Aż chciałoby się napisać: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, ponieważ to, co ma miejsce w tym odcinku, jest bezpośrednim skutkiem decyzji bohaterów podjętych z powodu opieszałości i/lub pychy, choć mam również dziwne wrażenie, że był to zabieg zastosowany przez autora z niezwykłą premedytacją… A może po prostu nagiął faktyczne wydarzenia do swoich potrzeb? Uczciwie przyznaję, że nie szperałam w źródłach historycznych, by sprawdzić, jak wyglądał przebieg inwazji na Tsushimę. Acz może powinnam ten błąd naprawić? No nic, przejdźmy jednak do odcinka.

Kiedy zwiadowcy poinformowali władze wyspy, że z Półwyspu Koreańskiego wypłynęły mongolskie statki, starszyzna postanowiła zwołać naradę i, o dziwo, zaprosić na nią Jinzaburou. W jakim celu, za bardzo nie wiadomo, gdyż jak słusznie podsumował to protagonista – bardziej przypominało to wspominkowy piknik niż faktyczną dyskusję na temat strategii. A że mimo statusu wygnańca, były samuraj charakteru i dawnej mentalności nie stracił, to wyraża swoje zdanie na głos…. Co skutkuje wyrzuceniem go z „narady” i przekreśla jakiekolwiek szanse na chociażby zmniejszenie strat w nadchodzącym starciu z Mongołami, którzy już pukają do tylnych drzwi wyspy. Mieszkańcy Tsushimy o prawdziwej wojaczce pojęcia właściwie nie mają i napędza ich jedynie duma i odwaga głupców, więc efekt tego starcia nie jest trudny do przewidzenia.

Cóż, z jednej strony jest to jak najbardziej logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, ale z drugiej miałam nieodparte wrażenie, że był to przemyślany zabieg autora, mający na celu uczynienie głównego bohatera odpowiedzialnym nie tylko za obronę fizyczną, ale i za strategię i pokazanie, że pod każdym względem jest wyjątkowy. W sumie nie mam nic przeciwko, jeśli protagonista faktycznie jest w stanie taki ciężar udźwignąć. Niemniej jednak takie „protagonistocentowanie” historii jest dosyć ryzykownym zabiegiem, bo z eksperta i guru łatwo zrobić Gary’ego Stu, który będzie nie do wytrzymania. No cóż, poczekamy zobaczymy, bo na razie Jinzaburou jak najbardziej daje się lubić.

A i żeby nie było, że starcie z wrogiem to jedyny element tego odcinka. Nie, nie, nie. W kilku scenach oraz retrospekcjach dowiadujemy się bowiem konkretnych rzeczy o głównych bohaterach (mam tu na myśli pana Kuchiiego i Teruhi), ale zmyślnie odsłonięto tylko niektóre karty, żeby zaostrzyć apetytów widzów na dalsze rewelacje. I słusznie, bo nie ma nic gorszego niż nieumiejętnie wyjawiony sekret. Miło też widzieć drobne, ale całkiem udane wstawki humorystyczne, które, dobrze rozegrane, w przyszłych odcinkach będą wzbogacać relacje między bohaterami.

O ile warstwa fabularna miewa się nieźle, tak już wizualnie jest… słabiej. Znacznie słabiej. Może poprzedni odcinek był lepszy, może liczba scen walki w tej odsłonie wymagała o wiele więcej dynamicznych ujęć, a może oba te powody i cała masa innych… Tak czy siak, druga część pod względem graficznym prezentuje się biednie i nałożony na obraz filtr nie pomoże tego ukryć. Niestety, ostatnią rzeczą, jaką można napisać o tym odcinku, jest to, że animacja była w nim dynamiczna. W scenach zbiorowych mamy armię klonów (może był to zamierzony przez autora efekt w celu odczłowieczenia wroga – nie mam pojęcia…) oraz wykorzystanie modeli trójwymiarowych, co w oddaleniach jeszcze tak nie razi, ale w zbliżeniach… Brrrrr. Pojedynki jeden na jeden składają się zwykle z jednego lub kilku trzęsących się statycznych ujęć i jednego zbliżenia na dynamiczne cięcie ostateczne. Słowem: nuda, brak finezji i chyba również środków finansowych… A, no i mimo mocno takiej sobie jakości grafiki, krwi i trupów tu trochę jest, więc co wrażliwsi niech czują się ostrzeżeni. Z drugiej jednak strony zaprawieni miłośnicy stylu żabką krytą w morzu krwi i posoki nie znajdą tutaj nic niezwykłego.

No cóż, jakoś bardzo, bardzo zawiedziona nie jestem, ale wolę przestrzec widzów, którzy mają nadzieję na efektowne sceny walk. Tutaj tego raczej nie znajdziecie… Chyba że coś się jeszcze zmieni.

Tym razem sklep z antykami odwiedza szanowana matrona z dwoma córkami. Jednak panie nie przyszły podziwiać piękne przedmioty, ale skorzystać z niezwykłych umiejętności Kiyotaki. Otóż starsza z nich niedawno dowiedziała się, że będzie pełnić niezwykle ważną funkcję podczas nadchodzącego święta i to właśnie z tego powodu ktoś podłożył jej do torby listy z groźbami. Ma ona nadzieję, że przystojny znawca antyków odnajdzie sprawcę, którym (zdaniem dziewcząt) mogą być byłe przyjaciółki wyróżnionej siostry. Cóż, śledztwo nie należy do długich i mozolnych, i nawet średnio rozgarnięty człowiek wręcz ekspresowo domyśli się prawdy…

 

 

To bynajmniej nie jest komplement, bo chociaż nie oczekuję od serii skomplikowania na poziomie związków miłosnych w Modzie na sukces, to przedstawiona w drugim odcinku „zagadka” dosłownie obraża inteligencję widza. Jeszcze gorsze były chyba tylko powody podłożenia listów i mdła „drama”, towarzysząca odkryciu przez Kiyotakę kart. Słabo to wyszło i dlatego w moim prywatnym rankingu anime dało mocnego nura w kierunku mulistego dna. Zresztą miałka fabuła to tylko jeden z problemów Kyoto Teramachi Sanjou no Holmes – drugi to nijakość i bezużyteczność głównej bohaterki, która sama w sobie nie jest zła, ale w tej chwili jest równie istotna dla opowieści, co losowa waza, stojąca w sklepie. Z powodzeniem można by ją zastąpić kotem, tylko że wtedy główny bohater mógłby wyglądać trochę dziwnie, gadając do sierściucha – chociaż w sumie… Trzeci problem to właśnie protagonista – idealny jak wypolerowane srebro. Nie złości się, nie ma gorszych dni, wszystko wie i zawsze promiennie się uśmiecha, i na dodatek trafne riposty ma zapisane w genach. To najnudniejszy idealny książę na białym koniu, jakiego widziałam.

Ja wiem, że to ma być cieplutkie, puchate i rozpuszczać niewieście serca z równą mocą, co gorąca czekolada, ale mojego jakoś nie rusza. Nie wiem, może za stara jestem, acz prędzej to po prostu nie ten zestaw cech u bisza, trzeba poczekać na kolejnych, może trafi się coś sensowniejszego… Inna sprawa, że jak grafika jeszcze trochę się pogorszy, to nie zauważę kolejnego. Było krzywo, statycznie i brzydko. Bezimienny tłum pozbawiony twarzy wyglądał upiornie, a próby ukazania promieni słońca przebijających się przez liście okazały się totalną katastrofą – nagle wszystkie postaci rozchorowały się na bielactwo, co gorsza ich ubrania także. Naprawdę nie pojmuję, jak można tak koncertowo skopać prosty pomysł na anime?!

Tym razem do bazy zostaje przyniesiona wiadomość, że gdzieś w pobliżu (?) są ruiny zamku, a jeśli są ruiny, to może tam być jakaś zbrojownia, w której mogłaby się znaleźć zabytkowa broń. Napoleon zostaje także poinformowany, że plotka głosi, iż Imperium też powołało swoich muszkieterów. Jednak w przeciwieństwie do nobliwych i szlachetnych jednostrzałówek, są oni zrodzeni ze współczesnych broni i przynoszą tylko śmierć i zniszczenie.

 

Tymczasem w barakach, Chassepot, jeden broń z należących do drugiej grupy, się złości, że Bess i reszta uszli z ostatnich wydarzeń z małą karą, i że nie zdają sobie sprawy, jak głupio się zachowali. Postanawia ich ochrzanić i się bardzo dziwi, gdy Bess go grzecznie przeprasza za swoją głupotę. Jednak od słowa do słowa, udaje mu się wywołać awanturę z Kentuckym, w wyniku której Napoleon postanawia nauczyć ich współpracy, i całą ósemkę wysyła na badanie zamku.

 

Po dotarciu na miejsce okazuje się, że zamek jest ogromny, ale w zbrojowni nie ma nic cennego. Niestety, zwiad zostaje przerwany przez pojawianie się gościa w króliczym onsie, z różową maską na twarzy, dzierżącego broń maszynową. Jak można się domyślić, jest on jednym z tych Imperialnych muszkieterów i zdecydowanie chce bohaterów zabić. Po dłuższej i nierównej walce, udaje się go unieszkodliwić, ale wraz z nim do podziemi spadają Bess i Dreyse, a reszta na zewnątrz odpiera ataki zwykłych żołnierzy Imperium. W końcu udaje się im ich pokonać i wracają ratować przyjaciół. Tymczasem Bess i Dreyse walczą w podziemiach z Królikiem, cała trójka z odblokowaną mocą (dwie złote i różowa). W końcu jak można się domyślić, bohaterom udaje im się pokonać Złego, a przynajmniej na dłuższa chwilę unieszkodliwić.

 

No dobrze, jakieś tam kawałki fabułki się pojawiają, ale generalnie jest tak, że w każdym odcinku mamy akcję/akcjopodobne coś i przedstawienie kolejnych panów, albo przynajmniej ich próby. Tym razem się dowiedzieliśmy, że nowoczesne bronie i ich reinkarnacje są złe i pracują dla Imperium. Bardzo widać, że starają się podać: stare=szlachetne i nobliwe, nowe=złe i niszczycielskie. Dwa, że nasze bronie wcale nie są takie miłe wszystkie dla siebie, a te z produkcji taśmowej są przez niektórych traktowane jako „gorszego sortu”. Natomiast moja logika pod koniec zazgrzytała metaforycznymi zębami, bowiem logiczne by było, żeby po wykończeniu żołnierzy z karabinkami, zabrać je z trupów i użyć samemu, zamiast jednostrzałów… Ale nie. To chyba nie byłoby „nobliwe”.

Naprawdę nie wiem, dla kogo ma być to seria. Bronie się pokazują od czasu do czasu, fabuła jest umowna, rozwój postaci – prawie go nie ma, bo jest ich za dużo, a grafika… nad grafiką spuśćmy zasłonę milczenia, bo pieniądze się skończyły na pierwszym odcinku, i chwilowo ich starcza na zbliżenia twarzy i sceny z Supreme Nobility, a reszta jest tak koślawa, że aż trudno na to patrzeć. Jeśli ktoś chce zobaczyć, czy Bessie się nauczy odblokowywać moc na zawołanie – to może oglądać.

 

 

O jeju, jakie to było… żałosne. Znaczy, jeśli o wyjaśnienia chodzi, to odcinek wypada całkiem poprawnie, ale fabuła jest tak nieudolnie i niezgrabnie prowadzona, że aż szkoda słów… No dobrze, akcja już nie jest ciągnięta po żwirze, ale do płynności temu jeszcze bardzo, bardzo daleko. Da się wyróżnić ciąg przyczynowo-skutkowy, ale to, co się dzieje, jest po prostu głupie. Atmosfera skacze od dramatu do komedii, a są to skoki pozbawione jakiejkolwiek elegancji czy gracji. Absurd goni absurd, a dziwaczne i zupełnie zbędne elementy pojawiają się jak na zawołanie. Po prostu jeden wielki bajzel.

Najbardziej irytuje coś, co chyba chińscy twórcy uwielbiają robić ze swoimi bohaterami, a mianowicie powodowana wymogami scenariusza lobotomia. Cóż, fabuła posuwa się to przodu tylko dlatego, że postaci nagle (albo już z założenia, trudno stwierdzić, bo to dopiero drugi odcinek…) tracą zdolność jakiegokolwiek myślenia (o logiczne już nawet nie proszę). Prym naturalnie wiedzie Ai, która w zetknięciu z nadprzyrodzonymi siłami zachowuje się bez jakiegokolwiek pomyślunku. Znaczy, początkowo można by uznać, że dziewczyna nawet myśli, bo nakarmiona dziwnymi informacjami przez zupełnie jej nieznanych ludzi, nie wierzy im ot tak. Z drugiej jednak strony wypaplanie wszystko przyjaciółce to najinteligentniejszych decyzji zdecydowanie nie należało. Jednakże nagroda główna w kategorii debilizmu protagonistów należy jej się za pójście z Machi (rzeczoną psiapsiółą) w zupełnie nieznane miejsce bez jakichkolwiek pytań. I za durne pytanie z cyklu „rynek, znaczy, że odbywa się tu sprzedaż?”. Swoją drogą, pomyślałby kto, iż zaprawieni w bojach Wybawiciele podejrzewają, że czarne charaktery z reguły kłamią i nie należy im ufać… Cóż, idiotów jest tu znacznie więcej niż można by przypuszczać.

Animacja jest koszmarnie statyczna, sama kreska do bólu uproszczona i po prostu brzydka, a muzyka też w dalszym ciągu nie nadaje się do słuchania. Serio, po co w ogóle coś takiego tworzyć?

P.S. W pierwszym odcinku tworzenie diabelskich lalek brzmiało mrocznie i makabrycznie… Powiedzmy, że groteskowość i absurdalność procesu zabija jakąkolwiek upiorność. Jeśli w ogóle autor starał się takowy efekt uzyskać…

A jak to zobaczyłam, to mało co nie zeszłam

No dobrze, sensu ma to tyle samo co dowolny reverse harem rodem ze smartfona, czyli niewiele, ale trzeba przyznać bohaterce, że przynajmniej nie jest totalnie pozbawioną kręgosłupa mimozą i nie zatyka jej nawet na widok nagiego męskiego torsu. Fakt, że szybciej działa, niż myśli, a działa głupio, niepotrzebnie narażając się na ryzyko, jestem skłonna jej przebaczyć właśnie za to, że nie straciła rezonu na widok wampirzego fanserwisu, co prawda nie sparklającego, ale zawsze. A Vlad w swoich manieryzmach potomka samego hrabiego Drakuli jest rzeczywiście zabawny, chyba zamierzenie.

Gwoli treści odcinka, Ton po porwaniu Shinyao wparowała wprost do kawiarni, dowodząc tym samym, że nie tylko bezpośredni urok, ale również wampirze zaklęcia na krew Raijin nie działają, i zażądała pomocy. Na miejsce udali się Luke i Taryou (który jest rodzajem chińskiego wampira żywiącego się energią ki), podczas gdy Vlad, nie mogąc wyjść na światło słoneczne, został z Ton i wyjaśnił jej, czym są Cienie (albo Umbra) – nadprzyrodzone byty literalnie zrodzone z ludzkich fantazji i lęków. Jednym z nich jest duch chłopaka imieniem Wayne, „mieszkający” w kawiarni, który wcina się w ich rozmowę, używając różnych sprzętów, od komórki po gramofon. Dziewczyna oczywiście przyjmuje to bez mrugnięcia okiem, no ale cóż, takie serie już tak mają.

  

 

Pewnie też bym to zresztą łatwiej przełknęła niż wiadomość, że aplikacja „Magiczne lusterko”, którego używają dziewczyny, jest wysoce zaawansowaną sztuczną inteligencją, potrafiącą przewidywać myśli i pragnienia użytkowników w jakichś 80 procentach. (Jak się zastanowić, to bardziej przerażające niż Czarna Kuleczka z Białymi Zębami czająca się pod moim łóżkiem 30 lat temu, którą mogłam swoim lękiem powołać do życia). To właśnie Magiczne lusterko popycha akcję do przodu: najpierw kontaktuje się z Ton i sugeruje jej odzyskanie telefonu Shinyao, co jest możliwe dzięki kontaktom kawiarnianych panów z policją, następnie, kiedy ci są zajęci wydobywaniem ze sprzętu informacji z pomocą Wayne’a (duch w maszynie, oh yeah), pokazuje niebezpieczeństwo, w jakim znajduje się przyjaciółka, i prowadzi Ton na miejsce. A panowie oglądają to na telefonie Shinyao, więc mogą ruszyć na ratunek (bo jest już po zmroku, oczywiście).

 

Dobra, możliwe, że czegoś nie zrozumiałam z tego całego pseudotechniczno-paranormalnego bełkotu albo pokręciłam, ale możliwe też, że to jest po prostu tak głupie. Znów, w obliczu tego Ton rzucająca się bez namysłu na napastnika z brzytwami, którym jest ponoć… duch wcielony w manekina? mumia? zombie? Kuby Rozpruwacza, to jest zgoła nic, normalka, i przyjmuję to wzruszeniem ramion, jako dobrodziejstwo inwentarza. Takoż ucieleśnienie się Wayne’a – w sumie dlaczego nie? Naprawdę, lepszy duch w sztucznym ciele niż taka sztuczna inteligencja…

Oczywiście, źle by się dla bohaterki ta jej durna brawura skończyła, gdyby nie interwencja wampira – doceniam, że ulegając przemożnej sile ludzkich przesądów, musiał najpierw poczekać na zaproszenie – ale kiedy oni odgrywali kolejną zabawną scenkę, Shinyao znów trafiła we wrogie pazury. Tyle że ich właściciel ewidentnie poczuł do niej miętę… czy na co tam lecą wilkołaki. To chyba jednak nie miało być zabawne, hihihi. Romantyczne może? Heh.

 

Jak widać, scenariusz działa w pewnej mierze dzięki Wielkiej Woli Wszechświata, ale jakoś wyjątkowo mnie to (jeszcze) nie drażni. Wizualnie jest tak sobie, jednak załatwianie większości scen w ciemności to spore ułatwienie dla rysowników, a trzeba przy tym zauważyć, że i tak postaciom się buźki i sylwetki cokolwiek defasonują, czy to w świetle, czy w mroku; animacja momentami też jakby traciła na płynności – ale nie jest najgorzej. Sama się sobie dziwię, że wciąż jestem do tego w miarę pozytywnie nastawiona, zobaczymy, jak będzie za tydzień.

No proszę, jeszcze tydzień temu narzekałam, że anime nie dostarcza widzowi żadnych wyjaśnień (co zważywszy na poziom umowności byłoby dość mile widziane na wcześniejszym niż późniejszym etapie), a tu przychodzi czas na emisję drugiego odcinka i coś się wyjaśnia. Nieźle, Planet With. To była miła niespodzianka. Ale może od początku.

Zmartwieni utratą jednego ze swoich (w sensie mocy delikwenta, nie jego życia), obrońcy Ziemi próbują ogarnąć sytuację, co wcale nie jest takie proste, zważywszy na to, że zaatakowanemu superbohaterowi napastnicy zmodyfikowali pamięć tak, aby nie był w stanie ich rozpoznać. A że przezorny zawsze ubezpieczony, reszta dostaje przykaz poruszania się w parach na wypadek kolejnego ataku.

Tymczasem Souya nie do końca potrafi odnaleźć się w nowej roli mściciela(?), a odzyskane wspomnienia nie dają mu spokoju, co nie powinno dziwić, wnioskując z urywków pokazanych widzom. Chłopak nie jest zadowolony ze swojej obecnej sytuacji, ale mimo chęci sprania na kwaśne jabłko zarówno swoich „sprzymierzeńców”, jak i wrogów, na razie będzie współpracował z meido i kotem… A propos, podejrzany duet to, podobnie jak dziwaczne obiekty latające, Obcy, którzy zmartwieni coraz wyższym pod względem mocy poziomem ewolucyjnym człowieka, starają się ów rozwój zatrzymać. Dwie frakcje jednak nie mogą dojść do porozumienia, w jaki dokładnie sposób to osiągnąć… A, i okazuje się, że Souya pochodzi z zupełnie innego świata. Co, jak i gdzie? Cóż, na razie się tego chyba nie dowiemy. A! Zakończenie odcinka jest dobre i pokazuje, że w przeciwieństwie do głównego bohatera inni myślą głową, a nie brzuchem i są odpowiednio przewidujący.

Ale czegoś się dowiadujemy i choć nie są to motywy przełomowe dla kosmicznych inwazji, to jak najbardziej można na nawet wysłużonych pomysłach oprzeć sensowną fabułę. I choć w dalszym ciągu nie jest to ani poczucie humoru, które mnie szczególnie bawi, ani typ historii, który jakoś szczególnie mnie pociąga, to jak najbardziej widzę tu potencjał i fani autora powinni być zadowoleni.

Technicznie? Hm, obie piosenki są w porządku, a wstawki komputerowe nadal straszą…

Zastanawiałam się, czy drugi odcinek nie cofnie się do czasu przybycia Jashin do domu Yurine, ale najwyraźniej nie ma co na to liczyć. W sumie, tak właściwie, nie wiem, czy rzeczywiście mi przeszkadza, że nie mamy pojęcia, skąd wzięły się w okolicy Medusa i Minos albo jak do całego tego towarzystwa przykleiła się Pekola?

 

Odcinek znowu podzielony jest na cztery epizody i podobnie jak w przypadku Asobi Asobase nie jestem pewna, czy ta seria nie sprawdziłaby się lepiej w krótszej formie. Trochę brakuje mi jakiejś ciągłości, choćby właśnie w obrębie odcinka – „resetowanie” wszystkiego po dosłownie kilku minutach i przeskakiwanie do zupełnie innego kawałka narracji daje jednak dość chaotyczne wrażenie.

Nie zmienia to faktu, że komedia pozostaje całkiem udana. Chwali się, że poszczególne odcinki nie są skonstruowane wyłącznie w oparciu o motyw „Jashin-chan próbuje zabić Yurine i kończy w kawałkach”. To, że bohaterki są w stanie jakoś tam koło siebie (dys)funkcjonować, pozwala uniknąć monotonii, która mimo krwawej jatki nieuchronnie wkradłaby się do tej serii (i proszę się nie obawiać, krwawej jatki też nie brakuje). Widać to w pierwszym segmencie, poświęconym narzekaniom na upalne tokijskie lato, gdy Jashin postanawia ściągnąć z Piekła lodową demoniczkę, Kouri. Jak mamy się okazję przekonać, Jashin nawet jak na piekielne standardy charakter ma niezbyt świetlany, szczególnie w stosunku do istot stojących niżej od niej w hierarchii, ale jak zawsze karma jest nieubłagana. Część druga pokazuje, że tytułowa bohaterka nie jest wcale niezbędna do stworzenia udanej historyjki – oglądamy bowiem interakcję Yurine i Pekoli. Anielica doskonale radzi sobie z podtrzymaniem komedii i prawdę mówiąc, nie dziwię się jakoś, że nie może znaleźć tej swojej aureolki… Trzecia, najbardziej konwencjonalna część, pokazuje kolejną wyjątkowo pomysłową zasadzkę w  wykonaniu Jashin (z efektem przewidywalnym). Ostatni segment natomiast dominuje Medusa, czyli chodząca słodycz i złote serce – my zaś, wraz z Yurine, mamy okazję posłuchać o początkach znajomości Medusy i Jashin.

Przemoc pozostaje umowna, a przy tym pomaga jej chyba to, że jest więcej niż zasłużona – skoro poprzednio przywoływałam Gabriel Dropout, to teraz mogę napisać, że Jashin łączy najgorsze cechy Gabriel i Satanii. Ciekawe pytanie brzmi, dlaczego nie staje się przez to antypatyczna. Podejrzewam, że odpowiedzi są dwie. Po pierwsze, na jej korzyść działają naiwność i entuzjazm, z jakimi podchodzi do czynionego zła. Po drugie i równie ważne to, że tak naprawdę nie ma ona żadnej ofiary, nad którą (w imię efektu komediowego) mogłaby się pastwić – może z wyjątkiem Medusy, reszta obsady doskonale potrafi sobie radzić z jej wybrykami.

Za tydzień przeskakujemy od środka lata do Bożego Narodzenia – z jednej strony trochę to za duża sieczka, ale z drugiej – kto będzie narzekać, jeśli tylko będzie równie zabawnie, jak do tej pory?

Tak jak można było przewidzieć, w odcinku trzecim widz dowiaduje się, dlaczego Ayano rzuciła badmintona. Ale od początku. Otóż małym dziecięciem będąc, Ayano uwielbiała grać ze swoją mamą, która, jak się później okazuje, była dziesięciokrotną mistrzynią (i to pod rząd!). Dużo ćwiczyła i aż do szkoły średniej była w klubie badmintonowym. Aż do momentu, kiedy jej przeciwniczka, Serigaya Kaoruko (ta z różowymi włosami), specjalnie ją zaraziła przeziębieniem, żeby ją pokonać w meczu.

 

Oczywiście, Ayano przegrała, mama obserwująca mecz zapakowała dziecię do łóżka i sobie poszła. Na zawsze. Bo młoda przegrała mecz. A przynajmniej o tym jest święcie przekonana Ayano, która od tej pory trenowała zawzięcie i wygrywała raz za razem z nadzieją, że gdy wygra wystarczająca liczbę meczy, to mama wróci. Niestety, po którymś z kolejnych pojedynków zobaczyła artykuł w gazecie mówiący o tym, że protegowana jej matki odebrała jej w końcu tytuł mistrzowski, okraszony zdjęciem obu pań (nota bene na zdjęciu wyglądały na bardzo sobie bliskie), i to jest głównym powodem, dla którego zrezygnowała ze sportu. Bowiem jak bardzo by się nie starała, to rodzicielka i tak nie wróci.

 

 

Na szczęście sprawy w swoje ręce bierze Elena, która jak się okazuje, od najmłodszych lat widziała, jak ćwiczy Ayano i jej trochę zazdrościła pasji. Gdy Ayano po raz kolejny nie przychodzi do szkoły po przegranym pojedynku z Kaoruko, która nagle nawiedziła trening klubu i zażądała pojedynku, żeby udowodnić, że jest lepsza, Elena nasyła na Ayano świeżo nawróconą Aragaki. A ta pionizuje bohaterkę i pokazuje, że badmintonem nadal można się cieszyć. I wszyscy żyją długo i szczęśliwie…

  

 

Tak po prawdzie, jakikolwiek powód – czy zawiedzenie się na latorośli, która grała mecz z gorączką i go przegrała, czy też ognisty romans z kobietą i pokłócenie się o to z rodzicami, a dziadkami Ayano, nie usprawiedliwiają absolutnie zachowania matki. A już na pewno nie pojawianie się na zawodach, obserwowanie z ukrycia i  wychodzenie bez słowa. Jednak na razie nie wiadomo nic więcej ponad to, co Ayano uważa , za to na pewno się gdzieś później okaże, w czym rzecz. Najważniejsze jednak, że obie bohaterki, Ayano i Aragaki, są już mniej więcej spionizowane i mogą normalnie grać. A zważywszy na to, że trener chce, żeby wygrały mistrzostwa, a także na to, że w pierwszym odcinku było widać bardzo wyraźnie przyszłe „przeciwniczki” obserwujące ich mecz, skupimy się zapewne teraz na sporcie i okolicznościach towarzyszących. A czas pokaże, w jakich dawkach ze szkolną rzeczywistością lub dramą rodzinną będzie to zaserwowane.

Satou Matsuzaka to śliczna nastolatka z niemałym powodzeniem u płci przeciwnej. W jej życiu brakuje jednak miłości, którą znajduje dopiero w osobie Shio Kobe – małej słodkiej dziewczynki.

 

Satou postanawia zamieszkać wspólnie z Shio, co wiąże się ze sporymi potrzebami finansowymi. Pracuje więc od rana do nocy, jednakże w nowej pracy zaczyna wpadać w kłopoty. Szybko zyskuje tam popularność wśród pracowniczek, a jedyny mężczyzna (do tego przystojniak, do którego wzdychają wszystkie panie zatrudnione w restauracji) wyznaje jej miłość. Taka sytuacja nie podoba się nie tylko jednej z dziewcząt, ale także szefowej, która zaczyna stosować mobbing względem niej. Cierpliwość Satou ma jednak swoje granice i wychodzi z niej psychopatyczna strona. Szefowa swoją drogą nie lepsza, pojmać i gwałcić nieletniego (?) pracownika…

Kwestia wspólnego mieszkania z Shio też jest mocno podejrzana. Pomijając sam wątek miłości do kilkuletniej dziewczynki, wygląda na to, że mieszkanie zamiast zostać wynajęte, zostało przejęte po kimś. Poprzedni właściciel znajduje się obecnie w trzech workach związanych wstążkami od szkolnego mundurka, co jednoznacznie świadczy o tym, co się z nim stało. Na razie nie znamy historii Shio i nie wiemy, co stało się z jej rodzicami, ale jest poszukiwana, o czym świadczą plakaty. Nie zdziwię się, jeśli jej historia będzie równie niecodzienna, jak wszystkie pozostałe okoliczności w tej serii.

Oprawa wizualna jest poprawna, chociaż niczym nie wybija się z tłumu. Projekty postaci nie zaskakują oryginalnością, a tła prezentują przeciętny poziom. Animacji za wiele nie uświadczyliśmy, ale ruchy postaci są naturalne, a same sceny nie wydają się być pokazem slajdów.

Happy Sugar Life wpisuje się w dość oklepaną formułę z pozoru słodkiej historii z słodką bohaterką, która ma swoje drugie, mroczne dno. Nie ma tu nic oryginalnego czy nawet ciekawego. Temat życia i realizm są tutaj traktowane dość luźno, bez jakichkolwiek wyjaśnień, poza potrzebą posiadania pieniędzy do życia. Być może otrzymamy wyjaśnienia w następnych odcinkach, ale skoro informacja o samodzielnym życiu nastolatki z ukochanym (tak to zrozumiała koleżanka bohaterki) nie budzi ani odrobiny podejrzenia, to chyba na próżno oczekiwać tu sensownego tła. Jestem za to pewny, że wyjdą na jaw kolejne chore, a przepraszam, szokujące fakty i zachowania. Wielkich oczekiwań względem kolejnych odcinków nie mam, ale z recenzenckiego przymusu przyjdzie mi je zobaczyć.

Uzależnienie od gier, jak każde inne, bywa niebezpieczne dla zdrowia, o czym ponownie przekonuje się Chio. Średnio przytomna po nieprzespanej nocy, włazi wprost na członka gangu motocyklowego. I chociaż bardzo stara się nie zwrócić na siebie uwagi, ostatecznie pakuje się w potężne kłopoty. Zapewne skończyłaby marnie, ale wiedza zdobyta w grach (oraz wrodzony brak instynktu samozachowawczego) pozwala jej przeżyć i zyskać szacunek niezbyt mile widzianego elementu społeczeństwa. W kolejnych historyjkach do Chio dołączają koleżanki – znana z poprzedniego odcinka popularna w szkole Hosokawa oraz będąca na towarzyskim marginesie Nonomura. Tym razem wydarzenia kręcą się wokół spraw sercowych…

 

No cóż, z każdą kolejną minutą przekonuję się, że Chio-chan no Tsuugakuro to nie moja bajka. Zupełnie nie odpowiada mi typ serwowanego humoru i to pomimo tego, że w drugim odcinku zrezygnowano z żartów fizjologicznych. Za dużo tu złośliwości, takiego przysłowiowego kopania po nerkach słabszych – na dodatek, pozbawionego polotu. Niestety w pewnym momencie mojego życia wyrosłam z opowieści, w których jedna ze stron zawsze przegrywa, przy okazji zostając ośmieszona i poobijana. Nieważne jak głupio i nieodpowiedzialnie zachowa się Chio, i tak zawsze jest górą (inna sprawa, że jest to zwycięstwo żałosne). Poza tym, im dłużej ją obserwuję, tym większą niechęć we mnie wzbudza – ot, rozwydrzona i niezbyt pozbierana nastolatka. Na dodatek w drugim odcinku dołącza do niej jeszcze gorsza Nonomura – kłamliwa i wredna. Ich „przyjaźń” ma wyjątkowo kruche podstawy, o czym świadczy zachowanie obydwu. Jedna jest gotowa zdradzić koleżankę dla bliżej nieokreślonej korzyści towarzyskiej, a druga wykorzysta chwilę słabości, żeby popastwić się nad psiapsiółką… Nie przekonuje mnie także przesłanie serii, sprowadzające się do tego, że jak grasz w dużo gier, to poradzisz sobie w każdej kryzysowej sytuacji. Ja wiem, że to komedia, mająca w nosie jakikolwiek realizm, ale słabo to wychodzi – z kogoś i siebie trzeba umieć się naigrywać. Wady trzeba umieć wytknąć, a nie robić z nich zalety. Przykro mi, to nie mój typ postaci, nie mój typ humoru i nie mój typ komponowania opowieści. Nadal uważam, że jako miniatura anime miałoby więcej sensu, ale jestem też pewna, że zarówno prezentowany rodzaj humoru, jak i podejście bohaterek do życia, znajdą amatorów.

 

 

Inna sprawa, że to w sumie jedyne, co w zależności od preferencji można uznać za atrakcyjne w opisywanej produkcji. Grafika przypomina pokaz slajdów – dużo nieruchomych plansz i zbliżeń, a także celowych deformacji. Tła to betonowa pustynia, wypełniona przypadkowym rastrem, z pojawiającymi się nagle i niespodziewanie ninja-postaciami. Widzimy bohaterki, przed nimi jakąś bezimienną parę i długą pustą ulicę – po czym w kolejnym ujęciu przybywa następna para. I tradycyjnie, anatomia jest dla słabych. Jest bardzo kiepsko i raczej nie ma co liczyć na poprawę. Po drugim odcinku jestem nastawiona wyjątkowo negatywnie, nie dlatego, że anime jest wybitnie złe, ale dlatego, że zupełnie nie trafia w mój gust. Cokolwiek wymyślą twórcy – w Saiki Kusuo no Psi Nan zrobiono to lepiej!

Tag Cloud