To ostatnia zajawka Kitsutsuki Tanteidokoro i jeszcze tydzień temu byłam pewna, że będzie ona jedynie formalnością, kolejnym hymnem na cześć japońskich literatów-detektywów. A tu klops… Podczas gdy Kindaichi siedzi, jego sławni przyjaciele (między innymi Isamu Yoshii, Nomura Kodou i Sakutarou Hagiwara) wspólnie z Ishikawą próbują rozwikłać zagadkę śmierci Otaki. Jednak zamiast szukać dowodów czy nieznanego mężczyzny z opowieści Kindaichiego, snują domysły, popijając alkohol… I trzeba przyznać, że fantazji im nie brakuje. Wkrótce do wesołej gromadki dołączają kolejni artyści, każdy ze swoją teorią, ale dopiero młodziutki Tarou Hirai (później znany jako Edogawa Ranpo), naoczny świadek wydarzeń, rozwikłuje zagadkę śmierci prostytutki. Niestety przy okazji obnaża małostkowość i infantylność Ishikawy.

Pierwsza część anime to właściwie parodia kina detektywistycznego, problem polega na tym, że wyjątkowo żałosna. Panowie zaoferowali pomoc przyjacielowi, po czym podchodzą do sprawy niepoważnie, kreśląc nieprawdopodobne scenariusze. Śledztwo jest dla nich tylko okazją do popuszczenia wodzy wyobraźni – jako widz miałam wrażenie, że każdy z nich traktuje śmierć dziewczyny jako okazję do opowiedzenia tej historii po swojemu, można powiedzieć, że do napisania jej w swoim stylu. Do tego dochodzi naburmuszony Ishikawa, gotowy poświęcić przyjaciela, chociaż od początku zdawał sobie sprawę z jego niewinności. Jakby na to nie patrzeć, wychodzi na straszną świnię… Znaczy, doceniam, że panowie pozostają artystami do końca, a także to, że daleko im do ideałów – są egoistyczni, oderwani od rzeczywistości i faktycznie żyją głównie literaturą. Ale mimo wszystko, pewien niesmak pozostaje.

Problem polega na tym, że trzeci odcinek był po prostu nudny i przegadany w niezbyt interesujący sposób. Dopiero pojawienie się Tarou sprawiło, że seria wróciła na tor znany z poprzednich dwóch odcinków. Cóż, trochę szkoda, bo zapowiadała się naprawdę śliczna pocztówka z epoki, podszyta odrobiną tajemnicy. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i kolejny odcinek okaże się bardziej interesujący. Panowie to wyjątkowo barwna grupa, a Ishikawa, chociaż sporo stracił w moich oczach, pozostaje postacią fascynującą, nawet jeżeli chwilami antypatyczną. Nie jest źle, ale moje oczekiwania wobec Kitsutsuki Tanteidokoro znacznie spadły. Szkoda, że w taki sposób kończę moją przygodę z zajawkowaniem tej serii…

Dylan jak szybko pojawił się przy bohaterach, tak szybko zniknął, nie robiąc sobie nic ani ze zbirów (którzy zresztą uciekli, gdy tylko zrozumieli, z kim mają do czynienia), ani z odważnej deklaracji Appare. Zbywa także Hototo, gdy ten wypytuje go o mężczyznę z charakterystycznym tatuażem. Krótka retrospekcja pokazuje, że odpowiadał on za śmierć ojca chłopca i zabranie rodzinnego mienia, które teraz Hototo zamierza odzyskać. Najpierw jednak musi porządnie wypocząć, spotkanie z niemiłymi panami dało mu się bowiem mocno we znaki. Z pomocą ponownie przychodzą Kosame z Sorano, oferując nocleg i jedzenie.

Hototo po wyzdrowieniu okazuje się znacznie przyjaźniejszym chłopcem niż mogło się wydawać, z chęcią wspierającym Appare w przygotowaniach do wyścigu. Niestety, na drodze do sukcesu ambitnego mechanika i jego znajomych staje młody i bogaty panicz z Europy, Al Lion, który postanawia wynająć dla siebie i swojego personelu wszystkie magazyny, w tym ten, w którym mieszkają bohaterowie, tym samym pozbawiając ich miejsca do pracy i życia. Chłopak przybył do Ameryki w celu pokazania swojej rodzinie, że jest godzien przejęcia rodzinnej firmy BNW. Sposób na udowodnienie tego może być tylko jeden… Dowiedziawszy się o zamiarach Ala, Appare, gdy stanowcza odmowa oddania hangaru nie przynosi rezultatu, decyduje się wyzwać go na pojedynek, będący oczywiście wyścigiem pojazdów.

Aby jednak wyścig doszedł do skutku, Sorano musi zadbać o dwie sprawy. Po pierwsze, wymyślić nagrodę dla przeciwnika w razie jego ewentualnej wygranej. Wybór pada na katany Kosame, z czego samuraj nie jest zbyt zadowolony (z drugiej strony niech się cieszy, zawsze mogła przejść wcześniejsza propozycja Appare!). Stawka w grze staje się jeszcze bardziej interesująca, gdy konkurenci zgadzają się walczyć o pojazd przeciwnika (łącznie ze zbudowanym niedawno przez Sorano dwukołowcem). No dobra, ale czy Sorano w ogóle ma w czym rywalizować z Alem? Łódź raczej się nie sprawdzi na lądzie… Mechanik ma zatem dziesięć dni na jej zamianę w samochód – przypomnienie sobie o Jin pozwala na w miarę bezproblemowe załatwienie sprawy i stanięcie na linii startu jedynie z niewielkim spóźnieniem. Rywalizacji bohaterów oprócz Hototo i Jin przygląda się Sofia Taylor, określająca się mianem opiekunki Ala.

Zasady wyścigu są proste: wystartować od samotnego drzewa, przejechać między dwoma wielkimi skałami i wrócić na miejsce startu. Z początku auto Ala wysuwa się na wyraźne prowadzenie, szybko jednak wychodzi na jaw, że Sorano przemienił parowiec nie tylko w pojazd lądowy… Tak, polatali sobie! Dokładnie polatał Kosame, wystrzelony w odpowiednim momencie wraz z połową wozu w stronę mety. Zwycięstwo nie zostało odniesione zbyt uczciwie, jednakże Al potrafił docenić ich strategię i oddał hangar wraz z samochodem (oczywiście zastępczym – główny czekał na najważniejsze zawody). Jako nagrodę pocieszenia otrzymał dwukołowiec.

Po endingu pojawia się jeszcze krótka scena, w obecnej sytuacji jednak w większym stopniu denerwująca niż intrygująca. Bo jakie uczucia mogą miotać widzem, który wcześniej dowiedział się, że jedna z najprzyjemniejszych serii sezonu została zawieszona z wiadomego powodu? No chyba że ktoś zupełnie nie polubił anime po i ma to w nosie… Ja jednak do tych osób się nie zaliczam. Appare Ranman! uważam za tytuł, przynajmniej na etapie zaprezentowanych trzech odcinków, wyjątkowo udany. Przede wszystkim warto podkreślić, że mamy do czynienia z serią przygodową osadzoną w interesującej epoce i świecie – żadne fantasy czy podobne. Co więcej, serią zrobioną porządnie i z lekkością, w której czuć, że twórcy włożyli w nią dużo serca. Trudno oczywiście na obecnym etapie stwierdzić, czy mieli też dobre pomysły na rozwinięcie poszczególnych wątków, już jednak początek udowodnił, że stworzyli barwną historię. Kolorowo przedstawiają się też bohaterowie i to nie tylko przez swoje stroje, zwłaszcza że najbarwniejszą postacią dalej pozostaje skromny w ubiorze samuraj. Moje uwielbienie do niego nie zmalało ani trochę. Bardzo doceniam fakt, że jego kreacja nie została sprowadzona do roli naczelnego błazna, którego wyłącznym celem jest rozśmieszanie widzów głupimi minami czy pozami. Wręcz przeciwnie, zachowanie Kosame twórcy zawsze umiejętnie wplatają w akcję. Zresztą, tyczy się to ogólnie wszystkich elementów komediowych – nienachalnych, z niegłupimi żartami, przy których nie muszę się czuć, jakby wyjęto mi z głowy mózg. Polubiłam też ekscentryczność Sorano i jego pozorną obojętność wobec innych. Piszę „pozorną”, bo choć mechanik wydaje się żyć w swoim świecie, tak naprawdę liczy się ze zdaniem znajomych, wiedząc, że samodzielnie wyścigu nie wygra. Reszcie postaci, które pojawiły się do tej pory w anime, również nie mam nic do zarzucenia – ich projekty czy gra seiyuu wypadają co najmniej dobrze.

Z kwestii technicznych – po raz pierwszy usłyszeliśmy opening, energiczny kawałek I Got It! zespołu Mia REGINA. Graficznie seria dalej prezentuje się bez większych zarzutów, ba, Appare w trzecim odcinku wyglądał jakoś ładniej albo mi się tylko wydawało. Podobnie rzecz się ma z animacją – twórcy na szczęście wciąż spełniają moją prośbę, abym nie oglądała pokazów slajdów.

Wracajcie szybko!

Drugi odcinek nie kontynuuje wątku z poprzedniego, toteż zagadka śmierci młodego mężczyzny pozostaje (przynajmniej na razie) nierozwiązana. Nie oznacza to jednak, że życie bohaterów wraca do normalności – Ishikawa postanawia wyciągnąć Kindaichiego na kolejną eskapadę do domu uciech. Tym razem kończy się ona nieszczęściem dla jednego z bohaterów. Kindaichi staje się głównym podejrzanym o morderstwo prostytutki, z którą spędził wieczór. I chociaż pisarz zarzeka się, że nie popełnił zbrodni, nawet Ishikawa świadczy przeciwko niemu. Cóż, sytuacja jest bardzo skomplikowana – panowie mieli sąsiadujące pokoje, a że Ishikawa był żywo zainteresowany miłosnymi podbojami nieśmiałego przyjaciela, większość wieczoru spędził z uchem przy ścianie… Co prawda zasłyszaną rozmowę można interpretować na wiele sposobów, ale Ishikawa twierdzi, że widział towarzysza w pokoju przy ciele prostytutki. Zrozpaczony Kindaichi zaczyna podejrzewać, że być może to przyjaciel zabił kobietę i teraz go wrabia… Koniec końców, policja aresztuje bohatera, ale ku jego zaskoczeniu (a także widzów), pojawia się trzech bardzo przystojnych nieznajomych, którzy stwierdzają, że wyjaśnią tę sprawę!

Trochę zaskoczył mnie brak ciągu dalszego poprzedniej sprawy, ale ponieważ panowie o niej wspominają, wiele wskazuje na to, że jeszcze wróci. Na razie twórcy skupili się na osobie Kindaichiego i jego bardzo poważnych kłopotach. Cały odcinek to zapis wydarzeń feralnego wieczoru zaprezentowany z dwóch punktów widzenia, ale niewyjaśniający kompletnie nic. Chronologia wydarzeń jest zaburzona, co nie ułatwia zrozumienia sytuacji. Tym bardziej, że po raz kolejny na pierwszym planie mamy głównych bohaterów i zbrodnię jako taką. Kwestia ofiary i sprawcy zostaje zepchnięta na znacznie dalszy. Było interesująco, ale trochę słabiej niż w pierwszym odcinku, przy czym seria pozostaje śliczną pocztówką z epoki, ładnie ukazującą życie artystycznej bohemy. Ishikawa niezmiennie cierpi na brak pieniędzy, ale nie przeszkadza mu to uczestniczyć w alkoholowych libacjach i odwiedzać regularnie domy uciech. Kindaichi pozostaje jego wiernym przyjacielem i miłośnikiem twórczości, a przy tym marzycielem i dobrą duszą. Nadal uważam, że więcej tu pierwiastka obyczajowego niż detektywistycznego, ale kto wie, może założona przez Ishikawę agencja detektywistyczna wreszcie rozwinie skrzydła.

Mimo naprawdę niewielkiego spadku formy, anime pozostaje produkcją ze wszech miar interesującą i wciągającą. To zdecydowanie najlepsze wykorzystanie legendy znanych japońskich literatów, z jakim miałam styczność od dłuższego czasu. Acz czekam z niecierpliwością na rozwiązanie jakiejś sprawy, bo liczba trupów rośnie niepokojąco szybko, za to Ishikawa nie kwapi się by rozwiązać zagadkę śmierci chociaż jednego…

Hina zaczyna traktować nowe hobby poważnie i wykorzystuje potęgę internetu, by dowiedzieć się czegoś o rybie, którą mają tym razem próbować złowić. Jest to przedstawiciel rodziny płaskogłowowatych, Platycephalus indicus – przykro mi, polskiej nazwy nie ma, ale pod względem trybu życia przypomina flądrę. Jest płaski, chowa się w piasku na dnie morskim i stamtąd poluje na małe rybki. Dla lepszego efektu komediowego Hinie udaje się przeoczyć podstawową informację, czyli wymiary potencjalnej zdobyczy. A ma to znaczenie, bo o ile przełamała się trochę w kwestii małych rybek, wielkie rybska nadal budzą jej odrazę i przerażenie.

Najpierw jednak trzeba wybrać się na stosowną do takich połowów plażę, wykorzystując do transportu sprzętu obciachowy (ale skuteczny!) wózek, potem zaś nauczyć się zakładania nowego typu przynęty… Oraz cierpliwości. Tym razem dostajemy w praktyce lekcję, że wędkarstwo wymaga tej cnoty w ilościach hurtowych, ponieważ nie ma żadnej gwarancji, że po wszystkich tych przygotowaniach złowimy coś lepszego od kawałka morszczynu. W odróżnieniu od budzącej lekki niesmak sceny z ośmiornicą z pierwszego odcinka znacznie lepiej wypadła także scena zabijania zdobyczy – niepokazana wprawdzie, ale podkreślająca, że niestety, rybka nie wyłania się z wody od razu w postaci smażonych w panierce kąsków, sashimi oraz zupy.

Na oprawę wizualną w dalszym ciągu składają się filtrowane zdjęcia w tłach, mnóstwo przerysowanych min bohaterek oraz kadrowanie unikające pokazywania poruszających się nóg czy warg. Nie przeszkadza to aż tak bardzo i w sumie zakwalifikowałabym tę serię do dalszego oglądania, gdyby nie to, że po bieżącym odcinku emisja zostaje z wiadomych przyczyn zawieszona na czas nieokreślony. Cóż, wątpię, żeby jeszcze chciało mi się wracać do tego tytułu, ale jeśli kogoś zainteresował, to droga wolna.

Proszę wybaczyć skąpość zrzutek, ale nie chciało mi się łapać prawie identycznych jak wcześniej ujęć ze stojącymi nieruchomo graczami i pojawiającymi się pomiędzy nimi potworami i postaciami z kart. Treść odcinka okazuje się jeszcze nudniejsza od poprzednich. Bez zapowiedzi i zawracania sobie głowy jakimiś przesądami o budowaniu napięcia do klasy Hiro wpada niejaki Kai Ijuin, geniusz nad geniuszami, by wyzwać bohatera na pojedynek Shadowverse. Brawo, właśnie streściłam cały odcinek, którego lwią część zajmuje pojedynek pomiędzy specjalizującym się w kartach „magicznych” Kaiem a Hiro, stawiającym (jak mogliśmy już wcześniej zaobserwować) na smoki. Towarzyszy temu oczywiście krótka retrospekcja z przeszłości Kaia, schematyczna do bólu i kompletnie nieciekawa.

Stwierdzam oficjalnie, że nie widzę dla tej serii nadziei. Scenarzyści wyraźnie uważają, że dla widzów śledzenie przez kilkanaście minut pojedynku w karciance będzie dostateczną atrakcją. Problem polega na tym, że w dotychczas zaprezentowanych rozgrywkach nie było cienia zaskoczenia – w odróżnieniu od prawdziwych, podlegają one regułom budowania napięcia i rozgrywają się według identycznego schematu. Najpierw przeciwnik kilkakrotnie zaskakuje i przypiera do ściany bohatera, potem zaś bohater jednym genialnym ruchem przechyla szalę zwycięstwa na swoją stronę. Taki schemat dałoby się wybaczyć, gdyby stanowił tylko dodatek do jakiejś fabuły, ale tej – po trzech odcinkach – nie stwierdzono. Także zaprezentowani bohaterowie są całkowicie papierowi. Nie chodzi nawet o to, że widziałam już wcześniej takie typy (a widziałam), tylko że w żadnym z nich nie ma cienia życia, jakiejś charyzmy, która zachęciłaby do śledzenia jego losów.

Równie nieciekawie seria wygląda pod względem wizualnym. Owszem, sporo można zwalić na ograniczenia możliwości produkcyjnych związane z bieżącymi problemami w branży, ale coś mi się wydaje, że w tym przypadku nie mają one kluczowego znaczenia. Brak tła w wielu scenach, kiepskie kadrowanie i ogólne wizualne ubóstwo wyglądają raczej na wady wrodzone, powstałe na etapie projektowania, a nie na efekt robionych w ostatniej chwili zmian i oszczędności. Bardzo zdecydowanie nie polecam.

Karyl to postać, której ta seria naprawdę potrzebowała. W zeszłym odcinku jeszcze nie pokazała w pełni swojego potencjału, lecz w tym wniosła sporo ożywienia do ekipy. Co prawda się przy tym nacierpiała, ale w  uroczy i zabawny sposób, a minki robiła przy tym przesłodkie. Może nawet byłoby mi jej trochę żal, ale ma ona niecne zamiary wobec Pecorine, więc niech trochę jej się oberwie od losu.

Zacznę może jednak od początku. Karyl po nieudanej akcji ze smokiem postanawia śledzić Pecorine, aby znaleźć jej słaby punkt. Akurat ścieżki, jakimi podąża żarłok, są dość łatwe do przewidzenia, czyli, parafrazując pewnego polskiego wokalistę, od jednej restauracji do restauracji. Zastanawiam się,  kiedy w końcu pochłaniana przez nią materia organiczna zapadnie się pod wpływem własnej masy i wyniku kolapsu grawitacyjnego utworzy w jej brzuchu czarną dziurę. A może już utworzyła i dlatego dziewczyna ma taki spust? Dobra, nie drążę tematu. W międzyczasie Kokkoro załatwia papierkową robotę, aby założyć własną gildię. Potrzebuje tylko jeszcze podpisów dwóch osób…

Oczywiście poszukiwania nie trwają zbyt długo i kończą się pod jedną z restauracji, gdzie Karyl knuje sobie mroczne plany, zaś Pecorine w środku opróżnia spiżarnię i zapewnia właścicielowi najlepszy utarg w historii. A skoro cała ekipa jest już w komplecie, to można kontynuować dalej radosną konsumpcję (jak Pecorine nie ma jeszcze czarnej dziury w żołądku, to utworzyła się tam co najmniej gwiazda neutronowa) i zebrać brakujące podpisy na formularzu aplikacyjnym. Jak łatwo można się domyślić, Pecorine z radością przyjmuje propozycję, zaś Karyl odmawia… przynajmniej na razie. Musze przyznać, że serię o wiele lepiej się ogląda, gdy Yuuki z Kokkoro dostają mniej czasu antenowego, zaś akcja skupia się na słodkim żarłoku i kociej dziewczynce. Naiwna i głupiutka Pecorine tworzy świetny duet z Karyl, która, mimo ewidentnie złych zamiarów, jest bardzo uroczą tsundere w tym związku i wyraźnie zaczyna mięknąć.

Sam finał odcinka to istne Kulinarne pojedynki w wykonaniu Pecorine z małą pomocą Karyl i ostateczne dołączenie kotki do gildii. Chociaż jej intencji nadal nie są zbyt czyste i pewnie jeszcze będzie chciała zaszkodzić żarłokowi, no ale… raczej krzywdy to ona jej nie zrobi, nawet gdyby próbowała.

Odnoszę wrażenie, że najsłabszym elementem serii jest jej główny bohater. Żarty z nim są dość monotematyczne i jak na razie bardzo mało wnosi do show. Za to żeńska część obsady wypada bardzo dobrze, zwłaszcza wspomniany wcześniej duet Pecorine i Karyl i, jeśli to na nich będzie skupiać się fabuła, wyjdzie to tylko na plus. Dobry przykład stanowi ten właśnie odcinek, gdzie wspólnie skradły całe show dla siebie. Nawet Kokkoro dużo ciekawiej wypada podczas interakcji z tą dwójką, gdyż nie ogranicza się do roli nieporadnej opiekunki głównego bohatera o umysłowości dwuletniego dziecka. Oby z biegiem czasu zaczął być bardziej ogarnięty i wykazywać coś takiego, jak osobowość i charyzma, bo na dłuższą metę jego postać może być bardziej irytująca niż zabawna i na razie im jest go mniej, tym lepiej.

Po trzech odcinkach mogę stwierdzić, że Princess Connect! Re:Dive to całkiem udana głupiutka komedyjka fantasy. Jest słodko, kolorowo i, co najważniejsze, zabawnie, a w dodatku nie zanosi się na to, żeby groziły nam jakieś poważniejsze klimaty. Czyli wszystko, czego potrzebuję do szczęścia. Co prawda seria ma swoje wady z głównym bohaterem na czele, ale na ten moment nie psują mi one przyjemności z seansu. Chociaż mogłoby być trochę lepiej.

Trzeci odcinek wypadł nieco lepiej, pewnie dlatego, że skończyliśmy ekspozycję, a przechodzimy do konkretów – chociaż to dopiero w drugiej połowie i w kolejnym, gdy dojdzie do spotkania naszej parki. Pierwsza połowa to trochę reminiscencje, a trochę weltsmeltz w wykonaniu Iris, smętnej i szlachetnie samotnej na swoim tronie. Widzimy ją jeszcze jako kandydatkę, obok Sheamy, która się z nią przyjaźni (no hard feelings) i zaprasza do domu na kolację. Jej starszy brat Phious się w Iris podkochuje, czego ta oczywiście pozostaje rozkosznie nieświadoma; młodszy Theo jest zwyczajnie rozpuszczony. Iris jest klasycznie słodka i miła, ale głównie deliberuje, jakie cechy potrzebne są przyszłej królowej światła. Kontemplując ten problem ma klifie, musi stawić czoło atakowi ciemności, w wyniku czego, zdaje się, zorza polarna wybiera ją na królową. A przynajmniej daje odpowiedź na rozważane pytanie. Przez całe 10 minut poza wspomnianą z imion czwórką żywa dusza się w żadnym kadrze nie pojawiła, ale miasto może nawet uchodzić ładne, jeśli się lubi takie komputerowe pocztówki.

Na dole Bezimienny z błogosławieństwem Vallusa idzie na ów zapowiedziany przez Grozę turniej, który faktycznie polega na tym, że grupka chętnych (rozmaitej płci i nawet gatunku) staje na arenie, gdzie najpierw ma pokonać potwory, a następnie ostatnia pozostała na nogach dwójka stoczyć ze sobą pojedynek, który wyłoni Księcia Ciemności. Na rzymskie igrzyska to nie wygląda, przede wszystkim z braku widowni, prócz Grozy, jej przybocznych, robiących za ratowników medycznych, i kilku zakapturzonych postaci, jak mniemam, mężów zaufania. Logiki zasad nie będę poruszać, choć dałoby się wytknąć parę dziur. Turniej długo nie trwa, a zasadniczo służy do pokazania tego, jak szlachetny jest Bezimienny, z uporem maniaka ratujący życie pozostałych kandydatów przed krwiożerczymi bestiami, nawet mimo ich protestów (kandydatów, nie bestii). Następnie ściera się z czerwonowłosym z poprzedniego odcinka, ze skutkiem do przewidzenia; Wspaniały Miecz Ciemności trafia do nowego właściciela, a Adel, bo tak ma na imię krewki mieszaniec, zostaje, jak mi się zdaje, drugim w kolejności następcą. Poza tym zapewne dołączy do drużyny nowego księcia, bo jako pozbawiony złudzeń cynik zamierza zobaczyć, jak też ten zrealizuje swój plan, polegający na tym, że zapewni wszystkim ludziom szczęście. Na początek jednak następca tronu dostaje od Grozy zadanie, mianowicie ma zanieść wiadomość dyplomatyczną do Królestwa Światła. Ciekawe, czy to oficjalne wypowiedzenie wojny?

A tam, ciekawe. Nie zamierzam sprawdzać. Fakt, nie cierpiałam tak jak poprzednio z powodu tempa i chaotycznych przeskoków akcji, i może nawet ten trend w fabule się utrzyma, grafika też jest na akceptowalnym poziomie (burego błocka w zasadzie nie było, wnętrza, pomijając komputerową sterylność, są OK), a muzyka chwilami wpada w ucho, ale problem stanowią bohaterowie, zwłaszcza główna dwójka, ze wskazaniem na młodego. O ile próba pokazania Iris jako normalnej dziewczyny coś tam dała – konkretnie ujawniła jej stereotypowość, ale przynajmniej wiadomo już, co o niej myśleć – o tyle brak jakiegokolwiek głębszego zarysu przeszłości czy uzasadnienia psychiki Księcia, może i zresztą zamierzony (brak imienia!), kompletnie się moim zdaniem nie broni. Zgaduję, że może to być spadek po grze, bo pewnie to w niego wciela się gracz, ale anime to nie gra, jak dowiodły liczne eksperymenty, rządzi się innymi prawami, i protagonista pozbawiony jakichkolwiek cech prócz „olśnienia” szlachetnym ideałem, do którego realizacji obsesyjnie dąży, zwyczajnie nuży, a nawet odstręcza. No chyba, że ktoś się aż tak tym nie zniechęcił jak ja, może zechce dać mu szansę, by się przekonać, na ile wiarygodnie wypadnie w jego wykonaniu afekt do księżniczki, ale ja nie sądzę, by wyszło z tego coś wartego straty czasu, nawet jeśli mamy go więcej niż zwykle.

Dostrzegam tendencję wzrostową w pierwszych odcinkach, co cieszy. Więcej – twórcy jakby czytali w moich myślach – za każdym razem, kiedy na coś narzekam, następny odcinek wydaje się korygować niedociągnięcia. Nie ma akcji w pierwszym odcinku? No to w drugim zrobimy efektowną scenę walki. Shuichi ledwo funkcjonuje jako protagonista? No to w trzecim dajmy mu bardziej znaczące dialogi z Claire oraz okazję do podejmowania samodzielnych decyzji. Relacje między dwójką protagonistów robią się mniej jednowymiarowe, co prawda dalej daleko im do bycia autentycznie wciągającymi, ale poprawia się w tym względzie.

Jak sugeruje powyższy skrót, odcinek trzeci jest w przeważającej mierze obyczajowy. Nie dzieje się w nim za dużo, szczególnie pierwszej połowy można by się w tym względzie czepiać, ale jako że wcześniej bohaterowie w zasadzie nie mieli okazji ze sobą normalnie porozmawiać, nie przesadzam z krytyką. Daje to też okazję, żeby uporządkować, co się właściwie dzieje, i to się udaje, choć dałoby się zgrabniej – postacie momentami ewidentnie gadają do kamery, a nie do siebie nawzajem.

Z kolei w drugiej połowie fabuła rusza z kopyta, i udaje się jej nawet przyjemnie zaskoczyć. Miała to być rozrywkowa seria i jest – zmyłka zaserwowana w ostatniej scenie odcinka drugiego zdecydowanie do rozrywkowości się kwalifikuje. Czy coś głębszego z tego wyniknie – wątpię, ale jest to sprawny myk sprawiający, że jest na co czekać w odcinku czwartym.

Czy warto oglądać? Chyba warto. Technicznie dalej to seria nierówna – czasami taniość jest ewidentna, po czym w innych scenach udaje jej się mierzyć kilka klas wyżej. Konsekwentnie pomaga jej reżyseria, która jest bogata i sporo wyciąga ze scen, z których sporo w gorszych rękach wypadłoby kompletnie kiczowato (a tak są na granicy). Do tego tła są śliczne, choć przedstawiona na nich prowincjonalna Japonia może zacząć nużyć przy dłuższym kontakcie. Seiyuu na razie są sprawni, scenariusz na razie nie daje jak im się przesadnie popisać, ale wypadają wiarygodnie. Wszystko to konsekwentnie składa się na serię zaskakująco kompetentną jak na jej raczej szemrane pochodzenie. Arcydzieła z tego nie będzie, ale na umiarkowany sukces jak najbardziej się zanosi.

W poprzednim odcinku – jeśli niejaki Rivar wygra i pierwszy zdobędzie kirakuri, Akari przeniesie się do jego firmy. Akari zgadza się, głównie dlatego, że nie znosi, gdy ktoś obraża jej rodzinę, a za taką uważa Kibou Company. W związku z tym mobilizuje Minato i ruszają dalej w głąb lochów.

Po drodze Minato rozmawia z Makoto w celu lepszego poznania go, a potem napotykają kilka rzadkich roślinek, oraz mandragoropodobne coś, co gdy wrzeszczy, to powoduje, że cię czeka redukcja. Haha, wiecie, taki żarcik korporacyjny. Na szczęście Makoto ratuje ich przy pomocy magicznego zżerającego plecaczka, o którym nikt nie wie.

 

 

Następnie nasza drużyna leci ratować z opałów Rivera i jego partnerkę, Valmi, którzy walczą z trójgłową bestią. Dzięki połączeniu sił i strategii udaje się ją pokonać, ale kirakuri zostaje już zabrane przez członkinię jednej z najpotężniejszych firm, Subaru z Imperialu. Tak że koniec końców, dostają tylko nagrodę ze pokonanie maiju. W drodze powrotnej natomiast Valmi zapytuje Minato, czy aby nie jest przypadkiem takim jednym elitarnym pracownikiem, który niedawno opuścił jedną z topowych kompanii. Minato zaprzecza, ale i tak widać, że to prawda.

 

Odcinek kończy się rozmową Yutorii z Minato, w której zapewnia ją, że nie zamierza ich zostawić, bo to teraz też jego rodzina. Przy czym Yutoria nie może się zdecydować, czy leci na Minato, czy traktuje go jak szefa. Wzruszenie, rumieniec, napisy końcowe. A po napisach końcowych scenka zapowiadająca wydarzenia (?) z kolejnego odcinka.

Pod względem graficznym seria utrzymuje się na stałym poziomie, przynajmniej w obrębie tych trzech odcinków, które zostały wyemitowane. Pod względem fabularnym – schrzanione tempo, nieciekawe tło, nudne dialogi, powtarzalne i nachalne żarty „z życia korporacji”. Nie wiem w sumie komu to polecić, bo jak na razie to blade i nudne jest.

Ach… Mogę od razu przejść do podsumowania, w którym napiszę, nie bacząc na oburzenie widzów mających odmienne zdanie, że Yesterday o Utatte to najlepiej zapowiadające się anime sezonu? I że, jeśli poziom się nie zepsuje albo nie nastąpi jakaś katastrofa (a kysz, złe myśli!) będą to jedne z najlepszych okruchów życia i romansów ostatnich lat? Zresztą, po co się ograniczać gatunkami i latami – po prostu będzie to wspaniała, może nawet wybitna seria.

Odcinek trzeci skupia się na relacji Haru i Rikuo, która powoli staje się coraz poważniejsza. Oczywiście wciąż daleko jej do płomiennej miłości z obydwu stron, miło jednak patrzeć, że młodzi potrafią bez skrępowania ze sobą rozmawiać i mówić o swoich uczuciach. Po jednej rozmów w deszczu Rikuo łapie na tyle poważne przeziębienie, że przez kilka dni nie pojawia się w pracy. Haru, z poczuciem winy za stan znajomego, postanawia w ramach przeprosin zaprosić go do kina. Ten o dziwo się zgadza, dziewczyna z radością zaczyna się więc przygotować do spotkania. Gdy jednak przychodzi pora na seans, Rikuo nie przychodzi. Cóż, powód okazuje się prosty – Shinako. Gdy Uozomi chorował, pewnego dnia Morinome przyniosła mu jedzenie, co później i dla niej skończyło się wylądowaniem w łóżku z gorączką. Rikuo, podobnie jak Nonaka, nie zamierzał przejść obojętnie obok potrzebującej i zaopiekował się nauczycielką, na drugi dzień budząc się grubo po umówionym spotkaniu z Haru. Gorzej jednak, że chłopak nie zamierza kłamać… Dla Haru wiadomość o Shinako było ciosem, który spowodował u niej wybuch emocji, których Rikuo jeszcze u niej nie widział. Dramat z  udziałem wystawionej dziewczyny pewnie by trwał i trwał, gdyby nie charakter bohaterki niepozwalający jej (przynajmniej na zewnątrz) długo gniewać na znajomego. W końcu zamiast tego zdecydowanie lepiej grzecznie się przedstawić (wiek, waga, wzrost i te sprawy) i liczyć, że w razie choroby i ją obiekt uczuć będzie pielęgnował…

Z odcinka dowiadujemy się też kilku istotnych rzeczy o samej Haru. Pracuje ona w Milk Hall, baro-kawiarni prowadzonej przez Kyouko Sayamę, zajmując się m.in. sprzątaniem i rozwożeniem kawy. Choć jej mama mieszka całkiem niedaleko, dziewczyna woli zajmować dom zmarłego przed trzema laty dziadka. Relacje między nią a rodzicielką trudno nazwać wyjątkowo bliskimi, choć z drugiej strony nie ma w nich też jakieś specjalnej niechęci – Haru bez wahania przyjeżdża do domu rodzinnego, by poznać nowego partnera matki. Na koniec warto wspomnieć o pierwszym spotkaniu Nonaki z Rou, na razie krótkim, ale wystarczającym, by wyczekiwać więcej.

Wyczekuję zresztą więcej ogólnie całego anime, które, powtórzę się, jest dla mnie wspaniałe. Ba, powiedziałabym wręcz, że idealne, bo w sumie nic mnie w nim nie razi, a ponadto trafia ono w mój gust osoby łaknącej co sezon co najmniej jednej poważnej i ambitnej produkcji – oczywiście dobrze wykonanej, a Yesterday o Utatte niewątpliwie takie jest. Nie widzę sensu się powtarzać po zajawkach dwóch poprzednich odcinków, skupię się więc tylko na dwóch kwestiach. Po pierwsze – Haru. Żeby nie było, dalej lubię pozostałych bohaterów (także pobocznych – Kinoshita, wybacz, że wcześniej o tobie nie wspomniałam, dobry z ciebie chłopak!), jednak to Haru jest z nich najcudowniejsza. Na obecnym etapie serii stanowi najbardziej złożoną pod względem osobowości postać, kryjącą za uśmiechem beztroskiej dziewczyny osobę znacznie dojrzalszą niż mogłoby się wydawać. Druga sprawa dotyczy pracy seiyuu. Z początku pewnym problemem (ale naprawdę niewielkim) było dla mnie słuchanie Chikahiro Kobayashiego w roli Rikuo – cóż, porównań z Beastars, anime bądź co bądź niedawno zakończonym, nie dało się uniknąć… Na szczęście z każdą kolejną sceną obraz Legosiego w mojej wyobraźni powoli znikał, tak że teraz widzę tylko tę osobę, którą powinnam widzieć. Ogólnie zaś mówiąc, aktorzy głosowi dokładają swoją cegiełkę do stworzenia świetnego anime – na szczególną uwagę zasługuje Yume Miyamoto, aktorka ze stosunkowo niewielkim dorobkiem, mimo to umiejąca wspaniale oddać różnorodne emocje swojej bohaterki, czyli Haru.

Tag Cloud