Nieobecność Tilarny szybko zostaje zauważona w biurze policyjnym. Kei próbuje się wykręcać od odpowiedzi, ale zniknięcie dziewczyny wychodzi na jaw, a on sam musi ruszyć na poszukiwania.

Jeśli jednak sądziliście, że wojowniczka z innego świata nie ma wystarczającej inteligencji, aby dopaść swój cel, to jesteście w błędzie. Wykorzystując poznanego wcześniej informatora i odpowiednio dużą zapłatę dociera do klubu należącego do Denisa Elbajiego. Co więcej,  mimo krótkiego pobytu na Ziemi potrafi wtopić się w towarzystwo klubowe.

Tu się jednak sprawy komplikują. Sam Denis okazuje się silniejszy niż nasza bohaterka mogłaby się spodziewać. Przegrana walka nie oznacza jednak śmierci Tilarny, a jedynie porwanie i podróż w nieznanym kierunku.

W tym momencie zaczyna zgrzytać sens wydarzeń. Bohaterka przewieziona zostaje do fabryki w której produkowane są bomby z wróżek, a Zelada, który miał ją przesłuchać, olewa sprawę i gdzieś znika. Co więcej, w budynku wybucha pożar, a Tilarna wykorzystuje sytuację i zauważa, że bomba, którą miał Denis, to falsyfikat z plastikową lalą w środku.

Dzięki uprzejmości ochroniarza podejrzanego pastora, który pomagał Tilarnie, Kei szybko wpada na jej trop i odnajduje miejsce jej pobytu. Jednakże na miejscu oprócz oddziału antyterrorystów pojawia się także zwierzchnik Matoby – Jack Roth. Okazuje się on rasistą, który nienawidzi przybyszy z drugiego świata i liczy na to, że akty terrorystyczne Zelady przerażą społeczeństwo i wrogo nastawią do siebie obydwie grupy mieszkańców miasta San Teresa. To on uknuł plan, który doprowadził do śmierci partnera Keia a także przydzielił do niego Tilarnę, by obecność niezorientowanej przybyszki utrudniała śledztwo. Liczył, że podwładny również podzieli jego opinię na tematy rasowe, ale grubo się pomylił, z tragicznymi dla siebie skutkami. Nie ma jednak czasu na zadumę, gdyż Zelada czmychnął z bombą, którą ma zamiar zgładzić kilkadziesiąt, jak nie kilkaset tysięcy mieszkańców miasta.

Tym razem logika wydarzeń w głównym wątku trochę zawiodła, chociaż postępowanie grupy przestępczej szybko doczekało się dość sensownego wytłumaczenia. Niesmak pozostaje, jednak liczba zalet tego tytułu jest przytłaczająca w zestawieniu z wadami. Nawet jedyna scena zawierająca fanserwis pokazała, że twórcy mają odpowiednie wyczucie, a projekty postaci Renjiego Muraty po prostu cieszą oczy. Tilarna to mimo drobnej postury poprawnie narysowana kobieta, a nie dziecko z przypisanym wyższym wiekiem. Oprawa wizualna we wszystkich aspektach jest naprawdę dobra, mimo niewielkich oszczędności poczynionych w scenach walki Tilarny z Denisem. Osobiście mogę tytuł gorąco polecić fanom gatunku, a także osobom szukającym po prostu ciekawej i całkiem nieźle przemyślanej fabuły.

Tematem odcinka jest nowe zadanie, przed jakim stają bohaterowie – tym razem o charakterze karnym w odwecie za działania Onigasakiego i Oshigiriego, którzy w wolnym czasie węszyli, gdzie nie trzeba. Na bohaterów zostają wypuszczone ludożercze i mobilne roślinki, zdolne dzięki mimikrze upodabniać się do nich. Czyżby w końcu prawdziwe zagrożenie? Bohaterowie wydają się w to święcie wierzyć i chronią się w piwnicy, by ostrożnie zaplanować swoje działania. Kiedy jednak mowa o przeciwniku, którego mimikra daje się przejrzeć błyskawicznie, który po powrocie do potwornej postaci nie atakuje od razu, a jeśli atakuje, to nie zadaje poważniejszych obrażeń, do tego zaś nieruchomieje po zachodzie słońca… To serio, poważniejsze wyzwanie stanowiły chwasty na mojej działce. Szczególnie podagrycznik.

Nowa sytuacja pozwala jednak wykazać sięYuzu Roromori, dysponującej – jak się okazuje – śmiertelnie skutecznym środkiem chwastobójczym. Przy okazji zabierania go z jej pokoju Onigasaki dowiaduje się o obsesji, jaką panna Yuzu żywi na tle Akatsukiego… Z czego właściwie nie wynika nic poza jedną sceną na koniec odcinka, która mogłaby zrobić wrażenie, gdyby bohaterowie zaczęli mnie choćby odrobinę interesować.

Po trzech odcinkach widać wyraźnie dwie główne słabości tej serii – każda z nich z osobna nie byłaby dyskwalifikująca, ale razem sprawiają, że Naka no Hito Genome [Jikkyouchuu] jest nie tylko niedobre, ale po prostu nużące. Pierwsza słabość to oczywiście wątek główny, przeskakujący po wyjaśnieniach i ignorujący oczywiste dziury fabularne jak choćby to, dlaczego bohaterowie dopiero po tygodniu stwierdzają, że w mieście nie ma oprócz nich nikogo. Nad tym, jak w ogóle działa mechanika tego świata, nie należy się zastanawiać. To typowy przykład wady, od której odwróciłaby uwagę wartka akcja, ale wydarzenia toczą się w rytmie letargicznym nawet w sytuacji, gdy bohaterowie podobno walczą o życie. Nie zapominajmy też o wtykanym w przypadkowe miejsca pseudohumorze… Albo nie, zapomnijmy o nim jak najszybciej.

Drugą słabością są bohaterowie i to właśnie stanowi dla mnie najgorsze rozczarowanie. Ich osobowości i działania są oderwane od wszystkiego i nie tworzą żadnego spójnego obrazu. Poznajemy przypadkowe fakty (typu „Anya cierpi na zaburzenia snu”) w losowych momentach, ale wszystko to nie układa się w żadną całość. Nie potrafiłabym powiedzieć nic o żadnej z postaci, łącznie z Akatsukim czy Yuzu, którym teoretycznie poświęcono więcej uwagi. Relacje w grupie nie istnieją, bohaterowie pozostają zbiorem cząstek obijających się o siebie w przypadkowych konfiguracjach i naprawdę nikt mi nie wmówi, że był to efekt zamierzony.

Gdybym oglądała to anime nieuprzedzona, doszłabym do wniosku, że to nieudana adaptacja gry komputerowej – z bezbarwnym protagonistą, w którego wciela się gracz, i stadem NPC-ów, których wątki poboczne zostały wycięte z braku czasu. Skoro to ekranizacja mangi, pozostają dwie opcje: albo materiał źródłowy jest do bani, albo scenarzysta nawalił na całej linii.

Chyba nie sądziliście, że bohater dostanie słodką panienkę za darmo? Zaraz po jej uwolnieniu oboje zostają zaatakowani przez wielkiego potwora, przypominający trochę pająka. Początkowo sytuacja nie wygląda dobrze, ale spokojnie, nie z takich opresji wychodził już Hajime.

Okazuje się bowiem, że Yua to wampirzyca! Wysysa trochę krwi swojego nowego kompana, po czym atakuje potwora niebieską kulą magii. Dzięki temu udaje się pokonać przeciwnika, którego nie widać w tych ciemnościach tak bardzo, że można sobie popsuć wzrok podczas oglądania.

Kiedy głęboko pod ziemią, „martwy” Hajime zmaga się z kolejnymi niebezpieczeństwami, na powierzchni jego byli towarzysze przygotowują się do nowej misji. Niemal u wszystkich widać niepewność i zmieszanie, chociaż w sumie nie do końca wiadomo, dlaczego. Oprócz jednej panienki reszta zdaje się średnio pamiętać o zaginionym towarzyszu, nikt też zbyt głęboko nie zastanawia się, dlaczego jeden z magicznych ataków wycelowanych w potwora trafił prosto w Hajime…

Wędrówka przez głębokie poziomy lochów nie jest oczywiście łatwa. Na jednym z nich Hajime oraz Yua zostają zaatakowani przez potwory wyraźnie kontrolowane przez jakieś pasożyty w formie kwiatków. Sama dziewoja również dostaje się pod jego kontrolę i zaczyna atakować swojego kompana.

Po całkowicie bezsensownym „dramatycznym” momencie bohater wypala z giwery do kwiatka na głowie wampirzycy, po czym bez problemu rozprawia się z potworem. Samej dziewoi nie bardzo spodobało się, że ktoś do niej strzelał, a niezadowolenie wyraża w jakże uroczym geście uderzania pięściami w pierś Hajime. Medetashi, medetashi

Rzecz jasna, to nie koniec przygód tej uroczej parki. Ruszają jeszcze głębiej, ale finał tej wyprawy poznamy następnym razem. Muszę przyznać, że wydarzenia z trzeciego odcinka idealnie wpisują się w obraz tragikomedii tego tytułu. Schematyczne, często bezpodstawnie dramatycznie sceny przeplatają nieco mdłe i ckliwe momenty, a samą Yuę rzecz jasna wykorzystano do scen fanserwisu. Odnoszę też wrażenie, że jej wampiryzm został dodany wyłącznie w celu pokazania scen wysysania krwi, które okraszono uroczymi dźwiękami… Przynajmniej dziewoja nie wypija jej tyle, żeby zaszkodzić towarzyszowi. Czy ja wspomniałem, że ma ona ponad 300 lat? Chociaż tego się pewnie sami domyśliliście.

Arifureta Shokugyou de Sekai Saikyou mimo wszystkich wad ogląda się zadziwiająco lekko. Wynika to zapewne z faktu, że przez nagromadzenie bzdur oraz klimat trudno serię traktować poważnie. Dzięki temu otrzymujemy całkiem zabawną (choć chyba niezamierzoną) parodię gatunku, która potrafi wciągnąć – naprawdę jestem ciekawy, jak nasz przepakowany bohater wydostanie się z lochów. Chcę zobaczyć, jak w glorii i chwale powróci ze swoją lolitą na powierzchnię, a jego byłym towarzyszom opadną szczęki… W tym szaleństwie jest metoda, a wszystkim mającym odpowiednio dużo dystansu do anime zdecydowanie polecam seans. Będzie zabawnie, o ile wcześniej nie oślepniemy od tej ciemnicy na ekranie.

Bem – odcinek 2

Tym razem opowieść skupia się na Beli, która stara się wieść typowo ludzki żywot. Podczas wizyty w centrum miasta wraz z koleżankami ze szkoły Belę zaczepia obca kobieta, przekonana, że właśnie spotkała przyjaciółkę z liceum. Problem polega na tym, że dziewczyna zaginęła dziesięć lat temu, a początek odcinka pokazuje, że policja właśnie odnalazła jej zwłoki. Ostatecznie Elaine (bo tak zwie się kobieta) przyznaje, że zaszła pomyłka, ale zaskoczona podobieństwem Beli do zmarłej koleżanki, kontynuuje znajomość. Tymczasem Sonia i jej partner prowadzą śledztwo w sprawie śmierci dziewczyny, zaś zeznania znajomych wskazują, że Elaine może być zamieszana w całą sprawę…

Wydaje mi się, że pierwszy odcinek był lepszy pod względem fabularnym, bardziej poukładany i spójny. Mimo to anime ma nieodparty urok, który sprawia, że z zainteresowaniem czekam na ciąg dalszy. Inna sprawa, że twórcy nadal starają się głównie przybliżyć widzom bohaterów i trzeba przyznać, że na razie demony wypadają bardzo sympatycznie. Człowiek autentycznie kibicuje im w osiągnięciu celu. I to tak naprawdę największa zaleta tego anime, oprócz klimatu oczywiście. Fabularnie jest raczej słabo – druga historia była okrutnie przewidywalna i naciągnięta do granic możliwości. Gwoździem do trumny okazał się demon, jakby żywcem wzięty z Binan Koukou Chikyuu Bouei Bu LOVE!, zresztą pojawiający się równie niespodziewanie, co twory złego jeżyka z wyżej wspomnianej produkcji. Naprawdę, gdyby nie ten zapach animowanej stęchlizny, nie tknęłabym tej serii już nigdy więcej. No ale ma to swój nostalgiczny urok, nic nie poradzę, że lubię takie średniaki.

Ogląda się to zaskakująco dobrze, a słucha jeszcze lepiej, bo nie dość, że ścieżka dźwiękowa udana, to jeszcze mroczny Katsuyuki Konishi, jako szarmancki Bem. Cóż, szału nie ma i nie będzie, ale już jestem pewna, że dotrwam do końca, acz rozumiem, że są ludzie, których ten pseudostaroć nie rusza.

W drodze na kolejną planetę Kanata próbuje dociec, kto stoi za sabotażem. Niestety zbyt mało wie o członkach drużyny, by wskazać na kogokolwiek. Niespodziewanie nieco światła na całą sprawę rzuca Funicia – dziewczynka opowiada wszystkim, jak trafiła do sierocińca i przy okazji wspomina o tajemniczym mężczyźnie, który w dzień jej przybycia rozmawiał o niej z dyrektorem. I chociaż sama nie bardzo rozumie dziwne słowa, jakie wypowiedział gość, Kanata szybko odszyfrowuje wiadomość. Okazuje się, że Funicia miała trafić wraz z resztą właśnie do drużyny B-5, skazanej przez kogoś na eliminację…

Informacja o tym, że ktoś w sobie tylko wiadomym celu skazał na śmierć grupę nastolatków wstrząsa wszystkimi do głębi. Zack i Kanata dochodzą do wniosku, że grupa powinna poznać prawdę o sabotażyście, co wzbudza jeszcze większy niepokój. Jakby tego było mało, na statku dochodzi do poważnej awarii – jeżeli bohaterowie czegoś nie zrobią, czeka ich śmierć.

Cóż, trzeci odcinek pokazuje, że Kanata no Astra wyżej już nie podskoczy – jest przeciętnie i zapewne tak już zostanie do końca. Średnio śmieszne żarty będą przeplatać się z poważnymi momentami, a na wierzch zaczną wypływać smutne doświadczenia bohaterów. Już teraz widać, że żadne z nich nie mogło liczyć na wsparcie ze strony rodziców, pytanie brzmi, czy ma to jakiś związek z obecną sytuacją? Nie chce mi się wyliczać szczęśliwych zbiegów okoliczności i genialnych wynalazków, acz pistolet do kleju na gorąco koniecznie muszę zacząć nosić w torebce! Twórcy starają się budować napięcie, ale robią to niezgrabnie, a wszelkie próby skierowania na kogoś podejrzeń wypadają wyjątkowo topornie. Natomiast na plus zaliczam postać Aries, która zaskakująco dobrze radzi sobie w kryzysowych sytuacjach i całkiem dobrze kojarzy fakty. Jak widać, ma do zaoferowania coś więcej niż nieskończone pokłady optymizmu i różowe włosy.

Seria to klasyczny przeciętniak, który ani ziębi, ani grzeje. Za dużo tu schematów i łopatologii, anime dodatkowo pogrąża bardzo słaba oprawa graficzna i dosyć płaskie postaci, dające się lubić, ale okrutnie przewidywalne. Liczyłam na więcej, chociaż mimo wszystko jestem ciekawa, jak zakończy się podróż Astry i jej załogi.

Kadr wybrany na główny metodą eliminacji.

Cóż, biorąc pod uwagę, jakie życzenie wyraziłam w poprzednim poście, trzeci odcinek należałoby uznać za rozczarowanie. Bisze bez zmian in plus, humoru tyle co kot napłakał, romansu jeszcze mniej, czyli nic, walki rozgrywają się po nocy, a szczegóły historyczne przytłaczają i czynią seans częściowo niezrozumiałym. W dodatku mam wrażenie, że nieco popsuła się grafika, bo ładnymi mogę nazwać ze dwa kadry z zachodem słońca, reszta co najwyżej pustkami świeci.

Ale to nie jest takie anime…

Streszczając (niechronologicznie), odcinek rozgrywa się w ostatnich dniach życia Ody Nobuhide, ojca naszego bohatera, który to z niejasnych przyczyn, mimo nalegań wasali, nie zamierza go odwiedzić na łożu śmierci. Jednocześnie opowiada Kichou jedno miłe wspomnienie, kiedy spotkał się z ojcem – oddzielono go od niego we wczesnym dzieciństwie – i wyraża zazdrość względem młodszego Nobukatsu, który z ojcem miał lepszy kontakt. (Przy tym wszyscy, z Nobunagą na czele, uważają, że Nobukatsu byłby lepszy następcą – tu braterska scena na tle jadowitej zieleni, która być może symbolizuje zdradę, bo wypala oczy). Poza tym Nobunaga jedzie z Kichou na całodniowe, acz bezowocne poszukiwania jakiegoś zagranicznego lekarstwa dla seniora, co wygląda jak pretekst do wyrwania się z zamku.

Drugi wątek to złapany w zamku szpieg, o którym informuje Tsuneoki. Mężczyzna popełnił samobójstwo, a Nobunaga, nie chcąc słyszeć o prawdopodobnym zdrajcy w szeregach wasali swego ojca, każe własnemu przyjacielowi zejść sobie z oczu. Po czym siedzi zdeprymowany i całymi dniami rozmyśla nad sprawą, aż jeden ze starszych wasali wyciąga go na polowanie z sokołem, przy pewnym (w zamierzeniu komediowym) udziale chłopca, który wszelkimi sposobami wprasza się do służby pana Ody. A jest na tyle dziwaczny, że zyskuje akceptację Nobunagi, który sam uchodzi za lekko szurniętego. Jest to również okazja do rozmowy o Tsuneokim i obejrzenia chłopskiego pogrzebu, co kieruje myśli młodego następcy na własnego ojca.

Najlepsza – psychologicznie, emocjonalnie i wizualnie – scena odcinka: pogrzeb bezimiennego chłopa.

W kwietniu 1551 roku Nobuhide umiera; kiedy Nobunaga szykuje się na pogrzeb, Kichou informuje go, że Tsuneoki właśnie ruszył w pościg za szpiegiem, który wykradł dokument legitymujący władzę Ody nad prowincją Owari. Młodzik natychmiast wsiada na koń; trochę walki (w ciemnościach) po drodze i dokument zostaje odzyskany, a zdradziecki wasal zdemaskowany. W efekcie Nobunaga przeżywa lekkie załamanie na tle konieczności nieufania nikomu, godzi się z Tsuneokim i opuszcza pogrzeb ojca, w zastępstwie pisząc wiersz. Jaki miał w tym cel, nie ogarniam, bo wasale wykorzystali to jako pretekst to osadzenia na stołku po Nobuhide jego młodszego syna, wiecznie zasmęconego Nobukatsu, a potem miała chyba miejsce wojna domowa pomiędzy braćmi. Albo będzie miała, w następnym odcinku, co do którego mocno się waham, czy go oglądać.

Rzecz w tym, że animka, mając teoretycznie wszystko, co potrzebne do zaangażowania widza, robi to jakoś niezbornie i nieprzekonująco. Młody Oda może i był dziwakiem, ale w jego szaleństwie powinna być jakaś metoda, a ja jej nie widzę. Zwłaszcza jego zachowanie w stosunku do Tsuneokiego było mało sensowne, że o pogrzebie ojca nie wspomnę. Zdecydowanie uważam też, że bajce szkodzi nadmiar szczegółów historycznych – konieczność wprowadzenia mnóstwa postaci skutkuje tym, że akcja goni na łeb, na szyję i robi się dziwnie poszatkowana, bo jakoś ich trzeba przedstawić (i nie chodzi o te nieszczęsne, co i rusz wyświetlane tabliczki z nazwiskami). Jak wspomniałam na początku, walory estetyczne też jakby spoczęły na laurach, i w ogóle, i w szczególe, i właściwie nie wiem, dla kogo jest ten tytuł przeznaczony. Dla fanek czystej bizoniny wydaje się zbyt historyczny i polityczny, dla fanów japońskiej historii czy militariów (albo po prostu akcji w historycznych dekoracjach) zbyt zbizoniały, dziwaczność co poniektórych postaci pozostaje niezrozumiała i dla kontrastu ahistoryczna, a humor rodem z shounenów do niczego mi tu nie pasuje, podobnie jak wrzucone tu i tam psychologiczne refleksje o związku ojca i syna, które jednakowoż zyskałyby moje uznanie, gdyby nie reszta tego miszmaszu. Wszystko razem, zamiast bawić i wciągać, raczej irytuje niewykorzystanym potencjałem i lekkim chaosem, dlatego nie wydaje mi się to warte dalszego oglądania.

Po wydarzeń z końcówki poprzedniego odcinka Keiki traci przytomność. Według Yuiki była to reakcja na przytłaczającą ilość szczęścia, które dziewoja zafundowała mu, wpychając majteczki do ust.

Nie jest to koniec dramatu naszego bohatera. Następnego dnia rano znajduje w szafce na buty damski biustonosz wraz z notką nakazującą mu stawienie się w pustej klasie o wyznaczonej porze. Jest to prezent od Yuiki, który ma zachęcić Keikiego do zostania jej niewolnikiem.

Czy wiedzieliście, że aspiracją naszej sadystycznej i słodkiej bohaterki jest zostanie autorką książek dla dzieci? Prezentuje nam jedną z nich, zatytułowaną Nieśmiała księżniczka. Opowiada ona o tym, jak tytułowa nieśmiała księżniczka zakochuje się w księciu, ale nie jest w stanie wyznać mu swojej miłości. Dlatego też zamyka go w celi, gdzie zaczyna go dyscyplinować… Urocze, nieprawdaż?

Ciąg tragicznych dla głównego bohatera wydarzeń zdaje się nie mieć końca. Podczas próby wcześniejszego wyjścia ze szkoły znajduje w szafce zdjęcie z Sayuki oraz liścik z groźbą, że jeśli nie zjawi się na czas, zdjęcie zostanie udostępnione w sieci… Dziewoja wita go w stroju pokojówki w pustej klasie (ta szkoła chyba stoi w połowie pusta?), do tego skrępowana kajdankami i przebierająca nogami w wyraźnym geście potrzeby skorzystania z toalety. Bojowym zadaniem dla Keikiego jest wyciągnięcie klucza z jej biustu, co też po bohater czyni, a następnie po raz kolejny odrzuca kuszącą propozycję zostania panem cycatej sempajki.

Sądziliście, że to koniec tego obfitego w zastraszanie i pokusy dnia? Ależ skąd! Podczas kolejnej próby spotkania z Sayuki biedaka na korytarzu dopada Yuika, która podstępem wciąga go do innej pustej klasy (!) i przywiązuje do krzesła. Daje mu wybór – albo ucałuje jej stópki, albo ona siłą odbierze mu jego pierwszy pocałunek. Chwilę później zjawia się Sayuki, która, zniecierpliwiona oczekiwaniem na swojego potencjalnego pana, zaczęła go szukać.

Nietrudno się domyślić, że to jeszcze nie koniec emocji! Podczas kłótni sadystki z masochistką, która ma być jedyną słuszną właścicielką lub służącą Keikiego, do klasy wpada Mao Nanjo i wyciąga Keikiego razem z krzesłem. Wyraża swoje niezadowolenie z sytuacji, w której chłopak jest obracany przez dwie uczennice… Nie chce jednak wyjaśnić, dlaczego jej to nie pasuje. Rzecz jasna wszystko tu jest oczywiste, ale na szczęście bohatera i widzów z opresji ratują napisy końcowe, który zamykają ten ciąg nieszczęść i sam odcinek.

To było chyba najgorsze dwadzieścia minut z letniego sezonu anime. Akcja wykorzystuje wszystkie możliwe schematy ecchi, do tego robi to w sposób kompletnie nieudolny, nie potrafiąc ani rozśmieszyć, ani zaciekawić. Pomijając już sam poziom prezentowany przez bohaterki, „zdrowy kręgosłup” Keikiego jest niestety tylko na pokaz, bo chłopak zupełnie nie potrafi poradzić sobie z sytuacją. Nie ma we mnie ani krztyny ciekawości dotyczącej dalszych wydarzeń, a dotychczasowa godzina poświęcona na to anime sprawia wrażenie jednej z najbardziej zmarnowanych w moim życiu. Nie polecam seansu nikomu, chociaż zdaję sobie sprawę, że znajdą się amatorzy tego typu atrakcji.

Medytowałem w kwiecie lotosu, próbując zrozumieć zawarte tu kolory i emocje. Tym razem pojawiły się trzy nowe:

blond włosy, fioletowe oczy – Kaoru – kobieciarstwo, odprężenie
szare włosy, turkusowe oczy – Izumi – duma, cynizm
fioletowe włosy, złote oczy – Adonis – dobroduszność, troska

Medytacja wymagała ogromnego skupienia, gdyż złożoność Ensemble Stars! jest ogromna. Pewne jest, że nie da się tej serii ogarnąć rozumem, być może da się to uczynić sercem, ale i to jest niepewne. To serce właśnie dyktuje rudym włosom, turkusowym oczom, aby stawić się na rozmowę z kolegami w robotniczym kasku i z kijem bejsbolowym, tak silne jest jego pragnienie obrony protagonistki, która jest nadzieją.

Nadzieja nie odzywa się zbyt wiele. W zasadzie wydobywa z siebie jedynie sporadyczne i krótkie westchnienia. W tym zachowaniu jest wielka mądrość. Idole gadają bez przerwy, i nic z tego nie wynika.  Nie czyniąc nic, a jedynie snując się nieprędko za innymi postaciami, pozwala ona rzeczywistości płynąć naturalnie, usuwa się z drogi cierpieniom, których antyutopijna szkoła jest pełna.

Praźródłem cierpień okazuje się dawna wojna między złymi idolami a samorządem. Równowagę mocy przywrócić może jedynie grupa idoli Trickstar. Kibicuje im czarne włosy, czerwone oczy, niegdysiejszy zły idol, członek samorządu płomienne oczy, zielone oczy, a nawet bordowe oczy, zielone oczy, który jest członkiem samorządu i Trickstara jednocześnie!

Samorząd nie tylko kibicuje walczącym z samorządem, ale nawet jest częścią walczących z nim samym szkolnych wyrzutków z Trickstara. Samorząd odrzuca sam siebie i zwalcza sam siebie. Jest jednością w wielości. Sprzeczne z logiką, a jednak możliwe, tak wielka jest jednocząca siła muzyki. Takie są też wnioski z mojej medytacji. Nie dzieje się nic, i nic się w tej serii dziać nie będzie. Być może w przyszłym odcinku dojdzie do tajemniczego S1, być może nie. Nie ma to znaczenia, gdyż nic nie ma znaczenia. Wyciszmy natrętne myśli i całymi sobą chłońmy sycące barwy, taniec oraz śpiew. Ommmmmmmmm…

 

Tak jak w pierwszym odcinku mamusia zapowiedziała, tak też zrobiła – obejrzała wybraną przez syna trójkę bohaterek na narzeczo… przepraszam, członkinie drużyny, i odrzuciła wszystkie. Gęste sito uważnego spojrzenia chcącej dla syna jak najlepiej matki przechodzi Porta, także graczka testowa,  kupiec, z kilkoma bardzo przydatnymi atrybutami i jedną małą wadą. O dziwo, aprobatę Mamako budzi też ognista magiczka Wise, (tu twórcy oddali mały hołd Linie Inverse), mimo że porwała na trochę ukochanego synka mamusi.

 

Po skompletowaniu drużyny bohaterowie wyruszają w końcu do pobliskiego lochu, żeby trochę zarobić. Łatwo nie ma, bo najpierw wpadają w ciemność, a potem napotykają na gluty. Dużo glutów. A jak łatwo się domyślić, powiedzenie „Kiedy wrogów kupa…”. I o ile małe glutki łatwo pokonać, to Gluta-Bossa o wiele trudniej, z jednego powodu – naprawdę trudno walczyć, jeśli jesteś pokryta mazią, która na dodatek rozpuszcza ubranie. Na szczęście siła i determinacja matczynej miłości pokonują zło, bohaterowie dostają klejnoty i kasę, a w dodatku Shirase przydziela im misję do wykonania.

 

Dobrze, z rzeczy pozytywnych: dowiadujemy się w końcu, w jakim celu powstała gra – otóż jej założeniem jest zbliżenie rodziców i grających dzieci, co oznacza, że Mamako i Masato nie są jedyną parą matka-dziecko, która tu została przeniesiona. Drugim pozytywem jest to, że Masato troszkę wychodzi z roli syneczka mamusi, jednak jest to zmiana niewielka – myśli w momencie, kiedy jest daleko od niej. Sama Mamako pozostaje natomiast nad wyraz irytującą osobniczką, co więcej, jej umiejętności są tak przerysowane, że aż nieśmieszne. I mówię tu o „przerywa natychmiast każdą czynność jaką wykonuje dziecko, bez względu na to, co nią jest”. Nie przeczę, jest to wyjątkowa zdolność każdego rodzica, i przydatna umiejętność w grze by była, ale jednocześnie jest tak merysuowata, że bardziej się nie da.

 

Osobną kwestią jest poziom fanserwisu. O ile majteczki w paski przy krótkiej spódniczce są jednym z bardziej „normalnych” jego przejawów, to reszta jest mokrym snem napalonych na MILF-y nastolatków. Mamy łapanie mamusi za pulchne cycki, żeby nie spadła (zamiast za ręce, bo po co?), obrzyganie mamusi śluzem, który rozpuszcza tylko jej ubrania, oraz wyjątkowo długie tarzanie się bohatera obśluzioną twarzą w obśluzionych gołych cyckach mamusi przy jednoczesnych okrzykach tejże. Żeby nie było, Masato jest szczerze oburzony takim starym trikiem ze śluzem i tym, że w ogóle widzi gołą mamusię. Natomiast mamusia brzmi na dosyć zadowoloną. Zapewne celowo. Naprawdę, ktoś jeszcze wierzy, że to ma być parodia gatunku?

Bem – odcinek 1

Sonia Summers, młoda, ambitna i nasiąknięta idealizmem policjantka w wyniku konfliktu z przełożonymi zostaje przeniesiona z centrum na obrzeża metropolii. Można powiedzieć, że to praktycznie koniec jej kariery, ale kobieta wierzy w to, co robi, i nawet bolesna degradacja nie jest w stanie zachwiać jej przekonaniami. Dlatego kiedy tylko widzi napadniętą staruszkę, rzuca się jej na pomoc – w trakcie pościgu za przestępcą o mały włos nie wpada pod samochód, zaś z opresji ratuje ją tajemniczy mężczyzna, odznaczający się wyjątkową szybkością. Ale zanim Sonia ma okazję podziękować wybawcy, ten znika. Znajduje się za to złodziej, tyle że martwy… Cóż, obrzeża w niczym nie przypominają nowoczesnego centrum – to siedlisko patologii i zbrodni, chociaż mieszkańcy nie wydają się tym zbytnio przejmować, przywykli do takiego rytmu życia. Niestety w zaułkach czai się coś gorszego niż mafia czy złodzieje – demony żądne ludzkiej krwi. Tajemniczy mężczyzna także do nich należy, ale zamiast mordować ludzi, pomaga im, wspólnie z dwójką innych podobnych mu istot – Belo i Belą. Liczą oni na to, że dzięki dobrym uczynkom staną się ludźmi.

Tymczasem na trop wodnego demona wpada Sonia, zniesmaczona łapówkarstwem i przymykaniem oczu na ludzką krzywdę. Szybko jednak przekonuje się, że w starciu z podobną istotą nie ma najmniejszych szans. Z niebezpieczeństwa znowu ratuje ją Bem, ale zaskoczona i przerażona jego prawdziwą formą, zamiast podziękować wybawcy, próbuje go zabić…

Po pierwsze, Bem ma najlepszy opening w sezonie letnim i prawdopodobnie najlepszą, a na pewno najbardziej wyróżniającą się ścieżkę dźwiękową. Seria łączy elementy kryminału w starym stylu z horrorem i muszę przyznać, że wychodzi jej to całkiem zgrabnie, nawet jeśli całość trąci „potworem tygodnia”. Inna sprawa, że wyraźnie daje się tu wyczuć leciwy pierwowzór – anime ma klimat charakterystyczny dla serii sprzed kilkunastu lat, co akurat uważam za zaletę. Niestety na razie niewiele da się napisać o bohaterach, którzy zostali zaledwie przedstawieni widzowi. Mimo to z chęcią sięgnę po kolejny odcinek, żeby zobaczyć jak się rozwiną.

Chyba największą wadą Bem jest grafika – projekty postaci są bardzo krzywe i chwilami pokraczne. Widoki miasta nie rzucają na kolana, ale też mogło być dużo gorzej. Na pewno całość ratuje fakt, że większość akcji ma miejsce w nocy, a twórcy nieźle wykorzystują oświetlenie i ruchy kamery. Całkiem w porządku wypadają też efekty komputerowe, zgrabnie wkomponowane w tradycyjny rysunek. Mam wrażenie, że problem leży w niechlujności rysowników, którym albo się niespecjalnie chce, albo brak im umiejętności. Cóż, z pewnością seria nie pretenduje do miana hitu, ale zdecydowanie warto rzucić na nią okiem, zwłaszcza jeśli ma się słabość do staroci.

Tag Cloud