym nieszczęsnym sklepem ze swoimi połówkami, i to już jest komplet par, hurra, hurra). Nie wiedzieć czemu karzą oni obu chłopaków zadaniem pomocy przy przygotowaniu festiwalu, co staje się dla tychże okazją do wymiany kilku słów na temat ich podejścia do sportu – odpowiednio biegania i pływania. Piękną przyjaźń im wróżę. Kiedy wychodzą, pada deszcz, więc Haruki biegnie do sklepu kupić parasolkę, na którą brakuje mu kasy, ale oto jako anioł z nieba występuje Mashiki, szczęśliwie obecna. Serio wszyscy mają po drodze do tego supermarketu pośrodku niczego? Bo oprócz tych licealistów i dwuosobowej obsługi żywego ducha tam nie uświadczysz…

  

Kończąc ten przydługi opis, równie męczący jak oglądanie, trzeba wspomnieć o niezwykle romantycznej scenie spaceru obojga w deszczu po parku – co prawda pod dwoma parasolami, ale zawsze. Haruki znowu nie zdobywa się na żadne wyznanie, ale za to desperacja popycha go do „podstępnego” pytania o chłopaka Mashiki. Na co ona, że nie ma chłopka! Uff. Przy tym wyciera mu koszulę, bo się biedny  upaprał lodem… Anioł, nie kobieta. Ja to bym jednak delikwentowi wręczyła chusteczkę, żeby sobie sam radził, zamiast tak się poświęcać.

  

Ech, nie chce mi się nawet złośliwości wymyślać. Jest drętwo, nudno, powolnie i strasznie na siłę, między bohaterami nie ma żadnej chemii, nawet jednego samotnego atomu. Graficznie też biednie i chwilami krzywo (pomijając parę ładnych komputerowych teł), a muzyka, jak już wspominałam, stanowi gwóźdź do trumny, usypiając moje ostatnie szare komórki, których nie zabiło wszystko wyżej wyliczone. Nie umiem sobie wyobrazić, żeby jakiemuś amatorowi odruchów życia chciało się to oglądać, bo moim zdaniem to nie są okruchy, tylko popłuczyny ze słoika ze zleżałą bułką tartą – zero treści, smaku i pożytku.

Drugi odcinek skupia się tym razem na koledze z klasy Keity, Tasuku Ueharze, tym, który w pierwszym odcinku udawał bardzo przed kolegami, że oczywiście gry to tak, ale tylko takie w salonie, ale tak w ogóle to za nimi nie przepada, ale pograć może. No cóż, tym razem widz dowiaduje się, dlaczego tak się zachowuje – otóż będąc młodzieńcem chodzącym do gimnazjum, także interesował się grami, na tyle, iż zyskał miano nerda. Oraz zero przyjaciół, a raczej wygląda na to, że drwiny i wyzwiska. Postanowił to zmienić w szkole średniej – spakował gry do pudełka, zmienił fryz i generalnie przestał (przy znajomych) przyznawać się do zainteresowań. Oczywiście  odniosło to skutek – ma kumpli, ma nawet bardzo dziewczęcą (różową) dziewczynę, której czasem wygrywa na automatach maskotki. Och, biedny, nawet nie zdaje sobie sprawy, dlaczego ona tak bardzo te automaty i maskotki lubi… Wkrótce przeżyje prawdziwy szok, gdy prawda wyjdzie na jaw…

 

Ale wracamy do fabuły odcinka – otóż Tasuku w salonie gier spotyka Keitę, który, jak się okazuje, chciałby zagrać w nową grę, ale nigdy nie ma z kim (bo nie ma przyjaciół i znajomych oczywiście). Tu mała uwaga – ja nie wiem, czy twórcy gier arkadowych mają jakikolwiek udział w finansowaniu serii, ale gra z serii Persona, w którą grają panowie, jest pokazana z nazwy i postaci bez żadnego maskowania.  W każdym razie obaj spędzają czas na graniu w różne gry, w które Amano w pojedynkę nigdy by nie zagrał, co mu Uehara próbuje wytknąć, ale nasz bohater zdecydowanie unika tematu i na widok znajomych Tasuku zmywa się po angielsku. Nie jest to jednak dobry pomysł, ponieważ skutkuje to jednym – Uehara wychodzi z siebie i doprowadza do  konfrontacji (przepiękna scena na kładce dla pieszych), widząc w Keicie i jego zachowaniu samego siebie sprzed kilku lat.

Mam dziwne wrażenie, że Gamers! może się okazać jedną z lepszych pozycji tego sezonu – po dwóch odcinkach wygląda na uroczą i inteligentną komedię, z normalnym, niewymuszonym humorem, w dodatku ładnie zanimowaną i z mnóstwem odniesień growych. Poza tym, ktoś chyba zapłacił za product placement, bo te gry to tak bardzo nietypowo, nie podszywają się pod znane marki. Jeśli ktoś się dalej waha, czy oglądać – naprawdę polecam.

Potwierdzam, że nadal jest dobrze – nie będzie to na pewno seria wiekopomna, ale powinna dostarczyć solidną porcję nieco absurdalnej rozrywki każdemu, komu nie przeszkadza zaprezentowana tutaj forma przekazu. Nic się w zasadzie nie zmieniło, ale czapki z głów za to, że zaproponowany styl pozostaje w dalszym ciągu tak samo zabawny jak na początku.

Odcinek znowu podzielono na krótsze epizody. Po seansie dochodzę do wniosku, że tu w zasadzie wszyscy są zdrowo rąbnięci – nawet psu nie podarowano. Pierwszą część poświęcono wizycie Sayaki i A-kuna w domu Yoshiko. Oczywiście nie mogło się obyć bez idiotycznego pomysłu mamy głównej bohaterki (cofam wszystko co o niej myślałem, w 100% córka wdała się w matkę). Później przenosimy się na plac zabaw, gdzie poznajemy pieska z plakatu zapowiadającego serię (ta część była chyba najsłabsza w tym odcinku). Następnie Sayaka i Yoshiko udają się w długą podróż (pieszo) aby podziękować pewnemu producentowi bananów za wspaniały posiłek którym dzięki niemu mogła się raczyć wiadoma osoba. A kończymy w domu głównego bohatera gdzie podstępem staje się on ofiarą przemocy seksualnej ze strony głównej bohaterki.

Cóż nie jest to kandydat do Oskara, ale potrafi rozbawić, a na tym właśnie ma polegać rola tego anime. Mam coraz mniejsze obawy, że twórcom w pewnym momencie skończą się pomysły, bo ewidentnie widać, że drzemią w nich bardzo duże pokłady absurdalnego (ale mimo wszystko lekkostrawnego i przemyślanego) humoru. Bardzo miłym zaskoczeniem jest utrzymująca poziom grafika i animacja, która co jakiś czas raczy nas jakąś ładniejszą sceną. Nie widać tu jakiś wielkich oszczędności, a rysunek postaci bardzo przypadł mi do gustu. No i ta praca seiyuu, którą trzeba po prostu usłyszeć! Nie pozostaje mi nic innego, tylko polecić tę serię i czekać na kolejny odcinek.

Tag Cloud