Kolejna sprawa w agencji detektywistycznej Katri dotyczy zombi. A przynajmniej tak twierdzi nowa klientka, która jest przekonana, że jej niedawno zmarły mąż powrócił do życia i odwiedził ją jako nieumarły. Mężczyzna prowadził jakieś bliżej niesprecyzowane badania nad silnikami samochodowymi dla firmy Embly Products. Zginął tragicznie wraz ze współpracownikami podczas jednego z eksperymentów w pracy. Brzmi to cokolwiek podejrzanie i tak też uważają nasi bohaterowie. Dla Katri stanowi to jak zwykle fascynujący temat do śledztwa.

Okazuje się zresztą, że Noah jest wielkim fanem filmów o żywych trupach, aczkolwiek nie na tyle oddanym swojej pasji, by chcieć się z rzeczonymi zombi spotkać. Wszystkie tropy wszakże prowadzą na cmentarz, na którym chłopak będzie musiał spędzić najbliższą noc (rozkaz szefowej). Niestety, choć wydaje się to niemożliwe, zombi faktycznie się pojawiają… A może jednak cała ta sprawa ma drugie, wcale nie nadnaturalne, dno?

Trzeci odcinek był na razie zdecydowanie najsłabszy ze wszystkich przedstawionych do tej pory. Nie znaczy to na szczęście, że prezentował mierny poziom, ale w porównaniu z poprzednimi wypadł co najwyżej przeciętnie. Największą jego wadą okazało się naiwne rozwiązane, zupełnie inne od tego, co mogliśmy oglądać wcześniej. Tam za postępowaniem bohaterów kryły się jednak ciut poważniejsze problemy, które faktycznie pasowały do dorosłych ludzi. Tutaj tego zabrakło i nawet morał wydał mi się naciągany, czy też wręcz głupiutki. Liczę w każdym razie, że w dalszej części zobaczymy więcej historii pokroju pierwszych dwóch, niż tej najnowszej.

Mimo wszystko wciąż jest to kawał dobrego kina kryminalnego dla młodszych widzów. Zagadki nie są brutalne, lecz nie ma też mowy o wygładzaniu na siłę pewnych kwestii – ludzie naprawdę tu umierają i nie wszystko jest takie piękne, jak by się chciało. Z pewnością dużą zaletę stanowi główna bohaterka – energiczna i inteligentna Katri. Ma ona milion pomysłów na minutę i specyficzne poczucie humoru, tak że nie sposób jej nie lubić. Przyjemną odmianę stanowi również miejsce akcji, osadzona ona została bowiem nie w Japonii, ale w Londynie i to rzeczywiście rzutuje na klimat całości. Epizodyczna fabuła sprawia, że przyjemnie się to ogląda także z tygodniową przerwą między kolejnymi odcinkami. Myślę, że tytuł ten swobodnie mogę polecić wszystkim widzom spragnionym klasycznych opowieści detektywistycznych, których nie odstrasza fakt, że jest to anime przeznaczone wyraźne dla młodszego widza, a więc zawierające uproszczenia zarówno na poziomie graficznym, jak i fabularnym.

Po tym, co zaszło w poprzednim odcinku, Momose i Nifuji są razem – przynajmniej w teorii. Dlaczego? Bo Yoshik… przepraszam, Narumi zachowuje się jak kretynka i unika jak się da swojego faceta, bo… bo jest po prostu dziwna. Na szczęście nad główną parą czuwają niczym anioły stróże Tarou i Hanako, którzy jak mogą, próbują skierować połowicznie chodzących ze sobą otaku na właściwą drogę. Niestety długi język dziewczyny i nieopatrznie wypowiedziane zdanie sprowadza na nowo powstałą parę pierwszy kryzys i znowu gdyby nie interwencja przyjaciół, sprawa marnie by się skończyła. Na szczęście męska część związku jest bardziej ogarnięta i nie rozwiązuje każdej sytuacji, salwując się ucieczką, dzięki czemu po krótkiej, ale konkretnej rozmowie wszystko już jest w porządku…

… no, może prawie wszystko, bo druga para (tak, Tarou i Hanako) prowadzi małą wojenkę, która rozpętała się w międzyczasie (ot, taki typ związku). Druga część odcinka mija na wizycie całej paczki w księgarni… takiej dla otaku, ma się rozumieć. Na chodzeniu między regałami i rozmowach mija ta nieco nudniejsza w moim odczuciu połówka.

Mam wyrzuty, że tak szybko i pobieżnie streściłem odcinek, ale tak naprawdę szczególnie w drugiej części akcja skupia się na dialogach. Jest dużo nawiązań, smaczków, podtekstów i cała radość z oglądania to wychwycić to wszystko. Fabuła nie jest na szczęście na tyle hermetyczna, aby ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia o japońskiej popkulturze, był na wstępie skreślony, ale podstawy dobrze jest znać. Całe show ciągną do przodu postacie i ich świetne charaktery. Nawet główna bohaterka pasuje tutaj, choć w poważniejszych scenach brakuje mi w jej przypadku trochę stonowania, acz nie przeczę, że z kryzysu pokazanego na początku wybrnęła finalnie całkiem dobrze.

Strona techniczna trzyma się dobrze i jest zdecydowanie powyżej przeciętnej. Nie sądzę, aby w trzecim odcinku zdarzyło się coś, co zmieni diametralnie mój stosunek do tego anime, więc nie pozostaje mi na razie nic innego, jak polecać tę serię. Szczególnie że jest tu o wiele więcej elementów związanych ze sposobem bycia, zachowaniami i mentalnością otaku niż w bratniej 3D Kanojo: Real Girl.

 

Hisone pilotuje smoka, chociaż to bardziej smok robi co chce, a ona biernie w tym uczestniczy. Nie ma to jednak wielkiego znaczenia, bo najważniejsze jest, że po trzech latach OTF w końcu kogoś zaakceptował. W związku z tym wydarzeniem w bazie zjawia się specjalista od szycia strojów pilotów, bardzo mocno zainteresowany osobą (a w zasadzie ciałem) głównej bohaterki (humor jest w tej serii bezbłędny), ku nieukrywanej złości Kaizaki, która bez dwóch zdań jest zauroczona przystojnym mężczyzną.

W ramach małej zemsty Nao stara się robić na złość Amakasu z efektem godnym najlepszych filmów komediowych. Koniec końców okazuje się, że protagonistka nieświadomie podebrała jej rolę najbardziej obiecującego kandydata na pilota smoka, a próba naprawienia całej zaistniałej sytuacji przez Hisone odnosi dokładnie odwrotny do zamierzonego efekt.

W przypływie złości Nao decyduje się dokonać sabotażu i uszkodzić kombinezon koleżanki, ale na szczęście (dla obu pilotek) zostaje przyłapana przez Remi (która okazuje się jej matką), po czym ucieka z jednostki na skuterze. Na jej nieszczęście dowództwo chce ją obciążyć kosztami akcji poszukiwawczej i oskarżyć o dezercję. Z pomocą po dość osobliwej (jak zwykle) przemowie przychodzi jej główna bohaterka, która po krótkim acz treściwym przekonywaniu dowództwa oraz smoka do swojego planu rusza na ratunek koleżance.

Sama Kaizaki w tym czasie leży kontuzjowana po wypadku podczas jazdy, a rana nogi uniemożliwia jej poruszanie się. Ratunek efektownie przybywa z powietrza, a przy okazji połknięcie jej i wyplucie przez Masotana (prawdziwe imię smoka) sprawia, że dołącza ona oficjalnie do grona pilotów.

Nie ma wątpliwości, że jest to chyba jedna z najciekawszych pozycji tego sezonu. Akcja jest wartka, charaktery postaci przejaskrawione, ale sympatyczne, rysunek i animacja miodne, a humor trafił w mój gust jak rzadko kiedy. Nie spodziewam się niczego innego po dalszym ciągu serii, a już tym bardziej po trzecim odcinku, który postaram się już bez opóźnień zajawkować przed końcem weekendu.

Odcinek ponownie zaczyna się od nie tyle sprzeczki, ile małej rodzinnej narady dotyczącej wyprawy do dużego miasta. Otóż Tanis postanowił odszukać swoją byłą nauczycielkę, żeby mieć po swojej stronie jakąś dorosłą osobę – a ta jest jedyną kandydatką, bo nikogo innego nie zna. Żeby się znowu nie zgubił, towarzyszy mu telepatka, Suishi.

 

Miasto zachwyca chłopca – Suishi jest najwyraźniej niezdolna do takich emocji, a przynajmniej ich okazywania – ale szybko staje się jasne, że ludzie są tam nie tylko mało życzliwi i niechętni do pomocy, lecz także mogą człowieka oszukać lub okraść. Na szczęście Tanis ma u boku siostrę, której dar rzeczywiście się do czegoś przydaje. Tak więc udaje im się trafić na miejsce spotkania.

Niestety, nauczycielka, która początkowo okazuje dzieciom ostrożną sympatię (nawet funduje jedzenie, co zupełnie od czapy staje się pretekstem do sceny niemal jak z food porn), na wieść o problemach rodzeństwa Tanisa odkrywa nagle zupełnie inną twarz. Okazuje się, że żywi do chłopca zapiekłą niechęć, ponieważ jako genialny uczeń szybko udowodnił jej swoją wyższość i sprawił, że zwątpiła w siebie. Odkrycie, że jest to wynik genetycznej modyfikacji – choć sam Tanis zaprzecza z pełnym przekonaniem – uwalnia frustrację i złość. Kobieta bez wahania nazywa dwójkę dzieci potworami.

 

Na szczęście Suishi znów ratuje sytuację, ujawniając, że odczytała z jej myśli skrywaną tajemnicę – prosty i klarowny szantaż prawdopodobnie zabezpiecza dzieci przed donosem ze strony byłej nauczycielki. Powrót do domu jest smutny mimo pięknych okoliczności przyrody, ale na molo Tanis spotyka tę samą dziewczynkę, która obdarowała go poprzednio lodami. Ponieważ z ostrożności przedstawia się zmyślonym, obco brzmiącym imieniem, ona bierze go za niemiejscowego i daje swój numer telefonu, gdyby potrzebował pomocy. Suishi zapewnia go, że nie był to pusty gest, bo dziewczynka, w przeciwieństwie do wszystkich napotkanych dorosłych, szczerze i z czystej sympatii chciała pomóc.

 

Tyle fabuły. Znów nie zdążyłam się znudzić (o włos), co jest jednakowoż zasługą tego, że odcinki bez openingu i endingu liczą około 12 minut. Gdyby były dłuższe, szansa na to byłaby spora, bo mimo że niczego szczególnego owej historyjce nie mogę zarzucić – jest na razie spójna, a to już dużo – zwyczajnie mnie nie wciągnęła i nic nie wskazuje, by to się miało zmienić. W sumie żadnych pozytywnych określeń też nie mogę wymyślić… Czy „przeciętna” to pozytyw? Graficznie natomiast rzucają się w oczy (niektóre) ładne tła, w tym odcinku morskie, ale jak się przyjrzeć dokładniej (co wymagało więcej zaangażowania, niż to anime we mnie wzbudza), rysunek postaci jest dość niechlujny i uproszczony, a sylwetki w nieco tylko dalszym planie łatwo się deformują, co dotyczy także głównych. Choć twarze i zbliżenia na ogół tego unikają, więc chyba da się na całość patrzeć bez bólu. O ile w ogóle chce się na to patrzeć, a tu jest właśnie kłopocik…

Wyprawa Asirpy i Sugimoto trwa, w sumie kiedy nie muszą walczyć o przetrwanie, jest nawet całkiem przyjemnie i wesoło. Niestety takich chwil jest mało i zazwyczaj trwają krótko. Na trop naszych poszukiwaczy złota wpada bowiem 7 dywizja, co na szczęście nie uchodzi uwagi Asirpy, jednak ucieczka i rozdzielenie się na niewiele się zdają. Mimo to nie można powiedzieć, że bohaterom brakuje szczęścia – zarówno Sugimoto, jak i jego przyjaciółka mogą liczyć na dziką przyrodę, która ponownie przychodzi im z pomocą. Ostatecznie bohaterowie postanawiają udać się do wioski Asirpy, gdzie młody żołnierz ma okazję poznać babcię dziewczyny oraz dowiedzieć się co nieco o zwyczajach Ajnów. Tymczasem w zupełnie innym miejscu wiekowy, ale wciąż charyzmatyczny Hijikata powoli włącza się do gry o skarb…

 

 

To był jak zwykle bardzo dobry odcinek, mimo obecności kolejnego komputerowego misia, co w sumie trochę mnie dziwi, bo inne zwierzęta wyglądają dużo naturalniej. Oprócz następnego fragmentu fabularnej układanki widzowie otrzymali także garść informacji na temat wierzeń oraz zwyczajów Ajnów. Poza tym, niezmiennie fascynuje mnie jak zręcznie łączy się tu sceny wręcz groteskowo brutalne z komediowymi wstawkami, i o dziwo, te elementy nie gryzą się w żadnym momencie. Natomiast trochę martwi mnie położenie głównych bohaterów, którzy pakują się z jednych kłopotów w drugie, a lista ich przeciwników rośnie w zastraszającym tempie. Inna sprawa, że dodaje to całości kolorytu i sprawia, że seria staje się znacznie mniej przewidywalna.

Cóż, prawda jest taka, że nie miałam większych wątpliwości względem Golden Kamui już po pierwszym odcinku. Po seansie trzeciego jestem przekonana, że czeka mnie naprawdę dobre widowisko. Przedstawiona historia po prostu fascynuje i wciąga, a pozbieranie i charyzma głównych bohaterów sprawiają, że kibicujemy im od samego początku. Inna sprawa, że wreszcie z cienia wychodzi jedna z moich ulubionych postaci legendarno-historycznych, czyli owiany złą sławą Hijikata i muszę przyznać, że już go lubię. Zapowiada się pojedynek silnych i inteligentnych osobowości, czyli poniekąd rzadkość w anime. Pozostaje przymknąć oko na koszmarne CG i skupić na bardzo dobrej całej reszcie!

O czy myślą ludzie czekający na przejazd pociągu przy zamkniętym przejściu kolejowym? Okazuje się, że o różnych rzeczach, a czas ten wcale nie musi być zmarnowany. Chociażby bohaterki pierwszego odcinka decydują się na wyznanie miłosne. Przejeżdżający pociąg zagłuszy przecież ich krzyki, a ileż lżej będzie po takim wyznaniu, ileż frajdy ono zapewni. Pytanie tylko: czyje imię każda z nich wykrzyczy?

W drugim odcinku widzimy już zupełnie innych bohaterów. Tym razem jest to chłopak i dziewczyna. On podziwia koleżankę z daleka, zachwyca się jej pięknem i tym, że jest niesamowicie seksowna. Ta zaś… cóż – nie wiemy, co jej chodzi po głowie, ale przynajmniej potrafi porządnie zawiązać krawat.

Wreszcie w trzecim odcinki ma miejsce spotkanie nauczyciela z jego uczennicą. Problem polega na tym, że on nie wie, jak zagaić rozmowę, ale też nie wypada mu się przynajmniej nie przywitać. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest niegrzeczny. Tylko co, jeśli rzeczona uczennica wcale nie ma ochoty na rozmowę z nauczycielem? Gorzej – nieporadna próba nawiązania kontaktu sprawia, że nie może ona powstrzymać się od śmiechu…

Jak widać, nie ma w tym niczego odkrywczego. Ot, są to krótkie historyjki zakończone komediową puentą. Ich poziom zapewne będzie się różnił w zależności od odcinka, ale patrząc na to, co zaserwowano nam na początek, powinno być całkiem nieźle. Warstwa techniczna jest przyzwoita, zwłaszcza jak na serię krótkometrażową, więc nawet miło się na to patrzy. Trzy minuty poświęcone na każdy epizod to na tyle mało, że można go potraktować jako lekki przerywnik między konkretniejszymi tytułami. I w takiej formie sprawdza się to znakomicie.

Dzisiaj głównym motywem muzycznym jest Mozart – konkretnie Sonata nr 2, K. 280, będąca utworem konkursowym. Kai szybko opanowuje ją pod okiem i uchem Ajino (pianino w domyślnym schowku szkolnym należy chyba jednak do niego); jedyny problem polega na tym, że jest doskonałym naśladowcą gry nauczyciela (z czasów sprzed wypadku), natomiast ten nalega, by znalazł własną wersję sonaty, a to już jest dla chłopca dużo trudniejsze. Wygląda na to, że jego wrogiem rzeczywiście nie jest Mozart, ale on sam… W tym czasie Shuuhei również ćwiczy nieustępliwie.

Kiedy przychodzi dzień konkursu, Kai musi najpierw pokonać pewną nieoczekiwaną przeszkodę w wyjściu z mieszkania, a następnie pogodzić się z obecnością rozentuzjazmowanej matki, która właśnie się dowiedziała o jego uczestnictwie w tymże. Bardzo mi się podobało dżentelmeńskie zachowanie Ajino wobec niej.

 

Na miejscu chłopiec nie ma jednak większej tremy, za to pomaga u opanowaniu jej innej uczestniczce, imieniem Takako, mimo że ta wcześniej zachowała się dość nieładnie wobec Amamiyi. To była długa scena, może nieco zbyt długa, ale dość realistyczna, wypełniona kłótnią, płaczem i dawaniem różnego rodzaju rad, a zakończona przedziwnym zabiegiem terapeutycznym. Kaia jednak nic nie rusza, ten chłopak z pewnością da sobie radę w życiu.

Zobaczymy jeszcze i usłyszymy doskonały występ Shuuheia – jego świadkiem jest też jego ojciec, sławny pianista – a po nim wydaje się, że konkurs jest już rozstrzygnięty. Na scenę wychodzi jednak ośmielona Takako, a na występ Kaia przyjdzie nam pewnie poczekać do następnego tygodnia i muszę przyznać, że jestem ciekawa jego przebiegu.

Ciekawa przede wszystkim dlatego, że bohaterowie zyskali moją sympatię, w pierwszym rzędzie oczywiście rezolutny Kai, ale podoba mi się także zrównoważony Ajino i matka chłopca, robiąca wrażenie trzpiotki Rei-chan. Przy czym o obojgu dorosłych wiemy przecież, że ich życie było (jego) i jest (jej) nielekkie. Z kolei Shuuhei jest może nieco nad wiek dojrzały, ale nietrudno sobie wyobrazić, że pod taką presją dziecko mogłoby nabyć takich właśnie cech. Razem tworzą grupkę postaci nie tylko sympatycznych, ale i wiarygodnych, a pojawienie się Takako pozwala żywić nadzieję, że na tej czwórce się nie skończy. Ponadto nie wszystko kręci się wokół samej gry na fortepianie, są jeszcze drobne na razie wątki, powiedzmy (nieco na wyrost) społeczno-psychologiczne, i też mam nadzieję na ich dalszy rozwój.

Graficznie bez zmian, czyli kiepsko – uproszczenia, deformacje, oszczędności, animacja komputerowa. Powyższy obrazek to zdecydowanie jeden z nielicznych wyjątków. Muzycznie – cóż, klasyka, to się nie może znudzić, nawet po wielokrotnym wysłuchaniu. Razem wziąwszy, jeśli ktoś jeszcze się waha przed seansem, zachęcam do spróbowania, bo wydaje mi się, że mimo marnej oprawy wizualnej będzie się to dobrze oglądało.

Nanba rejestruje Junk Doga, teraz znanego już jako Joe, jako megaloboksera. Wrzucony na sam dół rankingu, ma zaledwie trzy miesiące, by dostać się na jego szczyt i wziąć udział w turnieju finałowym. Trener jednocześnie szuka możliwości usprawnienia zbroi, w której do tej pory walczył główny bohater. Jej modernizację zleca mechanikowi żyjącemu głównie z kradzionego sprzętu. Ów sprzęt, jak się okazuje, rabuje banda młodocianych chuliganów, na czele której stoi chłopak imieniem Sachio. Po usprawnieniu sprzętu także i Nanba postanawia dodać do niego coś od siebie, co niestety kończy się jego spaleniem. Sachio, z jakiegoś powodu zafascynowany Joe’em, postanawia zaryzykować i ukraść ze sklepu zbroję, którą sam wcześniej wymienił na cukierki dla siebie i swoich kolegów. Zostaje złapany przez właściciela i jego wspólnika Potemkina Higashiego, byłego megaloboksera. Joe, nie mogąc zostać obojętny, ratuje chłopaka, korzystając jednocześnie z nowej zbroi, która niestety w trakcie pojedynku również ulega zniszczeniu. Bez sprzętu, ale z nowym przyjacielem – tak rozpoczyna się droga Joego na szczyt.

Klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Gdybym miał wskazać główny aspekt, który odpowiada za bardzo przyjemny całokształt, to byłoby właśnie to. Projekty postaci i otoczenia, muzyka – wszystko tu współgra i tworzy coś naprawdę fajnego i unikalnego. Pal licho już ten fatalny efekt graficzny – to się po prostu naprawdę fantastycznie ogląda.

Trzeci odcinek jest dziełem zaledwie dwóch animatorów, Takaakiego Wady, który pełnił przy nim również rolę reżysera, nadzorcy animacji i odpowiadał za storyboard oraz Hirokiego Harady. Wspominam o tym dlatego, bo wszystko w odcinku porusza się niesamowicie płynnie i dostajemy dużo naprawdę fajnych animacji mimiki czy gestów postaci. To imponujące, że zaledwie dwóm osobom udało się stworzyć coś, co w żadnym stopniu nie odbiega od poprzednich części.

Fabularnie na ten moment jest interesująco, aczkolwiek to, co dostaliśmy do tej pory, to jedynie wprowadzenie. Jestem pewien, że w kolejnych odcinkach poznamy dużo nowych informacji na temat świata, a przede wszystkim najważniejszego punktu programu – walk bokserskich. Megalo Box po wstępie zapowiada się na najlepsze anime sezonu, a z czasem, kto wie, wyrośnie może nawet na kandydata na anime roku. Ja osobiście gorąco polecam.

Ren i Ryuuji postanawiają na własną rękę przeprowadzić śledztwo, by wyciągnąć z uczniów prawdę na temat Kamoshidy. Ponieważ jednak męska część szkolnej społeczności nie chce o niczym mówić, próbują porozmawiać z Shiho Suzui. Choć chłopcy dają jasno znać, że o wszystkim wiedzą, dziewczyna nie jest skłonna do zwierzeń, a w jej obronie staje jej najlepsza przyjaciółka, Ann Takamaki. Tego samego dnia po szkole Ren przypadkowo podsłuchuje jej rozmowę telefoniczną, która skłania ją do opowiedzenia głównemu bohaterowi o swoich problemach – okazuje się, że Shiho występuje w pierwszym składzie drużyny siatkarskiej tylko dlatego, że Ann spotyka się z Kamoshidą, który, choć nie pada to bezpośrednio, ewidentnie ją molestuje. Ponieważ jednak dziewczyna po raz pierwszy postawiła się wuefiście i odmówiła spotkania, nauczyciel swoją złość postanawia wyładować na Shiho. Suzui, nie mogąc wytrzymać obciążenia psychicznego, skacze z dachu szkoły, a następnie trafia do szpitala, gdzie zapada w śpiączkę. Ostateczny dowód na winę Kamoshidy daje chłopakom Yuuki Mishima, jeden z członków drużyny i ofiara humorów wuefisty. Z myślą, że zdobyta wiedza da im nam nim przewagę, udają się do jego kanciapy, by wyjawić mu, że o wszystkim wiedzą. Jednak zupełnie niewzruszony nauczyciel oznajmia im, że na następnym posiedzeniu rady pedagogicznej ma zamiar wnioskować o wyrzucenie ich ze szkoły. Nasi dwaj szkolni chuligani zgodnie oznajmiają, że Kamoshida musi zapłacić za swoje czyny, a we wszystkim ma im pomóc Morgana, który przeniósł się do realnego świata w postaci kota. Gdy wraz z nim infiltrują zamek w poszukiwaniu skarbu, okazuje się, że wraz z nimi do alternatywnej rzeczywistości przeniosła się również Ann. Pod wpływem złości oraz mowy motywacyjnej Rena, także i ona przebudza w sobie Personę.

Ku mojemu zaskoczeniu trzeci odcinek wypadł odrobinę lepiej od poprzedniego pod względem wizualnym. Krzywe rysunki nadal są obecne, ale jest ich mniej niż w zeszłym tygodniu. Tym razem również na koniec odcinka dostajemy walkę, która prezentuje się o wiele ładniej i płynniej niż ta z poprzedniego odcinka. Same pojedynki natomiast, przynajmniej z mojej perspektywy, choć pasowały do konwencji gry, w wersji animowanej wyglądają na wciśnięte na siłę, jakby twórcy nie mieli pomysłu na przedstawienie mocy posiadaczy Person. Zresztą już przed startem emisji miałem wątpliwości, czy akurat ten element uda się zgrabnie oddać w serii telewizyjnej i jak się okazuje, miałem rację. Przyznam jednak, że sam zapewne nie wpadłbym na to, co można by było z tym akurat aspektem zrobić. Ot, specyfika adaptacji gier – coś, co świetnie sprawdza się na konsoli, niekoniecznie wypada dobrze przy próbie przeniesienia tego na inne medium.

 

 

Tempo fabuły nadal jest straszliwie szybkie, akcja przeskakuje z miejsca na miejsce i nie ma właściwie chwili wytchnienia. Daje to o sobie znać przy wyznaniu Ann, bardzo brakuje w tym momencie odpowiedniego napięcia. Prędkość, z jaką anime gna przez fabułę, niesamowicie kontrastuje z grą, w której dialogi potrafiły trwać nawet po kilkadziesiąt minut. W wersji animowanej zdecydowanie brakuje czasu na nieco bardziej rozbudowane konwersacje między bohaterami, co stanowczo zaliczam na minus. Zabiera to bardzo ważny element gry, który przesądził o tym, że tak bardzo Persona mi się spodobała – rozbudowane relacje między postaciami. Owszem, jakieś zalążki są, vide sprzeczki Morgany i Ryuujiego, ale moim zdaniem to za mało.

Jeśli miałbym wystawiać jakikolwiek werdykt po tych trzech odcinkach, to brzmiałby on tak: fani gry – oglądajcie, bo nic na tym nie stracicie, a przynajmniej będziecie mieli okazję przeżyć tę przygodę jeszcze raz w nieco innej formie. Ci, którzy gry nie znają – jeśli macie taką możliwość, sięgnijcie po konsolowy pierwowzór. Wersja animowana na ten moment nie jest wcale zła, ba, powiedziałbym nawet, że to całkiem poprawna adaptacja. Po prostu zbyt wiele materiału, który stanowił o sukcesie gry, zostało z niej wycięte. Persona 5 to fantastyczne doświadczenie, zachęcam spróbować absolutnie każdemu. O anime polecam natomiast zahaczyć dopiero po ograniu gry.

Odcinek rozpoczyna się od sępienia panów o śniadanie przygotowane przez Kuze, wychwalaniem smaku zupy miso pod niebiosa, porównywaniem co ze śniadania domowego było lepsze od restauracyjnego oraz chwaleniem ładnego głosu bohaterki. Następnie widzimy, jak towarzystwo po skończonym patrolu zostaje zaproszone (a raczej głównie Kuze) przez Hayate do kawiarni, gdzie oddają się konsumpcji curry, ryżu i kanapek oraz napojów niewyskokowych (z obowiązkową prezentacją widzowi ładnych widoczków dań). Scenka rodzajowa zostaje w końcu przerwana przez zamieszanie na zewnątrz. Okazuje się, że jacyś goście w płaszczach gonią kogoś i chcą mu spalić książkę. Na widok naszych bohaterów uciekają, ale niestety książka już jest stracona. Gonionym osobnikiem okazuje się studentem medycyny imieniem Rui Sagisawa, a ofiarą jego niewinny podręcznik akademicki.

W kwaterze po przeanalizowaniu sytuacji przez zespół bohaterka dowiaduje się, że tajemnicze „płaszcze” są organizacją o nazwie Kagutsuchi i stawiają sobie za cel palenie przeklętych i potencjalnie niebezpiecznych książek, w tym tych normalnych. Okazuje się też, że w ramach współpracy i szybszego kontaktu z policją do zespołu dołącza młody policjant, Tarou Tsubameno, który będzie służył im za wsparcie i łącznika.

Kolejnego dnia Kuze w sklepie z maskotką (po zestrzeleniu kolejnej niemoralnej propozycji) spotyka ponownie Sagisawę, który twierdzi, że przeklęte tomy są szkodliwe i należy je niszczyć, ale poza tym bardzo się cieszy, że znowu ją spotkał. Następnie przeskakujemy znów do końca patrolu, tym razem jednak towarzystwo nie idzie na kolacje, ale goni osobnika będącego prawdopodobnie pod wpływem przeklętego tomu, który trzyma. Niestety, ucieka on do tunelu metra, co jak łatwo przewidzieć,  kończy się dla niego źle i krwawo (książkę udaje się odzyskać).

W trakcie kolejnego zebrania w Fukurou wychodzi na jaw, że przeklęte książki są prawdopodobnie tworzone specjalnie przez kogoś, a raczej przez coś, czyli przez grupę Karasu – tak nazwaną, ponieważ na miejscu każdego incydentu zostaje czarne krucze pióro. Następnie bohaterka spotyka się na „randce” z Sagisawą, z którym toczy kolejną rozmowę o tym, że książek nie powinno się palić nawet jeśli są potencjalnie niebezpiecznie, a na deser nieopatrznie wyznaje, że ona te książki umie rozpoznać. Nie upływa dużo czasu, gdy Fukurou otrzymuje informację, że członkowie „płaszczy” weszli do jakiegoś budynku i coś zamierzają robić – czyli zapewne palić książkę. Dlaczego robią to nocą, w pięciu w opuszczonych budynkach – pozostaje dla mnie zagadką. Zapewne dlatego, by było Bardziej Tajemniczo. Rozpoczyna się gonitwa, zakończona ujawnieniem widzowi tożsamości przywódcy grupy oraz kolejną rozmową pomiędzy nim a Kuze o tym, że palenie książek jest złe, a także o jego planach zniszczenia Karasu.

Trzeci odcinek przynosi więcej informacji, niestety jednak są one przetykane wypychaczami, czyli scenami niemającymi zupełnie sensu, a służącymi jedynie do dobicia do tych wymaganych 23 minut odcinka. Fabuła jest przewidywalna, a postępowanie niektórych postaci wydaje się irracjonalne, choć można się pod koniec łatwo domyślić, czym jest to spowodowane (zgadnijmy wspólnie, co spowodowało wypadek rodziców Ruiego?). Wprowadzone zostają też kolejne postaci, które się pojawią w dalszych odcinkach (przyjaciółka z dzieciństwa), nie zapomniano nawet o braciszku. Problemem stanowi tłum osób kłębiących się wokół bohaterki – jest ich za dużo, a przez to połowa pełni role statystów. Gdyby rzeczony tłum znacząco zredukować, od razu by się przyjemniej oglądało, a i akcja nabrałby tempa.

Jak na razie seria ani ziębi ani grzeje, nie wybija się ponad przeciętność, choć widzę kilka potencjalnie interesujących rozwinięć fabuły. Jednak zważywszy na materiał źródłowy, mam wątpliwości, czy twórcom uda się wykrzesać ze scenariusza coś bardziej interesującego. Tym bardziej, że zapowiedź czwartego odcinka sugeruje pójście na bal (oczywiście w celu prowadzenia śledztwa), natomiast (znów) niestety przewiduję, że jakieś jedna trzecia odcinka będzie się kręciła wokół kiecki, wybierania kiecki i komplementowania bohaterki. Ale może się mylę?

 

Tag Cloud